Harry
Louis był jak antidotum. Tłamsił mnie. Jego obecność tuszowała wszystko co sobie stworzyłem. Odciągał moje myśli od alkoholu. Ulegałem mu. Sobotni wieczór spędziłem nad sporą kartą papieru welurowego. Potrzebowałem wyjąć z torby swoje pastele i pozwolić im zająć moje ręce. Okryłem biurko starą gazetą, po czym zapaliłem lampkę by jego blat był dokładnie oświetlony. Zająłem miejsce na wysokim krześle i zerknąłem do pudełka, w którym były ułożone moje ulubione miękkie pastele. Dawno z nimi nie pracowałem. Lubię do nich wracać zwłaszcza w chwilach, kiedy włada mną przesadny spokój. Najpierw ująłem między palce dobrze zaostrzony ołówek, by subtelnie naszkicować to, co siedziało w mojej głowie. Właściwie.. nie tyle w głowie, co na fotografii która leżała spokojnie na skraju biurka. Przedstawiała widok z mojego okna, w mieszkaniu w Paryżu. Nic nadzwyczajnego. Byłem jednak pewien, ze ta praca da upust mojej tęsknocie za Francją. Obiecałem sobie, że zamknę pewien rozdział. Że odsunę się od przeszłości, która przyprawiała mnie o smutek i nienawiść do samego siebie. Tutaj czułem się swobodnie. Miałem pewność, że to zasługa Louisa, który zupełnie mimowolnie zmieniał moje nastroje o całe 180 stopni.
Niall
Wyjazd z Londynu wcale mnie nie cieszył, a przecież powinien. Powinien mi sprawić cholerną przyjemność i przynieść ulgę. Tak się jednak nie stało. Kiedy Josh zaproponował mi, bym spędził u niego, w Brighton kilka dni, nawet przez chwilę się nie wahałem. Potrzebowałem powietrza. Potrzebowałem pobyć trochę “sam”. Cieszyłem się, że moi przyjaciele nie mieli z tym żadnego problemu. Ale właściwie dlaczego mieliby mieć? Przecież mieli własne życie, żyli zasraną miłością, której ja nigdy nie rozumiałem. Liam i Danielle, Zayn i Perrie.. zapewne niebawem Louis i Eleanor. Zostałbym sam. Ja jedyny bez towarzyszki u swojego boku. To żenujące. Taksówka podwiozła mnie prosto pod dom mojego przyjaciela, który czekał z szerokim uśmiechem. Wiedziałem, ze zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie. Rozumiał mnie, bo sam nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do związków. Serwował sobie przelotne romanse. Często wychodził do klubów. Tak też miało być dzisiaj. Podszedłem do niego ze swoim bagażem i przywitałem go delikatnym uściskiem.
-Tak się cieszę, że jesteś, Niall. - powiedział cicho i uważnie spojrzał na moją twarz. Josh nigdy nie czuł się samotny. To znaczy.. nigdy nie dał nikomu odczuć, że czasem potrzebował towarzystwa.
- Ja ciesze się bardziej. Londyn zaczął mnie irytować. - westchnąłem cicho i posłałem mu delikatny uśmiech. Lubiłem go. Nigdy nie zadawał zbędnych pytań.
- Chodź, wejdź, napijemy się czegoś przed wyjściem.
Eleanor
Budzik postawił mnie na nogi o szóstej. Niechętnie uniosłam głowę i westchnęłam przeciągle. No już, Eleanor, wstawaj. Musiałam ćwiczyć, szkoda było marnować czasu na sen. Wygrzebałam z szafy rozciągniętą koszulkę i szerokie, dresowe spodnie. Weszłam na moment do łazienki, by tam się przebrać i związać włosy w luźny kucyk. Po powrocie do pokoju zagarnęła swój telefon i słuchawki, po czym zbiegłam na dół. Mama już nie spała. Uwielbiała pić poranną, niedzielną kawę. Przywitałam ją uśmiechem i wyjęłam z lodówki małą butelkę z wodą.
- Nic nie zjesz? - spytała troskliwie, a ja pokręciłam głową i skierowała swe kroki do wyjścia.
- Nie mogę, najpierw muszę przebiec kilka kilometrów. - mama pokręciła tylko głową, a ja wyszłam na podwórko. Trawa wciąż delikatnie lśniła od nadmiaru rosy. Gdy chłodny wiatr natrętnie mnie otulił, zadrżała mimowolnie. Nałożyłam na uszy słuchawki i powoli wybiegłam na chodnik. Czułam, że jestem osłabiona. Mój organizm nie przywykł do wysiłku i diety. Zawsze zajadałam się wszystkim, na co tylko naszła mnie ochota. Powoli zbliżałam się do domu Liama. Nie zdziwił mnie widok Harr’ego. Siedział na schodkach i palił papierosa. Machnął przyjaźnie ręką, więc podbiegłam do niego. Powoli brakowało mi tchu.
- Hej, biegasz? - spytał z uśmiechem, mocno zaciągając się dymem. Swoją drogą to dziwne, że jest takim rannym ptaszkiem. Przecież mamy wakacje.
- Tak. Staram się. - wciąż zacięcie truchtałam w miejscu, by nie stracić rytmu. Harry wstał i dotknął mojego ramienia.
- Zwolnij, co? Dokądś się spieszysz? Masz wypieki na policzkach, nie przesadzasz? - przystanęłam na moment i otuliłam dłońmi policzki. Były gorące. Cieszyłam się z nadmiaru tej determinacji, która mną władała. Byłam pewna swego, musiałam osiągnąć cel.
- Muszę trzymać kondycje. - uśmiechnęłam się blado i na nowo poczęłam przeskakiwać z nogi na nogę. Szatyn westchnął ciężko. - Miłego dnia, Harry. - pożegnałam się i ruszyłam, by pokonać dalszą część trasy.
Harry
Zaskoczył mnie widok Eleanor o poranku. Nie sądziłem, że uprawia jakikolwiek sport. Miałem podejrzenia, że nie o kondycję tu chodzi, ale czy to mój interes? No właśnie. Powoli dopaliłem papierosa i wszedłem do domu. Postanowiłem przeprosić wszystkich za swoje szczeniackie zachowanie. Tak, Harry wraca na dobrą stronę, ciekawe na jak długo. Wszedłem do kuchni, by przygotować śniadanie. Gdyby tylko Alice widziała co zamierzam, wyrzuciłabym mnie stamtąd. Zaserwuję im to, co jadamy we Francji. Będą musieli zapomnieć na chwilę o jajkach, bekonie i grzankach. Nie wierzyłem, że znajdę w jakiejkolwiek piekarni rogaliki, które mnie zadowolą. Byłem więc zmuszony upiec własne. Potrzebowałem zaledwie kilka składników, które na szczęście znajdowały się w lodówce.
Po kilku chwilach miałem przed sobą kilkanaście średniej wielkości croissantów. Wypełniłem je odrobiną masła, by nie były przesadnie suche. Włożyłem swoje dzieło do piekarnika. Uznałem, że nadeszła pora na kolejnego papierosa, więc ponownie wyszedłem na zewnątrz. Zanim jeszcze usiadłem na schodkach, zauważyłem coś niepokojącego. Wątła, szczupła blondynka obściskiwała się zaciekle z kimś, kto na pewno nie był Zayn’em. Szatyn zachłannie całował Perrie, a ona zdawała się być ów faktem niezwykle zachwycona. Byłem zaskoczony. Gdy dwójka odeszła, odpaliłem papierosa i mocno zaciągnąłem się dymem. Powinienem powiedzieć brunetowi, że jego dziewczyna nie jest mu wierna? Nie byłem do końca pewien, ale czułem, że muszę. Wróciłem do kuchni. Rogaliki potrzebowały jeszcze kilku minut. Przygotowałem więc gorącą czekoladę w szerokich, niskich filiżankach z uchwytem. Na stole znalazł się także dżem truskawkowy i miód. Mam nadzieję, że moja rodzina będzie usatysfakcjonowana, a Liam zechce mi jutro towarzyszyć podczas wypadu na lody. Miałem nadzieję, że nadto się nie gniewał.
- Co to ma znaczyć? - do kuchni jako pierwsza weszła ciocia, z zamiarem zaparzenia pierwszej tego dnia kawy. Była zaskoczona, ale jej wargi wykrzywiały się w uśmiech. Wstałem od stołu i podszedłem do niej.
- Macie ze mną trochę problemów. Pomyślałem, że na coś się przydam, więc.. voilà! - kobieta pokręciła głową i delikatnie dotknęła mojego ramienia. Już po chwili w kuchni zjawił się Liam, który chyba jeszcze spał. Gdy do jego nosa dotarł zapach czekolady, ocknął się nagle.
- Harry, to Twoja sprawka? Ileż ja razy prosiłem mamę o francuskie śniadanie.. - kobieta otuliła go czułym uśmiechem. Chłopak od razu usiadł przy stole i zabrał się za jedzenie. Byłem szczęśliwy, sprawiłem im przyjemność. Wkrótce na dół zszedł także Sebastian. Był równie zaskoczony co Alice.
- Hej, Liam.. Jutro poniedziałek, więc.. - zacząłem spokojnie, a chłopak oderwał wargi od białego brzegu filiżanki. Wyglądał uroczo z tym czekoladowym “wąsem”.
- Tak, pójdziemy do miasta. - skinął głową, a ja lekko się uśmiechnąłem. Niestety wróciły do mnie myśli związane z Perrie i tą dziwną sytuacją, której byłem świadkiem. Nie miałem wyjścia, nie mogłem tego od tak zostawić. Potępiałem zdradę odkąd tylko pamiętam.
- Masz numer do Zayn’a, prawda? Chciałbym do niego zadzwonić. - mój kuzyn skrzywił się delikatnie. Nic w tym dziwnego, był ciekaw co zamierzam. Wskazał dłonią na telefon, leżący na blacie komody. - Dzięki. - szybko wpisałem jego numer do swoich kontaktów i poszedłem na górę. Usiadłem na łóżku i niepewnie wcisnąłem zieloną słuchawkę
- Słucham. - jego zachrypnięty głos zbił mnie z pantałyku. Szybko zagarnąłem w płuca odrobinę powietrza. Obawiałem się jego reakcji.
- Cześć, tu Harry. - powiedziałem cicho, a brunet zaniemówił na dłuższą chwilę. Zapewne zastanawiał się, po co budzę go w niedzielę o ósmej rano. Postanowiłem kontynuować - Czy Perrie jest z Tobą?
- Nie. Spędziła noc u siebie. - wyjaśnił spokojnie, a jego głos nagle stał się cieplejszy niż zazwyczaj. - Coś się stało?
- Nie.. a właściwie, to tak. - przygryzłem odruchowo dolną wargę. To nie była moja sprawa, Zayn mógłby uznać mnie za wścibskiego. Wiem jednak, że gdyby chodziło o kogokolwiek innego, zrobiłbym to samo. - Widziałem dziś Twoją dziewczynę w ramionach jakiegoś faceta. Pomyślałem, że.. że..
- Co? - warknął i zapewne podniósł się z łóżka. Był wściekły. Od początku miałem go za nadto impulsywnego. - Gdzie?
- Wyszedłem na papierosa i tak się zdarzyło, że ich zauważyłem. Nie pomyliłbym jej z nikim innym, a szatyna nie znam.
- Tom.. - czyżby Zayn znał potencjalnego adoratora swojej dziewczyny? Czyli podejrzewał ją o to, a ja tylko rozwiałem jego wątpliwości. - Posłuchaj, Harry. Dzięki, tak? Odezwę się.
Zayn
Byłem wściekły. Moje żyły wypełniły się czystą trucizną. Dłonie trzęsły się zawzięcie. Jak ona mogła mnie okłamywać? Jak mogła mnie tak traktować? Kochałem ją, ale nie pozwolę jej mną pomiatać. Wolała jego? W porządku. Mam nadzieje, że nie żałowała swojej decyzji. Bez zastanowienia wsunąłem na biodra ulubione jeansy a tors okryłem błękitną koszulką. Zagarnąłem w dłoń telefon i klucze do samochodu. Pośpiesznie wybiegłem z domu, by do niej pojechać. Czułem się jak zabawka. Przez cały czas miała pretensje do mnie, ze robiłem jej awantury. Wsiadłem do samochodu i z piskiem opon ruszyłem z podjazdu. Byłem dla niej niewystarczająco dobry? Co ona widziała w tym lalusiu? Koniec z kobietami. Definitywny koniec. Zaparkowałem pod jej domem i już po chwili zapukałem bez zawahania w drewniane drzwi. Blondynka uchyliła je lekko, po czym uśmiechnęła się niepewnie.
- Zayn.. co Ty tutaj robisz? - spytała szeptem, uparcie patrząc w moje tęczówki. Czy to nie dziwne, że miała na sobie sukienkę i pełny makijaż? Ciekawe dokąd się wybierała tak wcześnie w niedzielę.
- Gdzie byłaś? - głos odrobinę mi drżał, to do mnie niepodobne. Nacisnąłem całą powierzchnią dłoni na drzwi, by otworzyć je szerzej. Wszedłem do przedpokoju i ponownie spojrzałem na blondynkę.
- Ja? Nigdzie. - wzruszyła ramionami, a ja uśmiechnąłem się pogardliwie. Potrafiła kłamać, ba, była w tym mistrzynią.
- A co powiesz na to, ze Cię widziałem? Z Tomem. - Perrie zmieszała się, ale zamierzała dalej brnąć w swoje kłamstwo. Pokręciłem tylko głową. - Powiedz mi prawdę. Choć jeden jedyny raz.
- Śledziłeś mnie? - o mało co nie wybuchnąłem śmiechem, gdy blondynka uniosła brwi ku górze.
- Ufałem Ci! - krzyknąłem, a krążąca w moich żyłach złość automatycznie zacisnęła dłonie w pięści. Była taka niewinna, słodka i krucha. Ktoś taki nie mógł mnie zranić. Czułem się upokorzony. Do moich uszu dotarły szmery dobiegające z góry. - On tutaj jest? Chyba sobie ze mnie kpisz.. - zaśmiałem się gorzko i po raz ostatni spojrzałem na jej twarz. - Brawo, Edwards. Wszystko spieprzyłaś. - wyszedłem na zewnątrz, ignorując jej prośby. Tylko ona znała mnie takiego, jakim byłem naprawdę. Znała mnie jako wrażliwca. Odpaliłem silnik i ruszyłem do domu. Plan? Upić się. Ależ wielkim ja byłem kretynem. Ta jej niewinność zupełnie mnie zaślepiała. Dojechałem do domu i od razu skierowałem kroki do swojego pokoju. Ująłem w dłoń telefon, by zadzwonić do Harr’ego.
- Tak? - wyczułem w jego głosie jakąś obawę. Byłem mu niezwykle wdzięczny za szczerość. Nie każdy postąpiłby w ten sposób.
- Byłem u niej. Wszystko się zgadza. Chciałbym Ci jakoś podziękować, rozumiesz. Może masz ochotę do mnie wpaść? Mam całkiem niezły trunek.. - miałem nadzieję, że chłopak przystanie na moją propozycję. Potrzebowałem towarzystwa, a on w tej chwili zdawał się rozumieć mnie jak nikt inny. To było dziwne.
- Dobrze, ale pod jednym warunkiem. Herbata, hm? - mógłbym przysiąc, że szatyn uśmiechnął się w tej chwili. Byłem pewien, że lubi alkohol, no ale dobrze.
- Niech będzie. Bądź u mnie przed piątą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz