Mijają cztery miesiące mieszkania z Harrym i Louis jest szczęśliwy. Uśmiecha się swobodnie i dokucza i śmieje i czuje się komfortowo ze swoją skórą, nie skacze na najmniejszy dotyk, nie zamyka się, kiedy ktoś pokazuje, że go nie lubi. Czuje się tak, jakby był tym, kim ma być. Louisem. Albo, Louisem i Harrym. Nie Louisem Mitcha, który był pusty w środku. Jest cały, jest pełny i kocha to.
Chociaż, ciągle ma blizny. Ukazują się tu i tam, kiedy najmniej się tego spodziewają. Harry łapie jego biodra w zły sposób w łóżku i Louis sapie ( i to nie w tym dobrym znaczeniu), zanim jest uspokajany przez swojego chłopaka, zapewniany i przepraszany. Ale jest w porządku, on jest w porządku. Albo, gdy czasami Louis przez przypadek tłucze kieliszek do wina i przez swój instynkt, przeprasza, jakieś dwadzieścia razy, przez łzy, płacząc na podłodze i jedyne, co może go uspokoić to Harry przytulający go, przysięgający, że nie jest zły, że to tylko kieliszek, kochanie, możemy kupić kolejny, nic się nie dzieje. I dopiero wtedy, znów jest w porządku.
Ponieważ on nigdy nie widział wściekłego Harry’ego. Lub, na pewno nie na niego. Czasami widzi go wkurzonego na klientów, zdenerwowanego na swoją matkę, wściekłego na Mitcha, kiedy dowiaduje się o kolejnej okropnej rzeczy, jaką zrobił Louisowi. Ale on nigdy nie jest zły na niego.
Aż do teraz.
To głupia kłótnia. Głupia, głupia kłótnia. Louis dalej pracuje w kawiarni na dwie zmiany i czasami bierze dodatkową by mieć pieniądze, robi to tak długo dopóki nie koliduje to z ich randkami. Niestety, zapomina o ich planach oglądania starych filmów i jedzenia chińszczyzny i kiedy wraca do domu, zastaje rozdrażnionego Harry’ego.
Zaczyna się od – Jak mogłeś zapomnieć? Zamówiłem jedzenie i wszystko, a ty mnie wystawiłeś!
I wytłumaczenia – Przepraszam, myślałem, że przyda nam się trochę gotówki, Bóg wie, że tego potrzebujemy!
Co oczywiście kończy się – To nie moja wina, że wychodzenie z domu jest takie drogie! Nigdy nie chcesz wychodzić, nic dziwnego, że zapomniałeś!
Ale ta kłótnia nie kończy się słowami, tylko ucieczką.
Raczej nie ma krzyków, ale ich głosy są głośne i Louis nie jest na to przygotowany, ponieważ to jest Harry, delikatny Harry, a teraz jest szorstki, zły i głośny. On tego nie lubi.
Stoją w salonie, kłócąc się i przebiegają palcami przez swoje włosy i wtedy Louis krzyczy, że Harry przesadza i Harry podchodzi z dzikością w oczach i-
I gdy Harry krzyczy, że nie przesadza, krew Louisa zamarza w jego żyłach, ponieważ on zna to spojrzenie, zna je zbyt dobrze i on nie chce być zraniony, albo uderzony, albo zmuszany i wzdryga się do tyłu, ciężko oddychając.
Mija pół sekundy martwej ciszy, kiedy gapią się na siebie nawzajem i wtedy Louis ucieka, biegnąc do łazienki i zamyka drzwi, drżąc. Odwraca się, zdezorientowany i wskakuje do najbardziej oddalonego końca wanny, przytulając kolana do klatki piersiowej, próbując się zmniejszyć.
On nie chce tego, nigdy nie myślał, że to się stanie ( i nadal miał nadzieję), ale to spojrzenie, ta wściekłość zawsze prowadzi do bólu, do nadużyć i nie, nie, nie.
Rozlega się pukanie do drzwi, Harry woła jego imię i Louis wzdycha pod nosem z szeroko otwartymi oczyma.
-Proszę, skarbie, odpowiedz. Przepraszam, przepraszam kochanie, nic ci nie jest? Powiedz coś, proszę – krzyczy i Louis chce odpowiedzieć, ale równocześnie nie chce, więc wydaje z siebie jakiś nieludzki dźwięk, wbijając paznokcie w swoje jeansy.
Wydaje się, że Harry usłyszał to, ponieważ pyta się – Mogę wejść? Jest w porządku Louis, obiecuję.
I Louis chce mu uwierzyć, ale co jeśli jego instynkt nie mylił się i Harry zmienił się w Mitcha? Co jeśli on otworzy drzwi i Harry wejdzie i skrzywdzi go tak, jak Mitch? Co jeśli to wszystko zamieni się w piekło?
-Nie jesteś zły? – odpowiada niepewnie, zagryzając wargę.
-Nie, nie jestem, obiecuję – Harry mówi przez drzwi. Louis myśli, że to brzmi uczciwie. A jeśli nie, to jest dobrym kłamcą.
-Ja… - Louis ucina, gdy łzy zaczynają spływać po jego policzkach – Odblokuję drzwi, ale. Cz-Czy możesz tylko…nie wchodzić zanim Cię nie zawołam, proszę?
Harry wzdycha wdzięcznie, zanim mówi – Oczywiście.
Louis pokiwał głową tępo, nawet, jeśli nikt nie mógł tego zobaczyć. Zmusza się do wspięcia przez barierkę i podchodzi ostrożnie do drzwi ze skręcającym się brzuchem. Jego drżące palce przekręcają klucz, ignorując głos z tyłu głowy, krzyczący w proteście. To jest Harry, racja? Tylko Harry, uroczy Harry. (Ale co, jeśli już taki nie jest?)
Może usłyszeć oddech Harry’ego przez drewniane drzwi i nie może zdecydować, czy to pocieszające, czy przerażające. Wraca więc do wanny, do swojej wcześniejszej pozycji. Liczy swoje wdechy i wydechy, możesz to zrobić, jest w porządku.
I wtedy woła – Już możesz. Wejdź.
Louis obejmuje się mocniej, gdy drzwi się otwierają i Harry zagląda do środka, a jego oczy lądują na nim. (To dziwne. Mitch zazwyczaj był bardziej wściekły) – Och, kochanie – Harry mamrocze, gdy delikatnie zamyka drzwi za sobą i staje niepewnie.
Louis nie wie, co powiedzieć, dalej jest przerażony, więc tylko chrząka żałośnie i spuszcza wzrok na porcelanę pod nim.
Harry podchodzi i klęka z drugiej strony wanny, dalej na zewnątrz, ale bliżej i bliżej znaczy, że może go skrzywdzić, więc Louis krzywi się i Harry niemal czuje do siebie wstręt.
-Nie zamierzam cię skrzywdzić, Lou. Wiesz to, prawda? – pyta – Nigdy, nigdy, przenigdy. Tak mi przykro, że cię przestraszyłem, powinienem opanować swój temperament, proszę, tylko. Proszę, uwierz mi, kiedy mówię, że nie podniosę na ciebie ręki.
-Ja, wiem – Louis mówi chwiejnym głosem – Ja wiem, ale ja nie, i. Ja nie wiem.
Czuje się głupi, zagubiony i nadal przerażony, ale kiedy Harry przesuwa się centymetr, lub dwa w jego kierunku, nie wzdryga się. To dobrze, tak mu się wydaje.
-Jest w porządku, nie musisz się tłumaczyć. Kocham cię, jasne? Jestem tutaj i dam ci cokolwiek potrzebujesz, w porządku? Chcesz bym wyszedł? – Harry pyta, na końcu unosząc brew, tak naprawdę nie chcąc odchodzić. Louis tak jakby też nie chce.
Potrząsa swoją głową, a łzy dalej spływają po jego policzkach – Nie, ja, ja po prostu potrzebuję abyś poczekał. Proszę?
Harry posyła mu delikatny uśmiech i kiwa głową szybko. – Oczywiście, tak, poczekam. Nie będziesz miał nic, przeciwko jeśli wejdę do wanny? Mogę pozostać na końcu, jeśli tak będzie lepiej.
Louis zastanawia się wewnętrznie, większa część jego mózgu stwierdza, że jest teraz bezpieczny, ale gdzieś tam na końcu czuje się zagubiony. Przełyka gulę w gardle i mówi – Tak, uh. Na końcu. Tak będzie dobrze.
Oczy Harry’ego łagodnieją, jest już mniej przerażony, że zrujnował wszystko. Dalej poruszając się powoli, siada w połowie wanny, ostrożnie unikając kranu i krzyżuje ich nogi. Louis się nie przestraszył.
Harry odchyla się do tyłu i przymyka oczy nie mówiąc nic. Louis też się nie odzywa. Po prostu zostaje tam, gdzie jest, przyciskając czoło do kolan i oddycha. Tak jest lepiej, obecność jego chłopaka uspokaja go i zapewnia, że nie zostanie uderzony dzisiaj, ani nigdy, chyba.
Kiedy jego łzy przestają płynąć, a palce drżeć, gdy obejmował swoje biodra, podnosi głowę by napotkać oczy Harry’ego, zauważając, że są lekko wilgotne.
-Po prostu… - zaczyna, a koniec pozostaje niewypowiedziany. Zostań tutaj dla mnie? Harry przytakuje, prostując nogi i otwierając ramiona.
Louis ignoruje sposób, w jaki jego serce podskakuje i nieśmiało czołga się do niego, wpasowując się w jego klatkę piersiową idealnie, jak zawsze. Harry delikatnie zaciska ramiona i Louis topnieje, ponieważ wszystko jest w porządku i nikt go nie skrzywdzi, Harry nigdy by tego nie zrobił. Teraz dobrze o tym wie. (Tak naprawdę, zawsze wiedział.)
-Tak dobrze, shh, wszystko jest w porządku, jesteś bezpieczny, nikt nigdy cię już nie skrzywdzi – Harry zapewnia go i Louis chowa twarz w zagłębieniu jego szyi, znów czując gulę w gardle.
-Przepraszam – szlocha, tuląc się do niego – Przepraszam, po prostu przestraszyłem się, przestraszyłeś mnie, cholera.
-Wiem, wiem to i przykro mi, powinienem wiedzieć lepiej, by nie krzyczeć tak na ciebie, nie zrobię tego nigdy więcej, obiecuję, dobrze? Chcę, żebyś poczuł się lepiej – Harry mówi mu, całując cały czas jego włosy.
Louis uśmiecha się przez łzy – Dobrze się czuje – szepta.
-To…to nie było w porządku – Harry mamrocze – Czuje się cholernie źle.
-Proszę, nie – Louis mówi i pociąga nosem, sięgając do tyłu by chwycić rękę Harry’ego w swoją, a ich palce pasują do siebie perfekcyjnie –Ja po prostu jestem…Jestem zniszczony, oboje to wiemy. To zajmie trochę czasu zanim przestanę…wspominać wszystko i w ogóle, muszę wrócić do tego, jaki byłem wcześniej. Wiesz?
-Tak, wiem- młodszy chłopak wzdycha – nienawidzę siebie za to, że spowodowałem to.
Louis wzdycha i przyciska swoje czoło do obojczyka Harry’ego, tuląc się – Nie, Mitch to spowodował. To on zrujnował wszystko, a ty mnie ocaliłeś i teraz jestem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, ja po prostu. Wciąż mam cząstkę tamtego w sobie, tak myślę.
Harry opiera swój policzek na głowie Louisa, oddychając ciepło – To odejdzie, skarbie. Z czasem.
-Tak – Louis mruczy – A teraz, możemy posiedzieć tak przez chwilę?
-Oczywiście.
*
Louis potyka się wstając rano z łóżka, by znaleźć Harry’ego krzątającego się po kuchni, robiącego naleśniki z wazonem żółtych i białych róż na stole, które oznaczają przepraszam i kocham cię. Louis uśmiecha się, wciąż zaskoczony, nawet po miesiącach bycia razem. Całuje Harry’ego głęboko, prawie spalając ich śniadanie.
Siedzą razem przy małym stole i flirtują* ze sobą podczas jedzenia.
-Więc, w ramach przeprosin za wystawienie cię wczoraj wieczorem- Louis zaczyna mówić, ale mu przerwano.
-Louis, jest w porządku, mówiłem ci, tak? Nie jestem zły – Harry podkreśla, sięgając by chwycić jego rękę.
Louis przewraca oczyma, kopiąc go lekko w goleń, zanim kontynuuje, tak, jakby mu nie przerwano -Więc, co ty na to, żebym zadzwonił do pracy, że jestem chory i spędził cały dzień z tobą na dole, w kwiaciarni? Dawno tego nie robiliśmy.
Harry patrzy na niego z całą sympatią, która istnieje na świecie, przygryzając wargę by powstrzymać gigantyczny uśmiech.
-To byłoby wspaniałe – mamrocze, bawiąc się ich kciukami – Tak bardzo cię kocham.
Motyle wirują w brzuchu Louisa i pochyla się by go pocałować.
-Kocham cię bardziej – uśmiecha się.
______________________________
*W oryginale play footsies, czyli rodzaj flirtu polegający na dotykaniu(zaczepianiu) nawzajem swoich kolan, stóp, często pod stołem. Nie ma polskiego odpowiednika tego zwrotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz