środa, 11 grudnia 2013

6

Harry wszedł do kuchni i skierował się w stronę kuchenki. Wziął do ręki czajnik i nastawił w nim wodę. Następnie stanął na palcach i z drewnianej szafki wyciągnął dwa kubki. t Położył je na blacie, i do każdego włożył po torebce zwykłej herbaty. Oparł się plecami o stół i przeczesał ręką swoje potargane włosy. Właściwie to co on robił? Właściwie, to co siê teraz stało? Spuścił głowę i przymknął oczy analizują sytuację od samego początku.

Był głodny. Był głodny, więc znalazł w internecie jakąś restaurację. Był głodny, więc zamówił z niej jedzenie. Jedzenie, które dostarczył mu Louis. Trzęsący się i zapłakany Louis. A on zaprosił go do środka. Słowo „zaprosił” może niekoniecznie pasowało do sytuacji, ale intencja była jasna. A Louis, na którego wylał kawê i który był najlepszym przyjacielem i współlokatorem Liama, który oprowadzał go po collegu, siedział teraz w jego mieszkaniu, na jego kanapie.

Z zamyślenia Harry’ego wyrwał dźwięk gotującej się wody. Podszedł do kuchenki i zalał herbatę wodą. Wziął napoje do ręki, i skierował się w stronę salonu.

-Nie wiedziałem, czy słodzisz, więc… - Styles gwałtownie przerwał, i szybko postawił kubki na stole. Louis siedział na sofie z podkurczonymi nogami. Ręce trzymał na głowie, a smukłymi palcami ciągnął za końcówki swoich jasnobrązowych włosów. W czerwonych, przekrwionych oczach nadal miał łzy. Jego usta poruszały, jakby coś mówił, jakby coś zawzięcie liczył. Tępo wpatrywał siê w przestrzeń, mrucząc cicho.

-Pięć, siedem, jedenaście…potrzeba trzydziestu – mówił do siebie. - Muszę zdobyć dwadzieścia… - Louis znowu pociągnął za końcówki swoich włosów, i skulił się.

Harry podszedł do niego niepewnie. Kucnął przed nim,i podniósł głowę tak żeby mieć widok na Tomlinsona.

-Louis - powiedział cicho i delikatnie, żeby nie pogarszać sytuacji. - Powiedz mi, co się stało. Spróbuję ci pomóc - kontynuował powoli. - Tylko powiedz mi, co się stało.

-Moja siostra jest w szpitalu - jęknął. Jego oczy błądziły po całym pokoju, nie zatrzymując się dłużej na żadnym punkcie.

-To coś poważnego? Miała wypadek? Napewno będzie…

-Ona ma raka, Harry - przerwał mu Louis. - Potrzebuje operacji, na którą nie mamy pieniędzy. Przyjechałem do tego cholernego Londynu, żeby zarobić. Studia to tylko mój głupi pomysł, na który zmarnowałem kupę pieniędzy zamiast odkładać na konto - warknął do siebie. - Zamiast pracować, jak najdłużej, chodziłem na zajęcia! - powiedział głośno i z jego gardła wyrwał się szloch, który łamał serce księciu.

-Louis - powiedział głośno, i podniósł jego podbródek, tak żeby na niego spojrzał. - Ile potrzebujesz? Ile pieniędzy ci potrzeba?

-Dwadzieścia tysięcy funtów -

Harry nie wiedział, czym się kieruje. Może własnym sercem, może sumieniem a może faktem, iż od zawsze uczono go, aby pomagał innym. Może to, że widział jak bardzo Louis przeżywał całą sytuację. A może fakt,że miał te pieniądze o których zniknięciu nawet nie dowiedzieliby się jego rodzice. Korzystał ze swojego osobistego konta, na które co trzy miesiące przelewane zostawały pieniądze. Nie interesowało go ile to było pieniędzy, ale raczej na nic mu nigdy nie brakowało. Harry usiadł koło Louisa na kanapie, i podał mu kubek z herbatą. Sam wziął na kolan laptopa i zalogował się na swoje konto bankowe, w narodowym banku Samii, gdzie rodzina królewska przechowywała swoje pieniądze od początku jego powstania. Kiliknął na bieżący rachunek i tym razem zignorował rachunki ze sklepów z jego ostatnch zakupów. Skupił się tylko na jednej kolumnie. Saldo. Sto trzydzieści tysięcy funtów. Potem spojrzał na siedzącego obok niego Tomlinsona, który drżącymi rękami przyłożył parujący kubek do ust, i upił łyk herbaty. Potem przymknął oczy, i oparł się o zagłówek kanapy.
-Louis, dam ci te pieniądze.
Szatyn usiadł prosto, przez co na jego spodnie wylało się trochę gorącego napoju, jednak zignorował to. Otworzył szeroko oczy i wlepił swój zszkokowany wzrok w Harry’ego.
-C-co?
-Dam ci dwadzieścia tysięcy funtów - powiedział stanowczo Harry.
-N-nie możesz.
-Louis, wysłuchaj mnie. Mam te pieniądze, a ty ich potrzebujesz. Zaufaj mi, proszę - powiedział Styles, i wziął w ręce jego małe dłonie.
-Harry, wiem że ich potrzebuję. Ale nie mogę ich od ciebie przyjąć. To duża kwota. Ja po prostu wezmę kredyt, zrezygnuję ze studiów. Jakoś dam sobie radę. Muszę, dla Lottie.
-Louis, musisz je wziąć dla Lottie. Jeśli nie chcesz ich wziąć, możesz kiedyś mi je oddać. Kiedy wszystko będzie już w porządku. Ale teraz musisz je wziąć. A teraz proszę, podaj mi numer konta swój, lub swojej mamy.
Tomlinson wyciągnął z wahaniem mały kartonik z portfela, gdzie znajdowały się wszystkie jego potrzebne numery.
Dziesięć minut później ściskał Harry’ego i płakał w jego ramionach, dziękując za uratowanie jego małej siostrzyczki. Chociaż nikt naprawdę nie wiedział, czy ta operacja coś zmieni.
Potem po prostu, zmęczony dniem zasnął w jego ramionach. Styles wstał, przykrył go kocem i wyszedł na balkon. Z parapetu wziął paczkę papierosów, i odpalił jednego z nich. Wetknął go między blade wargi, a drugą ręką odebrał połączenie przychodzące.
-Cześć mamo - powiedział cicho, i zaciągnął się dymem nikotynowym. Dawno nie palił.

Tomlinsona obudził dźwięk wody dochodzącej z łazienki. Otworzył zaspane oczy i podniósł się gwałtownie. Nie był w swoim mieszkaniu. Był w mieszkaniu Harry’ego, który brał teraz prysznic. Louis rozejrzał się po dużym salonie. Zza rolet dochodziły pojedyńcze strumienie światła, rozświetlając ciemne mieszkanie. Wstał ze skórzanej kanapy, i poskłdał nakrycie, które zsunęło się na panele. Potem wszedł na korytarz i rozejrzał się dookoła. Wtedy z łazienki wyszedł półnagi chłopak, z mokrymi włosami i wodą spływającą jeszcze po jego ciele.
-Hej - odezwał się Louis, patrząc w podłogę żeby nie wpatrywać się w brzuch Stylesa, na którym delikatnie zarysowane były mięśnie.
-Dzień dobry. Śniadanie jest już gotowe. Teraz możesz wziąć prysznic, zostawiłem ci w łazience czyste ubrania. O której zaczynasz zajęcia?
-O dziesiątej.
-To tak jak ja. Możemy pojechać razem.
Louis kiwnął głową, i otworzył buzię jakby chciał coś powiedzieć.
-Wszystko w porządku?
-Dziękuję ci, Harry.
-Nie ma za co. I do twojej informacji, już dzwoniłem do Liama. Niczym się nie przejmuj - powiedział Harry i obdarzył go uśmiechem, od którego Louisowi robiło się słabo. Wyminął się więc ze studentem i wszedł do łazienki. Zamknął drzwi, i opadł się o ścianę.
Jasna cholera.

To za dużo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz