- Cześć… Ja… Bo… Chciałem się zapytać, czy… zaśpiewałbyś ze mną na tym konkursie?
Louis spojrzał na mulata zaskoczony. Czy on właśnie proponował mu duet? Jemu? Delikatnie zagryzł wargę, nie mając pojęcia, jakie uczucia wzbudziło to w Zaynie.
- Emmm…. Ja…
Zaczął cicho, w zasadzie gubiąc się trochę w swoich słowach i myślach, nie wiedząc czy się z godzić. Z jednej strony oznaczałoby to, że nie zaśpiewa sam. Jeśli pójdzie źle, oberwie się i jemu i Zaynowi. Ale z drugiej strony jeżeli pójdzie źle, on nie dostanie się do University of Art i będzie to jego klęska. Zmarszczył uroczo nosek i brwi, rozważając w myślach to, co zaproponował mu chłopak, zanim podejmie odpowiednią w jego mniemaniu decyzję.
- Co chciałbyś zaśpiewać?
Zapytał w końcu, uznając że wybór piosenki jest równie kluczową sprawą co sam występ. Zayn jedynie wzruszył ramionami, nie wiedząc do końca co ma mu odpowiedzieć. Lou uśmiechnął się niepewnie i poprawił na swoim miejscu, odrzucając fioletowo-żółtą grzywkę na bok.
- Ugh… Ja… Okej, możemy razem zaśpiewać. Tak myślę.
Powiedział cicho chłopak i uśmiechnął się niepewnie do mulata, który wyglądał jakby wygrał co najmniej pół miliona w totka. Louis nie wiedział co ma o tym myśleć, tak więc postanowił to zignorować.
- Świetnie! Więc może miałbyś czas po lekcjach na wybór piosenki? I może zdążylibyśmy ją przećwiczyć czy coś.
Zaproponował Zayn, uśmiechając się wesoło, na co Louis pokiwał niepewnie głową. W sumie miał po lekcjach iść do domu i porozmawiać z mamą o tym, co się teraz między nimi działo, ale dlaczego chociaż trochę nie mógł grać jej kartami? Czemu ona nie może przez chwilę poczuć tego, co on czuł przez ostatnie lata? Od kiedy rysowanie przestało być tylko dziecięcą zabawą, a zaczęło być prawdziwą pasją?
- Tak, nie ma sprawy. Po lekcjach na auli? Powinna być pusta.
Powiedział cicho, ale melodyjnie, na co Zayn usmiechnął się ponownie, podnosząc na wyprostowane nogi.
- Tak, oczywiście. Po lekcjach na auli. To… Do zobaczenia, Louis.
Tomlinson nie mógł oprzeć się wrażeniu, że było coś w sposobie, z jakim Malik wypowiadał jego imię, ale stwierdził, że ma po prostu paranoję i posłał mu jedynie ciepły uśmiech.
- Do zobaczenia, Zayn.
Mimowolnie uśmiechnął się, wkładając w brzmienie imienia chłopaka coś, czego jeszcze sam nigdy nie słyszał w swoim głosie i poniekąd go to przerażało, ale również było całkiem miłe. Odprowadził przeszczęśliwego z niewyjaśnionych przyczyn Malika wzrokiem, a gdy po kilku sekundach rozbrzmiał dzwonek na lekcje, sam powoli podniósł się z trawy. Otrzepał spodnie z jej końców i zarzucając torbę na ramię powoli ruszył do budynku szkoły. Nie rozglądał się dookoła, w końcu wszyscy uczniowkie śpiesznie czy nie, kierowali się w stronę głównego wejścia by dostać się do swoich klas i na kolejne kilka godzin zapomnieć o świeżym powietrzu. Tak też było w przypadku Louis’ego, ale nie przeszkadzało mu to, w końcu miał teraz dwie godziny malarstwa. Wszedł do klasy i ignorując pozostałych uczniów zajął miejsce za swoją sztalugą.
- Dobrze, klaso. Uwaga, dzisiaj będziecie mieli pracę zaliczeniową przez dwie godziny. Mam nadzieję, że dacie radę.
Zaczęła profesorka, na której Louis skupił swój wzrok, przysiadając na małym stołku przed ogromnym płutnem i obracając w palcach ołówek. Miał w sobie dziwne uczucie, coś jakby poczucie tego, że może zrobić wszystko. Nie stresował się tą pracą, dopóki… Dopóki nie usłyszał tematu.
- Namalujecie pracę o tematyce miłosnej. Macie na to dwie godziny lekcyjne. Miłej pracy!
Powiedziała na sam koniec i usiadła za swoim biurkiem. Louis pobladł, patrząc na puste płótno przez kolejne pięć minut. Miłość? Co on miał narysować? Miłość jako gorące uczucie, miłość braterską, rodzicielską? Może namaluje portret Harry’ego? W końcu kochał go jak brata. Nie, to zdecydowanie nie będzie dobre.
- Co się dzieje, Louis?
Zapytała profesorka, widząc pusty wzrok swojego najlepszego ucznia wpatrujący się w białe płótno. Nie było na nim ani jednej kreski, kiedy inni uczniowie bardziej lub mniej żwawo kreślili pierwsze szkice. Zdecydowanie ją to zaniepokoiło.
- Ummm… Bo ja… Nie wiem, co namalować.
Odparł nieco zażenowany tym wszystkim, ukrywając się pod kolorową grzywką.
- Ohh… Po prostu namaluj to, co kochasz. Na pewno będzie idealnie.
Poradziła mu kobieta i delikatnie klepiąc go po plecach, ruszyła dalej pomiędzy stoiskami pracy, aby nadzorować swoich podopiecznych. Louis śledził za nią chwilę wzrokiem. Coś co kocha. Czy on w ogóle kocha? Jasne, kocha mamę, kocha Harry’ego, kocha malarstwo… Ale czy to nadaje się na pracę na zakończenie? Nie, zdecydowanie nie. Westchnął cicho i potarł skronie złączonymi palcami wskazującym i środkowym. Zamknął przy tym oczy i… miał to. Po prostu widział to przed oczami. Wziął w smukłe palce odpowiedni ołówek i zaczął powoli kreślić wnętrze poddasza dziadków, na którym powstawały jego pierwsze obrazy. Moze nie były wtedy profesionalne, ale miał zaledwie dziesięć lat i dopiero odkrywał to, co zwykły ołówek oraz kartka mogą zdziałać. Kiedy już miał szkic wnętrza zaczął starannie i uważnie kreślić na środku sztalugę z płótnem. Zamknął na chwilę oczy przywołując swoją wizję, po czym ze skupieniem zaczął rysować złamaną różę. do krawędzi kartki miała ona rozsypane, poszarpane płatki, które wraz z rogiem płótna zmieniały się w czerwone krople farby. Zmieniały się one w piękne serce na starej, drewnianej podłodze, a na samym końcu narysował przewróconą i wyciśniętą tubkę farby. Ocenił krytycznie szkic i z lekkim uśmiechem na wargach zaczął wszystko poprawiać odpowiednimi rodzajami farby. Nauczycielka z uśmiechem spojrzała na tworzącą się pod jego dłonią pracę, pewna, że będzie to coś, czego jeszcze nigdy nie miała okazji widzieć. Kiedy po dwóch godzinach ogłosiła koniec i zabrała się za ocenianie, Louis siedział na stołku jak sparaliżowany, nie wiedząc, czego może się spodziewać. Kiedy malował, wydawało mu się, że jest dobrze, teraz nie był tego taki pewny.
- Louis Tomlinson…
Zaczęła, podnosząc wzrok znad swojego zeszytu i spojrzała na pracę. Mimo, że spodziewała się widzieć coś, co ją zaskoczy, nie spodziewała się takiego pomysłu. Rozejrzała się po pozostałych pracach, większość z nich przedstawiała miłość pomiędzy ludźmi, złączone dłonie, pocałunki, co odważniejsi postawili na akt, a Louis… A Louis zrozumiał przez to miłość do tego co robi i wiedziała, że jeszcze będzie o nim głośno w świecie malarskim.
- A. Świetna praca, Lou.
Powiedziała, stawiając stopień do zeszytu i ruszyła dalej. Chłopak uśmiechnął się delikatnie, czuł jakby kamień spadał mu z serca bo to oznaczało, że na świadectwie będzie widniała najwyższa nota. Teraz do zaliczenia została mu tylko muzyka i na prawdę musiał się temu poświęcić. Chciał mieć pewność, że przyjmą go na wymarzony uniwersytet. Schował swoje rzeczy do torby i obciągnął koszulkę w dół.
- Dobrze, klaso, możecie iść na przerwę.
Powiedziała kobieta i Lou jako pierwszy wyszedł z zaduszonego pomieszczenia, w którym opary farby przyprawiały go już o ból głowy. Podszedł do szafki i wyjął z niej małe opakowanie tabletek, wysypując dwie na dłoń i połykając bez popijania. Zamknął metalowe drzwi szafki i spojrzał na zegarek. Jeszcze angielski i ma próbę z Zaynem. Nie wiedział dlaczego, ale ta myśl wywołała na jego ustach cudowny uśmiech. Powoli ruszył do sali od języka, nie rozglądając się dookoła, a na jego ustach mimowolnie błądził delikatny uśmieszek. Zajął swoje miejsce na końcu sali, zerkając na boisko szkolne. Tak jak się spodziewał, mulat miał w tym czasie trening. Chwilę mimowolnie śledził wzrokiem umięśnionego chłopaka goniącego za piłką, kiedy dotarł do niego głos nauczyciela.
- Panie Tomlinson! Teraz jest lekcja, na przerwie może pan pooglądać cheerleaderki.
Skarciła go kobieta, na co zarumieniony mężczyzna odwrócił głowę i nieco osunął się na krześle, co spowodowało delikatny uśmiech na ustach Nialla, który od dłuższego czasu chciał już bliżej poznać Louis’ego, ale zawsze brakowało mu odwagi. Przez całą lekcję Louis wpatrywał się w zegar, zaskoczony tym, że tak bardzo nie może doczekać się dzwonka. Kiedy wreszcie ten rozbrzmiał na całą szkołę, jako pierwszy spakował swoje rzeczy i czym prędzej udał się na opustoszałą aulę. Nikogo jeszcze w niej nie było, a może już nikogo nie było - nie obchodziło go to, ważne, że był sam. Pchnięty dziwnym uczuciem, potrzebą, podszedł do białego pianina i usiadł przy nim, kładąc torbę koło swojej nogi. Rozprostował palce i przymierzył się kilka razy, zanim nie zaczął grać spokojnej melodii, zamykając oczy i dając się jej porwać.
Zayn zagryzł delikatnie wargę, kiedy Louis nie wiedział co ma mu odpowiedzieć. On też w zasadzie nie wiedziałby co ma odpowiedzieć, kiedy ktoś podszedłby do niego i zapytał o duey. Był przygotowany na odrzucenie. Kiedy ten zmarszczył słodko nosek, przywodząc mu na myśl małego kociaka lub szczeniaczka - o tak, zdecydowanie małego szczeniaczka! - usłyszał też jego charakterystyczny, delikatny głos. Nie był jednak w stanie wykrzesać z siebie najmniejszego dźwięku, mając przed sobą tak cudownie wyglądający swój obiekt westchnień. Palce świeżbiły go by nie przeczesać tej posklejanej farbą grzywki. Delikatnie wzruszył ramionami, zaciskając dłoń na kępce trawy, aby nie zrobić czegoś, co oboje uznają za nieodpowiednie i przez to szanse u Louis’ego zmaleją do zera. W sumie, już takie są. Kiedy jednak usłyszał jak niepewnie się zgadza, w jego serduszku mimowolnie zapaliła się iskierka, taka tyci iskierka nadziei, że może chociaż będą przyjaciółmi.
- Świetnie! Więc może miałbyś czas po lekcjach na wybór piosenki? I może zdążylibyśmy ją przećwiczyć czy coś...
Zaproponował szybko, jego zdolności mowy chyba nagle powróciły i chciał je jak najlepiej wykorzystać, jednak czas oczywiście jak zawsze mu w tym nie pomagał. Kiedy Lou zgodził się, proponując nawet miejsce - tak, dla Zayna było to wielką rzeczą, że Lou sam zaproponował miejsce spotkania - pokiwał energicznie głową, szczerząc się jakby ktoś własnie wręczył mu milion dolców i nowy motor.
- Tak, oczywiście. Po lekcjach na auli. To… Do zobaczenia, Louis.
Nie mógł się opanować, powstrzymać, aby nie włożyć w wymówienie jego imienia największej ilości ciepła, na jakie było go stać, chociaż to nie było trudne. Imię Louis’ego w jego ustach zawsze brzmiało jak kolęda na Boże Narodzenie lub śmiech dziecka. Podniósł się z kucek i posłał mu jeszcze szeroki, przyjazny uśmiech, kiedy usłyszał swoje imię w jego ustach. Według niego pasowało tam idealnie. Wszystko, co mówił Louis było idealne dla niego i nie miał zamiaru porzucać swojej ideologii. Radosnym krokiem ruszył w stronę czekającego na niego Liama. Już z daleka był pewny, że ten uśmiecha się rozbawiony, a kiedy tylko zbliży się do niego, usłyszy coś w stylu…
- A nie mówiłem?
Odezwał się Liam, na co Zayn parsknął cichym śmiechem.
- Zgodził się, Liaś! Ogarniasz to? Zgodził się ze mną zaśpiewać. Boże, zaśpiewam na konkursie z Louis’im Tomlinsonem.
Powiedział rozanielony chłopak, opadając na miejsce obok przyjaciela i uśmiechając się wciąż jak nienormalny.
- Kiedy się z nim spotykasz?
Zapytał zainteresowany tym Liam, patrząc na kolegę z uśmiechem na pełnych wargach. Mimowolnie jednak zerknął w bok, kiedy mijała ich Danielle, rozmawiajac o czymś z przyjaciółkami. Zawiesił czekoladowe oczy na falującej, wyjątkowo krótkiej spódniczce, a kiedy zniknęła, uważniej spojrzał na rozbawionego Zayna.
- Dzisiaj po lekcjach. Na szkolnej auli.
Powiedział wciąż podekscytowanym tonem, machając nogami jak małe dziecko, i Liam mógł przysiądz, że nigdy nie widział go bardziej szczęśliwego niż teraz.
- Czyli z naszej pizzy nici?
Zapytał niby smutny, a widząc jak Malik wraca na ziemię, westchnął. Mógł o tym nie wspominać, wiedział, że teraz Zayn będzie miał wyrzuty sumienia, że musi odwołać ich spotkanie.
- Przepraszam, Liam, zapomniałem… Ja… Znajdę Louis’ego i przełożę to na jutro, przepraszam.
Powiedział cicho i już chciał zeskoczyć z murka, kiedy poczuł na ramieniu uścisk przyjaciela.
- Nawet się nie waż, jasne? Jesteś szczęśliwy, to najważniejsze. Na pizzę możemy pójść kiedy indziej. Po zajęciach masz iść spotkać się z Louis’im i się dobrze bawić, zrozumiałeś mnie?
Spojrzał w kawowe oczy przyjaciela, kiedy ten pokiwał lekko głową. Uśmiechnął się i puścił go, widząc ponownie uśmiech w jego tęczówkach. Takiego Zayna lubił najbardziej, cieszącego się chociażby z małego spotkania. Po chwili ruszyli wspólnie do szatni, by przebrać się na trzygodzinne zajęcia sportowe. W zasadzie pierwszą godzinę przeznaczali na omówienie planów ataków, zagrywek i innych rzeczy związanych z teorią, a dwie ostatnie na trening praktyczny. Tak więc w strojach sportowych usiedli jak dzieci na boisku i spojrzeli na trenera, który kreśli coś zawzięcie na małej inicjacji boiska.
- Dobrze, plan jest taki. Lawson, kiedy Braien poda Ci piłkę, podajesz ją do Payne’a. Payne podaje do Malika, Malik ponownie do Lawsona i ten strzela. Ważne jest, aby któryś z was biegł tak, aby nie było wiadome do kogo ta piłka pójdzie. Pamiętajcie, że mamy mecz o puchar, nie możemy go stracić. Rozumiecie?
Zapytał mężczyzna, na co każdy pokiwał głową. Zayn wpatrywał się w postać trenera, słuchając uważnie każdej taktyki, jaką im tłumaczył, rozrysowywał i wykładał jak dzieciom w przedszkolu, aby jak najlepiej zrozumieli każde zagranie. Widać było, że mu zależy i Zayn za wszelką cenę nie chciał go zawieść. Przez trzy lata utrzymywali puchar w swojej szkole. Nie pozwolą, by teraz, na sam koniec ktoś im go odebrał. Podczas przerwy rozmawiali na błahe tematy, Liam uważnie obserwował tańczącą Danielle, a Zayn uśmiechał się pod nosem widząc błogie uczucie na twarzy Liama.
- Stary tylko wiesz… Już Ci staje.
Szepnął mu na ucho, a widząc jak ten spogląda kątem oka na swoje niewielkie, ale jednak, wybrzuszenie w spodniach i siada tak, by nikt tego nie zauważył parsknął cichym śmiechem.
- Tak, Malik, boki zrywać, na prawdę.
Jęknął cicho Payne i przymknął oczy, biorąc głębszy wdech, skupiając się na tym , by napięcie w bokserkach zelżało. Równo z dzwonkiem pojawił się trener więc rozpoczęli grę. Zayn wiedział, że Louis właśnie zaczyna drugą godzinę malarstwa i zastanawiał się, co własnie tworzy jego partner. Tak, to była wspaniała myśl, móc nazywać go swoim partnerem.
- Malik, na litość boską! Skup się na piłce!
Z rozmarzenia wyrwał go głos trenera.
- Przepraszam!
Odkrzyknął nieco zawstydzony i postarał się nie myśleć już o niczym innym jak o chłopakach na boisku oraz okrągłej piłce, toczącej się po betonie, kopanej przez ich stopy. Mimowolnie jednak zerkał na okna, gdzie była sala artystyczna, w której właśnie przebywał jego obiekt westchnień. Na drugiej godzinie zmienił obiekt zerknień na salę od angielskiego, gdzie przez szybkę widział postać Louis’ego, który chyba wyjątkowo się nudził. Oczywiście, nie mogłoby to skończyć się dobrze. Nie zauważył butelki, na której się poślizgnął i w konsekwencji zarył policzkiem oraz brwią po betonie. Jęknął, podnosząc się, a zaraz po tym podbiegł do niego Liam z zaniepokojoną miną. Trener gwizdnął i spojrzał na Mulata, który chował pół twarzy w dłoni.
- Ohhh Payne, zaprowadź go do pielęgniarki. A reszta gra dalej.
Gwizdnął ponownie, kiedy Zayn z Liamem zniknęli z boiska.
- Ja rozumiem, że się zakochałeś, ale patrzyłbyś gdzie biegasz.
Zganił go po drodze blondyn, zanim doszli do gabinetu kobiety. Zayn tylko jęknął w odpowiedzi i wszedł przez białe drzwi. Pielęgniarka od razu oczyściła ranę na łuku brwiowym, policzku i brodzie, zaklejając pierwsze gazikiem, a drugie smarując maścią i okrejając plastrami. Kiedy wyszli akurat zabrzmiał dzwonek oznajmiający im, że zajęcia dobiegły końca. Przeszli do szatni, Zayn zdjął z siebie koszulkę i wrzucił ją do torby. To samo zrobił ze spodniami i ruszył pod prysznic, gdzie pozbył się bokserek. Już od dawna prysznic z kolegami z drużyny go nie krępował. Umył się szybko i wyszedł przepasany białym ręcznikiem. Ubrał w na prawdę ekspresowym tempie bokserki, jeansy i szarą koszulkę, po czym zarzucił na ramię swoją torbę.
- Na razie, chłopcy!
Pożegnał się z wszystkimi, wychodząc z szatni i kierując szybko na aulę. Coś jednak zatrzymało go przy drzwiach. uchylił je cicho i spojrzał na Louis’ego, siedzącego przy pianinie, a spod jego palców wypływała najpiękniejsza melodia jaką kiedykolwiek słyszał. Sam Louis wyglądał, jakby właśnie zszedł z nieba, a Bóg oświetlał jego postać majowymi promieniami słońca. Wyglądał jak anioł - tylko to przychodziło mu na myśl. Jego własny, angielski anioł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz