czwartek, 12 grudnia 2013

304

12 lipca 2011, wtorek

Pierwsze spotkanie.

Liam zbiegł po schodach dwupiętrowego mieszkania, które znajdowało się przy King Henry’s Road. Jak burza przemknął przez kuchnię, gdzie z talerza porwał kilka tostów. Z powrotem wypadł na korytarz, założył trampki i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Przeskakując co drugi stopień, zeskoczył na chodnik i ruszył w stronę najbliższego przystanku, zajadając tosty. W międzyczasie zarzucił torbę na ramię.

Nie czekał długo na miejski środek lokomocji jakim był autobus. Zdążył w międzyczasie zjeść swoje „śniadanie”. O ile kilka grzanek można tak nazwać.

Wsiadł do czerwonego pojazdu, kupił bilet u kierowcy i po niedużych spiralnych schodkach wszedł na górę. Rozsiadł się na jednej z drewnianych ławek, zarzucił ręce do tyłu i odchylił głowę. Przymknął oczy, a delikatny letni wiatr, muskał jego policzki. Od czasu do czasu podrywał również włosy, których końcówki pamiętały czasy, gdy był blondynem. Skręcały się również lekko do góry.

Odetchnął głęboko i poczuł charakterystyczny zapach Londynu. Ciężkie powietrze przepełnione spalinami oraz ołowiem, które raczej źle wpływało na zdrowie londyńczyków. Do tego potęgowało to wszystko słońce, które od samego rana przygrzewało mocno. Jednak przywykł już do tego. Mieszkał tu od siódmego roku życia i po prostu na pewne rzeczy przestał zwracać uwagę.

Wysiadł na Kensington Road. Poprawił swoją koszulę z krótkim rękawkiem i przeszedł na drugą stronę. Przekroczył bramę i wolnym krokiem skierował się przez Hyde Park do swojej ulubionej ławeczki, gdzie lubił pisać.

To była jego pasja – pisanie. Mama zawsze mu powtarzała, że tworzył krótkie opowiadania odkąd nauczył się składać literki w słowa, a słowa w zdania. Na początku nie traktował tego poważnie. I pisał od tak sobie. Potem odkrył, iż to dobry sposób na wyładowanie emocji. Zarówno tych złych, jak i dobrych. W ciągu ostatnich pięciu, lat odkrył, iż pisanie przestało być jego pasją, hobby, a stało się sposobem na życie. Nie widział niczego poza czystą kartką przed sobą i długopisem w ręce. Skrobał swoje małe dzieła nie tylko kiedy miał dobry czy zły humor. Coraz częściej sięga po długopis i kartkę gdy coś ciekawego pojawiło się w jego głowie. Pokój zawalony miał zeszytami i najróżniejszymi karteluszkami. Na lekcjach zamiast skupiać się na tym co mówi nauczycielka, zwykle na końcu zeszytu spisywał jakieś zdania, fragmenty, czy po prostu to co wpadło mu do głowy. Zwyczajnie nie potrafił wytrzymać bez pisania.

Były wakacje. Ciepły i bardzo upalny lipiec. Liam codziennie przyjeżdżał do Hyde Parku by potworzyć. Upatrzył sobie jedną z ławek nad jeziorem, w cichszych zakątków parku. Nie lubił gdy mu się przeszkadzało, dlatego wolał wyjść z domu, niż chodzić zdenerwowanym cały dzień, bo ktoś znów wybił go z rytmu i przerwał w najlepszym momencie.

Skręcił we właściwą alejkę i przyśpieszył kroku. Już z daleka dostrzegł, iż ktoś rozsiadł się na jego „ławce do pisania”. Przystanął na moment, zastanawiając się co zrobić. Nie mógł przecież podejść do tego Ktosia i powiedzieć: „Ej, to moja ławka, więc idź znajdź sobie inną”. To było miejsce publiczne i każdy mógł zając sobie jakąkolwiek ławkę. On jednak na innej też nie miał zamiaru usiąść. Tak więc postanowił zająć swoją, ignorując intruza.

Podszedł i nie patrząc na osobę obok, rozsiadł się na skraju, wyciągnął zeszyt oraz długopis i spojrzał na jezioro. Przygryzł dolną wagę, po czym kątem oka spojrzał na intruza. Okazał się nim być młody chłopak, na oko starszy do niego o rok, może dwa lata. Kasztanowe włosy sterczały mu we wszystkie strony. Na twarzy, której rysy były delikatne, gościł uśmiech. Oczy miał przymknięte, gdyż wystawił buzię do słońca.

Liam przyłożył długopis do czystej kartki i zaczął pisać. Nie mając ciekawszego obiektu, ani pomysłu, skupił się na chłopaku.

- Co robisz? – dotarł do niego delikatny, męski głos. Zastygł z długopisem w powietrzu, a wargi zacisnął w wąską linię.

- Piszę – odpowiedział półgębkiem do intruza i spróbował wrócić do wątku.

- A co? – dopytywał się chłopak.

- A coś? – warknął, spoglądając wprost w zielono-niebieskie oczy szatyna, które go oczarowały. – Nic ci do tego. I mógłbyś nie przeszkadzać? Nie dość, że siedzisz na mojej ławce, to jeszcze wybijasz z wątku.

- Przepraszam – uniósł ręce w geście obronnym. – Nie chciałem. Już sobie idę.

Chłopak podniósł się, poprawiając swoją pasiastą koszulę. Posłał Liamowi uśmiech i oddalił się. Payne odprowadził go wzrokiem dopóki te nie zniknął mu z pola widzenia i wrócił do pisania.

2

16 lipca 2011, sobota

Długopis.

Jak zwykle siedział na swojej ławce z zeszytem otwartym na kolanach i bawił się długopisem. Zmarszczył brwi, próbując wskrzesić w sobie choć odrobinę weny twórczej, ale nie szło mu to za dobrze. Z bezsilności warknął. Zamachnął się, zeszyt wraz z torbą zsunęły się z jego kolan, a długopis, który trzymał w ręce, przeleciał kilka metrów i wylądował w jeziorze.

- Oh. Widzę, że na dziś koniec pisania – usłyszał za sobą. Spojrzał przez ramię, a jego jasnobrązowe oczy spoczęły na szatynie. Tym samym wścibskim osobniku, który kilka dni temu zajął jego ławkę i wtrącił mu się kiedy był w trakcie tworzenia. A nie przerywa się Liamowi, kiedy ten pisze. To niedopuszczalne i powinno być wręcz karalne.

- Grrrr… - warknął Liam i splótł ręce na piersiach, uparcie wpatrując się w taflę jeziora. Kątem oka zarejestrował jakiś ruch i dostrzegł, jak szatyn podnosi jego torbę oraz zeszyt. Szybko wyrwał mu rzeczy, nie chcąc by coś przeczytał. Nie lubił gdy ludzie czytali jego zapiski, spostrzeżenia i pomysły. To były niedopracowane gryzmoły, które zazwyczaj odbiegały od oryginału.

- Zły kiedy pisze, zły kiedy nie pisze – odezwał się szatyn. – Kiedy można cię spotkać w dobrym humorze?

- Kiedy nie piszę, ale wiem, że mam wenę – burknął, układając swoje rzeczy na kolanach.

- Ah. Więc dopadła cię zmora wszystkich artystów – przytaknął w geście, iż doskonale rozumie ból chłopaka. – Brak weny. Złość jak najbardziej na miejscu. A za pierwszym razem też cię dopadła?

- Nie. Za pierwszym razem przerwałeś mi w połowie wątku – wyjaśnił choć sam nie wiedział dlaczego. – Nie lubię kiedy mi ktoś przerywa w pisaniu.

- Ah. W takim razie przepraszam – odpowiedział szatyn i wyciągnął nogi przed siebie. Chwilę nucił coś pod nosem, po czum zwrócił się do niego.

- A tak z innej beczki – zaczął intruz. – To Louis Tomlinson jestem.

- Liam Payne – mruknął, zerkając na niego kątem oka. Dostrzegł wyciągniętą w jego stronę dłoń chłopaka. Chwilę zastanawiał się czy ją uścisnąć, czy może ją zignorować. Uznał jednak, iż było by to zbyt niegrzeczne, nawet jak na niego. Tak więc wyciągnął swoją i uścisnął rękę szatyna. Szybko jednak cofnął swoją i odwrócił głowę.

- Zawsze taki jesteś? – zapytał Louis.

- Chyba tak – odpowiedział Liam. – A co ci do tego?

- Nic – szatyn wzruszył ramionami. – Zawsze można cię tu spotkać?

- To moje ulubione miejsce do pisania. Codziennie tu przychodzę – przyznał się, po czym dodał ze złością. – No ale co ci do tego.

Odwrócił głowę w stronę intruza chcąc go spiorunować spojrzeniem. Jednak jego orzechowe tęczówki spoczęły na żółtym długopisie z niebieską zatyczką. Uniósł brwi lekko zaskoczony.

- Tobie bardziej się przyda – wyjaśnił zielonooki z uśmiechem i wyciągnął przedmiot w stronę chłopaka. Ten go wziął lekko zaskoczony.

Louis wstał z ławki, okrążył ją i ułożył ręce na drewnianym oparciu. Nachylił się i spojrzał w oczy Liama.

- A poza tym chce mieć pretekst do kolejnego spotkania z tobą, Panie Pisarzu – puścił mu oczko, odepchnął się i odszedł w swoją stronę. Liam odprowadził go swoimi brązowymi oczętami, po czym spojrzał na żółty długopis. Obrócił go parę razy w palcach, otworzył zeszyt i zaczął kreślić w nim kolejne słowa długopisem szatyna.

3

21 lipca 2011, czwartek

Costa Caffee.

Liam pchnął szklane drzwi Costa Coffee i wraz z Louisem weszli do środka. Od razu uderzył w nich zapach mocnej, parzonej kawy i słodki zapach ciasta. Payne oblizał usta. Uwielbiał słodkości. Wbrew pozorom był ogromnym łakomczuchem.

Złożyli zamówienia, poinformowali kelnera, że zajmą jeden ze stolików na ogródku i wyszli przed lokal. Usiedli pod markizą, a ciepły wiatr zmierzwił ich włosy.

- Więc co właściwie robisz w Londynie? – zapytał Liam swojego nowego kolegi. Od tamtej soboty, Louis codziennie przychodzi na ławeczkę w Hyde Parku. Po prostu przysiadywał się, czekał aż skończy pisać, po czym rozmawiali chwilę. Payne doszedł do wniosku, iż szatyn jest całkiem miłym chłopakiem i przyjemnie mu się rozmawiało.

- Odwiedzam rodzinę, zwiedzam, podróżuję, jak wolisz – rzucił, a kelner przyniósł im ich zamówienie. – A tak na poważnie. Planuję zrobić sobie małe tournee po Europie. Zwiedzić najciekawsze miejsca. Postanowiłem zacząć od Londynu. A przy okazji odwiedzam ciotkę.

- A jak długo zostaniesz w stolicy? – dopytywał się Liam, patrząc na niego znad filiżanki kawy.

- Prawdopodobnie do końca połowy sierpnia. – Lou wzruszył ramionami. – Moja wycieczka po Europie nie jest jeszcze dopracowana.

- Wolny jak ptak? – bardziej stwierdził niż zapytał, obracając filiżankę na spodku.

- Można tak to ująć – przyznał, z uśmiechem. – A ty, Panie Pisarzu, nie myślałeś o podróżach?

- Niah… Jakoś nie ciągnie mnie – przyznał brunet. – Wystarczy mi, że mam mój zeszyt i długopis.

Posłał szatynowi uśmiech, który on odwzajemnił. Tomlinson upił łyk, odstawił filiżankę i odrzucając jedną rękę za oparcie krzesełka, wygodnie usadowił się nim.

- W podróży też możesz mieć swój długopis i zeszyt – przyznał. – A poza tym. One ponoć rozwijają. Mógłbyś poszerzyć horyzonty, zobaczyć nowe miejsca. Nie uważasz?

- Ja swoje podróże odbywam w zaciszu pokoju – wyznał Li. – Ewentualnie na ławce w parku. Zależy od pory roku.

- Twardo stąpasz po ziemi, nie ma co – stwierdził Louis. – A pokażesz mi kiedyś swój zeszyt z zapiskami i gryzmołami.

- Nigdy w życiu – oburzył się brunet. – Prędzej umrę niż komukolwiek to pokarzę.

Szatyn zaśmiał się słysząc nutę stanowczości w głosie swojego nowego znajomego. Po chwili jednak opanował się i dodał z lekkim uśmiechem na twarzy.

- Ale wiesz. Jeśli chcesz zostać wielkim pisarzem, jak Szekspir, King, czy Rowling, pewnego dnia będziesz musiał pokazać te zeszyty swojemu edytorowi.

- Tak, wiem – przyznał Liam i upił kolejny łyk kawy. – Jednak za nim do tego dojdzie, przypuszczam, że minie sporo czasu.

4

29 lipca 2011, piątek

Kartka z pomysłem.

Liam wyjrzał przez okno w ręku ściskając kubek z gorącą herbatą. Wstał godzinę temu i jak zwykle zastał pusty dom. Matka oczywiście wyszła do pracy, a starsza siostra dwa dni temu wyjechała na wycieczkę ze znajomymi z roku. Westchnął i spojrzał w kubek, gdzie w powierzchni herbaty odbiła się jego twarz.

Był niezadowolony. Pogoda w Londynie postanowiła się załamać i w nocy, jak z cebra, luną deszcz. A ciężkie, granatowe chmury mówiły same za siebie. Nie prędko miało przestać padać. Nie odpowiadało mu to. Myślał, że dziś znów spotka się z Louisem. Jak zwykle, na ławce w parku. On skończy pisać, pogadają chwilę, a potem gdzieś się wybiorą. Jednak pogoda pokrzyżowała jego plany i nie bardzo wiedział co ze sobą począć. Nie to, żeby nie lubił siedzieć w domu. Wręcz przeciwnie. On jednak chciał wyjść. A powodem tego był Tomlinson. Chciał się jeszcze z nim spotkać, za nim ten wyruszy w swoją wycieczkę po Europie. Polubił go, musiał się przyznać sam przed sobą.

- Dlatego nie posiadam czegoś takiego, jak przyjaciele – mruknął sam do siebie pod nosem. – Poznajesz kogoś naprawdę fajnego, a tu okazuje się, że z czasem znika.

Westchnął, dopił herbatę i powłócząc nogami wspiął się na piętro. Otworzył drzwi do swojego pokoju i stanął na progu, rozglądając się uważnie dookoła. Jak zawsze panował tu nieskazitelny porządek. Lubił mieć wszystko pokładane. Wtedy zawsze łatwiej mógł się odnaleźć w swoich bazgrołach i stosach kartek. A poza tym, w czystym pokoju lepiej mu się pracowało.

Podszedł do szafy i otworzył jej skrzydłowe drzwi. Na dnie spoczywały trzy duże kartony, które wyciągnął i ułożył na dywanie. Włączył radio i usiadł przed kartonami po turecku. Otworzył pierwsze z nich i zaczął przeglądać stare zeszyty i pożółkłe kartki, gdzie spisane były przeróżne pomysły, dialogi, opisy postaci, miejsc, ciekawszych akcji, które kiedykolwiek pojawiły się w jego głowie.

Mijała kolejna godzina. Wokół niego walały się stare zeszyty i kartki. On grzebał już w drugim kartonie. Rozłożony na podłodze, z kilkoma większymi notatnikami pod głową oraz zwiniętą bluzą i czytał milionową, w jego mniemaniu, kartkę. Po przeleceniu wzrokiem po tekście i stwierdzeniu, iż to nie warte jego uwagi, odrzucił ją na bok. Westchnął ciężko i zaczął czytać kolejną.

Wyprostował się nagle i jeszcze raz przeczytał pobieżnie napisany na kartce A4 pomysł. Podobał mu się. Nie umiał sobie przypomnieć, kiedy wpadło mu to do głowy, ale zaznaczył sobie na marginesie, iż to dobre na opowiadanie. Książę, który posiada moc panowania nad smokami i zły baron, który chce przejąć tron.

- A jak by tak rozbudować postać tego Jamesa* – powiedział sam do siebie. – I dodać jeszcze jedną postać żeńską. Na przykład wojowniczkę.

Podniósł się z podłogi, usiadł przy biurku i chwycił pierwszą lepszą rzecz, jaka pisała. Zaczął odnotowywać spostrzeżenia i dodatki, na marginesach, pod tekstem, lub z drugiej strony, gdy na pierwszej zabrakło mu miejsca. Po jakimś czasie cała kartka była zielona od długopisu w tym kolorze.

Rozsiadł się wygodnie na krześle, otworzył laptop i zaczął pisać pierwsze zdania. Po kilku godzinach, dotarło do niego, iż ktoś otwiera drzwi pokoju. Zapewne jego matka. Jednak widząc go pogrążonego w pisaniu, wolała mu nie przerywać. Chodził by zły do końca dnia.

5

2 sierpnia 2011, wtorek

Pocałunek.

Pogoda znów dziś się popsuła. Rano kiedy wychodził do Hyde Parku, nie spodobały mu się te szare chmury kłębiące się nad miastem. Wyszedł jednak jak zawsze i udał się na swoją ulubioną ławkę. Usiadł i zaczął pisać ciąg dalszy tego pomysłu, który znalazł wśród sterty. Roboczo nazwał go Prince of Dragons. Po jakimś czasie dosiadł się do niego Louis. Uśmiechnął się pod nosem, jednak nie przerwał pisania, dopóki nie odnotował tego co siedziało w jego głowie. Dopiero gdy zamknął notatnik, szatyn zapytał czy gdzieś się nie przejdą. Ruszyli więc w stronę King Henry’s Road. Liam miał ochotę zaprosić Lou do siebie na kawę i ciasto, które wczoraj upiekła jego mama. W połowie drogi zastał ich deszcz i koniec, końców, i tak wylądowali u niego.

Ukroił kilka kawałków ciasta i odgarniając mokrą grzywkę, wspiął się po schodach na piętro, gdzie w jego pokoju czekał Louis. Wszedł do środka i zobaczył szatyna pochylającego się nad otwartym zeszytem, gdzie spisał wczoraj wieczorem rozdział, bo nie było prądu w całej dzielnicy.

- Hej! – zawołał, odkładając talerz z ciastem na pobliską komodę. Lou spojrzał przez ramię i gdy dostrzegł niezadowoloną minę Liama, porwał zeszyt z biurka.

- Oddawaj! – zakrzyknął Payne, podbiegając do niego. – Pozwolił ci ktoś czytać?

- Sam sobie pozwoliłem – odpowiedział rozbawiony, wyciągając rękę z zeszytem do góry, tak by ten nie mógł sięgnąć. Chłopak stanął przed nim i sięgnął ręką do zeszytu.

- Oddawaj – zawołał, stając na palcach.

- Ale to fajne – odezwał się szatyn. – Jeszcze nie skończyłem.

- Oddaj – wycedził przez zęby Liam i podskoczył po zeszyt. Wylądował jednak na stopie Louisa, który zachwiał się i obaj runęli na łóżko. Payne podniósł głowę i spojrzał na zeszyt. Wyciągnął rękę, chcąc sięgnąć go palcami, ale Louis odepchnął go i spadł na podłogę.

- Grrrr… - warknął i spojrzał wprost w roziskrzone oczy Tomlinsona, które wręcz go zahipnotyzowały. W tym świetle były tak ciemne, jak granatowe, burzowe niebo. A te iskry w nich tańczące niczym piorunu, trafiające prosto w niego. Nawet nie spostrzegł, kiedy chłopak objął go swoim ciepłym ramieniem.

- Czemu tak mi się przyglądasz? – szepnął szatyn, wzrokiem błądząc po twarzy bruneta i zatrzymując się na jego ustach.

- Tak… - zaczął Liam i nieznacznie się przybliżył. - …Po prostu.

W następnej chwili ich usta się spotkały. Było to delikatne muśnięcie, niczym trzepot skrzydeł motyla. A potem było następne i jeszcze jedno. Każde kolejne odważniejsze i pewniejsze.

Louis mocno zacisnął dłonie na talii bruneta i przekręcił się. Teraz to on zagórował nad nim, a Payne mocno oplótł ręce wokół szyi, przyciągając go tym samym do kolejnego pocałunku.

Tomlinson postanowił zaprzestać zabaw i porządnie wpił się usta Liama. Ten zacisnął dłonie na jego bluzce i oddał się temu dziwnemu, ale jakże przyjemnemu doznaniu. Lou złożył dłoń na policzku bruneta i na moment oderwał się od jego ust. Kciukiem, delikatnie i niezwykle zmysłowo, przejechał po dolnej wardze chłopaka. Uśmiechnął się zawadiacko, widząc jego reakcję. Liam lekko odchylił głowę, przymykając oczy i rozchylając usta.

Louis z powrotem nachylił się do Payne’a i bez większych ogródek wtargnął swoim językiem do jego jamy. Brunet westchnął w jego usta, mocniej zaciskając swoje ręce wokół szyi Tomlinsona i oplatając go nogami w pasie, gdy otarł się o jego policzek, chcąc spenetrować każdy zakamarek. Szatyn natomiast wplótł prawą dłoń w kręcone włosy chłopaka, a lewą mocniej objął go w talii, chcąc poczuć ciepło jego ciała bliżej swojego.

Tkwili w tym stanie dość długo i oddawali się temu z coraz większą pasją. Zatracali się i z każdą minutą odczuwali to coraz bardziej intensywnie. Potrwało by to znacznie dłużej i być może zabrnęli by dalej, gdyby nie trzaśniecie drzwi na dole i głos matki Liama oznajmiający, iż wróciła do domu.

Louis jak oparzony odsunął się od zarumienionego i nieco zdezorientowanego bruneta, oddychając ciężko i pragnąc wydostać się z tego mieszkania. To był zły pomysł, przychodzić tutaj.

6

11 sierpnia 2011, czwartek

Ławeczka w Hyde Parku.

Do Anglii znów wtargnął upalny front, a nad Londynem ponownie świeciło słońce. Liam jak co rano przyjechał do Hyde Parku i zajął miejsce na swojej ławce. Jednak od kilku dni praktycznie nic tu nie napisał. Raczej przychodził z nadzieją, iż może spotka tu Louisa, z którym nie widział się od tamtego wtorku, gdy się pocałowali. Odniósł wrażenie, że szatyn go unika. Nie miał nawet do niego numeru, by się z nim skontaktować. A chciał porozmawiać o tym co się stało.

Wtedy gdy Lou go całował, czuł się tak… Inaczej. Ale nie było to złe uczucie. Wręcz przeciwnie. Nawet mu się spodobało. Jednak ciężko mu było określić siebie nawet po tej tygodniowej rozłące z nim. Przecież po paru dniach, nawet intensywny rozważań, nie można stwierdzić czy jest się bi, homo, a może hetero.

- Tak jak myślałem – usłyszał za sobą znajomy głos. Spojrzał przez ramię, a jego orzechowe oczy spoczęły na sylwetce Louisa. – Wiedziałem, że tu będziesz.

- Więc czemu nie przyszedłeś wcześniej? – zapytał.

- Bałem się – przyznał szatyn, opierając się o pień drzewa i wciskając ręce w kieszenie spodni.

- Czego? – dopytywał się Li.

- Ciebie – odpowiedział z lekkim uśmiechem, co zdecydowanie zbiło go z tropu. – Twojej reakcji na to co zaszło między nami tamtego dnia.

- Chciałem z tobą o tym porozmawiać – przyznał brunet, ale nim zdążył wypowiedzieć kolejne zdanie, Louis wpadł mu w słowo.

- Tu nie ma o czym rozmawiać – zaczął szatyn. – Wyjeżdżam w poniedziałek o 10 do Cardiff. Tam zaczynam moją wycieczkę po Europie. Potem Manchester, Liverpool i Irlandia. Stamtąd lecę do Norwegii. Tutaj raczej już nie wrócę, co za tym idzie, nie spotkamy się więcej. Zapomnij o tym co się wydarzyło w twojej sypialni. To tylko będzie ci zaprzątać głowę. A masz ważniejsze rzeczy do roboty.

Liam odwrócił wzrok i zaczął rysować palcem kółka na drewnianej desce. Może Lou ma rację i powinien sobie darować.

- Co masz na myśli, mówiąc, że mam ważniejsze rzeczy do roboty? – zapytał po chwili ciszy.

- Musisz skończyć swoją książkę – odpowiedział, a Payne podniósł na niego zaskoczone spojrzenie. Tomlinson posłał mu uśmiech. – Przeczytałem trochę rozdziału z twojego zeszytu. To było naprawdę świetne. Nad tym widniała notka: rozdział do książki. Musisz ją skończyć.

Liam uśmiechnął się na jego słowa. Był on pierwszą osobą, która uwierzyła w to, iż naprawdę może zostać wielkim pisarzem. Jego siostra prychała na to i rzucała jakieś uwagi. Co do matki. Wierzyła w niego, ale wiedziała, że nie jest łatwo w życiu i cały czas powtarzała, iż powinien znaleźć sobie inne zajęcie. Albo choć wybrać się na studia.

- Dzięki – posłał mu uśmiech. – A w poniedziałek… Wyjeżdżasz z King’s Cross?

Louis spojrzał na niego przymrużonymi oczyma, chcąc wyczytać po co potrzebna mu ta informacja. Nie widząc niczego niepokojącego w wyrazie twarzy bruneta, przytaknął.

7

15 sierpnia 2011, poniedziałek

Pożegnanie.

Wysiadł z autobusu i przebiegł na drugą stronę. Wszedł na duży, zatłoczony plac, przed stacją King’s Cross. Przeczesał palcami grzywkę i obrzucając budynek przelotnym spojrzeniem, wszedł do jego chłodnego wnętrza.

- Przepraszam? – zwrócił się grzecznie do jednego z pracowników stacji. – Z którego peronu odjeżdża pociąg do Cardiff?

- Peron trzeci, chłopcze – mężczyzna wskazał, by skierował się na prawo.

- Dziękuję – posłał mu w odpowiedzi uśmiech i ruszył we wskazanym kierunku, uważnie przyglądając się cyfrom na plakietkach umocowanych przy filarach. W końcu odnalazł właściwy peron, na który właśnie wtoczył się pociąg, zapewne zmierzający do Cardiff.

Liam stanął na palcach chcąc wypatrzeć w tłumie rozczochraną czuprynę, kasztanowych włosów. Przygryzając dolną wargę dostrzegł Louisa w połowie peronu, jak żegna się z jakąś kobietą o marchewkowych włosach.. Na twarz wkradł mu się delikatny uśmiech i ruszył szybkim krokiem w stronę przyjaciela, lawirując między ludźmi. Dostrzegł ponad głowami jak wsiada do jednego z wagonów i przyspieszył.

- LOUIS! – krzyknął, za znikającym w wagonie chłopakiem. Jednak gdy usłyszał swoje imię wychylił się na peron.

Liam podbiegł i stanął na wprost szatyna.

- Zdążyłem – wydyszał, chwytając się za bok. Moment potem posłał mu promienny uśmiech, który Lou mimowolnie odwzajemnił.

- Co tu robisz? – zapytał Tomlinson lekko zaskoczony, schodząc na ostatni stopień.

- Przyszedłem się z tobą pożegnać – odpowiedział brunet i sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął spory plik zbindowanych kartek. Szatyn wziął je w dłoń i zlustrował uważnie okładkę.

- To dla ciebie – ciągnął dalej. – Prolog i pierwsze trzy rozdziały. Tyle zdążyłem napisać. Mogą być błędy, ale to dlatego, że chcia…

Przerwał w połowie zdania, gdyż Louis wyskoczył na peron i przyciągnął go do uścisku. W pierwszej chwili był zaskoczony, moment potem odwzajemnił jego gest i ukrył twarz w zagłębieniu szyi.

- Wierzę, że ci się uda – Tomlinson szepnął mu na ucho i odsunął się na odległość wyciągniętych ramion. – Wróżę ci świetlaną przyszłość. Pierwsze miejsce na liście bestsellerów.

Wplótł palce w jego kręcone włosy i potargał mu je.

- Wierzę w ciebie, Liam – dodał z ciepłym uśmiechem i czułością w głosie. W oczach Payne’a zebrały się łzy szczęścia.

- Nie zawiodę cię – odpowiedział, lekko drżącym głosem. – Obiecuję.

Louis posłał mu kolejny uśmiech, a chwilę potem po peronie rozniósł się dźwięk gwizdka konduktora. Wskoczył szybko do wagonu, zamykając za sobą drzwi. Liam odsunął się od pociągu i wpatrywał w szybę jednego, z przedziałów, gdzie moment potem pojawiła się sylwetka Louisa.

Pociąg ruszczył. Powoli zaczął wytaczać się ze stacji. Tomlinson otworzył okno i spojrzał na peron gdzie stał brunet o orzechowych oczach wypełnionymi łzami. Wiedział, że zapamięta tę twarz do końca życia. Wiedział, że będzie za nim tęsknił. Ale byli tak różni i był świadom tego, iż to nie ma sensu.

- Dzięki za skrypt, Liam! – krzyknął jeszcze na pożegnanie, a chłopak mu odmachał, uśmiechając się przez łzy, które spłynęły po jego zarumienionych policzkach.

AKT II

IT’S TIME

1

22 listopada, 2011, wtorek

Czerwona skrzynka na listy.

Liam wziął głęboki wdech i przymknął na moment oczy. Przestąpił z nogi na nogę, po czym podniósł powieki i spuścił swoje orzechowe tęczówki na dużą, białą kopertę, którą wręcz zgniatał w skostniałych palcach. W środku była jego przyszłość. Ta świetlana, którą wróżył mu Louis, lub ta beznadziejna, o której słyszy z ust swoje siostry. Skrypt. Prolog i pierwsze cztery rozdziały. Tak jak wyczytał na forum. Tyle powinno się wysłać wydawnictwu. Właściwie książkę miał już skończoną. Teraz pracował nad drugim tomem. Skończył ją już na początku listopada, ale dopiero teraz zebrał w sobie na tyle odwagi by wysłać skrypt.

Ponownie wziął wdech, a zimne listopadowe powietrze wypełniło jego płuca. Ukrył twarz w szaliku, a spojrzenie przeniósł z koperty na czerwoną skrzynkę pocztową, którą miał tuż pod nosem. Po raz tysięczny przestąpił z nogi na nogę, zacisnął palce na kopercie i przygryzł dolną wargę.

- No dalej, Liam – powiedział do siebie pod nosem. – To twój czas. No już. Po prostu wrzuć tą piekielną kopertę do skrzynki i po wszystkim.

Zrobił krok w tył, odwrócił na pięcie i ruszył w stronę domu. Uznał, że to głupi pomysł. On miałby być światowej sławy pisarzem?

„Wróżę ci świetlaną przyszłość. Pierwsze miejsce na liście bestsellerów.”

Jak echo, w jego głowie odbiły się słowa Louisa, z tamtego dnia gdy żegnał się z nim na peronie. Pamięta też doskonale, jak powiedział mu, iż ten fragment, który przeczytał w zeszycie był świetny.

„Wierzę w ciebie, Liam.”

Kolejne słowa, które rozniosły się po jego myślach, zmusiły go do zatrzymania i przeanalizowania swojego postępowania ponownie. Odwrócił się i spojrzał na czerwoną skrzynkę, stojącą w oddali.

„Nie zawiodę cię. Obiecuję”

Złożył mu przysięgę. Dał słowo, że go nie zawiedzie. Czy nie to właśnie robił w tej chwili?

Szybkim krokiem ruszył w stronę skrzynki, w głowie jak mantrę powtarzając: Zrobię to? Stanął przed metalową skrzynią pomalowaną na czerwono, ostatni raz zacisną palce na kopercie i wrzucił ją przez otwór do środka. Teraz nie było już odwrotu.

2

5 grudnia 2011, poniedziałek.

Pani Amy Adams.

Siedział w salonie z siostrą, która skakała po kanałach. Jutro Mikołajki, a on nawet nie wysilił się by coś jej kupić, bo najzwyczajniej w świecie wiedział, iż nic nie dostanie od Ruth. A poza tym, musiał oszczędzać. Wydanie książki wcale nie jest takie tanie. Miał cichą nadzieję, że jego skrypt się podobał. Wciąż nie dostał żadnego listu z wydawnictwa, więc to w sumie był dla niego dobry znak. A tak przynajmniej myślał.

Zapisał kolejne zdanie w swoim zeszycie i kątem oka zerkną na starszą siostrę.

- No i co się tak gapisz? – rzuciła.

- Próbuję opisać w najdrobniejszym szczególe i ogóle zachowanie osobnika płci żeńskiej z gatunku siostra – odpowiedział kąśliwie, a Ruth rzuciła mu tylko piorunujące spojrzenie i sięgnęła po kolejne ciastko. On natomiast przeczesał palcami krótko ścięte włosy, które teraz miały swój naturalny kolor, ciemny brąz. Pozbył się w końcu tej małpiatej czupryny z blond końcówkami.

Po mieszkaniu rozniosło się donośne pukanie. Oboje spojrzeli w stronę przejścia na korytarz, gdzie przemknęła im pani Payne. Chwilę potem usłyszeli charakterystyczne skrzypnięcie drzwi i przyjemny, ciepły, kobiecy głos.

- Dzień dobry – rozmowa z korytarza dotarła nawet do salonu, gdzie grał telewizor. – Szukam… Momencik. Ah tak. Szukam Pana Liama Payne’a. Czy zastałam go może w domu?

Brunet słysząc swoje imię, zamknął zeszyt i biorąc go ze sobą, podniósł się z kanapy. Wyjrzał na korytarz, gdzie w progu, ponad ramieniem matki, dostrzegł uśmiechniętą twarz kobiety koło czterdziestki. Jej porcelanowe policzki przyozdobiły rumieńce, a całą twarz otulały miedziane włosy. Na głowę miała wsuniętą kremową czapkę, która idealnie pasowała do szalika zawiązanego pod szyją.

Liam przeczesał włosy ze zdenerwowania i podszedł do maki, która zerknęła na niego.

- Dzień dobry – przywitał się, posyłając rudowłosej kobiecie delikatny uśmiech. – A z kim mamy przyjemność?

- Ah, no tak. Przepraszam – kobieta zaśmiała się nerwowo. – Jestem Amy Adams. Redaktor literacki z wydawnictwa Allen & Unwin**.

„Redaktor literacki” – przemknęło przez myśl Liama. Zamrugał kilka razy oczyma, ponownie przyglądając się kobiecie, która stała na tym mrozie z ręką wyciągniętą w geście przywitania.

- Liam – odezwał się w końcu, ściskając jej dłoń okrytą rękawiczką. – Liam Payne. Proszę, niech pani wejdzie, a nie stoi tak na tym mrozie.

- Jesteś bardzo młody – wyraźnie zdziwiła się pani Adams, przekraczając próg. – Po takim tekście spodziewaliśmy się kogoś odrobinę starszego.

Chłopak uśmiechnął się pod nosem i zamknął za nią drzwi. Rudowłosa zdjęła czapkę. Uważnie zlustrowała wysokiego, młodego mężczyznę, który staną przed nią w całej okazałości i posłał uroczy uśmiech. Miał zwykłe wyciągnięte spodnie od dresu i granatowy sweter. Zapewne nie spodziewał się mieć gości. Jednak jej uwagę przykuły oczy, spoglądające na nią spod ciemnobrązowej, krótkiej grzywki. Orzechowe tęczówki błyszczały ze szczęścia i ekscytacji. Jakby czekał na ten moment całe swoje życie.

- Cóż. Widzę, iż mamy niezwykle kreatywną i zdolną młodzież w tym kraju – posłała mu uśmiech. – Właściwie ile ty masz lat, Liam.

- Osiemnaście, proszę Pani – odpowiedział grzecznie.

- Proszę cię, tylko nie Pani. Amy, mój drogi. Jestem Amy – oznajmiła. – Mogła bym z tobą porozmawiać?

- Oczywiście. Może w salonie? – zaproponował, po czym przeniósł spojrzenie na swoją rodzicielkę. – Mamo?

Pani Payne była dla Liama bardzo ważna i jeżeli ona nie wyrazi zgody to jego marzenia runą w gruzach. Zawiedzie Louisa.

- Tak, tak – potwierdziła. – Zaparzę wam herbaty.

- Bardzo dziękuję – Amy skinęła głową w geście podziękowania i ruszyła za chłopcem do salonu. Liam jednym gromiącym spojrzeniem przegnał starszą siostrę i gestem dłoni wskazał kobiecie kanapę, po czym sam przysiadł tak by mieć widok na panią redaktor.

- Muszę przyznać, iż twój skrypt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie – wyznała rudowłosa, zdejmując szalik. – A czytam ich naprawdę wiele, uwierz mi. Jednak twój… Jak długo piszesz?

- Mamo, jak długo piszę? – brunet zwrócił się do kobiety, która właśnie weszła z tacą, gdzie były dwie filiżanki, imbryk i cukiernica.

- Hym… – zastanowiła się, nalewając herbaty. – Odkąd nauczyłeś się czytać i pisać, czyli większość swojego życia. A teraz zostawię was samych.

Matka chłopaka wyszła. Amy upiła łyk ciepłego napoju i ponownie zlustrowała młodzieńca na wprost niej. Wpatrywał się w nią z niecierpliwością.

- Może inaczej sformuję moje pytanie – odezwała się. – Jak długo piszesz nie dla zabicia czasu czy nudy, a dlatego, że nie potrafisz bez tego żyć?

- No to pięć, sześć lat – odpowiedział. - A to ważne?

- Szczerze, tak – posłała mu uśmiech. – Kiedy skończyłam czytać twój skrypt spodziewałam się ujrzeć mężczyznę koło trzydziestki, który miał już styczność z pracą wydawniczą. Nie myślałam ujrzeć osiemnastoletniego chłopca. To było wręcz idealne. Dopięte na ostatni guzik, wszystkie błędy redakcyjne wyeliminowane, z ciekawą, wartką akcją oraz odrobiną humoru i inteligencji. Wszystko dokładnie przemyślane i dopracowane.

- Muszę się przyznać, że poprawiałem to przez trzy tygodnie i zmieniałem jeszcze pewne wydarzenia, bo zacząłem tak jakby drugą część – odezwał się Liam.

- Chcesz mi powiedzieć, że Książę Smoków jej już ukończony? – rudowłosa niedowierzała własnym uszom.

- Tak. Latem było kilka dni niepogody i przeglądałem stare pomysły. Ten mnie zaintrygował i postanowiłem to napisać – wzruszył ramionami, jakby to było dla niego coś naturalnego. – Jak zacząłem z początkiem sierpnia, tak pod koniec października to skończyłem.

- Za to podziwiam pisarzy. Kilka miesięcy i książka gotowa – pokręciła głową i dodała. – Masz może wydrukowaną całość? Albo jakąś kopię na płycie.

- Tak, moment – brunet podniósł się z kanapy i jak z procy wystrzelił na schody. Wpadł do swojego pokoju i z biurka zgarną granatową teczkę. Wrócił do salonu i podał ją Pani Adams. Kobieta wzięła ją, otworzyła, pospiesznie przerzuciła kilkanaście kartek i zaczęła czytać, popijając herbatę.

Liam czekał cierpliwie na jakąkolwiek reakcję ze strony redaktorki. Jednak po kilkunastu przerzuconych karkach i ciszy, którą przerywało tykanie zegara, nie wytrzymał i odezwał się.

- Proszę pani? – Amy podniosła na niego swoje zielone oczy i zamrugała kilka razy. – Czy… Allen & Unwin wyda moją książkę?

- Ah, tak – uderzyła się otwartą dłonią w czoło. – Wybacz. Byłam ciekawa co dalej. Oczywiście, że wydamy twoją książkę. Po to tu jestem. Nie przyszłabym ci przecież zwrócić skryptu. Takie rzeczy odsyła się pocztą.

Liam wstrzymał oddech, gdyż dotarły do niego słowa kobiety, która właśnie oznajmiła mu, iż spełni się jego marzenie. Czuł dziwną lekkość w sercu i jedyne co miał ochotę w tej chwili zrobić to rzucić się na Amy i wyściskać ją porządnie, co też uczynił.

- Jest pani aniołem o rudych włosach – krzykną, wieszając się na szyi kobiety, która zawtórowałam mu donośnym śmiechem.

3

8 lutego 2012, środa.

Pierwszy wywiad.

Siedział na krześle wpatrując się w swoje odbicie, które dostrzegł w lustrze obramowanym żarówkami. Podrygiwał nerwowo nogą, a serce wręcz chciało mu wyskoczyć z piersi. Tak bardzo się stresował. To miał być jego pierwszy, telewizyjny wywiad w This Morning, promujący książkę, którą on napisał. On. Liam James Payne, zwykły osiemnastolatek z Północnego Londynu. Uśmiechnął się pod nosem i znów spojrzał w lustro.

Dostrzegł w nim młodego mężczyznę, o ciemnobrązowych włosach i grzywce lekko wykręcającej się do góry. Orzechowe oczy błyszczały w świetle żarówek z ramy, a na jeszcze chłopięcej twarzy, choć z nutą męskich rys, zagościł delikatny uśmiech. Za radą mamy i Amy założył granatową bluzkę z długim rękawem, które wszystkie trzy guziki miał rozpięte pod szyją. Do tego ubrał jasne spodnie i zwykłe trampki. Nie miał zamiaru robić z siebie wielkiego pisarza pod krawatem i w garniaku. Był zwykłym nastolatkiem, którego marzenie się spełniło.

- I jak samopoczucie, Li? – usłyszał raźny, męski ton nad sobą. Po chwili przed oczami miał kubek ze Starbucks’a, a w nim zapewne mocną kawę, której teraz potrzebował. Wziął kubek, upił łyk i spojrzał na mężczyznę, który podsunął sobie krzesło i usiadł obok niego.

Matthew Goode, menager bruneta, był szczupłym mężczyzną o czarnych jak smoła włosach, z zarostem, który zawsze był taki sam. Liam jednak traktował go bardziej jak ojca, niż pracownika i na odwrót. Kiedy Amy powiedziała mu, iż ma młodego pisarza pod skrzydłami, od razu zgodził się zaopiekować tym zagubionym w wielkim świecie chłopakiem. Nie za bardzo lubił pracować z już doświadczonymi autorami. Mieli oni swoje zachcianki i widzi mi się. A Payne był szczerym, prostolinijnym chłopcem, którego do razu polubił.

- Lepiej – odpowiedział Liam, po upiciu kolejnego łyku. – Ale muszę przyznać, że wciąż się boję.

- Nie bój żaby – Matt poklepał go po ramieniu. – Książę Smoków, już teraz jest najbardziej wyczekiwaną książką, a premierę ma dopiero w ten piątek. W tej chwili kolejny tysiąc zamawia ją w sklepie internetowym.

- Może promocja była dobra – przyznał. – Ale co jeśli nie spodoba się czytelnikom?

- Mój drogi, czy ja przypadkiem nie mówiłam ci jak bardzo zaintrygował mnie twój skrypt? – oboje odwrócili głowę w prawą stronę, skąd dochodził znajomy głos rudowłosej pani redaktor.

- Amy! – ucieszył się Li. Odstawił kubek z kawą, podniósł z krzesła i rzucił na szyję kobiety. Ta jak zwykle zaśmiała się i odwzajemniła jego gest.

- No już, już, bo mnie udusisz – odezwała się rozbawiona, a on odsunął się na odległość wyciągniętych ramion. – Jak idzie pisanie drugiego tomu?

- Trzy tygodnie, góra miesiąc i skończę – oświadczył. – Potem jeszcze poprawki…

- …którymi tym razem zajmę się ja, a ty będziesz mógł trochę odpocząć – przyłożyła palec do jego nosa, a potem cmoknęła w sam czubek.

- Amy, naprawdę wierzysz, że będzie „odpoczywać”? – Matt zrobił w powietrzu znak cudzysłowa przy ostatnim wyrazie. – Obstawiam, że albo zacznie pisanie trzeciego tomu, o ile ma pomysł. Albo będzie pracować nad czymś nowym.

- Taaak. Kocham pisać i od tego nie można zrobić sobie wakacji – brunet przyznał rację menagerowi, na co kobieta westchnęła.

- Tylko żeby mi cię nie dopadł brak weny – pogroziła mu palcem, a on się zaśmiał.

- Jestem zbyt podekscytowany tym co dzieje się wokół mnie – odparł z uśmiechem. – Nie sądzę by tak szybko mnie opuściła. Zbyt dużo pozytywnych emocji.

- Panie Payne, wchodzi pan za pięć minut – na zapleczu pojawił się ktoś z obsługi programu. Liam wyłączył telefon, pożegnał się z Mattem oraz Amy i ruszył za mężczyzną by stanąć w świetle reflektorów.

4

23 marca 2012, piątek

Le Prince de Dragons.

Louis poprawił zsuwającą się z jego ramienia torbę, gdy wyszedł na wiosenne powietrze z jednej z paryskich kawiarenek. Właśnie zjadł najlepszy w całym swoim życiu kawałek jabłecznika i wypił wyśmienita kawę włoską. Jego ponad półroczna wycieczka po Europie powoli dobiegała końca. W Paryżu miał zostać jeszcze dwa dni. Potem Madryt na tydzień i wraca do Anglii.

W ciągu tych siedmiu miesięcy zajrzał w najdalsze zakątki Starego Kontynentu, odwiedził każdy najmniejszy kraj, który widniał na jego mapie w atlasie. Lista państw i miast, w które odwiedził, była by tak długa, że nie starczyła by mu jedna kartka. Wszystko jednak starał się uwieczniać. Na zdęciach, filmach, a nawet trochę pisał. Może nie tak jak Liam. Po prostu opisywał to co widział. Ciekawych ludzi, to co mu się podobało w danym mieście, jego mieszkańcach, klimacie.

Powoli przemierzał uliczki Miasta Zakochanych. Wiosenny wiatr zatańczył w jego kasztanowych włosach, a policzki przyozdobił delikatnymi rumieńcami. Jeszcze tydzień i wróci do domu. Musiał przyznać się sam przed sobą. Wycieczka po Europie była niezwykłym przeżyciem, ale powoli zaczynał tęsknić za domem.

Westchnął i przystanął na rogu ulicy, zastanawiając się gdzie iść. Na wieży Eiffa już był, podobnie jak w Luwrze. Prześliznął wzrokiem po okolicy, a jego niebiesko-zielone tęczówki zatrzymały się na księgarni, która znajdowała się po przeciwnej stronie ulicy. Przy wejściu cały czas kręcili się ludzie. Jedni wychodzili, drudzy wchodzili. Zaciekawiony tym poruszeniem, skierował tam kroki.

Przepuścił w drzwiach jakąś jasnowłosą paryżankę, która podziękowała mu krótkim merci i wszedł do środka. Rozejrzał się po wnętrzu, które miało klimat. Drewniane podłogi i mahoniowe regały sprawiały, że miało się wrażenie, iż wchodzisz do starej księgarni. Na wprost niego były dwa złączone stoły, gdzie znajdowała się książka, która najwyraźniej miała swoją premierę, gdyż co róż, ktoś podchodził i brał egzemplarz, z jednego z wielu stosów.

Podszedł do stolika i wziął książkę, by przyjrzeć się jej uważnie. Zlustrował ją, a jego oczy zatrzymały się na nazwisku autora, widniejącym na samym dole barwnej okładki. Liam Payne. Te dwa słowa sprawiły, iż na twarzy Louisa pojawił się szeroki uśmiech.

- A więc udało ci się, Liam – szepnął do siebie, pod nosem i skupił się na okładce.

Widniał na niej chłopak o delikatnej alabastrowej cerze i lekko zarumienionych policzkach. Blond grzywka opadała na krwiście czerwone oczy z dzikim błyskiem. Całą twarz zdobił uśmiech człowiek, który właśnie ma zamiar zrobić coś złego. Szkarłatna szata, w którą był ubrany powiewała jakby na wietrze wraz ze złotymi włosami. Tuż zanim, można było dostrzec dwa smoki: jeden błękitny, drugi złoty.

Spojrzenie Louisa przeniosło się na tytuł książki. Le Prince de Dragons.

- Książę Smoków – znów powiedział do siebie, przypominając sobie o skrypcie, który leżał w jego walizce.

Szatyn otworzył książkę na pierwszej stronie. Widniała tam dedykacja, która oczywiście była przetłumaczona na język francuski. Jakoż, że Lou był pilnym uczniem i uważał na lekcjach nauki tego właśnie języka, bez problemu przyswoił do informacji krótki tekst. Jego oczy na początku rozszerzyły się, a potem zebrały w nich łzy. Całe jego ciało zalała fala niezwykle przyjemnego ciepła. Pojawiła się radość i duma, a jednocześnie żal i smutek. Bo czytając tą dedykację zrozumiał, że pocałunek wcale nie był błędem. Był dopiero początkiem.

„Louisowi Tomlinsonowi,

Temu, który naprawdę we mnie uwierzył,

pchnął moje marzenia do przodu

i dał najwspanialsze wspomnienie tamtego lata.”

5

16 kwietnia 2012, poniedziałek

Światowy bestseller.

The Times, Dział kultury

Zamieszanie na Światowej Liście Bestsellerów.

Młody autor z Wysp Brytyjskich zdobył miliony serc na całym świecie, swą debiutancką powieścią zatytułowaną Książę Smoków, a teraz szturmem podbija Światową Listę Bestsellerów.

Książka z ciekawą, wartką akcją oraz nutą poczucia humoru – tak wyraziła się J.K. Rowling w jednym z niedawnych wywiadów, zapytana o Księcia Smoków. – Bardzo dobrze przemyślana i naprawdę przyjemnie się ją czytało. Wróżę temu chłopcu świetlaną przyszłość.

Osiemnastoletni Liam Payne, który jak sam mówi, jest skromnym chłopcem z Północnego Londynu, swoją niezwykle magiczną historią, podbił serca milionów dziewcząt na całym świecie. Jego debiutancka powieść sprzedała się już w milionach nakładach egzemplarzy na całym świecie, a samej Anglii, przekroczył on ponad 20 milionów. Została przetłumaczona na osiemnaście języków w tym tak egzotyczne jak hindi czy japoński. Nie spodziewałem się tak wielkiego zainteresowania moją książką – przyznał w niedawnym wywiadzie dla porannego programu Daybreake. – To jest tak niesamowite, że aż nierealne. Jestem zwyczajnym nastolatkiem, który chciał tylko wydać książkę. Nie spodziewałem się tak wielkiego sukcesu.

Liam w tym samym wywiadzie zdradził, iż zakończone zostały prace nad drugim tomem, którego premiera planowana jest na wiosnę 2013 roku, a on sam powoli rozpoczął pisanie trzeciej części, która ma być zwieńczeniem trylogii. Zapytany o dalsze plany odpowiedział: Nie wiem. Na razie chcę się skupić na trzecim tomie, a potem? Wiele może się do tego czasu wydarzyć, a kartony z pomysłami czekają w szafie – zaśmiał się. – To tam znalazłem kartkę z krótkim opisem „Księcia Smoków”. Payne zdementował również rzekome plotki o ekranizacji pierwszego tomu. To by było trochę dziwne. Ledwo zaczynam swoją przygodę ze światem literackim, a tu już ekranizacja? – przyznał lekko zaskoczony tymi spekulacjami. – Nic nie wiem o ekranizacji „Księcia Smoków”. A przynajmniej Matt, mój menager, nie przekazał mi takich informacji.

Po tak wielkim sukcesie, zastanawiano się, na którym miejscu Światowej Listy Bestsellerów uplasuje się powieść tego młodego Brytyjczyka. Wszyscy bowiem byli święcie przekonani, iż jego książka na pewno się tam znajdzie. W piątek, 13 kwietnia, ogłoszono pełną listę najlepiej sprzedających się książkę. Książę Smoków osiągnął najlepszy w historii wynik jeśli chodzi o debiutancką powieść. Pierwsza książka Payne’a zajęła drugie miejsce, przeganiając takie sławy jak Sephena Kinga, Cassandrę Clair ze swymi Darami Anioła. Bezsprzeczną królową niezmiennie pozostaje jednak Pani Rowling, wciąż okupująca pierwsze miejsce. Wywołało to spore zamieszanie, które szybko uspokoiła wypowiedź autorki słynnego cyklu o Harrym Potterze. Ten chłopak ma naprawdę niezwykły talent i wyszukany, a zarazem lekki styl pisania, co wciąga czytelnika – powiedziała w sobotni This Morning, po czym dodała z uśmiechem. – Nie zdziwi mnie, jeśli wraz z wydaniem drugiej części przegoni mnie i to on zajmie pierwsze miejsce, gdyż jest naprawdę zdolnym, młodym człowiekiem i życzę mu jak najlepiej.



Liam złożył gazetę w pół, spoglądając na siedzącą przed nim Amy. Podniosła filiżankę z kawą i posłała chłopakowi szeroki uśmiech, który odwzajemnił i odłożył na stolik dziennik.

- I jak się czujesz, że świadomością, iż jesteś pierwszym w historii autorem, który tak wysoko uplasował się z debiutancką książką? – zapytała, odstawiając filiżankę na spodeczek.

- Wiesz… Właśnie próbuję to przetworzyć i przyjąć do świadomości – wyznał, na co rudowłosa skomentowała to śmiechem.

Payne chwycił swoją filiżankę i upił łyk cappuccino. Siedział właśnie na ogródku Costa Caffee i próbował uwierzyć w to co wydarzyło się przez kilka ostatnich miesięcy. Ciepły, wiosenny wiatr otulał swoimi ramionami jego twarz, wplatając palce w ciemnobrązowe włosy i targając je. Wciąż nie docierały do niego pewne fakty, które miały miejsce w jego życiu. Wydał książkę, która odniosła ogromny sukces na świecie. Był na promocji w Paryżu, Berlinie, Dublinie, Manchesterze, Amsterdamie. Nigdy nie myślał nawet o wyjeździe poza Londyn, a on odwiedził jedne z najwspanialszych miast na świecie.

Uśmiechnął się pod nosem, a po chwili zaśmiał głośno. Czuł się naprawdę wspaniale.

AKT III

IF YOU EVER COME BACK

1

5 września 2012, środa

Jeśli kiedykolwiek wrócić.

Pociąg z Doncaster mknął szybko przez Anglię. Po okolicy przez, którą przejeżdżał, roznosił się donośny, charakterystyczny stukot kół. Pociągi o tej porze roku były prawie puste. Skończyły się wakacje, zaczął rok szkolny. Być może dlatego Louis wybrał się w tę podróż właśnie teraz. On sam jeden, w pustym przedziale.

Siedział przy oknie, opierając głowę o szybę. Nogi wyciągnął przed siebie i oparł na siedzeniu po przeciwnej stronie. Na miejscu obok, spoczywała jego torba podróżna i bagaż podręczny, gdzie schowanego miał iPoda, z którego sączyły się delikatne dźwięki jego ulubionego na tę chwilę zespołu, The Script. Słuchawki ukryte miał pod kasztanowymi włosami, które nie sterczały jak zwykle, a niebiesko-zielone oczy ukrył pod powiekami, by ochronić je przed popołudniowym słońcem, które akurat świeciło na tę stronę. Westchnął cicho, gdy skończyła się kolejna piosenka, a on rozpoznał pierwsze takty następnej.

Wracam na róg, gdzie zobaczyłem cię po raz pierwszy.***

Poprawił się na miejscu, zdając sobie sprawę, jak bardzo te słowa pasują do niego, w tej właśnie chwili. Wracał na „róg” swoje ulicy jaką był Londyn. To tam pierwszy raz zobaczył Liama. Przysiadł na tej samej ławce, gdzie, jak się potem okazało, lubił pisać. Potem jakoś samo się potoczyło. Ich przelotna znajomość, która zakończyła się wraz z ich pocałunkiem. Jednak w Paryżu zdał sobie sprawę, iż to był moment kiedy wszystko się zaczęło. Dostrzegł to gdy przeczytał dedykację. Wiedział, że Liam nie zapomniał o tym pocałunku. I dopiero po tych siedmiu miesiącach włóczenia się po Europie, tam, w tej małej księgarni dotarło do niego, iż tęsknota, która się w nim zrodziła wcale nie była za domem. Tęsknił za Liamem. Za patrzeniem na niego, gdy w skupieniu pisze w swoim zeszycie, kiedy uśmiecha się do niego, za sposobem jak do niego przemawiał. I tylko dla tego właśnie powodu, by znów doświadczyć tych wszystkich rzeczy, siedział teraz w pociągu nie wiedząc nawet, czy spotka jeszcze Li. Był teraz znanym pisarzem i zapewne miał sporo pracy.

Ponieważ, jeśli pewnego dnia obudzisz się i zdasz sobie sprawę, że tęsknisz za mną.

Nie wiedział, co tak naprawdę czuje do Payne’a. Ale wiedział jedno, tęsknił za nim. I to go zmusiło, do tego, iż pewnego dnia usiadł do biurka, otworzył laptopa i przejrzał oferty wszystkich uniwersytetów w Londynie. Powiedział Liamowi, że prawdopodobnie już nigdy nie wróci tutaj. Cóż za ironia losu. Wracał do stolicy tylko dla niego, by się z nim spotkać i odkryć dlaczego tak bardzo tęskni za tymi wszystkim rzeczami z nim związanymi. Miał nadzieje spotkać go pewnego dnia na tej ławeczce w parku, gdzie wszystko się zaczęło i odkryć jaka będzie jego reakcja na niego. W tej chwili bardzo żałował, że pożegnał się z nim tak szorstko. Ale to sprawiło, iż napisał książkę. To sprawiło, że on zatęsknił za nim.

Louis westchnął, otworzył oczy i zorientował się, gdzie jest. Przedmieścia Londynu. Dotarł do punktu docelowego i zbierając swoje rzeczy, zdał sobie sprawę, jak dwoje ludzi, którzy przypadkiem się spotkali, wpłynęło na siebie nawzajem. On się ustatkował, przestał dociekać. Już nie chciał zwiedzać świata. No chyba, że w towarzystwie Li. Teraz jego jedynym marzeniem, nie była wycieczka po Stanach Zjednoczonych, którą planował jeszcze przed tą po Europie. Teraz jego marzeniem była wycieczka do Londynu i zostanie tam tak długo, jak Liam. A Payne? Louis też dostrzegł swoje wpływy na nim. Po pierwsze, wydał książkę. Dotrzymał obietnicy, którą mu złożył wtedy na peronie. By też w paru ciekawych miejscach, z tego co się orientował. Promocja we Francji, Niemczech, Irlandii.

Uśmiechnął się pod nosem zdając sobie sprawę jak kilkutygodniowa znajomość na nich wpłynęła.

Pociąg wtoczył się na stację King’s Corss i zatrzymał. Konduktor za którym stał, otworzył drzwi i wypuścił go na dość zatłoczony peron. Czuł się dziwnie stawiając na nim swoje kroki. Tutaj wszystko się rzekomo skończyło. Tutaj też wszystko tak naprawdę się zaczęło. Rozejrzał się po peronie i poczuł się dziwnie samotny.

Wracam na róg, gdzie zobaczyłem cię po raz pierwszy.

2

8 września 2012, sobota

Melancholia Liama.

Siedział przy stole na wprost okna i wpatrywał się w widok za nim, podpierając brodę na dłoniach. Przed nim, na blacie, leżał otwarty zeszyt oraz długopis. Czyste karki domagały się by napisać na nich cokolwiek. Nic jednak nie pojawiało się w jego głowie, zawsze pełnej najróżniejszych myśli. Jęknął zdając sobie sprawę, że nie wskrzesi w sobie nawet odrobiny weny. Oparł policzek na jednej z kartek i spojrzał na drzwi prowadzące do jego sypialni.

Od kilku miesięcy Liam posiadał własne mieszkanie, co pozwalało mu w końcu, spokojnie skupić się na pisaniu. Matt, po tak wielkim sukcesie jakim okazało się drugie miejsce na Światowej Liście Bestsellerów, zafundował mu niewielki apartament z widokiem wprost na Hyde Park, jego ulubione miejsce.

Jednak ta cisza i spokój jakie tu panowały, musiały się kiedyś na nim odbić. Tak się stało, gdy po raz pierwszy od wydania Księcia Smoków wreszcie mógł ją spokojnie wziąć w ręce i dokładnie jej się przyjrzeć. A kiedy przeczytał dedykacje dla Louisa, jego pierwszą myślą było, czy to widział. Potem zalała go fala wspomnień z tamtych wakacji i nie chciała go opuścić, przez co snuł się po pustym mieszkaniu jak cień i zastanawiał co u niego. Nie umiał oderwać swoich myśli od Louisa i zaczepić ich na książce, którą aktualnie pisał. To sprawiło, że popadł w jakąś dziwną melancholię. Nic tylko siedział przed oknem i wpatrywał się w Park. A kiedy próbował coś napisać jak teraz, nic z tego nie wychodziło.

Po mieszkaniu rozniosło się pukanie. Przymknął oczy i westchnął.

- Otwarte, Amy! – krzyknął, a po chwili dorzucił. – Albo Matt!

Moment potem usłyszał jak drzwi się otwierają, ktoś wchodzi i zamyka je za sobą. Cicho zaczął nucić pod nosem, gdy usłyszał czyjeś kroki na panelach.

- Skąd wiedziałeś, mój drogi? – usłyszał głos rudej pani redaktor, która odsunęła sobie krzesło i usiadła gdzieś przy nim.

- To proste – zaczął, wciąż z zamkniętymi oczyma. – O tym, że tu mieszkam wiesz ty, Matt oraz moja siostra i mama. One mnie tu nie odwiedzają, więc logiczne było, że musiałaś być to ty lub Matt.

- Wciąż nie ruszyłeś z trzecim tomem? – spytał zaniepokojona pani Adams. Westchnął ciężką. Zdawał sobie sprawę iż mają terminy, jednak on był i tak do przodu o dobre kilka miesięcy.

- Ja wiem, że mamy pewne termin… - zaczął, ale Amy wpadła mu w słowo.

- Chrzanić terminy, Liam. Do nich daleko – przyznała i wyciągnęła dłoń do chłopaka, który był dla niej trochę jak syn, by pogłaskać go po głowie. – Martwię się o ciebie. Nic nie napisałeś od dwóch tygodni. To do ciebie niepodobne. Ty zawsze piszesz. A kiedy nie masz weny to zazwyczaj przez kilka dni. Zwykle chodzisz wtedy naburmuszony, a nie snujesz się jak cień. Co się stało?

Brunet westchnął. Otworzył oczy, a jego jasnobrązowe tęczówki spoczęły na zmartwionej twarzy kobiety. Naprawdę się o niego martwiła. Niby był jej pracownikiem, ale po tym roku współpracy z nią oraz Mattem, oboje stali się dla niego takimi rodzicami. Zawsze gotowi wysłuchać. Mógł zwierzyć im się z każdego problemu. A na jego dziewiętnaste urodziny, pojechali we trójkę do wesołego miasteczka pod Londynem.

- Ja… Nie wiem. To chyba jakiegoś rodzaju melancholia – przyznał. – Ostatnio dużo myślę, ale nie koniecznie o tym o czym powinienem.

- A dokładniej? – zachęciła go do zwierzeń.

- Ostatnio miałem trochę wolnego. Wziąłem do ręki Księcia Smoków, przeczytałem dedykację i na tym się skończyło – wyznał, znów wzdychając. Wyprostował się, podparł głowę na ręce i spojrzał na kobietę.

- Chodzi ci o Louisa? – spytała dla pewności, a on kiwną głową twierdząco. – W sumie… Nigdy o nim nie mówiłeś. Ale nie chciałam pytać. Różne to bywa.

- Poznałem go rok temu – zaczął swoją historię Liam. – Były wakacje. Połowa lipca, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. Miałem w Hyde Parku taką ławeczkę, na której lubiłem pisać. On tam siedział, ja się dosiadłem i tak jakoś potem nasza znajomość się potoczyła. Lou jednak w sierpniu wyjeżdżał na wycieczkę po Europie.

- Oh. Polubiłeś go, prawda? – Amy sięgnęła do wolnej dłoni chłopaka i ścisnęła mocno.

- Wydaje mi się, że chyba coś więcej – przyznał z gorzkim uśmiechem i spuścił wzrok, na czystek kartki zeszytu. – Tamtego lata pocałowaliśmy się. To było dla mnie coś nowego, dziwnego, ale zarazem przyjemnego. Potem nie widzieliśmy się przez tydzień. Nic wtedy nie pisałem. Przyszedł ponownie na tę ławeczkę, kilka dni przed wyjazdem na tę wycieczkę. Powiedział abym zapomniał o pocałunku i skupił się na książce, bo to co przeczytał było naprawdę świetne. A gdy żegnałem się z nim na stacji w dniu wyjazdu, powiedział, że we mnie wierzy. Wiedział, że uda mi się wydać książkę, a ja wątpiłem w to momentami, kiedy pisałem ten pierwszy tom. Dlatego ta dedykacja dla niego.

Zawiesił głos zdając sobie sprawę jak bardzo tęskni za tymi sterczącymi, na wszystkie strony, kasztanowymi włosami. Za tymi hipnotyzującymi niebiesko-zielonymi oczyma, w których zawsze znajdowały się iskierki radości. Jego roześmianą twarzą i tą ekscytacją w głosie, kiedy o czymś opowiadał.

- Nie chciałem go zawieść. Chciałem by był ze mnie dumny, gdziekolwiek będzie – dodał łamiącym się głosem i schował twarz w dłoniach.

- No już, mój drogi – Amy usiadła bliżej niego, objęła ramieniem i przytuliła. – Tak to już jest. Kiedy kochamy, także tęsknimy.

Otworzył oczy szeroko, gdy usłyszał te ostatnie słowa. On, miałby kochać Louisa. W sumie dziewczyny nigdy nie miał, a ten pocałunek wtedy strasznie mu się spodobał. Był też rozżalony kiedy Tomlinson wyjeżdżał i płakał przez dwa dni po pożegnaniu z nim. Często przyłapywał się na tym, iż zastanawiał się co on teraz robi, gdzie jest. Tęsknił za nim bardzo. Miewał też momenty, kiedy już nie wytrzymywał i jedyne czego chciał to usiąść w kącie i rozpłakać się bo nie mógł ponownie usłyszeć jego ciepłego i roześmianego głosu. Zdecydowanie darzył go tym uczuciem jakim jest miłość. Ale kiedy był ten moment gdy się w nim zakochał? To chyba ten dzień kiedy dał mu długopis, gdy on wyrzucił swój do jeziora.

- Tak – przyznał jej rację cicho. – Tak to jest, kiedy się kogoś kocha.

3

10 września 2012, poniedziałek

Kiedy Louis spotkał Amy.

Znów go tam nie było. Odkąd kiedy tylko przyjechał do Londynu, codziennie chodził na ławeczkę Liama. Na tę samą, gdzie się poznali. W godzinach, w których on się lubił tam pokazywać. Między dziesiątą, a dwunastą. Jednak on tam nie przychodził. W sumie nie dziwiło go to. Teraz zapewne ma mieszkanie, w którym może spokojnie pisać swoje dzieła. Louis jednak tam przychodził w nadziei, że może jednak. Może dziś coś go tchnie i postanowi się tam pojawić. Jak na razie przysłowie: Nadzieja matką głupich, sprawdzała się w jego przypadku.

Westchnął ciężko i pociągnął szklane drzwi Costa Caffee. Wszedł do ciepłego wnętrza, gdzie pachniało tak jak wtedy, kiedy przyszedł tu z Liamem. Mocną, parzoną kawą i słodkościami, które do niej podawano. Podszedł do kontuaru i zamówił sobie kawę na wynos. Nie miał ochoty tu siedzieć. Jedyne czego chciał to wrócić do domu ciotki i znów przeleżeć cały dzień w łóżku. Jednak kawa była mu niezbędna. Jego organizm tak przywykł do kofeiny, że jeśli nie wypił tego czarnego płynu, głowa zaczynała go boleć. Już teraz czuł, że powoli zbliża się tępy ból.

- Mówię ci – dotarł do niego głos kobiety, która stanęła obok niego i rozmawiał z kimś przez telefon. – Musimy coś z tym zrobić. Zaczynam się o niego martwić, Matt. Od dwóch tygodni nic nie napisał.

Louis zerknął na nią kątem oka. Miała szary płaszcz, a na ramiona opadały rude włosy. Wyglądała mu na kobietę koło czterdziestki, która odniosła spory sukces w życiu zawodowym. Ona też wzięła kawę na wynos. Zapewne śpieszyła się do pracy.

- Nie, nie martwię się o terminy – zwróciła się ze zdenerwowaniem do swojego rozmówcy. – Jest z pisaniem do przodu na trzy miesiące…

Urwała, gdyż mężczyzna, z którym rozmawiała najwyraźniej jej przerwał. On wciąż jednym uchem słuchał co mówi. Czasem bawiły go problemy ludzi.

- Martwię się o Liama – gdy usłyszał to imię, spojrzał na kobietę, szeroko otwartymi oczyma. W tym samym czasie postawiono przed nim kubek z kawą. Zapłacił i ponownie zerknął na rudą.

- Byłam u niego w sobotę – ciągnęła dalej. – On popadł w jakąś melancholię, czy coś. Nie wiem jak to nazwać. Ale snuje się jak duch po mieszkaniu.

Znów urwał, gdy głos w słuchawce jej przerwał.

- Dobra. Świetnie, Matt – rzuciła rozzłoszczona do swojego rozmówcy po drugiej stronie. – Sama się tym zajmę. Nie wiem jak, ale znajdę tego chłopaka, bo Liam za nim najwyraźniej tęskni.

Ponownie zamilkła, wysłuchując odpowiedzi mężczyzny.

- A choćbym miała się włamać do siedziby MI6 znajdę tego Louisa! – krzyknęła do słuchawki i rozłączyła się, po czym mruknęła pod nosem. – Menager od siedmiu boleści.

Rozzłoszczona rudowłosa, rzuciła na ladę pieniądze, chwyciła kubek z kawą i odwróciła się na pięcie, kierując do wyjścia. Louis stał wciąż w jednym miejscu, zastanawiając się, czy ta wymiana zdań, o ile można tak to nazwać, słysząc tylko jedną stronę, dotyczyła Payne’a. Ale kobieta wspomniała jego imię. No ale przecież jest dużo Liamów i Louisów w Londynie.

- A co mi szkodzi – powiedział do siebie pod nosem i wybiegł za kobietą z kawiarni. Rozejrzał się po chodniku, szukając rudych włosów. Spostrzegł ją, kierującą się na Piccadilly Circus.

- Proszę Pani! – krzyknął za nią, ona jednak nie zareagowała. – Pani Ruda!

Przystanęła i odwróciła się. Podbiegł do niej, wziął kilka wdechów i wyprostował się, uważnie spoglądając na kobietę.

- Znam cię, chłopcze? – zapytała lekko zdziwiona.

- Jeszcze nie – odpowiedział. – Louis Tomlinson. To mnie pani szuka. Przez przypadek usłyszałem Pani rozmowę w kawiarni. Jeśli rozmawiała Pani o Liamie Payne’nie, to ja jestem Pani Louisem.

Rudowłosa zamrugała kilka razy oczyma, niedowierzając lekko. Moment potem jednak, na jej twarz wkradł się uśmiech, widząc całkiem przystojnego młodzieńca i zaczynając rozumieć Liama.

- Miło cię poznać Louis – wyciągnęła w jego stronę rękę, którą uścisnął. – Jestem Amy Adams. Redaktorka Liama.

4

14 września 2012, piątek

Wszystko polepszy się z czasem.

Postanowił pójść za radą Amy i wybrać się na spacer po Hyde Parku. Może odrobina świeżego powietrza dobrze mu zrobi. Dotleni mózg i pozbędzie się z głowy tych wszystkich niepotrzebnych myśli i wspomnienie. Taką przynajmniej miał nadzieję.

Założył swój czarny płaszcz, wsunął buty na nogi i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Zszedł na sam dół kamienicy, w której znajdowało się jego mieszkanie i wyszedł na Bayswater Road, gdzie przywitało go rześkie, chłodne powietrze, po całej nocy deszczu.

Ulica przy, której stała kamienica, była jedną z otaczających Park, więc nie kierując się nawet do przejścia, przebiegł przez jezdnię, uprzednio rozglądając się, czy coś nie jedzie i skierował się do najbliższej bramy. Wyciągnął telefon, do którego podpiął białe słuchawki i puścił piosenkę, która ostatnio strasznie mu się spodobała. Być może dlatego, że tekst odzwierciedlał to co czuł. Za to kochał piosenki. Zawsze znalazła się taka, która idealnie umiała się wpasować w dany moment życia, każdego człowieka.

Widzisz, jakoś nie mogę cię zapomnieć****

Przekroczył bramę, zwalniając kroku i na moment przymykając oczy. Chciał by ten spacer uwolnił go od myśli o Lou. On jednak sprawi, że powróciły jeszcze intensywniej. To w tym parku się poznali. To tu codziennie spotykali się na ławce przy jeziorze. To tutaj Tomlinson powiedział mu żeby zapomniał o pocałunku. On jednak jakoś nie umiał. Nie chciał wyrzucać tego wspomnienia ze swojej głowy. Było dla niego dziwnie cenne. Ten pocałunek pokazał mu, coś nowego. A jak potem zdał sobie sprawę, zakochał się w Louisie. Tęsknił za nim okropnie.

Mimo tego, że naprawdę Cię kocham

Mam zamiar się uśmiechać

Tęsknota dla Liama od całkiem niedawna stała się przejawem miłości. Bo gdy kogoś się kocha, to tęskni się za nim. Jemu bardzo brakowało Louisa, tuż obok niego. Albo chociaż świadomości, że wyjdzie, uda się na tę ławeczkę przy jeziorze i tam się spotkają. Że on gdzieś tam będzie przy nim. Mimo wszystko postanowił się uśmiechać. Bo wspomnienia z Louisem w roli głównej były jednymi z najlepszy jakie miał w całym swoim życiu.

Piosenka nagle się urwała, gdy jego telefon zaczął dzwonić. Westchnął ciężko i przystanął na skrzyżowaniu dwóch alejek. Zdał sobie sprawę, że jeżeli skręcił by teraz w prawo doszedł by do ławki. Nawet nie wiedział, kiedy się tu dostał. Otrząsnął się jednak i odebrał dzwoniący telefon.

- Halo?

- Liam – usłyszał jak zwykle raźny ton Matta po drugiej stronie. – Co tam słychać, młody?

- Nie wiele – brunet wzruszył ramionami i kopnął mały kamyk, który walał mu się pod nogami. – W zasadzie to nic ciekawego. Wybrałem się właśnie na spacer.

- Ah. Bo słuchaj. Mam dla ciebie niespodziankę – zaczął mężczyzna. – Pakuj laptop, zeszyt, długopis i co ci tam jeszcze trzeba do pisania. W poniedziałek wyjeżdżasz do południowej Walii.

- Amy na ciebie nakrzyczała, prawda? – zapytał Payne, zdając sobie sprawę, że jego redaktorka musiała go poinformować o tym iż nienajlepiej mu idzie pisanie.

- Ee… Hehehehe… - zaśmiał się nerwowo Matt, a brunet uśmiechnął się pod nosem. – Powiedziała mi, że nie pisze ci się dobrze ostatnio. Pomyślałem więc, iż może krótka przerwa nad morzem dobrze ci zrobi. Ponoć jesteś do przodu z pisaniem, wiec…

- Tak… Jakieś trzy miesiące – przyznał. – Coś koło tego. A gdzie jadę, dokładnie. No i na jak długo?

- Dwa tygodnie w Freshwater East – odpowiedział menager. – Właściwie w okolicy. Wynająłem ci nieduży domek ulokowany na klifie. Niedaleko jest też plaża. Będziesz mógł się zrelaksować, wypocząć, pomyśleć. Wszystko co tam będziesz chciał.

- Dzięki Matt – rzucił.

- Drobiazg, młody – odparł mężczyzna. – Do zobaczenia w poniedziałek na dworcu.

Nie czekając na odpowiedź chłopaka, rozłączył się. Liam wcisnął telefon do kieszeni płaszcza i przeczesał włosy palcami. Zerknął na prawo, zastanawiając się, czy powinien iść na tę swoją ławeczkę. Przygryzł wargę i zrobił krok w tamtą stronę. Cofnął się jednak w ostatniej chwili, dochodząc do wniosku, iż to by było dla niego za wiele. Wystarczy, że ma wspomnienia. Po co je jeszcze bardziej przywoływać.

Odwrócił się na pięcie, spuszczając głowę i skierował się w kierunku domu. Potrącił kogoś ramieniem, ale rzucił tylko krótkie przepraszam. Chciał stąd jak najszybciej odejść. To było dla niego za wiele, jak na poranek pełen wspomnień.

- Książka Liama – usłyszał za sobą delikatny, męski głos, który poznał by wszędzie. Nawet roczna rozłąka nie sprawiła iż zapomniał jak on brzmi.

Liam zatrzymał się w pół kroku i powoli spojrzał za siebie. Jakiś chłopak pochylał się nad kałużą i wyciągał z niej książkę, która tam wpadła. Jękną, widząc zmoczoną okładkę, po czym gwałtownie odwrócił w stronę Payne’a, chcąc go zabić wzrokiem. Jego spojrzenie jednak natychmiast złagodniało, gdy spostrzegł duże, orzechowe oczy wpatrujące się w niego z niedowierzaniem.

Tak. Liam zdecydowanie nie mógł uwierzyć w to, iż Louis stoi przed mnie zaledwie kilka metrów. Ten sam Lou. No prawie. Jego kasztanowe włosy już nie sterczały we wszystkie strony. Były raczej przyklapnięte i zaczesane na prawą stronę. Jednak jego delikatna, porcelanowa twarz, pozostała niezmienna. Niebiesko-zielone oczy błyszczały jak zwykle, a gdy tylko spoczęły na nim, na usta wkradł się delikatny uśmiech.

- Liam – odezwał się Louis, co sprawiło, że brunet drgnął, wyrwany z otępienia. Zamrugał oczyma kilka razy, po czym spuścił wzrok. Nie miał bladego pojęcia jak się zachować. Czuł, że ogarnia go panika i jedynce co przyszło mu w tej chwili, wiać gdzie pieprz rośnie. Owszem. Chciał spotkać Lou jeszcze raz, ale nie był na to przygotowany.

- Muszę lecieć – odezwał się cicho. – Pa, Louis.

Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem skierował się w stronę bramy, zastanawiając się, co Tomlinson tu robi.

5

17 września 2012, poniedziałek

Domek na klifie.

Wsunął ręce w odrobinę za duże rękawy czarnego swetra i rozsunął drzwi prowadzące na werandę. Wyszedł na drewnianą podłogę i zszedł po niedużych schodkach. Jego bose stopy spotkały się z trawą, która wtargnęła między palce, łaskocząc go, a zarazem przyjemnie chłodząc. Spojrzał w dół i uśmiechnął odrobinę, gdyż poczuł się trochę jak małe dziecko, które dopiero co poznaje świat. Poruszył palcami, szczelniej okrył się swetrem, splatając dłonie na piersi i powoli ruszył przed siebie.

Przed Liamem rozciągał się niesamowity widok. Pogoda dziś dopisała i mógł właśnie obserwować najpiękniejszy zachód świata. Słońce już chowało się za linią horyzontu pozostawiając na niebie różowe smugi. Do jego uszu docierał szum fal rozbijających się o klifowe wybrzeże, na którym stał domek. Lekka morska bryza, przyjemnie otulała jego twarz i bawiła się z jego włosami.

Stanął kilka metrów od krawędzi klifu, spoglądając na zachodzące słońce. Mocniejszy podmuch wiatru targnął jego swetrem i potargał włosy. Przymknął oczy oddając się tej chwili. To było tak przyjemne. Tak dobre. Tak właściwe. Może ten wyjazd tutaj, do Walii, dobrze mu zrobi?

6

19 września 2012, środa

Zmęczenie Louisa.

Siedział przy stoliku w kawiarni i wpatrując się w ulicę za oknem, upił kolejny łyk kawy. Odstawił filiżankę, przeczesał palcami kasztanowe włosy, po czym przygładził je. Był lekko zdenerwowany i załamany. Liam ponownie wyśliznął mu się z rąk. Kiedy w poniedziałek udał się pod adres, który dostał od Amy, nie zastał nikogo. Odpowiedziała mu głucha cisza, w co nie bardzo mógł uwierzyć. Przyjechał tu dla niego, a on zniknął. Cały czas mu się wymykał. To bieganie za nim, troszkę zaczynało go męczyć i drażnić.

Powoli też zaczynał rozumieć co czuje do Liama. Gdy zobaczył go w ten piątek, tam w parku, serce zabiło mu szybciej. Pojawiła się radość, że go widzi, a potem żal gdy ten odszedł tak szybko. Miał przedziwne wrażenie iż się zakochał. Zawsze uciekał przed tym uczuciem. Chciał być wolny, ale najwyraźniej miłość dopada każdego. Jego usidliła rok temu tu w Londynie, kiedy poznał Payne’a.

Westchnął i przetarł twarz dłonią. Jedyne czego teraz pragnął to ujrzeć Liama, powiedzieć mu jak bardzo jest z niego dumny i opowiedzieć o tym szczęściu jakie go owładnęło gdy zobaczył dedykację w książce.

- Cześć Louis – usłyszał kobiecy głos, więc podniósł wzrok. Przy jego stoliku, stała rudowłosa pani redaktor.

- Dzień dobry – przywitał się i posłał niemrawy uśmiech. Amy widząc to, odsunęła sobie krzesło i usiadła obok niego.

- Co się stało? Spotkanie z Liamem się nie udało? – spytała zaniepokojona.

- Raczej nie odbyło – poprawił ją. – Poszedłem pod adres, który mi pani dała, ale nikogo nie zastałem.

- Hym… To dziwne – zmarszczyła brwi, po czym zaczęła czegoś szukać w torebce. – Poczekaj. Zadzwonię do niego.

Kobieta wygrzebała telefon, szybko przejrzała listę kontaktów i odnalazła numer Liama. Nacisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła do ucha. Czekała chwilę, a moment potem usłyszała zaspany głos chłopaka.

- Halo? – odezwał się, ziewając przeciągle.

- Dzień dobry, mój drogi – przywitała się z nim Amy, a Louis obserwował ją uważnie. – Wybacz, że cię budzę, ale mam pytanie. Nie moglibyśmy się spotkać? Chciałabym omówić jeszcze kilka drobnych szczegółów jeśli chodzi o drugi tom.

- A nie moglibyśmy się spotkać pierwszego października? – zaczął wciąż zaspany Liama. – Matt wysłał mnie na wakacje.

- Na wakacje powiadasz. A gdzie? – zapytała pani Adams.

- Do takiego domku na klifie. Całkiem tu ładnie – przyznał już nieco bardziej trzeźwo brunet. – Spokojnie, cicho. Tylko szum fal rozbijających się o klif tam w dole.

- Oh. To jesteś gdzieś w Irlandii? – zdziwiła się wyraźnie rudowłosa, bo przecież wiedziała, iż Liam nie lubił latać.

- Nie. Przecież wiesz, że nie przepadam za samolotami – odparł chłopak, jakby czytał jej w myślach. – Jestem w Walii. To domek w okolicach Freshwater East. Właściwie ponoć jedyny tutaj taki na klifie. A co? Przyjedziesz omówić te szczegóły.

- Nie, nie, nie – zaprzeczyła. – Odpoczywaj sobie spokojnie. Najwyżej spotkamy się pierwszego października. Już ci nie przeszkadzam. Pa, Liam.

- Na razie, Amy – pożegnał się chłopak i rozłączył. Spojrzała jeszcze na telefon, a potem przeniosła wzrok na Louisa, który wpatrywał się w nią z niecierpliwością.

- Jest w Walii, domek na klifie w okolicach Freshwater East – odpowiedziała. Tomlinson posłał jej uśmiech i wstał od stolika, kierując się do wyjścia. Zawrócił się jednak i w geście podziękowania ucałował kobietę w policzek. Zaskoczona spojrzała za szczęśliwym szatynem, który otworzył drzwi i jak na skrzydłach wypadł z kawiarni. Zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową, myśląc co miłość robi z ludźmi. Dopiła kawę chłopaka i sama skierowała się do wyjścia.

7

21 września 2012, piątek

Blask świec.

Było już ciemno. A w okolicach Freshwater East wyjątkowo panował głęboki mrok, gdyż w elektrowni była awaria, zabrakło prądu i w całym mieście nie było światła. Liam wyszedł na ganek, ustawił dwie świece na parapecie okna i zapalił je zapalniczką. Dwie kolejne zabrał ze sobą, poprawiając sweter, który mu się podwinął.

Usiadł na kocu, który miał rozłożony, parę kroków od domku. Kawałek dalej stał stół z dwiema ławkami po obu jego stronach. On jednak wolał usiąść się na kocu. Było mu tak znacznie lepiej. Czuł się spokojniej.

Ustawił dwie świece na jednej z ławek i usadowił się po turecku, dokładnie na środku koca. Spojrzał przed siebie wprost na morze, gdzie odbijał się księżyc. Gdy przyjechał tu w poniedziałek i postawił bose stopy na trawie, myślał, że ten wyjazd to dobre rozwiązanie i naprawdę wróci do siebie. Po dwóch dniach wciąż było tak samo. Nie umiał na niczym się skupić. Wręcz przeciwnie. Zaczął się zastanawiać czy spodobało by się tu Louisowi.

Przymknął oczy i zobaczył uśmiechniętą twarz szatyna z tą rozwichrzoną czupryną z przed roku. Choć musiał przyznać, iż te zwyczajnie zaczesane na prawo włosy, też pasowały Tomlinsonowi. Z bałaganem czy bez, jego niebiesko-zielone oczy błyszczały tak samo i tańczyły w nich te same radosne iskierki, gdy zobaczył go tamtego dnia w Hyde Parku. Westchnął głośno na to wspomnienie.

Nagle poczuł jak czyjaś ręka owija się wokół jego ramion. Przestraszony otworzył szeroko oczy, a jego serce zabiło mocniej. Uspokoiło się jednak nieco, gdy w prawym uchu usłyszał znajomy, męski głos, a jego policzek połaskotał ciepły oddech.

- I co tak wzdychasz, Liam, hę?

Odsunął się odrobinę, odwrócił głowę i spojrzał wprost w oczy Louisa. W bladym blasku świec, które padało na ich twarze, nie dostrzegł nic poza tym hipnotyzującym spojrzeniem, które zapamiętał z ich pierwszego pocałunku.

- Co tu robisz? – wyszeptał, jakby obawiając się, iż głośniejszy ton zniszczy cały czar tej chwili. – Jak mnie znalazłeś?

- Amy – odszepnął szatyn, ocierając swój nos o jego. – Mówi ci coś to imię?

- Skąd ją znasz? – zdziwił się Liam.

- Poznaliśmy się przez przypadek – wyznał Tomlinson, uśmiechając lekko i uważnie lustrując każdy cal twarzy bruneta. – Wracałem z Hyde Parku, gdzie miałem nadzieje cię spotkać. Zahaczyłem o Costę i usłyszałem jak rozmawiała z kimś o tobie. Chyba masz ostatnio problemy z pisaniem, czyż nie?

- Tak jakby – przyznał i lekko nachylił do Louisa, chcąc się w niego w tulić. Powstrzymał się jednak w ostatniej chwili. – Po co przyjechałeś do Londynu? Mówiłeś, że już nigdy tu nie wrócisz.

Szatyn nie odpowiedział od razu. Uśmiechnął się lekko i spojrzał na Liama z uczuciem wymalowanym w oczach i na twarzy. Sięgnął dłonią do jego ciemnych włosów i wplótł w nie długie palce.

- Bo widzisz, ludzie się zmieniają, mój drogi – odezwał się i ucałował Payne’a w czubek nosa. – Kiedyś pragnąłem być wolny, zwiedzać świat. Teraz pragnę ustatkować się i być z tobą, gdziekolwiek ty jesteś. Dlatego przyjechałem do Londynu, pod pretekstem studiowania. Przyjechałem dla ciebie, bo ty tam byłeś. A teraz jesteś tu, w Walii, więc i ja tu jestem.

- Chcesz powiedzieć… - zaczął Liam, ale urwał w połowie zdania, zdając sobie sprawę z tego co właśnie Lou zrobił. On, poniekąd wyznał mu miłość. Przełknął ślinę i spojrzał w spokojne i ciepłe tęczówki szatyna.

- Przeczytałem twoją książkę kilka razy – przyznał się. – I jest naprawdę świetna. A twoja dedykacja… Kiedy ją czytałem wtedy w tej księgarni w Paryżu… Zdałem sobie sprawę jak wiele dla mnie znaczysz. Ile ja dla ciebie znaczę. Byłem tak szczęśliwy oraz dumny, bo dotrzymałeś słowa i nie zawiodłeś mnie. Byłem także smutny i rozżalony, bo zdałem sobie sprawę, jak fatalnie rozegrałem naszą znajomość tamtego lata.

Liam uśmiechnął się. Sięgnął dłonią do twarzy szatyna, po czym przysunął się i złożył pocałunek na jego ustach. Louis odwzajemnił go natychmiast i uśmiechnął przez niego. Objął bruneta ramieniem, przyciągając go bliżej siebie, a ten zacisnął ręce na jego bluzie, by po chwili zjechać dłońmi niżej, rozpiąć jej zamek i zdjąć ją z Tomlinsona, który na moment oderwał się od niego. Ponownie wpił się zachłannie w usta Li, napierając na niego z całych się i opadając wraz z nim na koc. Obdarzał go tak zachłannymi pocałunkami, tak dzikimi, tak słodkim, tak upragnionymi. A Payne nie opierał się. Odwzajemniał je z równą pasją.

Louis poruszył biodrami i otarł się o krocze bruneta, który wygiął się lekko w łuk, a z jego ust wydostało się ciche sapnięcie, tak więc ponowił ruch. Liam znów się pod nim poruszył, zaciskając dłonie na jego koszulce i przygryzając wargę. Szatyn uśmiechnął się zadziornie, przez pocałunki, którymi obdarowywał szyję chłopaka, po czym wsunął dłonie, pod jego sweter i jednym szybkim ruchem zdjął go z niego.

- Lou, zimno – zadrżał Payne, a on słysząc to zdjął swoją bluzkę i przylgnął całym swoim ciałem do bruneta. Zatopił swe usta w szyi Liama, gdzie miał zamiar zostawić po sobie ślad. Lizał ją, ssał, a chłopak jeszcze mu w tym pomógł przekręcając głowę, dając większe pole manewru. Zjechał z dłońmi w dół po ciepłym torsie bruneta i gdy tylko odnalazł klamrę paska, jego długie, zwinne palce poradził sobie z nią raz, dwa. Odpiął guzik oraz rozporek i wsunął rękę pod jego bokserki. Palcami pobieżnie przebiegł po całej długości jego członka, ale tyle wystarczyło, by z ust Liama wyrwał się niekontrolowany jęk i mocniej zacisnął dłonie na jego nagich plecach.

- Liam – szepnął cicho jego imię, gdy skończył malinkę. – Bioderka.

Brunet uniósł je lekko, przez co Louis z łatwością zsunął z nich jego spodnie oraz bokserki. Poczuł także nieznośny ucisk w swoich spodniach. Sięgnął wiec do paska. Payne widząc to postanowił mu pomóc. Ich palce splątały się, gdy Tomlinson odpinał klamrę paska, a Li w tym czasie rozpiął zamek rozporka, oraz odpiął guzik. Podniósł się, wsuwając dłonie za bokserki szatyna i ściskając jego nagie pośladki. Ten jękną krótko, ponownie ocierając o krocze bruneta, który zacisnął usta. Na moment Liam przejął inicjatywę i zsunął ze swojego kochanka spodnie wraz z bokserkami. Jednak zaraz po tym Louis ponownie wpił się usta Payne’a, przygryzając jego wargę. Rozchylił je i pozwolił mu wejść do środka, ponownie opadając na koc.

Louis dokładnie penetrował każdy zakamarek ust bruneta, dłoń błądząc po jego nagim, rozpalonym torsie. Z każdą sekundą zjeżdżał coraz niżej, by w końcu zacząć drażnić się z nim, rysując palcem kółeczka na jego podbrzuszu. Liam jęknął w usta szatyna i przygryzł jego język, pokazując tym samym, iż nie podoba mu się to co robi. Tomlinson oderwał się od niego i spojrzał na zarumienioną twarz chłopaka. Ich przyśpieszone oddechy mieszały się razem. Payne spojrzał na niego swoimi orzechowymi tęczówkami, które lśniły w nikłym świetle świec.

Szatyn zacisnął palce na przyrodzeniu chłopaka, a ten jęknął przeciągle, wyginając się pod nim i odrzucając głowę do tyłu. Louis zaczął poruszać ręką w górę i w dół jednocześnie składając pocałunki na obojczykach bruneta. Słyszał nad głową jego jęki, wił się pod nim i co jakiś czas wbijał paznokcie w jego plecy. To go jednak pobudzało jeszcze bardziej.

- Kochaj się ze mną – sapnął Liam, oplatając go w pasie nogami. – Słyszysz? Kochaj się ze mną. Chce żebyś się ze mną kochał. Słyszysz?

- Tak, mój drogi – odszepnął nie zaprzestając ruchów dłonią. – Jak sobie życzysz.

Zassał skórę na obojczyku bruneta, który chwilę potem doszedł w jego dłoni z jego imieniem na ustach. Louis jednak nie miał zamiaru dać chwili wytchnienia Payne’owi, mimo iż ich oddechy były już ciężkie, a ciała pokrył pot, który z każdym lekkim podmuchem wiatru wywoływał gęsią skórkę na ich ciele.

Tomlinson przesunął swoją dłoń i na moment zacisnął na pośladku bruneta. Chwilę potem jeden z jego palców zaczął krążyć koło wejścia Liama, który lekko się spiął, więc uspokoił go namiętnym pocałunkiem. Wykorzystał chwilę zapomnienia chłopaka i częściowo wsunął swój palce.

- O kur… Ummm… - jęknął Payne, boleśnie wbijając paznokcie w plecy szatyna. Te jednak się nie zrazi i by znów rozproszyć chłopaka pocałował go. Podziałało więc dalej wsunął swój palec. Liam krzyknął krótko, a w kącikach jego oczu zgromadziły się łzy, które po chwili spłynęły po policzkach. Louis widząc to zatrzymał się jak sparaliżowany.

- O matko – szepnął. – Liam. Jak chcesz przestanę.

- Nie – zaprzeczył gwałtownie brunet, odchylając głowę. – Po prostu to boli i jest trochę dziwne. Kontynuuj.

Louis, za nim wykonał kolejny ruch wpił się w usta chłopaka, by pokazać mu, że naprawdę go kocha i pragnie, a następnie zgiął swój palec. Payne wygiął się pod nim i warknął cicho. Ponowił swój ruch w nim, a brunet znów zaczął się wić. Odrzucił głowę do tyłu, znów wbijając paznokcie w jego plecy i drapiąc go. Z każdym kolejnym zagięciem warknięcia Liama przeradzały się w ciche jęki rozkoszy, które pozwoliły mu utwierdzić go w tym, iż nie skrzywdził go. Wręcz przeciwnie. Brunet z każdym jego ruchem zaczynał doznawać przyjemności i miał zamiar pozwolić by i Lou jej doznał.

- Teraz, Louis – sapnął, wplatając dłoń w kasztanowe włosy chłopaka i zaciskając palce na nich. – Teraz.

Tomlinson wyciągnął palec i delikatnie wsunął swojego członka. Payne jęknął przeciągle. Szatyn obdarzał jego tors pocałunkami. Powoli zaczął się w nim ruszać, a Liam z każdym kolejnym pchnięciem, powoli przestawał kontrolował swój głos. Coraz częściej dochodził do niego jęki rozkoszy bruneta, co jeszcze bardziej pobudzało jego pracę tam w dole. A kiedy polizał jeden z jego sutków i possał, wszystko osiągnęło punkt kulminacyjny. Liam ponownie doszedł, prawie zdzierając sobie gardło. Louis szczytował zaraz po nim, gdy poczuł lepką maź na swoim ciele.

Powoli i delikatnie wyszedł z chłopaka i opadł na koc tuż obok niego, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Obaj oddychali ciężko i potrzebowali prysznica, chcieli jednak nacieszyć się tą chwilą, zdając sobie sprawę jak dziwnie potoczyły się ich losy i doprowadziły aż tutaj. Rozmyślania obojga nietrwały jednak długo, gdyż kolejny podmuch wiatru otulił ich nagie ciała i sprawił, że mieli dreszcze.

- Chodźmy do domu – zaproponował Liam, podnosząc się na łokciach. Zebrał swoje ubrania, zdmuchnął świece i na chwiejnych nogach, z ręką Louisa oplatającą jego talie, wrócili do domu, chichrając się pod nosem.

8

22 września 2012, sobota

Kocham Cię.

Zmysłami Liama zawładnęło przyjemne ciepło oraz woń płynu do płukania zmieszanego zapachem czyjegoś ciała. Poruszył się nieznacznie, chcąc bardziej poczuć to przyjemne ciepło, które należało do Louisa. Uśmiechnął się delikatnie, opierając czoło na nagim torsie szatyna i lekko przesunął opuszkami palców po wcięciu jego talii. Lou poruszył się nieznacznie, mocniej zaciskając rękę, którą go oplótł i opierając policzek na jego włosach.

Powoli się rozbudzał, czerpiąc niezwykłą przyjemność ze świadomości, iż Tomlinson leży tuż obok niego i jest tu tylko dla niego. Jego ciało zalała fala przyjemnego ciepła. Miało ochotę zaśmiać się z radości, jak wtedy gdy przeczytał artykuł w Timesie, ale powstrzymał się. Nie miał zamiaru budzić Louisa.

Zadarł głowę, a jego orzechowe oczy spoczęły na spokojnej twarzy szatyna. Wąskie usta były lekko rozchylone, przez co oddech Tomlinsona łaskotał jego twarz. Na alabastrowych policzkach wymalowane miał dwa, dorodne rumieńce. Na nich wachlarze układały się długie, czarne rzęsy, a hipnotyzujące spojrzenie ukryte było pod powiekami. Oczy przysłaniała grzywka, która opadła na nie. Sięgną dłonią i palcami odgarnął mu ją z oczu. Z pomiędzy rozchylonych warg Louisa wydostał się ciche westchnięcie i Liam zamarł z ręka zawieszoną w powietrzu, obawiając się iż obudził swojego chłopaka. Ten jednak tylko mrukną coś i przekręcił się na drugi bok, lekko ściągając pościel.

Oparł się na łokciu i spojrzał na profil szatyna. Uśmiechnął się, złożył delikatny pocałunek na jego policzku i delikatnie, tak by nie obudzić Louisa wyśliznął się z łóżka.

♥ ♥ ♥

Promienie porannego słońca wtargnęły do niewielkiej sypialni i zatańczyły na zgrabnym nosie szatyna. Mruknął coś niezrozumiałego i przekręcił na drugi bok, zaplątując się w białą pierzynę i bardziej wtulając w poduszkę. Drzemał jeszcze chwilę dopóki z dołu nie dobiegło go skrzypnięcie podłogi oraz dźwięk rozsuwanych drzwi prowadzących na werandę. Powoli rozchylił powieki, a jego zaspane niebiesko-zielone tęczówki spoczęły na pustym miejscu. Przejechał po nim dłonią, a gdy zdał sobie sprawę, kto powinien tu leżeć, podniósł się na łokciach i rozejrzał po wnętrzu.

Teraz w blasku porannego słońca ta sypialnia wydawała mu się zupełnie inna niż wczorajszego wieczoru, gdy ledwo do niej się dowlekli, zachowując z lekka jak dwaj wstawieni kumple. Była nieduża, ale taka ciepła i przyjemna. Między łóżkiem, a oknem stała szafka nocna, a na wprost niego postawione było biurko. Ścianę po prawej zajmowała szafa i niewielka komoda. Przy pomalowanych na turkusowo drzwiach stała jego torba podróżna.

„Pewnie Liam ją przyniósł” – pomyślał, po czym uśmiechnął się pod nosem. Zalała go przyjemna fala ciepła, radości i szczęścia, gdy zdał sobie co wczoraj się wydarzyło. I nie miał na myśli tu tylko seksu, który tak naprawdę był zwieńczeniem tego co wcześniej. Powiedział mu, że jest z niego dumny, jak bardzo za nim tęsknił i jak przykro mu było gdy tak wyjechał. Od dobrych kilku tygodni układał tę przemowę, a gdy przyszło co do czego, wyszło mu coś zupełnie innego. Ale najważniejsze, że efekt był taki jakiego pragnął.

Wyplątał się z pościeli i wyjrzał przez małe okienko. Na zewnątrz dostrzegł Liama. Znów siedział na kocu z kubkiem kawy postawionym obok na trawie. Pochylał się do przodu, a kiedy przekrzywił głowę na lewo, uśmiechnął się pod nosem, bo wiedział co robi. Aż za dobrze znał ten odruch Liama.

- Pisze – szepnął do siebie i podszedł do swojej torby, skąd wygrzebał czyste ubrania. Odnalazł łazienkę, wziął szybki prysznic i założył zwykłe dżinsy oraz szary sweter. Wyszedł przeczesując włosy palcami i przeskakując co drugi stopień zszedł na dół.

Zaparzył sobie mocnej kawy i wziął ze sobą kubek ciepłego, parującego napoju. Prześliznął się przez szparę między rozsuniętymi drzwiami. Postanowił zrobić to co zawsze, gdy on pisał. Przysiadł na schodkach, prowadzących z werandy na zbocze klifu i po prostu zaczął go obserwować.

Otulił ciepły kubek rękoma, po czym upił łyk napoju. Spojrzał na Liama, który siedział po turecku z zeszytem rozłożonym na kolanach i co róż zapisywał kolejne zdanie. Czasem zawieszał długopis kilka centymetrów nad kartką i Louis wiedział, że rozważa on każdą możliwą opcję zdania, po czym zapisywał tę najwłaściwszą w jego mniemaniu.

Chłodny podmuch wiatru od strony morza, zatańczył w ciemnobrązowych włosach Payne’a i wyrwał go z transu, w który wpadał gdy miał pomysł. Sięgnął po swój kubek z kawą i dopiero teraz dostrzegł Louisa siedzącego na werandzie, który posłał mu uśmiech.

- Długo tam siedzisz? – spytał, upijając łyk zimnego już napoju.

- Stanowczo za krótko by nacieszyć się twoim widokiem kiedy piszesz – odpowiedział i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Zaraz kończę – mruknął speszony Liam, odstawiając kubek.

- Nie poganiam – wyznał cicho szatyn, opierając policzek na kolanie. – Lubię patrzeć na ciebie kiedy piszesz.

Wiatr zatańczył z karkami zeszytu, które chłopak przytrzymał, po czym wrócił do pisania. Louis dalej obserwował go w ciszy, rejestrując każdy jego najdrobniejszy szczegół, każdy ruch. W końcu westchnął głośno co było jednoznaczne temu, że skończył. Przeciągnął się, a szatyn podniósł się z werandy i podszedł do niego.

- Czyżby wena wróciła? – spytał, kucając tuż obok niego.

- Oczywiście – przyznał brunet, spoglądając w roześmiane oczy chłopaka. – Wróciła razem z moją muzą.

Tomlinson zaśmiał się, po czym złożył pocałunek na ustach Payne’a, który on odwzajemnił bez wahania.

- Wiesz. Nie powiedziałem czegoś wczoraj – zaczął cicho Louis. – Kocham Cię.

- Ja ciebie też kocham – odpowiedział z uśmiechem Liam i znów musnął usta szatyna.





*postanowiłam tu wykorzystać własne opowiadanie, żeby potem nie było jakichś problemów. Jamesa znajdziecie w moim nowym opowiadaniu Prince of Dragons. I faktycznie. Mam zamiar tam rozbudować postać Jamesa, ale nie koniecznie wprowadzać kolejną postać żeńską ;)

**Allen & Unwin – jedno z największych wydawnictw brytyjskich z siedzibą w Londynie, założone w roku 1871. Zajmuje się dystrybucją książek głównie w Wielkiej Brytanii jak i Australii. Opublikowało wiele książek J.R.R. Tolkiena.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz