Harry westchnął cicho i przeszedł przez duży hol, uważnie rozglądając się wokół siebie. Mimo, że spędził w tym holu, większość swojego siedemnastoletniego, pozornie usłanego różami życia, chciał mieć pewność, że przez ten rok (nie licząc świąt i przerw w nauce, kiedy to miał wracać do domu), będzie pamiętał każdy szczegół dużego pomieszczenia. Głównym powodem, dla którego spędzał tu tyle czasu była jego wielkość i śliskość podłogi, ale to już inna historia. Pomieszczenie to, było jednym z największych miejsc w przestronnym pałacu. Wielkością jedynie dorównywała mu sala balowa, w której to odbywały się zabawy dla przeróżnych gości zagranicznych, z różnych, nieraz przedziwnych okazji. Hol był przestronny, to już wiemy. Był też wyłożony białymi, iskrzącymi się w świetle słonecznym płytkami, polerowanymi kilka razy dziennie, przez tuzin zajmujących się domem pokojówek. Słońce, przedostawało się przez duże okna, które z wschodniej strony prowadziły na taras, z którego to można było przejść to ogrodu, pielęgnowanego przez trzech, stałych ogrodników, mających swój mały domek w jego rogu. Z zachodniej strony duże okno dawało po prostu piękny widok na zachód słońca, przy którym Harry zwykł siedzieć na również iskrzących się, śliskich schodach, popijając gorącą herbatę malinową. Jedynym nie polerowaną tu rzeczą było małe drzewko cytrynowe, którego wzrost Harry obserwował od długich lat. Sam, jeszcze jako dziecko, z niewiadomych powodów mówił często do tej rośliny. Może to dziwne, ale dla niego była jak przyjaciel – była z nim od jego najmłodszych lat, razem dorastali jakkolwiek dziwacznie do brzmi.
Harry nie miał przyjaciół. Był typem samotnika. Lubił towarzystwo ludzi, ale nie widział potrzeby utrzymywania z nimi jakichś bliższych kontaktów. Drażniło to jego ojca, który twierdził, że jego syn potrzebuje dziewczyny. Kogoś z kim ożeni się, kiedy zasiądzie na tronie. Każde królestwo, potrzebuje królowej – to przecież naturalne. Matka twierdziła zaś, że chłopak ma jeszcze czas. Jednak Harry nie osądził słuszności żadnej ze stron. Po prostu siedział naprzeciw nich, i w najlepsze zajadał się zwyczajnym, jak na dwór śniadaniem – płatkami zbożowymi z zimnym mlekiem.
Teraz Harry stał przed zamkiem, w którym mieszkał i patrzył, jak służący jego ojca wkłada do czarnego samochodu jego walizki. Nie było ich dużo – tylko kilka, w których mieściła się garstka rzeczy od których był uzależniony – takich jak, jego biały laptop i bluza Jacka Danielsa. Stwierdził, że kiedy już dotrze do Londynu, zrobi zakupy. Królestwo nie było do tego najlepszym miejscem. Dlatego więc, ilekroć chciał kupić sobie jakieś ubrania, czy rzeczy do swojego pokoju, prosił, któregoś z szoferów, aby zabrał go za granicę Samii – do Włoch lub Francji.
Teraz, jeden z szoferów w czarnych, regulaminowych garniturach, miał go zawieźć na lotnisko do pobliskiego Milan. Stolica królestwa nie posiadała jeszcze lotniska, ale w wkrótce miało się to zmienić. Jego ojciec rok temu, wystąpił z inicjatywą budowy małego lotniska na obrzeżach miasta. Dla dwustu tysięcy ludzi, którzy rzadko kiedy, wyjeżdżali za granicę musiało wystarczyć.
Harry pożegnał się już z rodzicami, którzy byli właśnie w drodze do Waszyngtonu. Nie wnikał, po co tam jechali, ale było mu trochę przykro, że nie poczekali do jego wyjazdu. W każdym razie, chłopak nie użalając się nad sobą zbytnio po prostu wsunął ręce do kieszeni i wsiadł do pojazdu, wymieniając co jakiś czas z kierowcą proste zdania, dotyczące pogody czy jego planów na nadchodzący rok. Jednak problem leżał w tym, że Harry nie miał planu. Miał zamiar po prostu wylądować na Heathrow, i pozwolić, aby reszta była po prostu czystym przypadkiem. Nie martwił się, że coś źle się powiedzie. Będzie żył chwilą. Razem ze swoim ochroniarzem, który zostanie mu przydzielony przez agencję w stolicy Wielkiej Brytanii. To był jedyny minus wyjazdu, ale to był jedyny warunek, który postawił jego ojciec godząc się na tymczasową przeprowadzkę, więc Harry nie protestował.
Po piętnastu minutach patrzenia w okno, na przesuwające się za przyciemnianą szybą siedemnastolatek oparł swoją młodą twarz o nagrzane szkło i zasnął wsłuchując się w uspakajający go głos Frediego Merkurego.
***
Louis Tomlinson lubił herbatę. Szczególnie z mlekiem i kostką cukru. Dlatego też Louis siedział teraz przez telewizorem popijając ukochany płyn z kubka, który dostał od swojego współlokatora Liama z okazji poprzednich urodzin. Duży różowy kubek w małe baranki był jego ulubionym przedmiotem. Student siedział przed telewizorem oglądając powtórkę niedzielnego X-Factora. To nic, że już go oglądał, komentując głośno każdy z występów, a Liam bił go w ramię za każdym razem, kiedy zdenerwowany zrywał się z kanapy, budząc przysypiającego współlokatora. Ale według Louisa, nic tak nie poprawia humory w deszczowe, zimne wieczory, jak X-Factor i kubek herbaty. Chłopak oparł się wygodniej o oparcie fotela i podciągnął koc, który zsunął się z jego kolan. Kiedy show przerwały nieuniknione reklamy, Tomlinson pochylił się do przodu, i sięgnął po leżącą na stoliku książkę. Ręką poprawił okulary, które zsunęły mu się z nosa w chwili nieuwagi, kiedy to był zafascynowany występami, które i tak już widział. Louis często się zachwycał. Niestety, Payne często nie podzielał jego ekscytacji, co skutkowało kilkuminutowym, ale i tak długim jak na Louisa, fochem. Otworzył książkę na stronie, na której ostatnio skończył czytanie i zagłębił się z lekturze, wsłuchując się w ciche dźwięki dochodzące z głośników telewizora.
Po pół godzinie podniósł oczy, słysząc szczęk klucza w zamku, a po chwili ujrzał w progu przemokniętego Liama, który posłał mu jedynie zmęczone spojrzenie z przedpokoju. Dwudziestolatek westchnął i podniósł się z fotela, kierując się w stronę korytarza.
-Jak było? – zapytał opierając się o framugę, i obserwując, jak Payne ściąga mokre tenisówki, które po chwili zastąpił ciepłymi kapciami, które kiedyś kupili na wyprzedaży. Buty były takie same – brązowe, wyglądające jak mała krowa – różniły się tylko rozmiarem.
-Włóczenie się po Londynie w czasie deszczu, nie jest najprzyjemniejszą rzeczą w życiu, przecież wiesz – odpowiedział dziewiętnastolatek i odwiesił czarną wiatrówkę na wieszak. – Będziesz tak miły i zaproponujesz mi filiżankę herbaty? – mruknął, przeczesując ręką swoje ciemne włosy.
-Mieszkasz tu – odburknął Louis, jednak skierował się do małej kuchni, aby nastawić wodę na napój.
Liam dołączył do niego dziesięć minut później – suchy, ubrany w szare dresy i turkusowy podkoszulek z kieszonką po lewej stronie. Sunąc stopami po śliskiej podłodze, dotarł do krzesła na którym usiadł, zsuwając się po nim tak, że jego głowa spoczywała na oparciu. Dwudziestolatek bez słowa postawił przed nim parujący, zielony kubek i oparł się o blat i skrzyżował ręce na piersi.
-Załatwiłeś wszystko, co planowałeś? – zapytał Louis, patrząc jak przyjaciel dmucha na gorący napój, i ogrzewa nim ręce.
-Tak, przynajmniej tak sądzę. Wiesz, jakie na uczelni jest teraz zamieszanie. Trudno uwierzyć, że jeszcze weekend do rozpoczęcia roku. Wakacje chyba nigdy nie będą trwać wystarczająco długo – powiedział chłopak i upił łyk owocowej herbaty. Poczekali w ciszy, aż Liam dokończy napój i odstawi kubek do zlewu. Payne podziękował, i oddalił się do swojego pokoju, mówiąc, że jest zmęczony, a później mrucząc coś o zdradzieckiej londyńskiej pogodzie. Louis za to ponownie zasiadł przed ekranem telewizora, myśląc o tym, jakie to zabawne, że Liam nie przyzwyczaił się do niej po dwóch latach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz