niedziela, 8 grudnia 2013

1

- Przepraszam, stary. Chyba będziesz musiał dziś pracować sam. – Głos Harry’ego jest suchy i zachrypnięty na drugim końcu linii i Liam nie jest do końca pewien, czy powinien mu wierzyć. Czy rano nie brzmi tak zawsze? Prawdopodobnie zwyczajnie zaspał, a teraz nie widzi sensu we wstawaniu. (Liam powinien widzieć; Harry zrobił to wystarczająco wiele razy w przeszłości.)
Liam staje na palcach, szukając dodatkowego klucza w doniczce wiszącej nad drzwiami piekarni. Musi gdzieś być schowany w ziemi i zaschniętych płatkach. – Racje, pewnie. To żaden problem, Haz.
Niemal jest w stanie ujrzeć uśmiech na twarzy Harry’ego, uczucie satysfakcji faktem, że zaspanie ujdzie mu na sucho. To nie ma znaczenia, piekarnia należy do rodziców Harry’ego i nie może łatwo zostać zwolniony, dopóki wszystko pracuje jak należy. Liam jest w stanie temu podołać. Robił to już wcześniej. – Dzięki, Li. Do zobaczenia?
Liam kiwa głową, na chwilę zapominając, że Harry nie jest w stanie go zobaczyć. – Tak, pewnie. Później sprawdzę co u ciebie, okej? – Kliknięcie sygnalizuje zakończenie rozmowy i Liam przewraca oczami. Typowe. Wsuwa swój telefon do kieszeni i wraca do szukania klucza. Niepostrzeżenie wypada on z doniczki, uderzając o ziemię z cichym brzdęknięciem.
Piekarnia pachnie cynamonem, mimo że nikogo nie ma w środku. Liam wdycha ten zapach z uśmiechem. Szczerze mówiąc, uwielbia, kiedy Harry się spóźnia. To oznacza, że ma dużo czasu, by piec w samotności, ugniatać ciasto i malować małe twarzyczki dodatkowym lukrem na wszystkim, na czym się da. Minęło już trochę czasu. Przez ostatnich kilka miesięcy Harry był praktycznie religijny w swojej frekwencji, desperacko usiłując zebrać pieniądze na zakup samochodu.
Liam bierze chleb, który zostawił wczoraj do wyrośnięcia i kroi go starannie w kostkę. Już jest w stanie stwierdzić, że będzie to dobry dzień.
Albo przynajmniej dzień ten miał taki potencjał. Przed otwarciem sklepu wydarzyły się już trzy katastrofy. Na jego palec spadła nadal gorąca od pieca taca. Zatrzasnął drzwiczki pieca na swojej ręce, przez co była opuchnięta i czerwona. Próbował zdjąć torbę czekoladowych chrupków z wyższej półki, by dowiedzieć się, że była ona otwarta, przez co wszystkie płatki się na niego wysypały. Nadal mógł mieć nieco we włosach; nie był w stanie sprawdzić. W piekarni nie ma luster, co zdecydował się zmienić już jutro.
Wie również dlaczego. Telefon wpatruje się w niego z kieszeni jego starej bluzy i mimo że ekran już zgasł, Liam nadal widzi otwartą tam wiadomość. Drwi z niego. Liam chce spojrzeć znów, ale już zdążył ją zapamiętać; nie ma żadnego sensu w dalszym torturowaniu samego siebie.
Och, i baw się dobrze z Louisem! Xx Haz
Okej, więc może Liam ma problem. Jest taki chłopak z włosami jak ptasie gniazdko i oczami jak ocean, który przychodzi do piekarni każdego ranka. Harry powiedziałby, że takie opisywanie go jest tandetne i udowadnia, że Liam chce się dostać do jego spodni, ale to nieprawda. To w ogóle nie jest prawda. Louis jest interesujący i zdecydowanie zbyt dobry dla Liama. Pracuje w barze, do którego Harry regularnie chodzi i Liam widział go tam wiele razy. Nigdy nie rozmawiali, ale Liam lubi myśleć, że utrzymywali kontakt wzrokowy raz czy dwa. (Tylko dlatego, że został przyłapany na patrzeniu, ale to tylko mały, nieistotny detal, prawda?)
Jest niemal jedenasta. Stosunkowo za późno na śniadanie, ale Liam wie lepiej. W każdej chwili zaspany Louis wejdzie przez drzwi i spyta o muffiny z jagodami. Zamówi herbatę Yorkshire i weźmie cukier z lady, po czym wyjdzie. Czasami Harry wyciąga z niego kilka słów. Czasami Harry sprawia, że chłopak olśniewająco się uśmiecha. Liam głównie chowa się za drzwiami, tłumacząc się tym, że musi przynieść więcej tych muffin i zaraz wróci. Zerka zza drzwi prowadzących do kuchni, podsłuchując i starając się udać, że wcale tego nie robi, dopóki Harry nie woła go z powrotem i Liam jest zmuszony do oglądania wyjścia Louisa.
To żałosne, Liamowi nie trzeba o tym przypominać.
I oczywiście Louis przychodzi pięć po jedenastej. Tego dnia jego włosy są w okropnym stanie, a oczy lekko zaczerwienione. Liam chce przebiec palcami przez jego włosy i ułożyć je, i może jednocześnie spytać Louisa, dlaczego jest taki zmęczony. Nie robi tego. Nigdy nie wypowiedział pod jego adresem więcej niż trzech słów i decyzja, że mają jakikolwiek powód do rozmowy, wydaje się absolutnie śmieszna.
Louis wpatruje się w Liama tymi niebieskimi oczami i Liam musi zmusić się, by nie uciec. Co ma powiedzieć? Co ma zrobić? Co robi zwykle Harry? Nigdy nie był dobry, kiedy chodziło o klientów, szczególnie tych, którzy wyglądają w ten sposób. Liam nie jest dobry w słowach.
- Ach – mamrocze Louis. Liam przysięga, że serce podskakuje mu w piersi. – Gdzie jest ten drugi? Z loczkami.
A potem jest gorzej, może nawet trochę boli. Liam stara się uśmiechać. – Harry nie czuł się dziś dobrze – wydusza z nadzieją, że nie brzmi aż tak idiotycznie, bez względu na to, jakie bóstwo się z niego śmieje. – Co podać, w takim razie?
Muffina jagodowego i herbatę Yorkshire. – Poproszę muffina jagodowego. I herbatę Yorkshire. – Louis wyjmuje już swój portfel, przeszukując banknoty, by znaleźć odpowiednią kwotę. Wyciąga dziesiątkę, kiedy Liam wciąż wyjmuje muffina z wystawy przez serwetkę, która już zdążyła zabarwić się na fioletowo.
Oczywiście pomyślał o tym. Liam jest przygotowany. Gorąca herbata już za nim czeka. (Wiedział o której godzinie przychodzi Louis, nietrudno było to wyliczyć. Poza tym, gdyby Louis się spóźnił, Liam sam wypiłby herbatę, a jemu zrobił kolejną.) – P-proszę – mówi, przysuwając kubek do Louisa.
Stoją tak przez jakiś czas, mimo że Liam nie jest pewien dlaczego. W końcu Louis podpowiada mu, spoglądając na drzwi i przesuwając banknot do przodu. – Reszta? – pyta. Liam praktycznie widzi, jak chłopak przewraca oczami, kiedy rozpaczliwie wciska guziki kasy i wyjmuje odpowiednie banknoty. Na jego policzki wkrada się rumieniec. Zastanawia się, jak bardzo jest to widoczne.
Kiedy Louis w końcu wychodzi, zerkając po raz ostatni przez ramię – i w tym spojrzeniu jest wiele uczuć, myśli Liam, dezorientacja, niepokój, zdenerwowanie – Liam jest gotów się załamać. Rozgląda się po sklepie i sprawdza, czy nikt go nie potrzebuje, zanim biegnie z powrotem do gorącej kuchni i chwyta swój telefon.
Szybko wybiera numer Harry’ego, przyciskając telefon do ucha jakby był on jedyną rzeczą, która trzyma go przy życiu. Liam nawet nie pozwala przemówić chłopakowi, zaraz, gdy sygnał zostaje przerwany, odzywa się. – Nigdy już nie opuścisz dnia w pracy, Harry. Ani jednego. Rozumiesz?
- Wnioskuję, że póki co, dobrze ci idzie. – Harry się śmieje. Liam pragnie, by przestał. – Jak tam Louis?
- Jeśli opuścisz jeszcze jeden dzień, dopomóż boże, własnoręcznie cię wykastruję.
Harry wzdycha. – Hej, Li. Chodźmy dziś do klubu.
Liam unosi brew. Glos Harry’ego nie jest zachrypnięty ani szorstki i zaczyna myśleć, że jego wcześniejsze przypuszczenia są prawdziwe. Harry nie leżał chory w łóżku, leżał i odsypiał po długiej nocy w mieście. – Myślałem, że nie czujesz się dobrze.
- Och. – W słuchawce słychać udawany kaszel. – Racja. Ahem. Cóż, ty i Zayn możecie pójść beze mnie, w takim razie. Przepraszam. Będzie po ciebie koło ósmej. – Liam chce zaprotestować, ale nie ma okazji. Kiedy otwiera usta, słyszy jedynie sygnał.
Powoli wydaje się to stawać czymś regularnym. Wieczorem, kiedy pójdą do klubu, Zayn powie coś o nagłym wypadku, coś o tym, że Harry go potrzebuje. Wyjdzie, zostawiając zdanego na własne siły Liama, który siądzie przy barze i wypije swoją wodę, próbując nie obserwować pracującego Louisa.
Cóż, ten dzień miał potencjał, by być świetnym. Liam szybko zauważa, że wcale się tak nie dzieje. Kiedy spogląda na wypolerowaną, drewnianą ladę i widzi mąkę przyklejoną do swojego nosa, wydaje z siebie wściekłe westchnienie i wyciera ją rękawem.
- Cholerny Haz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz