piątek, 18 kwietnia 2014

**********************************************************************
Rozdział 14.


Harry nie wiedząc dlaczego po raz kolejny posłuchał głosu swojego serca i od razu udał się do Louisa.

Uzupełniał go. Zawsze pokazywał jego prawdziwe oblicze - niczym zwierciadło, odbicie, *lustro*. Być może teraz również zauważyłby te różnice, których nie dostrzegał wcześniej.

Pukając do drzwi nie czuł zdenerwowania czy tremy. Był przeświadczony, że poczucie winy nie będzie zżerało go od środka, co miało ułatwić sprawę, prawda? Miał nie skupiać się na niewinności Louisa, jego delikatnych rysach twarzy, malutkich dłoniach i drobnym ciałku. Miał zapomnieć i nie przyznawać się do tego, co od kilku godzin zaprzętało jego głowę.

Ale prawdziwy anioł stojący u progu mógł pokrzyżować wszystko.

Był tam, razem ze swoimi perfekcyjnymi włosami w nie ładzie i delikatnym zarostem na twarzy. Jego ciało, a w zasadzie tylko część, okrywały bokserki Top Man'a i Harry stwierdził, że to wcale nie pomagało.

Louis mógłby stać nawet na środku zatłoczonej ulicy w centrum Londynu, delikatnie zagłuszany przez gmach i smog, ale Harry i tak dostrzegłby go. Był jak lustro, które prześladowało go i za każdym razem pozwalało odkryć prawdę o samym sobie.

- Oh, Harreh, wyglądasz okropnie - Louis zmarszczył brwi wciągając lokatego do mieszkania.
- Dzięki - odpowiedział sarkastycznie Harry, po czym rozebrawszy się, wszedł do salonu. Louis w mgnieniu oka postawił wodę na kawę, krzątając się po kuchni.
Harry obserwował go z uśmiechem na twarzy. Przy Lou wszystko, zawsze układało się. Mógłby powiedzieć nawet, że od dłuższego czasu to on wkładał na jego głowę wianeczek pleciony z przepięknych, ciepłych słówek i sprawia, że się uśmiecha.
- Idę się przebrać i zaraz wracam - zakomunikował Lou.
Harry uśmiechnawszy się pokiwał głową.

*Poczekam na Ciebie, nawet, jeśli miałoby trwać to wieczność.
Bo to jest właśnie miłość,
której nie dostrzegałem wcześniej*

Przez kilka następnych godzin Harry lojalnie mógł stwierdzić, że zgrzeszył zdradzając Louisa.
Pomiędzy jego niewinnością a sarkastycznym sposobem bycia, była cienka granica, którą łatwo było przekroczyć. Właśnie dlatego Harry widział siebie w jego zachowaniu. Zazwyczaj to lokaty wydawał się być niebezpieczny na swój niewinny sposób, prawda?
Louis był jego lustrem.
A kiedy lustro się rozbije, czeka nas nieszczęście.


*Nieszczęście*


- Oh, Harry, dzwonił do mnie Nick, pytał czy mamy ochotę spotkać się z nim. - zakomunikował Louis ześlizgując się z kolan chłopaka.
Harry momentalnie pobladł.
- Jaa.. Jak to Nick? - wyjąkał onieśmielony.
Louis zaśmiał się cholernie uroczo i uszczypnął lokatego w bok.
- Dałem mu wczoraj swój numer, a dzisiaj rano do mnie zatelefonował.
Harry spiął się i wstał z kanapy.
- Muszę już iść, Lou. Spotkamy się później, dobrze?
Harry w panice przeczesał swoje loczki. Louis obserwował go spod przymróżonych oczu, starając się wyjaśnić samemu sobie zaistniałą sytuacje.
Zachowanie Harry'ego był co najmniej dziwne. Nawet jak na niego.
Zarejestrował jeszcze jak lokaty ubiera kurtke i w pośpiechu wychodzi z mieszkania.


*Nieszczęście*


Harry dobrze wiedział co Grimshaw planował. To na pewno nie było przypadkiem, że - o zgrozo - jeszcze skacowany Nick zadzwonił do jego chłopaka z samego rana. Na razie nie wiedział w co on się bawi, ale był pewien, że swoim zachowaniem chciał doprowadzić do katastrofy, lub - co najmniej - lekkiego zawału w przypadku Harry'ego.

Styles nie czekał ani chwili dłużej. Pozostawił Louisa w pustym mieszkaniu i natychmiastowo zamówił taksówkę, która dowiozła go pod apartament prezentera. Był pewien, że teraz wyjaśnią sobie kilka spraw.

- No dalej, otwieraj.


*Nieszczęście*


Harry po raz kolejny nacisnął na dzwonek wywołujący denerwując sygnał. Ścisnął nasadę nosa i przymknął ciężko oczy, kiedy drzwi nareszcie otowrzyły się. Nick z umiechem wpatrywał się w Harry'ego.

- Chyba musimy pogadać - zakomunikował szorstko Harry wpraszając się do środka.

Nick zaśmiał się nerwowo zwracając tym samym uwagę lokatego.

- Nie sądziłem, że po tej nocy będziemy rozmawiać tak sztywno - wytłumaczył.

Tym razem to Harry zaśmiał się dźwięcznie.

- Zawsze byłeś sztywny.

Nick wyczuł podtekst w stwierdzeniu Harry'ego, ale nie skomentował go. Wiedział, że tyczy się wczorajszego wieczoru i tego jak jego ciało reagowało na zielonookiego. Zacisnął usta w wąską linie i przytaknął.

- W co ty grasz Grimmy? - zapytał wreszcie Hazz.

Ich spojrzenia spotkały się. Oby dwóch zalała fala zdespreowania i ciekawości.
Grimshaw w pierwszym momencie chciał podejść do Harry'ego, spojrzeć mu prosto w oczy i wyznać długo skrywaną prawdę, ale wiedział, że byłoby to ryzykowne. Zgodnie ustalili kiedyś zasady swojej znajomości - Nick nie miał prawa ich złamać.


*Nieszczęście*


- O co ci chodzi, Harry?

- Nie udawaj Grimshaw. Dlaczego chcesz spotkać się z Lou?

Harry westchnął po czym powoli przybliżył się do bruneta i delikatnie zmrużył oczy.

- Ja ci to zrobiłem? - lokaty wskazał na malinke w okolicy szczęki przyjaciela.

Oczy Nicka delikatnie zabłysy przejawiając w sobie odrobine opiekuńczości i słabości. Harry musnął koniuszkami palcy ciemny ślad i oddalił się nieznacznie.

- Nie możemy... Nie możemy nikomu powiedzieć, ok? Zapomnij o tym.

Tym razem to Nick westchnął i wyszedł z korytarza. Musiał przysiąść na białej sofie i odetchnąć na chwile. Jego serce biło nierównomiernie i jedyne co mógł teraz zrobić to zamknięcie się w czterech ścianach.

- Nick, ja mówie poważnie. Louis nie może się dowiedzieć. Nie spotykaj się z nim, ok? Kiedyś rozumiałeś jakie są zasady szybkiego seksu po pijanemu.

Harry nadal podtrzymywał swoje stanowisko. Nadal uważał, że przyjacielski seks zostaje tylko między przyjaciółmi.


*Nieszczęście*


- Ty nic nie rozumiesz. - westchnął w końcu Nick.

Harry spojrzał na niego spod byka.

- To może łaskawie mi wytłumaczysz?

Grimshaw wstał z kanapy i podszedł do zdrętwiałego chłopaka. Przejechał palcem po jego ramieniu aż do dłoni, którą delikatnie chwycił. Rozmasował swoimi palcami wystające kostki zielonookiego.
Harry nadal nie mógł zrozumieć o co chodzi brunetowi.

- Um, Nick?

- Shh...

Harry uniósł jedną brew ku górze, gdy mężczyzna przytulił go od tyłu i położył swoją głowę na jego ramieniu. Natychmiast odwrócił się w strone brązowookiego.

- Posłuchaj mnie, Nick. Ja... Ja chce traktować Louisa poważnie, nie mogę go zdradzać. Ty, jako kumpel, powinieneś to zrozumieć.

Harry odsunął się od przyjaciela po czym schwycił skrawek swojej koszulki i poprawił ją. Zagryzł niewinnie wargę i pokiwał głową na znak, że Nick musi w końcu zacząć mówić.


*Nieszczęście*


- Możesz pójść ze mną na kolacje, Harry? Wyjaśnie Ci wszystko i...

- Proponujesz mi randkę?

- Proszę, daj mi te szanse na wyjaśnienie, ok? Proszę, Hazz.

Lokaty westchnął.

- Kolacja to nie zdrada, prawda?

Nick zaśmiał się sucho.

- W takim razie jedźmy nawet teraz.


*Nieszczęście*


Grimmy preferował szybką jazde. To coś sprawiało, że jego żyły gwałtownie zawężały się a serce przyspieszało. Jego samochód zawsze był czymś więcej niż tylko pojazdem. Harry podziwiał sposób w jaki prowadzi i szczerze powiedziawszy to nie umknęło uwadze starszemu.

- Podoba Ci się, prawda?

Harry pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.


*Nieszczęście*


Nick wrzucił wyższy bieg i wyraźnie przyspieszył - jeśli to w ogóle było możliwe. Ręce zaczęły mu drżeć, a koła na śliskiej powierzchni jeszcze bardziej wariowały.

- Dokąd mnie wieziesz?

- Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Nasz przyjaźń, Hazz.


*Nieszczęście*


Harry przymknął ciężko oczy czując chłodne powietrze na swojej twarzy. Zaraz... Skąd ono w ogóle się tam wzięło?

- Nick, chyba przypadkowo otowrzyłem okno - stwierdził Hazz oglądając kolorowe przyciski pod swoim łokciem.


*Nieszczęście*


Nick zaśmiał się po czym odrywając jedną ręke od kierownicy sięgnął do jednego z przycisków starając się wskazać Harry'emu poprawny. Nie zauważył jednak, że śnieg natychmiastowo ściągnął koła pojazdu na pobocze.


*Nieszczęście*


- Kurwa! Drzewo, Nick uważaj! - zdołał krzyknąć Harry zanim samochód całkowicie nie zawył dając tym samym znak o braku zasilania.


*Nieszczęście*


~*~



Rozdział 15.

Louis nie mógł powstrzymać głośnego westchnięcia, kiedy telefon w jego kieszeni po raz kolejny zadzwonił. Był pewien, że to Harry próbuje przeprosić go za swoje dziwne zachowanie ale nie miał ochoty odbierać.

- Nie sprawdzisz chociaż kto dzwoni? - zapytała Jay, u której przebywał obecnie Louis.

Chłopak jęknął ciężko i wyciągnął aparat z kieszeni. Na prawdę nie miał ochoty rozmawiać ze Stylesem, jednak jego telefony zaczynały go denerwować.

O dziwo, na ekranie komórki wyświetlał się nieznany mu numer.

Szatyn nacisnął zieloną słuchawkę w ferworze słysząc głos roztrzęsionej Rity. Dziewczyna przez chwile jąkała się, starając przedstawić, co niestety jej nie wychodziło. Louis nie kłopocząc się z zasadami dobrego wychowania przerwał jej i kazał natychmiast powiedzieć co z Harry'm. To o niego chodziło, prawda?

- Ja, uh - my, uznaliśmy, że powinieneś wiedzieć - zaznaczyła na wstępie.

Louis pobladł na twarzy i wyszedł z pokoju zostawiając zdziwioną rodzicielkę w salonie.

- W takim razie mów, Rita - zachęcił.

- Harry... Harry i Nick mieli wypadek.

Louis zacisnął telefon w swojej ręcę i osunął się po ścianie. Mógł usłyszeć swój szalenie szybki oddech i przez chwile zastanawiał się czy przyadkiem nie ma zawału.

- Co?

Nie był w stanie wydusić z siebie niczego więcej. W zasadzie nie mógł nawet poprawnie oddychać. Miał nadzieję, że to jakiś beznadziejny, wcale nie śmieszny żart.

- Louis, ja wiem, że to trudne - zaczęła ze stoickim spokojem Rita po drugiej stronie telefonu - ale uważam, że powinnieneś wiedzieć, jako jego chłopak... Z Harry'm nie jest dobrze.

Louis wybuchł niepochamowanym, niemym płaczem. Łzy znalazły ujście z jego oczu przez policzki aż do nie przyjemnie rozgrzanej szyji.

- Szpital za Breaking Street.* Przyjedziesz?

Louis żałośnie wrzasnął do telefonu i rzucił nim o ścianę wkładając w to tyle siłe, ile tylko mógł. Aparat roztrzaskał się na kilka kawałków, wywołując przy tym spory huk, co sprawiło, że Anne znalazła się w pokoju. Z niepokojem wypisanym na twarzy spojrzała na zapłakanego chłopaka.

- Mamo, musisz zawieść mnie do sziptala - wyjąkał krztusząc się łzami.

Jay przerażona podniosła Louisa z podłogi i podała kurtkę, kiedy ten w panice wychodził z mieszkania. I szczerze? Louis czuł jakby cała wieczność toczyła się przed jego oczami. Droga do szpitala zajmowała na prawdę chwilę, ale czekając na coś zawsze tracimy poczucie czasu i zdaje nam się, że coś trwa krócej lub dłużej. W przypadku Louisa zdecydowanie zachowano drugą opcje.

- Powiesz mi co się stało? - spytała Jay.

Louis drżącą ręką przetarł mokre od płaczu oczy.

- Harry miał wypadek.

Tęczówki Jay zabłyszczały z przerażenia. Rzeczywiście, wiedziała, że jej syn od dwóch tygodni był z nim, ale nie sądziła, iż tak szybko przywiązał się. Co prawda, zawsze taki był i Jay zaczęła zauważać, że to wcale nie jest jego pozytywną cechą.
Bała się o niego. Nie chciała, żeby ktoś po raz kolejny zranił Louisa.

- Nie chcesz o tym rozmawiać, prawda?

Lou pokręcił szybko głową tamując łzy. W tej chwili modlił się do wszystkich bogów jakich znał o zdrowie dla jego małego promyczka nadzieji, któremu nie chciał pozwolić zgasnąć.


~*~


- Chcę tam wejść sam, mamo - powiedział szatyn otwierając drzwi do ogromnego, nowoczesnego budynku.

Brunetka pokiwała szybko głową i wskazała Louisowi drogę do recepcji. Rozumiała go i miała świadomość, że rodzina Harry'ego jej nie znała. I zapewne nie chcieli zrobić tego w takich okolicznościach.

Louis westchnął ciężko i zapytał o numer sali w której znajduje się Harry. Niestety, recepcjonistka nie mogła podać takich informacji osobie, która nie była rodziną poszkodowanego. Lou podkrążonymi oczyma błagalnie spojrzał na kobiete.

- Louis?

Rita zjawiła się obok Lou, ciągnąc go za rękaw czarnej bluzy. Szatyn natychmiast ruszył za dziewczyną błagając w duchu, aby nie przybył za późno.

- Co z nim?

Louis wyszeptał cicho, kiedy windą wyjeżdżali na czwarte piętro. Blondynka westchnęła ciężko i niebieskooki słyszał jak jej oddech drży. Na prawde obawiał się najgorszego.

- Nie dobrze, Louis.

Tommo zaklnął pod nosem i uderzył rękoma w metalową ścianę. Żadne słowa nie mogły opisać jak źle się teraz czuje.

Ta historia była za krótka na zakończenie jej. Atrament w piórze mógł zostać wypisany, ale oni we dwoje znaleźliby rozwiązanie. Pokonaliby wszystko, jeśli to byłoby konieczne.
Bo Harry kochał Louisa i Louis kochał Harry'ego.
I oby dwoje byli wobec siebie szczerzy.
I nikt nikogo *nie* zdradził.

Louis nie chciał nawet myśleć o fatalnych scenariuszach, kiedy pod salą zobaczył grono osób czekających na wiadomości o stanie zdrowia przyjaciół. Kobieta po czterdziestce - Anne - matka Stylesa szybko zauważyła chłopaka swojego syna i zawołała do siebie. Nie tak wyobrażali sobie pierwsze spotkanie, ale żadne z nich nie miało odwagi narzekać.

- Miło mi panią poznać, wiadomo co z Harry'm?

Szatyn uśmiechnął się nerwowo i przejechał niezręcznie palcami po swoim ramieniu. Anne pokrzepiająco poklepała go po plecach.

- Harry to silny chłopak.

Louis to wiedział - i do cholery, czy w tym szpitalu był ktokolwiek kto znał jakieś konkrety?!

- Rozumiem, a Nick?

To pytanie było raczej kwestią dobrego wychowania. Oczywiście, to nie tak, że nie obchodził go Grimmy, ale w tym momencie ważniejszy był dla niego Harry.

- Jest przytomny. Wjechali w drzewo z lewej strony, co oznacza, że Harry ucierpiał najbardziej.

Głos brunetki załamał się. Louis mógł przysiąc, że w tej chwili nienawidzi całego świata a w szczególności siebie. Dlaczego nie zatrzymał lokatego, kiedy wychodził? I co do cholery Harry robił w samochodzie z Nickiem?!

Kiedy lekarz wzywał do siebie Anne Louis czekał na werdykt jak głupiec. Przygryzając mocno wargi, wmawiał sobie, że wszystko będzie dobrze, a jeśli Harry to przeżyje z pewnością napisze o tym książke. Niebieskooki zaśmiał się cicho. To byłoby w stylu lokatego.

U jego boku siedziała Rita z Gemmą. Jakiś czas temu widział też Care i Matta, którzy teraz poszli do Nicka. Zaczynał się poważnie martwić, bo żadna z dziewczyn nie dawała znaku życia. Jedyną nadzieją był teraz wedykt lekarza.
Louis zdawał sobie sprawę, że jeśli Harry nie przeżyje to wszystko ulegnie dużej zmianie. Zdawał sobie sprawę, że za szybko przywiązał się do tego chłopaka i to wcale nie był dobre. Nie wiedział tylko o kilku innych sprawach, które usłyszane przez niego prawdopodobnie sprawiłyby że nie siedziałby tutaj. Ale to nie miało teraz znaczenia.

Anne zapłakana bardziej niż poprzednio wyszła z gabinetu doktora. Louis czuł jak nogi uginają się pod nim. Natychm iast podszedł do Anne podtrzymując się prawą ręką kremowej ściany.

Cholera.

Louis na prawdę nie chciał zobaczyć w oczach Anne tej pieprzonej pustki!

- Harry jest w śpiączce.

Szatyn chwycił swoją głowę w oby dwie ręcę i zapłakał żałośnie. Co miał teraz zrobić? MYśli kłębiły się w jego głowie, napierając na czaszkę, co sprawiało, że odczuwał ból.Jego wzrok natychmiast powędrował na Anne.

- Miał poważne wstrząśnienie mózgu, jego żebra są złamane, a czaszka potłuczona.

Tomlinson zaklnął po nosem. I pomyśleć, że cały jego świat mógł zawalić się przez jedno, pieprzone drzewo i za dużą prędkość.

- Możesz do niego wejść jako pierwszy - wyszeptała.

Louis otworzył szeroko oczy.

- A co z panią...?

- Słuchaj, Louis, nie znam Cie, ale jeszcze nigdy nie widziałam osoby, która tak mocno martwiłaby się o mojego syna - wytłumaczyła ze wzruszeniem, po czym wskazując mu drzwi dodała ciszej - Zaopiekuj się nim, potrzebuje cie.

- Zaopiekuję, obiecuję.


~*~


Louis czuł potrzebę wtulenia się w idealne ciało lokatego, ale bał się, że jakikolwiek, najmniejszy ruch mógł wywołać u niego ból. Zdawało się, że tylko śpi, ale Louis wiedział, że tak nie jest. To nawet nie było jak sen. Harry był świadomy - Louis to wiedział. Mógł wyobrazić sobie ten delikatny uśmiech wkradający się na usta lokatego, kiedy tylko widzi Louisa. I ciche szepty uwielbienia skierowane w osobę szatyna. Duże dłonie głaskające jego zapadnięte policzki. Te oczy, zielone od nadmiaru pożądania, przepełnione radością, wpatrujące się w jego.

- Harry, kochanie, obudź się kiedy tylko chcesz, ale nie trzymaj nas za długo w nie pewności dobrze? - wyszeptał łagodnie Louis i przejechał palcami po wargach chłopaka.

Louis nie zdawał sobie sprawy z kłamstw Harry'ego. Niewinnego, lokatego chłopca z uroczym uśmiechem, który potrafił całować jak szalony. Nie wiedział praktycznie o niczym. W zasadzie mogli zrzucić całą winę na czas. Wszystko działo się za szybko, czas od początku był ich wrogiem i nawet przeznaczenie nie mogło im pomóc.

Teraz, kiedy Harry był w śpiączce wszystko będzie się przeciągać. Louis czuł, że wieczność nie będzie już dla niego obca. Czuł, że nie powinien budować swojego życia na fundamencie miłości, przywiązania i zaufania, bo to zawsze kończy się fatalnie.

Ponieważ gdy zasypiasz na bardzo długo, wiele spraw pozostaje nie rozwiązanych.


~*~


~*~


"Piękna blondynka, o niesłychanie porażających, niebieskich oczach nachyliła się nad łóżkiem Harry'ego. Delikatnie dotknęła dłonią jego bladego policzka, po czym kilka razy wyszeptała jego imię. Nie musiała długo czekać, na to, aż Harry podniesie swoje powiek i będzie próbował przyzwyczaić się do światła panującego w pomieszczeniu. Chwile później zdezorientowany lokaty siedział już na brzegu łóżka.

Dlaczego więc do cholery nadal widział siebie leżącego w białej pościeli?!


- Witaj Harry - powiedziała nieznajoma.

Chłopak zakłopotany podrapał się po karku -Emm... Cześć?

Blondynka uśmiechnęła się ukazując rządek swoich białych zębów i Harry mógł przysiąc, że pokój pojaśniał w tym momencie.

- Pewnie zastanawiasz się co się dzieje - stwierdziła uprzejmie kobieta - Mam na imię Taylor.

Harry zakłopotany rozejrzał się dookoła, dostrzegając nagle Louisa, który w skupieniu obserwował białą pościel, kryjącą w sobie lokatego.

Oh, tak, pomyślał Harry, zapomniałem o samym sobie.

Taylor uśmiechnęła się i odpowiedziała na nie zadane pytanie lokatego. Zupełnie tak, jakby umiała czytać w myślach.

- Duchem jesteś przy mnie, ale Twoje ciało jest na ziemi - wyjaśniła.

- Jak to?

Harry zdawał się niczego nie rozumieć. Bóg jeden wie, czy pamiętał sam feralny wypadek.

- Jesteś w śpiączce, a to kiedy się wybudzisz zależy tylko od Ciebie i problemów, jakie musisz rozwiązać.

Lokaty zaśmiał się nerwowo.

- Dobry żart - skomentował.

- Mówie całkowicie poważnie, przemyśl to - powiedziała z powagą.

Harry tylko kiwnął głową w przerażeniu i wstał z materaca. Nie czuł nieprzyjemnie zimnej podłogi położonej w pomieszczeniu, co było dziwne, ale przyjemne i Harry przez chwile pomyślał, że może nadal śni. Podszedł do Louisa i delikatnie dotknął jego ramienia, starając się zwrócić na siebie uwagę. Niestety, ten jakby w ogóle niczego nie poczuł.

- Oni Cie nie widzą, Harry. Jesteś tylko duchem - szepnęła blondynka.

Jeśli Harry miałby być szczery - Talor zaczynała go denerwować. Bez przerwy tłumaczyła mu wszystko, jak małemu dziecku z niedorozwojem.

- Kim ty właściwie jesteś?! - warknął nagle.

Blondynka obdarzyła go niebieskim, łagodnym spojrzeniem.

- Twoim przewodnikiem duchowym. Prościej mówiąc - jestem aniołem, Harry.

Harry musiał powstrzymać cichy chichot. Uznałby to za dobry żart, gdyby nie fakt, że to sen, lecz na jawie. Wiedział, że ludzie w śpiączce miewają różne przygody, ale nigdy nie sądził, że przeżyje coś podobnego i w dodatku od tego, jak zachowa się będzie zależeć jego zdrowie.

- Wiem, że to sen, ale, kurwa, na prawdę nie obudze się, jeśli nie rozwiąże swoich spraw? - zapytał w końcu, całkowicie ulegając - Co mam robić?

Taylor uśmiechnęła się zwycięsko.

- *Mały, spokojny, nie oczekuje od innych wojny,
Kocha, poczeka, aż zrozumie wszystko jego pociecha,
Nie wie o niczym, wciąż zakochany,
Jakie życie wiedzie jego chłopak wybrany*

Harry zdezorientowany spojrzał w biały sufity, który nagle stał się tak cholernie interesujący. Słowa zawsze opisywały co czuł. Kochał je i uważał za najcudowniejszą formę okazywania emocji skrytych głęboko w sercu. Dlaczego teraz odczuwa niewyobrażalne upokorzenie, gdy ktoś mówi do niego, używając cytatów z tej cholernej, przeterminowanej książki, która już na początku wszystko skomplikowała? Dlaczego w ogóle napisał to gówno?!

- Gówno prawda - warknął gwałtownie wstając, by udać się w stronę balkonu.

- Twoja książka jest odzwierciedleniem Twojego życia, musisz to zrozumieć. To, co wymyśliłeś kilka lat temu, teraz zostaje napisane jeszcze raz - w Twojej duszy, sercu, prawdziwym i niepowtarzalnym życiu. - zapewniła Tay podążając za lokatym.

- Jakim cudem!? Jak do cholery!? - krzyknął po raz kolejny - Przecież moja książka skończyła się...

I w tym momencie Harry zamarł niemrawo poruszając powiekami.

Jego książka nie miała zakończenia.

- Teraz ty musisz pisać jej część, Harry - podpowiedziała Taylor dokładnie badając jego rekacje - Co zrobiłby Edward...? - ciągnęła - Jak zachowałby się William? Jak zakończysz ich historię?

- Mam zrobić cokolwiek?

Harry spojrzał w stronę blondynki, która dotychczas nie robiła swoją obecnością na niego żadnego wrażenia.

- Nie, Harry. Musisz wybrać coś, co będzie dobre dla was obojga.

I jak na potwierdzenie swoich słów spojrzała na załamanego Louisa"



~*~



Szatyn w rozpaczy próbował skupić się na swojej pracy, niż na psychicznym wykończeniu. Doradzał właśnie Carze jaką bluzke może kupić, aby dobrze wypaść na castingu, nie chętnie rozmawiając też o śpiączce Harry'ego. Blondynka szybko zauważyła, że Louis miał podły humor - i bardzo dobrze go rozumiała, bo ona również głupio czuła się chodząc na przesłuchania do reklam, gdy jej własny przyjaciel leżał w szpitalu, nie skłony do żadnego, najmniejszego ruchu.

- Nie wiesz co Harry robił w samochodzie z Nickiem? - zapytał szatyn marszcząc brwi. Już wcześniej zastanawiał się nad tym, ale jakoś nie było okazi porozmawiać o tym z nikim.

- Niestety, Lou. Policja ustaliła tylko, że jechali za miasto, co pokazane było w GPSie w samochodzie.

Louis zdenerwowany podszedł do dziewczyny i pokazał jej - jego zdaniem - odpowiednią na taką okazję bluzkę.

Cały dzień minął mu zaskakująco szybko i był pewien, że gdy tylko po powrocie do domu, kiedy się wyśpi, odwiedzi Harry'ego.


~*~


"Harry po raz kolejny usiłował skupić się nad rozwiązaniem dalszej historii. Co prawda, Taylor cały czas podpowiadała mu, że owe zakończenie ma być dobre dla ich obojga, ale lokaty cały czas uważał, że powinno być ono po prostu rozwiązaniem problemu. Przecież mógł zachować zdradę dla siebie i nikt nie zorientowałby się, że takowa w ogóle miała miejsce, prawda? Nick... Nick byłby całkowitą i odległą przeszłością, a Harry zapomniałby o nim! Jednak, kiedy tylko wspominał Taylor o tym pomyśle ta uśmiechała się na swój anielski sposób i kręciła głową. Widocznie to nie było dobre rozwiązanie.

- Taylor, czy mogę... Mogę zobaczyć Louisa? - zapytał w końcu lokaty.

Blondynka pokiwała głową i chwyciła jego drżąca dłoń, mrużąc oczy, kiedy zdezorientowany chłopak chciał się wyrwać. Spiorunowała go wzrokiem, jakby każda komórka jej ciała krzyczała, aby zachował spokój.



I kiedy po raz kolejny Harry mógł otworzyć oczy widział tylko Louisa, spokojnie śpiącego w swoim łóżku. I gdyby tylko mógł się obudzić, na pewno przytuliłby go do swojej piersi i już nigdy nie wypuszczał.


Louis mógł przysiąc, że czuje palące spojrzenie Harry'ego ściskające jego wnętrzności. Widział ten cholerny ogień w jego zielonych oczach i nie mógł oderwać się od swoich myśli, trzymając go za kościstą dłoń, na której blada skóra delikatnie pozwalała by prześwitywały przez nią zielonkawe żyły. Młodszy mężczyzna z pewnością walczył - i pomimo, że Louis nie mógł tego dostrzec - jego chłopak nie poddawał się.

Codziennie było trudniej. W ciągu czterech już dni, Louis za każdym razem zostawiał swoje obawy i nie pewności w domu, by w szpitalu - przy Harry'm - wykazać się odwagą.
Być może nie miał jej w sobie pod dostatkiem, bo odkąd Harry był w śpiączce Louis nie powiedział przy nim prawie żadnego słowa.

Do cholery! To Harry zawsze uzupełniał Louisa słowami! Zawsze on wypełniał cisze szeptami, zapewniając, jak bardzo wyjątkowy był szatyn. Louis nie wyobrażał sobie niczego innego.

A może lokaty właśnie tego potrzebował? Potrzebował, żeby Louis powiedział "coś" zanim podda się, jakkolwiek to brzmiało. Być może śnił, ale wiedział, że dostał czas na przemyślenie wszystkiego.

Czas. Odwieczny wróg numer jeden w pokręconej grze Harry'ego i Louisa.

Styles czasami zastanawiał się czy nie gra on w jednej lidze z przeznaczeniem.

Louis obawiał się, że zawalili wszystko już na wstępie, ale skutecznie wypraszał te myśli z głowy. Nie znał Harry'ego dobrze, ale stał się fundamentem całego jego życia w rekordowo krótkim czasie - i szczerze - rozświetlił je, jak mała iskietka, wybuchająca i rozpalająca wszystko dookoła, uzależniająca od siebie zagubionych nieszczęśników. Wywołał poważny pożar, którego w konsekwencji nie da się ugasić.



~*~



Harry już od kilku minut z pustym wyrazem twarzy wpatrywał się w rodzinę i przyjaciół bezradnie czekających na wieści o jego stanie zdrowia. Mógł przeprosić swoją mamę za wszystkie problemy, jakie sprawiał, ale zrobiłby to tylko dla siebie i ona mimo wszystko nie usłyszałaby tego. W tej chwili bardzo żałował, że nie był z nimi.

To dziwne, bo zawsze gdy upadamy jesteśmy w stanie rozumieć swoje błędy. I dopiero wtedy wszystko staje się dla nas jasne - dopiero kiedy stracimy wszystko doceniamy, jak wielką wartość miało.

*Czasami, aby wyrosnąć ponad góry, trzeba zostać wgniecionym w grunt
... Szkoda, że czasami idealnie wpasowujemy się w podeszwę czyjegoś buta*

Harry uśmiechnął się niemrawo, kiedy milczący dotąd Louis odezwał się i próbował pocieszyć załamaną Anne.

- On jest wspaniały - szepnął w stronę Taylor, a po jego ciele rozszedł się dreszcz podniecenia.

Obserwował jego usta; które za każdym razem, kiedy odzywał się ocierały się o siebie i delikatnie miażdżyły nawzajem; oczy, niebieskie jak bez chmurne niebo w lipcu, albo fale na bezkresnym morzu. Delikatny zarost podkreślał jego rysy twarzy i szczęke, którą Harry tak bardzo uwielbiał całować. Pojedyncze pasma włosów, które pierwotnie miały być zaczesane do góry opadały mu na czoło i zapewne łaskotały delikatnie, bo bez przerwy je poprawiał.

- Wiesz już jak skończysz swoją opowieść? - zapytała Taylor.

Miała na sobie białą sukienkę przed kolano, rozszerzaną ku końcowi, a jej blada cera i blond włosy kontrastowały ze sobą i Harry na prawdę nie miał wątpliwości, że była ona aniołem.

- Nie uważasz, że to bez sensu? - zaczął zrozpaczony - Mieliśmy być wieczni, inni niż wszyscy, trwać aż po końce świata. Nasza historia nie może mieć zakończenia, wiesz?

- Sam zadecydowałeś o jej końcu, Harry! - przypomniała blondynka.

Harry zamilkł na chwile, przypominając sobie o feralnej zdradzie. Dlaczego bez przerwy ktoś musi o niej rozpamiętywać?

- To jeszcze nie musi być koniec...

- Obawiam się, że byłby on dla was najlepszy, *zakończenie czegoś, co jeszcze nie w pełni się zaczęło, jest bezpieczniejsze, bo wiesz, że cierpienie nie będzie tak duże*

A co jeśli Harry już na dobre zakochał się?



~*~


Drzewa na zewnątrz niebezpiecznie szumiały, jakby ostrzegały przed wyjściem na zewnątrz wszystkich nieszczęśników, którym tylko przyjdzie to do głowy. Mimo to Louis narzucił na swoje ramiona gruby płaszcz z przyjemnymi, podszywanymi od środka rękawami, po czym opuścił szpital żegnając rodzine Harry'ego.

Lokaty nadal nie dawał żadnego znaku życia i Louisa na prawdę szczerze zaczynało to denerwować.

Czuł się mały i bezwartościowy, kiedy każdego dnia siedział przy jego łóżku, a ten swoimi bujnymi loczkami przypominał mu kto w tym związku jest mocniejszy.
Pod każdym możliwym względem, bo Louis po prostu zawsze tchórzył.

Obserwował go i błagał w duchu, żeby wreszcie uśmiechnął się jak zazwyczaj i nie wypuszczał ze swoich silnych ramion. Wciąż uczył się kochać, a bez Harry'ego ta nauka była nie możliwa - nie potrzebna, całkowicie zbędna.

Niall czekał na Louisa pod szpitalem, ponieważ, jak kilka godzin temu obiecał, zabierze go na gorącą czekoladę i pyszne ciastko.
Louis w zasadzie nie miał mu za złe, że ciągle jest radosny, ale jego humor dodatkowo go dołował - gdy cały świat szedł dalej, lokaty w szpitalu powoli umierał na jego oczach.

Wkurzała go ta myśl, bo wiedział, że jest ona nie prawdziwa.

Jego chłopak cały czas walczy i z tym przekonaniem ruszył w kierunku przyjaciela.

- Witaj Lou, jak się trzymasz? - zapytał entuzjastycznie irlandczyk.

Na jego twarzy jak zwykle rozciągał się radosny uśmiech - to zabawne, bo podobno to ci najweselsi smucą się najwięcej.

- Bywało lepiej - mruknął szatyn.

Nie chciał być nie miły, ale jego samopoczucie było w wielu sprawach głównym czynnikiem wpływającym na jego życie codzienne - i cóż, ci którzy go znali, dobrze o tym wiedzieli.

- Możemy ruszać? - zapytał ostrożnie.

Louis pokiwał głową.

Może gorąca czekolada umie zdziałać cuda.



~*~



I rzeczywiście umiała.

Louis nareszcie swobodniej rozmawiał z blond przyjacielem, siedzącym po drugiej stronie drewnianego, niewysokiego stolika.

- Więc mówisz, że Liam pogodził się z Dani?! To świetnie! Są wyborną parą, wiesz? - zdradził entuzjastycznie Lou - A co z Zaynem?

Blondyn od razu spiął się, usłyszawszy pytanie. Oczywiście Louis wmówił sobie, że to tylko jego złudzenia, a z ust Nialla wcale nie znika dobrze znany mu uśmiech.

- Emm, on... Chyba zerwał z Perrie? - stwierdził chłopak drapiąc się po karku - Tak, zerwał z Pezz.

Louis zmarszczył brwi w zdezorientowaniu.

- I to cie tak zasmuciło? Przecież nikt nie wróżył im długiego związku.

Tym razem to Niall zmarszczył czoło.

- Wcale nie jestem smutny - zapewnił - Po prostu to ciasto... Nie smakuje mi - wytłumaczył wskazując na wspomnianą słodycz.

Louis zaśmiał się sucho. Niall był jak łatwa do rozczytania otwarta książka - szatyn zawsze go przeglądał.

- Kłamiesz - stwiedził Louis bezpośrednio.

Niall zarumienił się wściekle.

- Nieważne, powiedz lepiej co u Harry'ego? - zapytał szybko, zmieniając temat.

- To trudne - Lou westchnął ocierając swoje zmęczone oczy rękoma - Mam wrażenie, że lekarze wiedzą coś więcej niż z początku zapewniali.

- Jak to?

- Harry jest w śpiączce już od czterech dni, Niall. Lekarze z początku sami ustalili, że to potrwa krócej niż dwie doby - oni chyba sami nie są do końca pewni, co stało się z moją kruszynką.

Louis załamany spojrzał na Nialla, który szybko wysłał mu wyrazy współczucia. Był przeświadczony o sile swojego chłopaka i blondyn widział w jego oczach te szczerą chęć pomocy.
Najgorsze było jednak to, że Lou nie wiedział po prostu jak mógłby tej pomoc udzielić.



~*~



*Mógł być ideałem,
Mógł tworzyć słowa, które mówiły, że go kocha,
Ale czyny szeptały.
A w tej grze to one powinny krzyczeć*

- Nie sądzisz, Harry, że cytowanie Twojej książki jest trochę żałosne? - zapytała wesoło Tay, która wymachując nogami, siedziała na kremowym parapecie w szpitalnej sali lokatego.

Harry tylko mruknął pod nosem kilka nie wyraźnych przekleństw skierowanych w stronę blondynki, po czym podszedł do niej i agresywnie wskazał na drzwi.

- Możesz sobie wyjść, rozumiesz?! - warknął chuchając w dziewczynę gorącym powietrzem.

Taylor zachichotała.

- O złości też coś mam:

*Czasami po prostu wkurzał się,
Kiedy zaprzeczał samemu sobie.
Kiedy wmawiał całemu światu,
Jak bardzo niezobowiązujące jest jego życie.
I najgorsze w tym wszystkim było to,
Że jak zwykle kłamał*

Harry wydał z siebie desperacki, zduszony dźwięk i cisnął nie zapisaną kartką o podłogę. Jego klatka piersiowa falowała groźnie, podczas gdy ręce zaciskały się w piąstki.

- Kłamałem! Masz racje! Edward miał być po prostu moim wzorem i wcale nie jestem z tego dumny!

- Więc co zamierzasz zrobić? - zapytała Taylor podejrzliwie.

Harry krzątał się po pokoju nie spokojny.

- Muszę zniszczyć Edwarda. Muszę... Zniszczyć swoje odbicie, równocześnie nie uszkadzając całego lustra.

*A przeznaczeniu bardzo się to spodobało*


~*~



Taylor uderzyła w Harry'ego zdziwionym spojrzeniem.

- Co masz na myśli? - zapytała zdziwionym tonem domagając się wyjaśnień.

- Muszę zacząć tworzyć historię na własny koszt. Nie mogę brać pod uwagę Edwarda - w prawdziwym życiu, to ja odpowiadam za siebie. Może w mojej książce Ed i William byli skazani na wyobraźnie czytelników, ale teraz... Ja po prostu muszę pisać wszystko na podstawie swoich doświadczeń - wytłumaczył nie spokojnie.

- Więc co zamierzasz zrobić?

Taylor zaciekawiona uniosła brew do góry.

- Być wreszcie szczerym wobec samego siebie i... Louisa.

W tej chwili Harry poczuł silny ból w klatce piersiowej, upadając na podłoge i tracąc dech. Smok jego snu zwładnął nim, sprawiając, że nareszcie poczuł się jak w niebie. Przykrył go swoim skrzydłem na którym zgasły wszystkie gwiazdy, by go nie wybudzić.

Jeszcze na to nie pora.


~*~


Louis przeszedł głęboką zmianę dzięki Harry'emu.

Zaczął wierzyć w siebie i nawet, jeśli nie szczery, lokaty chłopak często kłamał, mówiąc Louisowi, że jest piękny był z tym zgodny całym sobą. Jego kompleksy nie miały już dużego znaczenia i nareszcie to on był najważniejszy.

Zbudował coś, co zwane było wiarą w siebie i swoje poglądy - nie wstydził się tego jaki jest. Los go takim urządził i musiał się z tym pogodzić.

Być może właśnie to było powodem, dla którego Louis nie mógł odpuścić sobie Harry'ego.

*Stał się cenny jak brylant,
twardy jak diament,
piękny jak rubin,
wyrazisty jak szafir,
tajemniczy jak szmaragd
i czysty jak perła.
Stał się po prostu sobą*

Louis ujął dłoń Harry'ego w swoją i pocałował delikatnie jego skroń w geście przywitania. Jego blada jak dotąd cera stała się bardziej wyrazista, a usta - suche i spierzchnięte - malinowe i odznaczające się na jego twarzy. Pogładził ręką jego loczki i uśmiechnął się delikatnie, kiedy poczuł znajome ciepło w podbrzuszu.

- Dlaczego ty tak na mnie działasz? - powiedział dosyć głośno i dopiero teraz uświadomił sobie, jak dawno nie używał swojego głosu.

Lou przejechał palcami po białej pościeli przykrywającej ciało jego chłopaka i cicho westchnął, ukrywając swoją chęć na pocałowanie młodszego.

- Sprawiasz, że chcę Cie dotykać - szepnął.

Pierwszy raz "rozmawiał" z nim tak szczerze.

- Jesteś taki osiągalny, a jednocześnie nie dostępny dla mnie. Jak ty to robisz, Harry? Jak sprawiasz, że tracę głowę tylko dla Ciebie spośród wszystkich ludzi na ziemi? Jak sprawiasz, że szaleje na Twoim punkcie?

Louis poprawił loki opadające na twarz chłopaka, po czym przeciągnął opuszkami palców po jego wargach.

- Jest tyle rzeczy, jakich musimy się o sobie dowiedzieć. Jest tyle nieznanych, jaki kryje przed nami świat... Musimy w końcu znaleźć czas na nasze życie - dla nas. Chcę Cie poznać Harry, bo zaufałem Ci za bardzo, żeby móc to zniszczyć. Jestem gotów krzyczeć dzisiaj do gwiazd, bo wiem, że zwrócą mi Ciebie; muszę tylko je o to poprosić. To nie ma znaczenia, gdzie teraz jesteś - znowu będziesz mój. Nie możesz zostawić mnie samego! Nie możesz, słyszysz?!

Głos Louisa załamał się.

- Przysięgam, że moglibyśmy być nawet niewidzialni! Nie obchodzi mnie świat, wiesz? Gdy wszystko skazane jest na niepowodzenie - mam większą siłe i wolę do walki. Pamiętasz? Nawet ja nie dawałem nam szans, ale teraz już wiem...*Nie zostawiaj mnie samego w tym łóżku: z tymi wszystkimi, pieprzonymi problemami*

Po jego policzkach spływały łzy, kiedy maszyna, do której podpięty był Harry, zawyła, zwołując do sali personel. Kazali natychmiast opuścić Louisowi pomieszczenie, ale ten w zamian miotał się w ich uściskach i krzyczał bardzo głośno. Tak głośno, że nawet gwiazdy słyszały.

- Zaopiekuję się Tobą - musisz dać mi do tego tylko szanse - i kurwa, obudzić się! Słyszysz, wstawaj z te-tego cholernego łóżka!

Szatyn odepchnął od siebie pielęgniarki i wybiegł z sali. Pochwycił swoje włosy, mocno szarpiąc je, tak, jakby mogło to w czymkolwiek pomóc. Wpadł w furię i nie umiał uspokoić samego sobie. Nie umiał dusić w sobie emocji.

Anne w kącie korytarza w obięciach Gemmy czekała na ostateczny werdykt od lekarzy, dotyczący życia jej syna. Nick, ku zdziwieniu Louisa, zaniepokojony rozmawiał z Carą, wymieniając z szatynem krótkie spojrzenia.
Tommo wiedział, że mężczyzna odzyskał już świadomość, ale nie przypuszczał, że będzie w stanie przyjść pod sale lokatego i wspierać jego przyjaciół.
Louis stwierdził, że Harry ma po prostu oddanych znajomych, a Nick na prawdę się o niego martwi, ale w tej chwili na myśl nasuwało mu się pytanie, co tamtej nocy Hazz robił w samochodzie z Grimmym.

Westchnął głośno i oparł się o szklaną szybę dzielącą lokatego od świata zewnętrznego. Poddał się i w pozornym spokoju czekał na informacje o stanie zdrowia jego chłopaka.

W zasadzie możnaby powiedzieć, że Louis był traktowany tu jak intruz. Mama Harry'ego nie przywiązywała się do szatyna, Cara nie traktowała ich poważnie, a Nick całkowicie unikał konfrontacji. A co najdziwniejsze - Louis czuł, że mają ku temu powody.


~*~


Harry powoli uchylił powieki, słysząc głosy nad własną głową, a kiedy światło go poraziło, po raz kolejny przymknął je.
Zmarszczył brwi w zdezorientowaniu i głośno jęknął, czując ból w czaszce.

- Harry, Harry, słyszysz nas? - jeden z lekarzy - jak zdążył zauważyć - machał mu dłonią przed twarzą.

Lokaty delikatnie pokiwał głową, czego zaraz pożałował, bo niesamowity ból rozniósł się po jego ciele.

- Spokojnie, nie ruszaj się - ostrzegł.

Harry w poszukiwaniu znajomej twarzy przemierzył wzrokiem całe pomieszczenie.

Taylor znikła, kiedy doszedł do tego, co zamierza zrobić i lokaty wszystko dokładnie zapamiętał. Zaczynał rozumieć, że to wszystko było tylko snem, ale - cholera - on żyje i ma się dobrze, czy to samo w sobie nie było niezwykłe?

Mógł umrzeć, a jednak nadal żył i miał możliwość dalszego pisania historii. Mógł złapać za pióro i skończyć opowiadanie - mentalnie, w swojej wyobraźni.

- Witamy na tym świecie ponownie, Harry. Napędziłeś nam niezłego stracha, wiesz?

Pierwsza w pomieszczeniu znalazła się Anne i Gemma, witając zażarcie lokatego, który wciąż tkwił w niepewności i nie wiedział gdzie jest Lou. Starał się uśmiechnąć, ale zamiast tego na jego twarzy pojawił się grymas.

- Mimo wszystko musimy przeprowadzić teraz badania, pani Anne - uprzedził doktor. Kobieta pokiwała głową i uspakajając syna wyszła z sali.

Harry bardzo żałował, że nie mógł niczego powiedzieć, bo w tej chwili na prawdę potrzebował Louisa.

Potrzebował skończyć tę opowieść.

Mimo, że Louis martwił się o Harry'ego, rozumiał, że nie mógł go teraz odwiedzić. Anne zapewniła wszystkich zaraz po opuszczeniu pomieszczenia, że widziała lokatego i on żyje; samodzielnie oddycha; ma otwarte oczy i stara się uśmiechać.

Louis szczęśliwy zadzwonił do Nialla, który przekazał najnowszą wiadomość Zaynowi i Liamowi. Wszyscy wyrażali swoje zadowolenie, a to tylko pogłębiało podekscytowanie Louisa.

*Miał nadzieje, że teraz wszystko będzie dobrze... I nawet nie zdawał sobie sprawy, że los nie miał tego w planach*

Kiedy Louis kilka godzin później wchodził do sali lokatego uśmiech nie schodził z jego ust.

Zielone oczy wyłoniły się zza białej pościeli, którą mocno ściskały palce lokatego i spoczęły na Louisie. Zamrugał powiekami w niedowierzaniu, po czym oba kąciki jego ust uniosły się do góry.

- Oh, Harreh - wyszeptał Lou domknąłwszy drzwi. Podszedł do chłopaka i posłał mu ciepły uśmiech - Bałem się o Ciebie.

Harry wyciągnął ręce w stronę Louisa - przez co przypominał przez chwile bezbronne dziecko - a ten wpadł w jego ramiona. Musiał powstrzymać się od głośnego westchnięcia, kiedy jego policzek znalazł się w zagłębieniu szyji lokatego.

- Po raz kolejny sprawiasz, że szaleję - wyszeptał szatyn wprost w jego rozgrzane ciało.

Zdawało się, że Harry zachichotał.

- *Jesteś bliższy niebu, w którym było mi dane być*

Lokaty zarumienił się wściekle.

- Od zawsze wiedziałeś, że ta książka to moja sprawka, prawda? - zapytał ciężko, bo jego głos nie brzmiał jeszcze poprawnie. Miał lekką chrypkę, która wydawała się być bardzo prowokująca, nie uwzględniając oczywiście jego nezbronnego wyglądu teraz.

Tym razem to Louis zachichotał.

- Nie chwaliłeś się tym zbytnio, ale owszem, wiedziałem.

Szatyn przebiegł ręką po loczkach chłopaka, zawijając sobie ich końce na palcach. Westchnął, zaciągając się zapachem Harry'ego i delikatnie przycisnął swoje wargi do jego.

- *Wszystkim, czym oddycham teraz, jesteś ty* - zacytował odważnie Lou, wciąż nie spuszczając wzroku z twarzy ukochanego - *I nie chcę żeby świat nas zobaczył, bo nie sądzę, że oni to zrozumieją*

Harry uśmiechnął się: już dawno wiedział, że Louis jest cholernym romantykiem.

- *Prędzej czy pózniej to się skończy,
Nie chcę tęsknić za Tobą tego wieczoru,
I nie chcę wracać dzisiaj do domu* - mówił Louis.

I tym razem nawet Harry się odezwał.

- *...Gdy wszystko skazane jet na niepowodzenie, chcę tylko, żebyś wiedział kim na prawde jestem*

"Kłamcą i oszustem" dodał w myślach, przeklinając wsystko i wszystkich, a przede wszystkim siebie i to jakim był głupcem.


~*~


Rozdział 19. KLIK PO PRZESŁUCHANIA

Czy każdy kłamca wyznaje kiedyś prawdę?
Harry nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale wiedział jedno - jego opowieść musi zawierać ziarenko prawdy. Małe, osiągane pod koniec, ale jednak prawdziwe.

Louis czuł na swojej szyi głęboki oddech lokatego mężczyzny, sprawiający, że szaleje. Dłonie, trzymające go mocno, jakby broniące przed strachem, utratą, wbijały się w jego plecy. Być może oszalał, ale zebrał się na odwagę i dotknął go po raz kolejny.

- Pamiętasz naszą randkę? - zapytał Harry.

Louis zaskoczony spojrzał na niego - Oczywiście!

- Ten pomysł z lustrami był tandetny, prawda? - dodał.

- Dla mnie był genialny. Starałeś się odnaleźć cząstkę mnie, a kiedy już takową masz, nie możesz pozwolić mi o niej zapomnieć. I jak odbicie, widzisz je ty i ja, widzimy je razem, poznajemy się.

Harry uśmiechnął się i złożył na ustach chłopaka długi pocałunek.
Odciągał moment, w którym przyjdzie czas na zwierzenia, na skrywaną prawdę.

*Mogę cie pokochać, gdy mnie obudzisz*

Harry zdecydowanie pokochał Louisa.

~*~

Szatyn szybko wrócił do normalności. Był w stanie szczerze porozmawiać z Jay i Niall'em, który przecież zachowywał się dziwnie w trakcie ich ostatniego spotkania. I jak się okazało Niall po prostu szalał za Perrie, dlatego, gdy dziewczyna rozstała się z Zaynem uznał, że ma u niej szanse. Jednak z drugiej strony była to eks jego kumpla i pracowała jeszcze razem, to też irlandczyk postanowił odpuścić. Wytłumaczył Lou, że to chwilowe zauroczenie i na pewno za kilka tygodni mu przejdzie. Szatyn po prostu mu zaufał i zajął się swoimi sprawami.

Jay bardzo ucieszyła się na wieść, że chłopak jej jedynego syna wraca do zdrowia. Szczęście Louisa było jej szczęściem i tego faktu nie dało się podważyć.

Tommo nadal pracował w swoim ulubionym sklepie modowym z tą samą pasją. Wysłał kilka nowych artykułów do prasy i mimo, że żadne jak zwykle nie zostały przyjęte Louisowi nie było przykro. Wszystko było dziwnie znajome i szatyn nie umiał się nie uśmiechać każdego dnia.

Minęły już trzy dni odkąd Harry nareszcie normalnie się porusza i komunikuje. "Trzy dni" powtarzał Louis. Nareszcie mógł odetchnąć pełną piersią i obudzić się do życia.

*Mogę cie pokochać, gdy mnie obudzisz*

Louis zdecydowanie kochał Harry'ego.

~*~

- Louis! Nareszcie! - Harry niemal zaklaskał w ręce, kiedy jego chłopak wszedł do środka. Niestety, wraz z nim, na jego ramiona spadł ciężar kłamstw.

- Witaj loczku - Lou wesoło przeczesał włosy chłopaka i wręczył mu torbę z przysmakami - Musisz się dobrze odżywiać.

Harry uśmiechnął się wdzięcznie - Racja, jedzenie tutaj jest okropne.

Tommo zaśmiał się i usiadł na krześle obok łóżka chłopaka nie mogąc oderwać od niego wzroku.

- Jesteś piękny, wiesz? - zachichotał.

- Oh, Loueh, nie powinieneś mi tego mówić! Wcale tak nie jest, a poza tym te blizny... - Harry stanowczo zaprzeczył.

Louis w niedowierzaniu uniósł brwi ku górze.

- Daj spokój, one wkrótce znikną. Z resztą dlaczego miałby nie mówić ci, że jesteś cudowny?

Harry zacisnął usta w wąską linie i odwrócił głowę w stronę dużego okna, wpuszczającego do sali naturalne światło. Czy to już był czas na wyznanie prawdy? Harry nie wiedział. Ale kiedy rano Nick był tutaj próbował go przepraszać i także wyznał to, co dręczyło go przed wypadkiem. Lokaty dobrze pamiętał te chwile. Grimmy był wtedy cholernie czuły i romantyczny, co wyjaśniało kim na prawdę był dla niego Harry. Mimo wszystko wyznanie Nicka nie sprawiło, że Stylesowi zrobiło się lżej. Wręcz przeciwnie - było trudniej, bo w tej pokręconej sytuacji ktoś musi mieć złamane serce i Harry bardzo nie chciał, by tym kimś była osoba o imieniu Louis.
Niestety jak na razie wszystko skazane było na nie powodzenie.

- Ja... Nie zasłużyłem na to - wyjąkał. Było już za późno na przeprosiny.

Louis zaśmiał się histerycznie.

- Co? Dlaczego tak sądzisz, Harry? Jesteś najbardziej romantyczną osóbką na tej planecie! W dodatku umiałeś pomóc mi uwierzyć w siebie, co nie udawało się nawet mojej mamie. To co dla mnie robisz jest niezwykłe, bo to ty jesteś niezwykły. Budzę się dla Ciebie, sprawiasz, że jestem lepszym człowiekiem, ty...

- Przestań!

W Harry'm coś pękło.

Louis zdumiony chwycił rękę Harry'ego i zacisnął na niej palce. Delikatnie podniósł ją do góry i musnął swoimi miękkimi ustami zostawiając na niej gorący ślad, który palił Harry'ego od środka. W oczach lokatego pojawiły się łzy.
Nie potrafił trzymać tego w sobie dłużej. Nie potrafił dusić w sobie prawdy, która powoli sprawiała, że umierał.

- To ty jesteś najpiękniejszą osobą na świecie. Wiem, że znamy się krótko i być może czasami nie doceniałem możliwości naszego związku, bo... - Harry zaciął się, kiedy Louis podciągnął nosem i mimo, że miał schyloną głowę, wiedział, że płacze - Nie powinienem pojawiać się w Twoim życiu. Nie zasłużyłem na Twoje serce.
*Dziękuje, że pomogłeś mi odkryć swoje odbicie i dziękuje, że mogłem odkryć Twoje* - Harry cytował prawdopodobnie po raz ostatni.

Louis wyprostował się i gwałtownie wstał. Harry zrobił to samo, mimo, że bardzo bolało go to, co miał teraz zrobić.

*Edward uśmiechnął się do Williama i przygryzając dolną wargą zbliżył się do niego. Planował zrobić coś szalonego, ale wiedział, że się uda*

Louis ze łzami spływającymi po jego policzkach były najgorszym obrazem jaki Harry mógł sobie wyobrazić. Zrobił kilka kroków w przód i głęboko westchnął. Powietrze w pokoju zrobiło się cholernie gęste, a jego wdychanie było nie przyjemne, jakby ktoś wsypywał w gardło lokatego garść gwoździ.


- Dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć, że mnie kochasz?! - warknął Louis - Dlaczego nie możesz mnie pokochać!?

*Ed pocałował Williama z głębokim uczuciem zapisanym w żyłach. Jego tętno przyspieszyło, bo robili to po raz pierwszy i to było najlepsze z możliwych uczuć na ziemi. To był początek*

- Zdradziłem Cie z Nickiem - wyjąkał Harry, a Louis poczuł jak uginają się pod nim kolana - I... Wtedy jak jechaliśmy tym cholernym samochodem miałem... Miałem zrobić to ponownie.

Louis zacisnął mocno powieki, czując zbierające się pod nimi nowe łzy. Moralnie upadał właśnie prosto na twarz, w rzeczywistości jednak stał tam, podtrzymując się szafki i patrząc głęboko w oczy Harry'ego.

- Zanim odejdziesz... - zaczął Harry - pozwól mi Cie pocałować.

Fundament zaufania i miłości na jakim Louis zbudował swoje dotychczasowe życie z Harry'm, właśnie kruszył się. Szatyn nie mógł zrobić niczego innego jak podejść do drzwi i uciec.

Ten związek był pomyłką.Nie chciał nawet wiedzieć twarzy Harry'ego. W tej chwili żałował, że tak cholernie kocha tego człowieka - żałował, że jego serce uzależniło się od niego.

- Nie, Harry - zaprzeczył gorzko mimo, że sam tego nie chciał.

Najgorsze scenariusze Louisa okazały się być prawdą. Gorące słowa Harry'ego były tylko kłamstwem - Louis nie był tym jedynym.
Harry po prostu namieszał w jego głowie i za każdym razem kiedy był u jego boku, Louis tracił rozum.

*To był koniec*

Louis nie umiał wybaczać.

Harry dopiero jak pozwolił mu odejść zrozumiał jak bardzo go kocha. Zrozumiał jak bardzo potrzebny jest mu Louis. Zrozumiał, że jest jego tlenem i nie może bez niego żyć.
Cały czas powtarzał, że się zmieni. Pamiętał - obiecywał Lou, że nigdy nie będzie przez niego płakać, obiecywał, że będzie szczęśliwy, bo *jeżeli teraz nie uratują siebie, nikt tego nie zrobi*

*Oddałby wieczność, żeby mieć jeszcze chwilę na wyjaśnienia.
Bo wszystkim czym oddychał teraz był on*

Kochał go jak letnie poranki i śpiewające podczas nich ptaki. Jak niebieskie fale na bezkresnym morzu, które przypominały jego oczy. Bardziej niż pisanie tych przeklętych historii.

Ale Harry pozwolił mu odejść, bo tak było bezpieczniej dla nich oby dwóch.

*Nareszcie wiedział kim on tak na prawdę jest*

Kłamcą i oszustem.






*Wiesz dlaczego gwiazdy spadają?
One tak jak ludzie czasami poddają się,
spadają, bo nie można ich już uratować,
innym dostarczają tym wiele radości, ale w głębi duszy wiemy, że ktoś może przeżywać przez to swój mały koniec świata,
Ludzie mają lepiej, bo ich można załapać i pomóc,
jednak, gdy nie zdążymy tego zrobić, upadną i nikt ich nie uratuje,
a my będziemy mogli wtedy tylko żałować.*

~*~


Epilog.

Najpierw pragnę wam cieplutko podziękować za komentarze i... Może pocieszę was epilogiem, hm?
Każda historia ma swój koniec, ale nie obawiajcie się (jeśli wgl to kiedykolwiek robiliście) - nie skończe pisać. Tym razem pojawią się zapowiedzi. Tym razem będzie coś do wyboru z Banielem (janoskians), dlatego serdecznie was zapraszam.

Mam nadzieję, że to, iż opowiadanie się kończy nie oznacza, że mnie zostawicie, prawda? Kocham was mocno! Enjoy!

~*~

Książka była tylko pretekstem do stworzenia nowej, gorszej w skutkach historii. Harry nie miał pojęcia, że wszystkie jego słowa mogą zostać wykorzystane przeciwko niemu. Gdy pakował się w ten związek w ogóle nie traktował go poważnie. Prawda była bolesna, ale Louis miał być dla niego tylko nową zabawką.

Najzabawniejszą rolę w tej historii spełniał los i przeznaczenie - oby dwoje grali w jednej drużynie i bawili się sprawami Lou i Harry'ego.

A to wcale nie oznaczało zawsze najgorszego.

Los tak pokierował ich historią, że w szybkim czasie znaleźli uczucie, które ich łączyło - bądź miało łączyć. Uzależnił ich serca od gorących warg i soczystych pocałunków; od chwil spędzonych razem i niezastąpionych palpitacji serca, podczas najkrótszego spojrzenia.

Ale czy to jego wina? On tylko cytował książkę Harry'ego - to lokaty za to odpowiadał, to do niego można było kierować wszystkie skargi i zażalenie.

Lecz w tej miłości nie było miejsca na reklamacje. To co wydarzyło się było cząstką historii.
Jak na ironie Harry dopiero dzięki właśnie niej poznał prawdziwe przesłanie swojej książki.

*Odbicie zatrzymujące w sobie każdą chwile.
Odbicie, którego nie omylę.
Odbicie zatrzymujące czas.
Odbicie zatrzymujące nas*

Cytaty nie były tu bez znaczenia. Przedstawiały każdą chwile w znaczeniu głębokiej opowieści Harry'ego - jego własny, życiowy scenariusz w bardziej poetyckim opakowaniu. Louis stał się jego częścią już w czasie pierwszego spotkania... A nawet wcześniej.

*Czasami początek oznacza koniec.
Czasami koniec oznacza początek*

W czasie pierwszego spotkania cytowałam końcowy fragment opowieści Harry'ego - kiedy Edward i William pokłócili się. Dla chłopków był to dopiero początek, oznaczający koniec.
Nie trudno się domyślić, że pod koniec historii, w czasie rozstania Harry'ego i Louisa, cytowałam początek - właściwie nie bez powodu.

*Bo ten koniec oznaczał początek*

Louis nigdy nie znajdzie kogoś takiego jak Harry.
Harry nigdy nie znajdzie kogoś takiego jak Louis.

Szatyn był niedostrzegalny; nie zauważalny. Nikt nigdy nie zwrócił na niego uwagi, na tyle, na ile mogło to jego dowartościować. Był wyjątkowy, ale nikt nigdy mu temu nie mówił, co zmienił lokaty. Niestety, przez to, że Harry potraktował go jak wszystkich innych, Louis po prostu przestał w to wierzyć.
Stracił nadzieje, że jest na tyle dobry, by kogoś zainteresować, bo na prawdę chciał wierzyć, że Harry'emu nie chodziło tylko o jego dupę.

Harry był kłamcą, lecz w jego sercu kryła się też urocza osoba, która bez wątpienia przy Louisie miała prawo do wychylenia się, a kto wie, może nawet do wyjścia.
Nie oszukujmy się - szatyn był jedynym, kogo Harry potrzebował. Kochał go bardzo mocno i nie mógł tego wyjaśnić.

Louis zbudował dom na fundamencie silnej, ślepej miłości. Można było strzelać do niego z karabinu, niszczyć ładunkami wybuchowymi, albo próbować zburzyć, ale on - wypełniony po brzegi miłością - dał rade to przetrwać.
Louis czuł to w sobie. Pod jego szaleńczo bijącym sercem znajdował się domek z lego - pozornie słaby, lecz na prawdę silny.

Żaden z nich nie miał siły, by walczyć i kończyć. Byli zbyt silni, by przestać i zbyt słabi by zacząć. Potrzebowali siebie - jak kwiat wody, istota tlenu czy narkoman narkotyku.

Przeznaczenie mocno namieszało w ich życiu i możecie mi wierzyć - zrobi to jeszcze nie raz.

Bo przeznaczenie wiedziało, że ich historia nie zakończy się w ten sposób...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz