czwartek, 17 kwietnia 2014

Louis uśmiechnął się nieśmiało, gdy po raz kolejny pod swoimi palcami poczuł miękką grzywę Maculi. Spojrzał na Harry’ego, który zdążył już się od niego znacząco oddalić. Według Harry’ego Louis zasługiwał na prawdziwy prezent urodzinowy, a ponieważ takowego nie dostał, przejażdżka wydała mu się idealnym pomysłem. Louisowi wydawało się to nie przeszkadzać, gdyż zdążył się już dosyć przywiązać do biało-brązowego konia, a jazda na nim była czystą przyjemnością. Harry był bardzo podekscytowany ich wspólnym wypadem, gdy tylko o nim wspomniał, a skoro sam nie dostał żadnego prezentu na Gwiazdę, Louis postanowił spełnić jedną z jego próśb.

- Czy mógłbyś na mnie poczekać? - Louis krzyknął, a Harry delikatnie obrócił się w jego stronę. Szatyn lekko kopnął Matulę i ruszył w stronę Harry’ego, skupiając na nim swój wzrok, a na jego ustach błąkał się nieśmiały uśmiech. Mimo iż Louis wcześniej narzekał, że Harry nie powinien oddawać mu swojej kurtki, bo ten może się rozchorować, to i tak ostatecznie znalazła się ona na szatynie. Tak więc Harry miał na sobie jedynie luźny t-shirt i cienki sweterek, a Louis siedział w kurtce, dodatkowo owinięty szalikiem. Przynajmniej już śnieg przestał prószyć. Kiedy tylko dotarł do Harry’ego, odrobinę zwolnił, odwracając się w stronę jego oraz Caeruleusa. – Zwolnij, nie mogę za tobą nadążyć.

- Wybacz, kochanie – Harry zaśmiał się, na co Louis wywrócił oczami, znów kopiąc delikatnie Matulę i ruszył przed siebie, pozostawiając Harry’ego w tyle.

Ich wczorajszy pocałunek nie został skomentowany ani jednym słowem. Mimo iż żadne z nich nie poruszyło tego tematu, coś się zmieniło. Louis nadal nie pozwalał się dotykać Harry’emu przez większość czasu, jednak zdarzały się chwile, że nie odtrącał jego dłoni. Do kolejnego pocałunku też nie doszło i z jakiegoś powodu Louis nawet tego nie oczekiwał. Sam do końca nie wiedząc czemu.

- Wiesz co? Nigdy nie ulepiliśmy bałwana – Harry odezwał się, kiedy znalazł się ponownie przy boku Louisa. – Powinniśmy go niedługo zrobić.

- Serio? – Louis zachichotał, spoglądając na Harry’ego, na twarzy którego malował się uśmiech, a głowę miał lekko pochyloną do przodu.

- A czemu by nie? – wzruszył ramionami. – To nie tak, że się ośmieszymy.

- Ośmieszymy? – szatyn zastanowił się. – To twoje jedyne zmartwienie?

- A czy to nie jest też twoje zmartwienie? – kędzierzawy zapytał, tłumiąc śmiech. Louis mógł jedynie pokręcić głową.

- Nie – warknął. – Nie boję się tego, że zrobię z siebie idiotę.

- A czego się boisz w takim razie?

Louis przełknął ciężko i odwrócił wzrok od drugiego chłopca, zatrzymując Maculę. Mimo iż nie patrzył w jego stronę to czuł na sobie jego wzrok. Przygryzł nerwowo wargę, mrucząc ciche. – Nie wiem – w odpowiedzi. – Tak naprawdę to nigdy o tym nie myślałem.

Odważył się spojrzeć na Harry’ego, tylko po to, by zauważyć jak jego uśmiech się stale powiększa, a dołeczek w jego policzku staje się coraz głębszy i głębszy.

- Pająków? – Harry odezwał się. – Nietoperzy? Węży? Wysokości? Ciemności?

- Naah – Louis wydął wargi. – Nadal nie mam pojęcia, ale jeżeli tylko coś mi przyjdzie do głowy, to się o tym dowiesz.

- A nie bałeś się, kiedy cię prawie uderzyłem? – zapytał. – Przecież mógłbym to zrobić.

Szatyn przygryzł ponownie wargę. – Troszkę – wzruszył ramionami. – Ale nigdy mnie nie uderzyłeś. Zapewniłeś mnie, że zrobisz to jedynie, gdy zrobię coś naprawdę głupiego.

- Nie. Powiedziałem, że żebym to zrobił, musiałbyś zrobić coś naprawdę głupiego.

Louis westchnął ciężko, co rozbawiło Harry’ego. – Ja jakoś nie widzę różnicy – Louis mruknął.

- Kochanie, przecież wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził, prawda? – Harry odparł, wyciągając przed siebie dłoń i klepiąc Louisa po udzie. Szatyn zmarszczył brwi, unosząc głowę, by spotkać spojrzenie Harry’ego.

- Obiecałeś, że nie będziesz kłamać – Louis zaprotestował, na co Harry uśmiechnął się, jednak ten uśmiech nie sięgnął jego oczu.

- Ok, w porządku – odparł, odsuwając się. – Nigdy bym cię nie skrzywdził, przynajmniej nie celowo.

- Oh, wow. To bardzo pocieszające – Louis mruknął, kręcąc się na swoim miejscu. W duchu dziękując Harry’emu, że to on założył siodło, bo on sam nadal nie miał pojęcia jak zrobić to prawidłowo. Może i było to nieco żenujące, że to zadanie zawsze należało do Harry’ego, ale tak naprawdę Louis nie miał wyboru, no chyba, że chciał spędzić cały dzień w domu, z dala od Harry’ego.

- No przecież nie chciałeś, żebym cię okłamywał – Harry uśmiechnął się.

- To prawda, ale nie przypominam sobie, żebym mówił coś tobie o tym, żebyś się nade mną znęcał – szatyn wymamrotał.

- Spokojnie, dopóki będziesz grzecznym chłopcem, nic takiego się nie wydarzy – Harry zaśmiał się. – Tylko żartuję, kochanie. Jeżeli coś mnie zdenerwuję, postaram się jak najszybciej uspokoić, w porządku?

- Chyba tak. Lepsze to niż nic – Louis wzruszył ramionami i kopnął Maculę, ruszając wzdłuż ośnieżonej ścieżki, z Harry’m tuż za nim.

- Wiesz, że nigdy nie opowiedziałeś mi o swojej rodzinie – Harry zaczął kilka godzin później, podając Louisowi talerz wypełniony po brzegi makaronem i jakimś sosem paprykowym. Louis odebrał go od niego, oblizując delikatnie wargi i dmuchnął na jedzenie, by je ostudzić, nadal wpatrując się w kędzierzawego.

- Jakbyś nic o nich nie wiedział – Louis parsknął, wywracając oczami, po czym nawinął odrobinę makaronu na widelec.

- Ale bardzo bym chciał usłyszeć to wszystko z twojego punktu widzenia – Harry uśmiechnął się, kiedy tylko usiadł obok Louisa.

Niebieskooki chłopak jedynie westchnął. – Tak naprawdę nie jest to zbyt interesująca historia – zaczął. – Jest moja mama i siostry. Nie mam pojęcia, gdzie jest teraz mój ojciec. Chyba na Hawajach, chociaż tak jak mówiłem, pewności nie mam.

- Na Hawajach? – Harry zapytał, unosząc brwi. – Dziwne.

- Czemu?

- No… bo… czemu nie… w sumie sam nie wiem. Kontynuuj.

Louis odchrząknął i przełknął porcję makaronu, spoglądając stale na ogień skrzący się w kominku, a bardziej na popiół, który po nim pozostał. – No dobrze – mruknął. - … Zacznijmy od mojej mamy, Jay. Prawdopodobnie jest najlepszą mamą na całym świecie. No i jeszcze przyrządza świetny gulasz drobiowy.

- To twoje ulubione danie? – Harry wtrącił.

- Nie powiedziałbym – Louis zaśmiał się, po czym przełknął. – Raczej tacos.

- Postaram się o tym pamiętać – brunet posłał mu uśmiech. – A teraz mów dalej, proszę.

Louis westchnął, po czym wzruszył ramionami, opierając się o oparcie sofy i skubiąc widelcem w swoim jedzeniu. – Są jeszcze moje siostry. Jest ich tak dużo, że nawet nie będę cię męczyć wymienianiem ich imion. Ale uwierz mi, są urocze. Naprawdę są kochanymi siostrami.

- A masz jakieś zwierzęta?

- Mam rybkę w Londynie – Louis zaśmiał się. – Ale prawdopodobnie w tej chwili jest już martwa.

Harry uśmiechnął się do niego łagodnie, a Louis od razu odwrócił wzrok, owijając jeden ze zbłąkanych kosmyków wokół palca. – Jak miała na imię? – Harry przerwał ciszę.

- Lewelli – Louis roześmiał się jeszcze głośniej. – Mój przyjaciel tak go nazwał.

- Lewelli? Słodko.

- Prawda? – odezwał się, przecierając delikatnie oczy, po czym wzruszył ramionami. – Ale to tylko rybka. Miałem ich miliony przez całe swoje życie.

- A ja miałem kota – Harry mruknął. – Ale to było wieki temu.

Louis zachichotał cicho. Nigdy nie zdarzyło mu się rozmawiać o swojej rodzinie w ten sposób, nawet z Eleanor. Oczywistym było to, że ich poznała, ale to wszystko. Nigdy nie poruszali tematów swych własnych rodzin. To znaczy Louis próbował raz czy dwa, ale odpowiedzią było zawsze ‘nie mogę teraz rozmawiać, jestem zajęta’ albo ‘przecież już ich poznałam, nie musisz mi o nich opowiadać’. Czasem odnosił wrażenie, że nudził Eleanor swoim gadaniem.

- Nadal chciałbyś swoją sałatkę owocową? – Louis zapytał, rozbawiając tym Harry’ego.

- Jeszcze o tym nie zapomniałeś? – uśmiechnął się. – Przecież wiesz, że nie musisz mi jej robić.

- No cóż, sam nie dostałem żadnego prezentu na święta, więc chciałbym być miły i pokazać tobie jak powinno się traktować innych.

Tym razem to Harry zachichotał. – Nie mogłem zdobyć dla ciebie biletu. Wybacz – posłał mu uśmiech. - A poza tym nie mam pojęcia, co chciałbyś dostać. Nigdy mi nie powiedziałeś.

Louis nabrał powietrza do płuc. – A mogę dostać wszystko, co tylko chcę?

- Możesz dostać wszystko, co mogę tobie zaoferować.

Louis przygryzł wargę i spojrzał w sufit, odkładając na bok pusty talerz. Nie miał zielonego pojęcia, co do cholery chciał dostać, nie wspominając o biletach do Anglii. Prawie o nich zapomniał, szczerze mówiąc. – W takim razie, co możesz mi zaoferować? – Louis odezwał się, spoglądając ponownie w kierunku Harry’ego.

- Pocałunki – Harry uśmiechnął się słodko, a policzki Louisa oblały się różem, momentalnie wzrok kierując z dala od Harry’ego. – I… książki. Jedzenie. To w zasadzie wszystko.

- Wow, widzę, że mam wiele opcji – niebieskooki prychnął, ponownie skupiając swój wzrok na Harry’m, który się stale do niego głupkowato uśmiechał. – A ty co być chciał? Z wyjątkiem sałatki owocowej.

- Pocałunki – odpowiedział, a jego uśmiech się jedynie poszerzył, na co Louis wywrócił oczami.

- Harry, posłuchaj, ten pocałunek nie był… To znaczy, no wiesz – odparł, przeczesując dłonią włosy. Czując się nieco nieswojo. – Nie rób sobie zbędnych nadziei.

- Nie robię. Chcę tylko, żebyś mnie pocałował. Raz.

- Nic takiego się nie wydarzy – Louis odezwał się. – Ja nie… nie jestem gejem, Harry.

Uśmiech Harry’ego nagle zniknął. – To dlaczego mnie pocałowałeś?

- Nie wiem. Chyba zrobiło mi się ciebie żal, tak sądzę.

- To nie było miłe – Harry zachichotał.

- Przepraszam – Louis mruknął, przygryzając dolną wargę. Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał. Wzrok Harry’ego powędrował w stronę kominka, a Louis wychylił się odrobinę, by sprawdzić, czy drugi przypadkiem nie umarł, ale wtedy zauważył jak Harry się uśmiechał.

- Ale nadal możesz mnie pocałować, wiesz o tym, prawda? – powiedział, spoglądając ponownie na Louisa. – Nie musisz być od razu gejem, jeśli całujesz się z innym chłopakiem.

- Myślę, że masz coś nie tak z głową – Louis zaśmiał się, potrząsając głową. – Może i nie musisz być od razu gejem, ale jednak ciągnie cię do mężczyzn, jeśli się to robi, kochanie.

Louis zamarł. Harry wydawał się zrobić to samo. Oboje wpatrywali się w siebie nawzajem. Louis zmarszczył brwi, podobnie jak Harry. Jednak ciszę przerwał Harry, z ust którego wyrwał się chichot, a potem kolejny i kolejny. Policzki Louisa przybrały odcień głębokiej czerwieni. – Kochanie? – Harry zaśmiał się. – Jesteś pewny, że jednak na mnie nie lecisz?

- Oh, zamknij się – Louis mruknął i uderzył Harry’ego w pierś, co wywołało jeszcze większą salwę śmiechu ze strony kędzierzawego.

- Ok, ok, przepraszam – odezwał się, przecierając oczy. Ponownie spojrzał na niebieskookiego i pochylił delikatnie głowę. – Nawet maleńkiego buziaka?

Louis westchnął i pokręcił głową, wstając. – Nie – odpowiedział bez zawahania i ruszył w stronę schodów. Będąc w połowie drogi, zatrzymał się i spojrzał na Harry’ego, który nadal siedział na sofie, łokciami opierając się o jej oparcie, z tym swoim głupim uśmieszkiem na ustach. – Nie jestem gejem.

- Dla mnie jesteś.

- Nie jestem.

- Jesteś – Harry się z nim droczył. – Po prostu jeszcze o tym nie wiesz.

- Co zrobisz, jeśli to się nigdy nie stanie?

- Stanie się – Harry przytaknął. – Przynajmniej mam taką nadzieję.

Louis zmarszczył brwi, patrząc jak Harry wzrusza ramionami, po czym spogląda raz jeszcze na kominek z tym samym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Gdyby Louis nie wiedział lepiej, mógłby jeszcze pomyśleć, że Harry chciałby, żeby Louis go polubił. Ale co tak naprawdę wiedział? Nic.

Następnego dnia obudził się w dość dobrym humorze. Usiadł na łóżku, przeciągając się odrobinę. Pokój wydawał się dużo jaśniejszy niż zwykle, dzięki słońcu przebijającemu się przez okna. Tak naprawdę teraz zaczął doceniać jasne kolory, mimo iż wcześniej wolał te ciemniejsze. Harry nawet pewnego dnia zaproponował, żeby przemalować pokój, ale Louis od razu odrzucił ten pomysł. Chciał, żeby zostało właśnie tak. Mruknął cicho, gdy wstał z łóżka i podszedł do swojej szafy, wyciągając z niej szarą koszulę i żółty sweter, który nosił już wcześniej. Przyjrzał się swemu odbiciu w lustrze, gdy tylko był w pełni ubrany, po czym wyszedł z pokoju. Dom był pusty, gdy znalazł się na dole. Zmarszczył brwi, zauważając, że buty oraz kurtka Harry’ego zniknęły. Możliwe, że udał się na polowanie, więc Louis nie miał zamiaru się zamartwiać.

Kiedy minęła godzina, zaczęło mu się zwyczajnie w świecie nudzić. Stałe uderzanie stopą o drewnianą podłogę nie było zbyt ciekawym zajęciem. Szybko podniósł się i rozejrzał dookoła, odnajdując parę Conversów, które od razu założył na stopy i wybiegł z domu. Gdy jego ciało zaczęło niekontrolowanie drżeć, zdał sobie sprawę z niskiej temperatury. Przygryzł wargę i zaczął biec w kierunku stajni. Zimne palce owinęły się wokół klamki, a zęby szczękały niemiłosiernie, kiedy tylko przekroczył jej próg. – Louis? – Harry odezwał się, gdy odsunął się od Whiskey z uśmiechem błąkającym się na ustach. Jednak chwilę później jego twarz przybrała zupełnie inny wyraz. – Dlaczego jesteś tak lekko ubrany?

- Ponieważ ktoś zabrał jedyną kurtkę – Louis mruknął i skrzyżował ramiona na piersi, podchodząc do niego z lekko wydętymi wargami. Usiadł obok niego i delikatnie podrapał zwierzę za uchem, uśmiechając się nieco.

- Rozchorujesz się – Harry stwierdził.

- Jeżeli tak, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina.

Harry zaśmiał się, po czym wstał, biorąc w garść jeden z rękawów i zdjął z ramion kurtkę w kratę, podając ją następnie Louisowi. Niebieskooki poruszał przez chwilę palcami, które już zdążyły zdrętwieć z zimna, by móc odpowiednio chwycić materiał. Spojrzał ponownie na Harry’ego, który zdążył z powrotem usiąść, kładąc na swoich kolanach głowę Whiskey, delikatnie głaszcząc jego pysk. – Dlaczego tu jesteś? – Louis odezwał się.

- A czemu by nie?

- No wiesz, w domu było trochę pusto bez ciebie – wydął wargi, - byłem sam przez całą godzinę.

Harry zaśmiał się cicho. – Wybacz, kochanie. Musiałem się upewnić czy zwierzęta były ciepłe.

Louis przebiegł dłonią po swych włosach, po czym skrzyżował ramiona na piersi. Stopą zaczął przebiegać po żółtym sianie i wtedy zdał sobie sprawę, że rzeczywiście jego buty były odrobinę za cienkie jak na chłodny grudniowy dzień. Wzdrygnął z zimna, po czym poczuł dłoń Harry’ego na swoim udzie, od razu kierując na niego wzrok. Harry posłał mu uśmiech, na co Louis jedynie zamrugał kilkakrotnie, poruszając nogą, tak by dłoń Harry’ego zsunęła się z jego ciała. Szatyn obserwował jak Whiskey przeczołgał się w jego stronę i położył się na ziemi, spoglądając na niego swoimi wielkimi brązowymi oczyma, w których Louis zdążył się już zakochać. Uśmiechnął się, gdy wyciągnął dłoń w jego stronę, przejeżdżając po długości jego ciała, drapiąc go delikatnie. Zachichotał, gdy maluch zamuczał.

- Rośnie – zauważył, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Harry przytaknął, klepiąc nogę Whiskey.

- Tak – mruknął w odpowiedzi. – I nadal bardzo cię lubi.

- Wiem – Louis tchnął. – To dobrze, bo uczucie jest jak najbardziej odwzajemnione.

Harry wtedy zaśmiał się cicho, a Louis spojrzał na niego, przechylając delikatnie głowę. Po kilku sekundach usłyszeli głośne chrapnięcie, co wskazywało, że Whiskey zasnął. Louis przygryzł dolną wargę, zanim przerwał ciszę. – Wiesz – zaczął, - …dobrze sobie radzisz.

- Z czym? – Harry uśmiechnął się.

- Z tym. W sumie ze wszystkim. Z domem i stajnią. Ze zwierzętami. Ze mną też. Zawsze dbasz o to, żebym nie był głodny.

- A cóż mogę innego zrobić? – zaśmiał się. – Nie chcę, żebyś żył tutaj w złych warunkach.

- I tak nie jest. Mógłbym nawet powiedzieć, że dobrze mi tutaj.

- Czy to oznacza, że zostaniesz?

Louis spojrzał ponownie na Harry’ego, jego źrenice się powiększyły, a policzki oblały się różem. Palcami zaczął bębnić po ziemi, tuż przy zwierzęciu. – Harry – mruknął, przeczesując dłonią włosy. – Wiesz, że nie mogę. Muszę wrócić do Londynu. Nie należę do tego miejsca.

Harry westchnął ciężko, a Louis niemal poczuł się winny.

- Rozumiem – odparł. – Po prostu nie chcę, żebyś mnie tutaj zostawił.

- Ale przecież możesz przeprowadzić się do miasta – szepnął. – Znaleźć pracę, poznać nowych ludzi, przyjaciół. Nie musisz spędzać całego życia w samotności.

- Chcę być sam. Po prostu nie chcę być samotny.

Louis przygryzł wargę, wahając się przez moment, po czym uniósł swą dłoń i umieścił ją na ramieniu Harry’ego. Ścisnął delikatnie, wyczuwając od razu mięśnie pod swoimi palcami, kiedy Harry odwrócił się w jego stronę z małym uśmiechem błąkającym się na ustach. Louis musiał zabrać dłoń w przeciągu kilku kolejnych sekund, dobrze wiedząc, że gdyby tego nie uczynił teraz – prawdopodobnie nigdy by tego nie zrobił.

- W takim razie czemu tu jestem? – zapytał. – Skoro chcesz być sam…

- Powiedziałem, że chcę być sam, ale nie chcę być samotny.

- Nie rozumiem.

- I nie powinieneś – Harry zaśmiał się, a Louis nie potrafił nie odwzajemnić tego gestu. Czując na sobie palące spojrzenie Harry’ego, wbił wzrok w ziemię i zaczął nawijać zbłąkane kosmyki włosów na palce. Możliwe, że stało się to jego złym nawykiem. Wcześniej bawił się jedynie palcami, przynajmniej tego już nie robił.

- Jesteś dobrym człowiekiem, Harry – Louis odezwał się po kilku minutach krępującej ciszy. Kędzierzawy odwrócił się w jego kierunku, uśmiechając się nieśmiało i po raz pierwszy można było zauważyć jak jego policzki stają się delikatnie zaróżowione.

- Dziękuję – odpowiedział. – Ty też.

Louis też postanowił się uśmiechnąć, przyciągając kolana do piersi, po tym jak po raz ostatni przejechał dłonią po głowie Whiskey, który teraz spokojnie drzemał przy jego boku.

- Wiesz co, nawet jeżeli nadal jakoś specjalnie cię nie lubię, to nie miałbym nic przeciwko kolejnemu pocałunkowi – powiedział cicho, uśmiechając się nieznacznie, kiedy na twarzy Harry’ego pojawiło się zdziwienie.

- Co to ma znaczyć? – Harry tchnął. – Wczoraj tak się zarzekałeś, że nie jesteś gejem.

- To prawda – skinął głową – ale wiesz, tak naprawdę nigdy niczego nie próbowałem z innym chłopakiem.

- Zabrzmiało to tak, jakbyś chciał czegoś więcej niż zwykłego pocałunku – Harry zaśmiał się, przyciskając swą dłoń do szyi Louisa. Niebieskooki odpowiedział mu tym samym.

- Nie zapędzaj się tak – wymamrotał, czując jak palce u stóp podwijają się lekko. – To tylko prezent świąteczny.

- Też chciałbym tobie coś dać – Harry wydął wargi. Ich usta znajdowały się tak blisko siebie, że Louis mógł poczuć płytkie oddechy Harry’ego na swojej skórze. Szatyn pochylił się do przodu, jednak wtedy kędzierzawy się od niego odsunął, ściągając ze swojej szyi wisiorek.

- Nie mogę tego przyjąć – Louis zaznaczył. – Jest twój i jest dla ciebie bardzo ważny.

- Ty jesteś ważny – Harry posłał mu uśmiech i umieścił srebrny łańcuszek na szyi Louisa. Louis spojrzał na niego, mrużąc oczy, gdy poczuł jak chłodny metal opadł między jego obojczykami. Uniósł dłoń, ujmując zawieszkę, powoli kręcąc głową.

- Nie chcę go – powiedział. – Upuszczę go. Albo zniszczę. Na pewno jedna z tych rzeczy się zdarzy. Albo i obie.

Harry ponownie się uśmiechnął, również potrząsając głową, a jego dłonie powędrowały znów do szyi Louisa. – Nie, nic się takiego nie stanie – szepnął. – Będziesz miał go stale przy sobie, tak jak teraz.

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić – mruknął, opuszczając luźno ramionami wzdłuż swego ciała. – Czemu miałbym robić to, co ty chcesz?

- Nie wiem – Harry wzruszył ramionami. – Może dlatego, że chcesz?

- No cóż, dla twojej wiadomości. Nie, nie chcę.

Jego ciało niekontrolowanie zadrżało, gdy Harry zachichotał, a ciepły oddech owiał jego policzek. Przyglądał się Harry’emu, który przechylił delikatnie głowę, po czym zmniejszył dystans między nimi i w końcu go pocałował.

- To w takim razie może zrobisz to dla mnie? – Harry uśmiechnął się. Louis jeszcze nie otworzył oczu, jednak stale czuł bliskość Harry’ego, którego loki łaskotały jego czoło.

- W porządku – szepnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz