sobota, 8 marca 2014

*Odłożył kolejne probówki, które niebezpiecznie wyślizgiwały mu się spomiędzy palców. Gdy tylko ostatnia bez szwanku wylądowała w stojaku, westchnął głośno i opadł na krzesełko, czekając na wynik wyszukiwania w bazie danych dla detektyw Karens. Przebiegł palcami po grzywce i przymknął oczy.

Od razu pod powiekami pojawiły się brązowe tęczówki. Wpatrywały się w niego z wymalowanym w nich niedowierzaniem, a pełne wargi były lekko rozchylone. Niall sięgnął wolną dłonią do swoich ust i przejechał po nich opuszkami palców, przypominając sobie ten subtelny, delikatny pocałunek. Trwało to zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale mimo wszystko jego serce biło wtedy jak szalone, a rumieńce rozkwitły na policzkach.

A potem się odsunął, by zobaczyć te czekoladowe oczy wpatrzone w niego. I spanikować. Porwał wtedy swój płaszcz i po prostu uciekł z sali. Tak po prostu.

Jęknął cicho i oparł czoło na metalowym blacie stołu. Rozchylił powieki, a dłonie ułożył na kolanach. Od tamtych wydarzeń minęły cztery dni, a on wciąż nie mógł się pozbierać. Jego ręce były ciągle zimne i nie wiedział dlaczego. Czasami niepokojąco drżały. Zwłaszcza na strzelnicy, kiedy ćwiczył. A do tego nie sypiał dobrze. Miewał koszmary, w których nie umiał wystrzelić z broni i Zayn zwyczajnie się topił. Budził się wtedy zlany potem, nie umiejąc potem zasnąć.

Wyprostował się i spojrzał spod grzywki na mulata, który dziś rano pojawił się w biurze. Irlandczyk był zaskoczony, bo jeszcze kilka dni temu mężczyzna leżał ledwo żywy na szpitalnym łóżku. Wściekła Myra, rzuciła mu rano na biurko stos papierów, krzycząc, że nie powinien wypisywać się na własne życzenie ze szpitala i wracać do pracy, ale skoro się uparł, to teraz będzie przerzucał miliony kartek.

Westchnął ciężko i pokręcił głową z dezaprobatą. Co jak co, ale z tej całej zgrai idiotów, do której się zaliczał, zawsze wydawało mu się, że najbardziej nierozważnym był Harry.

Pukanie wyrwało go z rozmyślań, a gdy podniósł głowę na progu spostrzegł uśmiechniętą detektyw. Tuż za nią do pomieszczenia wszedł lokaty, susząc swoje idealnie białe zęby. Spojrzał na nich wysoko unosząc brwi.

- Zoe, jesteś już wolna. Możesz iść na lunch – stwierdziła Myra, na co rudowłosa laborantka spojrzała najpierw na Nialla, potem na nią i w końcu wyszła.

Blondyn odprowadzał ją wzrokiem dopóki nie zniknęła w windzie i dopiero wtedy spojrzał na parę policjantów. Kobieta, położyła na blacie teczkę oprawioną w czarną skórę. Taką samą, w jakiej otrzymał dyplom ukończenia szkoły. Podsunęła ją w jego stronę i odezwała się:

- Postanowiliśmy ci to dać, skoro Zayn zawlekł już tutaj swoją dupę – stwierdziła z przekąsem, kiedy Horan przejechał palcami po czarnej skórze. – Jako pierwszy złożył podpis.

Laborant otworzył teczkę i zamrugał zaskoczony. Było to bowiem pozwolenie na posiadanie broni. Pod nim znalazły się podpisy Zayna, Myry i przełożonego. Naprawdę był zdziwiony, biorąc pod uwagę, że nie ukończył jeszcze kursu. Jednak mimo wszystko ucieszyło go to.

- Nie musieliście tego tak oprawiać – uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy od kilku dni. – To tylko pozwolenie.

- To był mój pomysł – Harry podniósł do góry dłoń, jakby padło pytanie, na które zna odpowiedź. – Pomyślałem, że będzie to dla ciebie choć trochę wyjątkowe. To co zrobiłeś w mieszkaniu Isaaca było naprawdę godne podziwu.

- I wyjątkowo nieodpowiedzialne – dodała Myra.

- Oj, nie psuj wszystkiego – oburzył się loczek, a uśmiech Irlandczyka poszerzył się. – Ten gnojek nawet nie przypuszczał, że on strzeli.

Kobieta spojrzała na młodszego detektywa i pokręciła głową, po czym wróciła wzrokiem do Nialla. Przyjrzała mu się uważnie. Widziała delikatne cienie pod tymi ślicznymi, niebieskimi oczyma. Cała jego twarz wyglądała na zmęczoną. Nie chciała jednak się wtrącać.

No dobrze - chciała, bo ta dwójka już zbyt długo się mija. Uznała więc, że wspomni Zaynowi o stanie chłopaka. To on powinien się o niego zatroszczyć.

- Tak. To był wyjątkowy akt odwagi – przytaknęła w końcu i poklepała jasnowłosego po ramieniu. – A teraz idź już z Harrym. Za chwilę pora lunchu, a ja myślę, że będziesz chciał to zalegalizować. Niech więc Styles ci pomoże. Usprawiedliwię waszą nieobecność, jeśli się spóźnicie.

Obaj skinęli głowami, a ona wyszła z laboratorium. Horan zamknął teczkę i podniósł się z miejsca. Podszedł do szafki, z której wyciągnął swoją torbę. Schował do niej teczkę oraz zamknął metalowe drzwiczki. Następnie zamienił biały kitel na swój płaszcz i wraz z loczkiem wyszli na zatłoczony korytarz.

- Słuchaj… - zaczął Styles, ale gdy dostrzegł, że coś zwróciło uwagę jego przyjaciela, również odwrócił głowę.

Ich wzrok spoczął na szatynie o sarnich oczach, który szybkim krokiem przemierzał korytarz. Na jego twarzy widniała złość, a dłonie były zaciśnięte w pięści. Do płaszcza przypięty miał identyfikator gościa. Chłopak wyminął ich, nie rzucając nawet „cześć”, a oni przystanęli i bezmyślnie powiedli za nim wzrokiem. Mężczyzna podszedł do gabinetu Zayna i zapukał w drzwi. Nie. Poprawka. Wręcz w nie załomotał. Nie czekał na odpowiedź po drugiej stronie, tylko wszedł do środka.

- Jesteś skończonym debilem, Malik… - dotarło do ich uszu zanim drzwi zatrzasnęły się. Harry spojrzał na Nialla, który tylko wzruszył ramionami, po czym skierował się do windy. Brunet ruszył za nim i dopiero gdy znaleźli się na świeżym powietrzu wznowił rozmowę.

- A tak swoją drogą, to jak się czujesz? – spytał loczek wciskając ręce w kieszenie. Blondyn zerknął na niego przelotnie i westchnął ciężko.

- Dziwnie. Nie sypiam dobrze. Ciągle śni mi się, że nie zdążam – wyznał, chowając nos w szaliku. – Dłonie czasem mi drżą.

- Może powinieneś porozmawiać z psychologiem – zaproponował Harry, pokrzepiająco głaszcząc przyjaciela po plecach. – Pamiętam, jak ja pierwszy raz strzeliłem do przestępcy. Zastanawiałem się, czy to było właściwe. Ale, koniec końców, przecież na tym polega nasza praca. Ratować życie innych.

- Też o tym myślałem. Czy to właściwie… – przyznał się. – Ale gdybym tego nie zrobił, może utopiłby Zayna.

- Dokładnie. Ale wiesz… Idź do Thomsona. Pogadaj z nim – odparł Harry, a blondyn przytaknął na potwierdzenie, po czym udali się do swojej ulubionej knajpki na lunch, kompletnie zmieniając temat.

2.

Wypisanie się ze szpitala na własne życzenie po akcji takiego kalibru i z poniesionymi przez niego obrażeniami było niczym w porównaniu do powrotu do pracy. Chociaż doktor Ellis nie chciała wypuszczać go do domu tak szybko, nie miała zbytniego wyboru. Kiedy Zayn złapał za wenflon grożąc, że jeśli ktoś nie odłączy go od „tego cholerstwa”, to on sam to zrobi – musiała skapitulować i podać mu odpowiedni formularz. Myra nie była już tak spolegliwa, gdy zobaczyła go w pracy następnego dnia. Gdyby Malik nie wytoczył swojego ostatecznego argumentu, to zażarta dyskusja między tą dwójką detektywów trwałaby dłużej niż tylko czterdzieści minut:

- Myra, jeśli skażesz mnie na kolejne dni, które spędzę w łóżku myśląc, to mogę ci obiecać, że City będzie mogło rozliczać moje kwitki za psychiatrę. – Brunet posłał jej przy tym spojrzenie, które lepiej niż słowa przekazywało jego prośbę.

- Niech cię weźmie cholera, Malik! – warknęła Karens, podpierając się ręką o fotel. Druga dłoń kontynuowała jej nienaturalnie ożywioną gestykulację. – Nie myśl sobie, że wyściubisz nos poza to piętro!

Zayn obrzucił zmęczonym spojrzeniem dwa duże kartony, które stały na wózku przywiezionym z archiwum. Starsza detektyw uziemiła go w gabinecie z masą papierkowej roboty. Nie miał do niej żalu o to, że przydzieliła mu zadanie, na jakie w normalnych warunkach skazywani byli świeżacy. Policjant był boleśnie świadomy tego, że z połamanymi żebrami nie nadawał się nawet do głupiego patrolu.

- Jesteś skończonym debilem, Malik! – Brunet raptownie odwrócił się w stronę drzwi i natychmiastowo skrzywił się, czując rwący ból w boku. – Widzisz, idioto?! Właśnie o tym mówię!

- Umm, Liam? Co ty tutaj robisz?

- Co ja tutaj robię?! – Szatyn wytrzeszczył na niego oczy i gdyby nie okoliczności, to Zayn roześmiałby się, bo Payne wyglądał doprawdy śmiesznie. – Mam lepsze pytanie: co ty tutaj robisz!?

- Pracuję. A właściwie, pracowałem, póki ty, w jakże spokojny sposób, mi nie przerwałeś – odparł ironicznie Malik, ciągle słysząc w uszach trzaśnięcie drzwiami, jakim barman zaznaczył swoje wejście.

- Nie denerwuj mnie, Z.! Powinieneś być w domu, odpoczywać! Masz połamane kości, do ciężkiej cholery, a ty nie dość, że wypisujesz się ze szpitala, to jeszcze zjawiasz się w pracy, jak gdyby, kurwa, nic!

- Tylko trzy żebra. Nie pierwszy i nie ostatni raz musieli mnie sklejać taśmami. To nie koniec świata. – Malik wzruszył ramionami. – Poza tym, Li, wiesz przecież, że siedzenie na dupie nie jest dla mnie. Dostałbym szału po…

- Piętnastu minutach? – przerwał mu drugi mężczyzna. Zacięcie nie ustępowało z jego twarzy. – Uroczo. Doprawdy, uroczo, Zaynie. Może w tym szale przyswoiłbyś fakt, że byłeś w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia tego twojego gejowskiego tyłka i tylko dzięki Horanowi nie stoję teraz nad marmurem z twoim nazwiskiem!

Na bezpośrednie wspomnienie wydarzeń sprzed niespełna tygodnia powietrze natychmiastowo zgęstniało. Zayn starał się nie myśleć o tym, co zrobił dla niego Niall. Dług, jaki miał teraz u Irlandczyka, był nierzeczywiście ogromny.

- Zee… - westchnął Liam, przysuwając się do detektywa i układając dłoń na jego spiętym ramieniu. – Nie chcę dla ciebie źle. Obaj wiemy, że twoje zachowanie jest teraz skrajnie, skrajnie gówniarsko nieodpowiedzialne i gdybym to ja był na twoim miejscu, to siłą zaciągnąłbyś mnie do mieszkania. Rozumiem, że kochasz swoją pracę, że wiąże się ona z pewnym ryzykiem, ale nie pozwolę ci teraz odgrywać chojraka, którego nic nie rusza tylko dlatego, że masz ego wielkości Jowisza i nie potrafisz przyznać, że coś cię boli.

- Dali mi tyle leków, że mógłbym znieczulić pół wojska, więc…

- Zayn! – Przyjaciel zrugał go spojrzeniem. Zdeterminowanie aż kipiało z sarnich oczu szatyna. – Masz pięć minut, żeby spakować swoje rzeczy i oddać mi klucze do twojego samochodu. Ty na pewno nie będziesz kierować autem na pół przyćpany.

- Nie ma takiej opcji, stary. Wywalczyłem u Myry lżejsze zmiany i mam zamiar się z nich wywiązać!

- Nie dyskutuj, Malik. Karens i ja już rozmawialiśmy. Obiecałem zagrozić ci telefonem do twojego ojca, jeśli nie będziesz chciał iść ze mną po dobroci.

Mulat nie był świadomy, jak bardzo jego ciało jest zmęczone i obolałe, póki działanie środków przeciwbólowych nie zaczęło powoli słabnąć. Zgodnie z zaleceniami lekarki, kolejne dawki leków powinien przyjmować co sześć do ośmiu godzin. Dwie tabletki, zażyte w południe, pozostawiały mu więc prawie półtorej godziny czasu.

Delikatna wibracja, sygnalizująca nową wiadomość, oderwała Zayna od oglądania powtórkowej emisji jednego z pierwszych odcinków Supernatural. Mężczyzna sięgnął po telefon i przesunął palcami po ekranie, wzbudzając urządzenie do życia. Dymek z nadpisem „Liam Payne” delikatnie zamigotał.

- Wyszedłeś ode mnie piętnaście minut temu, stary… - mruknął do siebie policjant i dwukrotnie stuknął jaśniejsze pole.

Od: Liam Payne

Jakbyś jeszcze nie zauważył – a jak Cię znam, to tak pewnie jest – zostawiłem Ci w łazience małą niespodziankę. Zrelaksuj się i odpoczywaj, Z. Później podziękuj Dani! Xx

4:21PM Czw, 13Mar

Zaciekawiony mężczyzna podniósł się z wygodnej pozycji na kanapie, odrzucając na bok miękki koc i skierował się w głąb korytarza. Niepewnie pchnął ciemne drzwi, nieznacznie obawiając się tego, na jaki ambitny pomysł mógł wpaść Payno. Na widok smukłej butelki z aromatycznym płynem do kąpieli z krzywo dowiązaną kokardką uśmiechnął się szeroko.

Do: Liam Payne

Nie ma świeczek i schłodzonego wina. Jestem rozczarowany. Z nami koniec!

4:23PM Czw, 13Mar

Do: Liam Payne

(Żartowałem. Musisz użerać się ze mną jeszcze troszkę. Dziękuję, Li Xx)

4:24PM Czw, 13Mar

Na co dzień Zayn nie miał czasu na długie kąpiele. Szybki prysznic, kawa i papieros rano; szybki prysznic, papieros i łóżko wieczorem. Dynamiczny tryb życia wymagał pewnych poświęceń, ale Malik nie narzekał. Wbrew opiniom, które słyszał o sobie jako młody chłopak, nie fascynowało go spędzanie całych dni w łóżku z książką o filozofii lub poruszającą inne, abstrakcyjne dla niego tematy. Naturalnie, czasem potrzebował chwili błogiego lenistwa, ale do tego wystarczały mu krótkie momenty z papierosem w ustach i…

Mężczyzna potrząsnął głową, odrywając się od myśli, zmierzających w niebezpieczną stronę. Z delikatnym uśmiechem napuścił wody do dużej wanny, dodając do niej sporą ilość pachnącego miodem i karmelem żelu. Biała piana powoli zaczęła pojawiać się na powierzchni wody, a całe pomieszczenie stopniowo wypełniało się przyjemnie słodkim zapachem.

- Czasem przechodzisz sam siebie, Payno – mruknął mulat, odkładając telefon na półkę.

Brunet ostrożnie zdjął z siebie bluzę i niespiesznie zsunął z siebie poprzecierane jeansy. Byłby w stanie dać sobie uciąć rękę za to, że jeszcze kilka prań, a jaśniejsze miejsce na udzie zamieni się w stylową dziurą. Na tę myśl zaśmiał się do siebie. Styles nosił się w ten sposób przez dziewięćdziesiąt procent czasu!

Kiedy wanna zapełniła się odrobinę ponad połowę, Malik z westchnieniem wsunął się do ciepłej wody, pozwalając bąbelkom otoczyć jego ciało. Książka, którą zaczął dobre pół roku temu czekała w swoim stałym miejscu – jak zawsze, kiedy decydował się na kąpiel. „Pluton wyrzutków” miał zakładkę, włożoną dokładnie za dwudziestą siódmą stroną, ale detektyw nie potrafił skupić się na tyle, aby tego dnia przełożyć ją choćby o kilka kartek dalej. Otumaniony lekami umysł cały czas uciekał myślami, nie dając się okiełznać, podsyłając oczom jeden obraz – Nialla.

Horan w laboratorium, Horan na obiedzie, Horan na strzelnicy, Horan w drzwiach łazienki Zacka. Wyobrażenie blondyna nie chciało odejść – było tak samo uparte jak sam laborant. Zayn jęknął cicho, czując jak jego ciało mimo jego woli zaczyna reagować na podsuwane mu wizualizacje.

- No chyba sobie ze mnie kpicie…

Mulat mocno zacisnął zęby i z całych sił złapał się krawędzi wanny – wszystko, byleby nie wsunąć ręki do aromatycznej wody, zwodniczo pobudzającej jego zmysły.

- Myśl o Anji Rubik, myśl o nagiej Anji Rubik! – powtarzał w myślach, stopniowo się uspokajając.

Kilka minut zajęło mu doprowadzenie się do względnego porządku. Świadomość, że Irlandczyk doprowadzał go do takiego stanu jednocześnie go drażniła i wywoływała przyjemne dreszcze. Detektyw nie mógł zaprzeczyć, że Horan – ze swoją niewinną urodą – był piękny na swój unikalny, niepowtarzalny sposób.

Na opuszkach palców bruneta zaczęły pojawiać się pierwsze zmarszczki spowodowane wodą, kiedy w mieszkaniu rozległ się przenikliwy dźwięk dzwonka. Fakt, że ktoś prześlizgnął się bez używania domofonu przez bramę wejściową, wzbudził podejrzliwość młodego mężczyzny.

- Lyyyum, jeśli to będziesz ty, a twoją jedyną wymówką będzie „Chciałem sprawdzić, czy faktycznie się relaksujesz”, to skopię ci dupę – powiedział pod nosem Zayn i z niechęcią podniósł się z wygodnej pozycji w wannie.

Pospiesznie przetarł mokre ciało i w pośpiechu narzucił na siebie bieliznę, grafitowe dresy, które normalnie służyły mu za spodnie od piżamy oraz biały tank top. Jasny materiał koszulki w wielu miejscach przylgnął do jego wilgotnego ciała, a kapiące z włosów kropelki wody tylko to ułatwiały.

- Idę przecież! – Malik wywrócił oczyma, gdy natarczywy gość przerzucił się z uporczywego wciskania dzwonka na rytmiczne walenie w drzwi. – Czego chcesz tym razem, Payno?!

Ku jego zdziwieniu, za ciemnym drewnem nie dojrzał zatroskanego przyjaciela, ani nawet pełnego energii Harry’ego, który obiecał, że wpadnie. Na korytarzu stała elegancka, dojrzała kobieta, a sam mulat znał ją doskonale.

- M-mama? – wydukał mężczyzna, kiedy brunetka wyminęła go i weszła do środka.

- Zaynie Javaddzie Maliku – zaczęła nawet nie zdejmując ośnieżonego płaszcza. – Lepiej, żebyś miał arcydobre wytłumaczenie, dlaczego nie poinformowano mnie, że mój najstarszy syn prawie zginął w akcji?!

- Ja…

- Tak, ty! – fuknęła na niego i bez ceregieli kontynuowała swoją tyradę. – Musiałam dowiedzieć się z wiadomości, że po latach bezcelowych poszukiwań świetna ekipa policyjna, w której jest moje dziecko, w końcu złapała tego seryjnego zabójcę, ale prawie straciła przy tym człowieka! Zgadnij: jak nazywał się ten detektyw? O dziwo tak samo, jak mój mały chłopiec – Malik!

- Mamo, ja…

- Nie przerywaj mi! Jeszcze nie skończyłam! – obruszyła się Patricia, a w jej oczach zalśniły łzy. – Czy ty sobie w ogóle wyobrażasz, co ja poczułam, kiedy Liam mi to potwierdził? Myśl o tym, że mogłam cię już nigdy nie zobaczyć, a nasza ostatnia rozmowa dotyczyła jakiegoś banalnego obiadu, na który nie miałeś czasu była nie do zniesienia. Przepłakałam cały wieczór i dziś z samego rana przygnałam do Londynu i nie wiem, czy powinnam cię uściskać i dziękować bogom, że dalej żyjesz, czy skopać ci tyłek tak mocno, żebyś znowu wylądował w szpitalu! – Matka policjanta westchnęła głęboko, a jej poważna mina nieco zelżała, ustępując miejsca malującej się na twarzy uldze i wzruszeniu. – Dziecko…

- Nie chciałem cię denerwować. To ryzyko zawodowe. Dałem się troszkę pokiereszować, ale koniec końców wyszedłem z tego obronną ręką, prawda? To się chyba liczy, co?

- Połamane żebra, praktycznie podcięte żyły na nadgarstkach i niezliczone próby utopienia, to nie jest „trochę”. Nie patrz tak. Ucięłam sobie pogawędkę z tą twoją Myrą. Naprawdę chciałeś wrócić do pracy, kochanie? Czy ty oszalałeś do reszty? – Kobieta z niedowierzaniem pokręciła głową. Chwilę później pokonała dzielący ją od syna dystans i ostrożnie wzięła go w objęcia. – Nie możesz tak robić. To nie jest zdrowe. Powinieneś rzucić tę pracę w cholerę!

- Ale to moje życie. – Brunet zacisnął ramiona wokół swojej matki odrobinę mocniej i wtulił twarz w jej włosy.

- Gadasz jak twój ojciec! – mruknęła pod nosem kobieta. – Takie same dwa uparte osły. Słowo daję, że jeśli jeszcze raz odstawisz taki numer…

- Obiecuję, że jeśli następnym razem będą chcieli mnie unieruchomić w łóżku na tydzień, będziesz wiedziała jako pierwsza. No, może druga. – Młody Malik delikatnie się uśmiechnął.

- Mój mały chłopiec już dorósł, a czasem i tak dalej zachowuje się jak dziecko. – Kobieta z politowaniem pokiwała głową. Gdy odsunęła się od policjanta na odległość ramion na jej twarzy nie było widać już żalu czy smutku. – Może wejdźmy dalej, co? Zrobimy sobie herbatę, ja przygotuję ci coś dobrego do zjedzenia i porozmawiamy jak ludzie. W twoim stanie powinieneś dużo odpoczywać i zdrowo się odżywiać!

- Nie chcę cię rozczarowywać, mamo, ale nie jestem w ciąży – rzucił żartobliwie detektyw.

- Och, nie zauważyłabym, Z. – odparła z przekąsem brunetka. – A ponoć medycyna tak bardzo poszła do przodu…

- Mamo…!

- Zayn, Zayn. Już dawno pogodziłam się z tym, że po tobie raczej nie mam co spodziewać się wnuków. Przyzwyczaiłam się do tej myśli.

- Nie wiem, czy wiesz, ale prawo adopcyjne też nie stoi w miejscu. – Mulat postawił na blacie dwie filiżanki i włożył do nich po torebce zielonej herbaty. – Nigdy nie mów nigdy.

- Skoro jesteśmy już przy tym temacie… - zaczęła sugestywnie kobieta, podpierając się o kuchenny blat. – Mały ptaszek powiedział mi, że w końcu pojawiło się twoje Yang. Chcesz mi coś powiedzieć?

O, Allahu! - pomyślał Malik – No to teraz się zacznie… Payne, już jesteś trupem!

3.

Kiedy wrócił z Harrym po lunchu z Komitetu Bezpieczeństwa, czuł się okropnie przytłoczony. Miał wrażenie, jakby wszystko się na niego waliło i coraz bardziej go przygniatało, pozbawiając życiodajnego tlenu. Cała ta sytuacja u Isaaca, jego własny stan psychiczny, który teraz został niebezpiecznie zachwiany przez pozwolenie posiadania broni… To wtedy dłoń mu zadrżała, a probówka z niej wypadła i roztrzaskała się pod jego stopami.

Westchnął i zabrał się za jej sprzątanie, kalecząc się przy tym w palec. Dopiero głos Myry wyrwał go z tego wszystkiego. Kazała posprzątać Zoe, a sama zabrała go do swojego gabinetu, gdzie oczyściła niewielką ranę i przykleiła plaster. Poleciła mu, by poszedł do domu i w najbliższych dniach zgłosił się do psychologa. Dała mu też karteczkę, na której był zapisany adres.

- To Zayna. Jakbyś chciał z kimś pogadać – wytłumaczyła, chowając niewielką apteczkę do szuflady. – A teraz idź już do domu. Wypocznij i ochłoń do poniedziałku.

- Ale… - zaczął Niall, gdy kobieta wpadła mu w słowo.

- Nic się nie stanie – odparła. – Wytłumaczę, co zaszło. Zrozumieją.

Irlandczyk westchnął; przytaknął, chowając karteczkę do tylnej kieszeni spodni. Wyszedł z gabinetu i wrócił do laboratorium, gdzie zdjął swój kitel. Założył płaszcz, pod szyją owinął szalik, a na ramię zarzucił swoją torbę. Pożegnał się z Zoe, która z niesmakiem odprowadziła go wzrokiem i wszedł do windy. Zjechał na dół i wyszedł przed City, gdzie przystanął.

Zastanawiał się, co teraz powinien ze sobą zrobić. Sięgnął więc do tylnej kieszeni i wyciągnął adres, który dostał od Myry. Przez jedną, krótką chwilę rozważał pójście do Zayna, ale zrezygnował. Uznał, iż to mogło być – ba! nawet było – niewłaściwie. Nie powinien być tak blisko ze swoim przełożonym. Wcisnął więc świstek papieru głęboko w kieszeń płaszcza. Powoli skierował się do metra na swój pociąg.

Może wezmę gorącą kąpiel? – pomyślał, gdy już był w drodze, ale wtedy przypomniał sobie, jak niekomfortowo czuł się w łazience. Jedyne, na co było go stać, to krótkie prysznice i chodzenie tylko za potrzebą. Westchnął ciężko, bo to wszystko naprawdę powoli go wykończało. Niby rozmawiał z Harrym na ten temat, ale to nie to samo. Czuł się bardzo źle.

Wysiadł na swojej stacji i przebiegając palcami przez jasne kosmyki wyszedł na powierzchnię. Powoli szedł w stronę swojego mieszkania, stawiając stopy na pełnych kostkach niczym dziecko.

Nagle czyjeś dłonie silnie zacisnęły się na jego nadgarstku, wciągając go w zaułek między budynkami. Krzyknął krótko, ale moment potem poczuł czyjś łokieć, wbijający się mu w lędźwie. Jęknął z bólu, a jego obie ręce zostały boleśnie wykręcone do tyłu.

- Dawno się nie widzieliśmy, Nialler – do blondyna dotarł boleśnie znajomy głos, a jego serce zabiło szybciej ze strachu. Moment później duża dłoń złapała jego podbródek i podniosła do góry, a on spojrzał w stalowoszare tęczówki, które aż błyszczały z pożądania. Na czoło opadała grzywka, której złote refleksy odbijały słońce.

- Tęskniłem za tobą, kochanie – mruknął ciemny blondyn, nachylając się do niego. – Zmężniałeś i wyładniałeś, mój Maluszku.

- Nie jestem twój, Duclan – warknął i spróbował się wyszarpnąć - jak się domyślił - Shane’owi.

- Och, czyżby, Maluszku? – odparł mężczyzna i wpił się w jego wargi. Horan mocno zacisnął powieki, powstrzymując łzy cisnące się do jego oczu. Znów spróbował się wyszarpnąć, ale Shane zawsze był od niego większy oraz silniejszy i teraz trzymał go w mocnym uścisku.

- Już zapomniałeś, jak jęczałeś moje imię, gdy cię rżnąłem? – mruknął w jego ucho szarooki. – Może to powtórzymy, co ty na to?

- Zostaw mnie! – krzyknął Niall i podniósł głowę, uderzając w twarz Duclana. Ten warknął tylko i boleśnie mocno zacisnął palce na jego karku, dociskając jego głowę w dół, tak że patrzył teraz na swoje buty.

- Ty mała, irlandzka suko! – krzyknął mu do ucha, mocniej zaciskając palce na ciele. – Jak, kurwa, śmiesz się tak do mnie odzywać!

- Duc! – usłyszał kolejny głos i już wiedział, że to jego koniec. A przynajmniej początek końca.

Ciemny blondyn cofnął dłoń, a on mógł podnieść wzrok na Aidena, który podszedł do niego swoim nonszalanckim krokiem, paląc papierosa. Stanął przed nim zaciągając się dymem, po czym dmuchnął nim prosto w jego twarz, by ostatecznie zagasić peta butem. Jego ciemne oczy zlustrowały twarz blondyna, który oddychał ciężko.

- Boisz się. To dobrze, Horan – stwierdził, przebiegając dłonią po ciemnych włosach, by następnie zacisnąć ją w pięść i wymierzyć cios prosto w brzuch niebieskookiego. – Powinieneś się bać. Jak widzisz, już nie jestem sam.

- Zostaw mnie w spokoju – wydukał Ni, podnosząc na niego wzrok. Moment potem zgiął się w pół, gdy został mu wymierzony kolejny cios.

- Chyba w twoich snach – zaśmiał się sarkastycznie Grimshaw. Chwycił blond kosmyki w palce i pociągnął za nie, odchylając głowę Irlandczyka do tyłu. – Wisisz mi szmal. Masz mi go, kurwa, oddać. Bo jak nie, to inaczej będziemy się bawić. Zgotuję ci takie piekło, że będziesz błagał mnie o śmierć.

- Zgłoszę to na policję – zagroził, ale wiedział, że nie zrobi to zbyt większego wrażenia na brunecie. – Masz sądowy zakaz zbliżania się do mnie.

- Nie zrobisz tego. Ostatnio też mi tym groziłeś – stwierdził rozbawiony.

- Tym razem się nie rozmyślę – Horan wiedział, że takie przepychanki z potencjalnym oprawcą nie są szczytem odpowiedzialności oraz zdrowego rozsądku, ale musiał coś zrobić. – Nie, kiedy mam dwa kroki do gabinetu detektywa. Bo wiesz… Tak jakby pracuję w policji.

- I to mam mnie ruszyć? – Aiden uniósł wysoko brew i podarował mu kolejne ciosy w brzuch. – Jakoś nie specjalnie mną to wstrząsnęło.

Dostał jeszcze jedno bolesne uderzenie w lędźwie od Shane’a i upadł na ziemię, chwytając się za brzuch. Kilka łez skapnęło na czarny chodnik, ale szybko je otarł, zwijając się w kłębek mając nadzieję, że pozycja embrionalna choć trochę uśmierzy ból. Na nic się to jednak nie zdało.

Myślał, że już gorzej być nie może. A jednak. Aiden przypomniał o sobie i to w najgorszy z możliwych sposobów - pokazując mu jak wielką ma władzę oraz do czego jest zdolny. W tej chwili naprawdę zaczął się obawiać o swoje życie. Swoje i Louisa, bo to przecież z nim mieszkał. Nie mógł pozwolić, by te gnoje cokolwiek mu zrobilły.

Podniósł się więc, opierając o ścianę i wyciągając z kieszeni wymiętoloną karteczkę. Znalazł w telefonie gdzie znajduje się mieszkanie Zayna i chwiejnym krokiem skierował się na stację metra, krzywiąc z bólu. Co chwila rozglądał się dookoła, czy przypadkiem jego oprawcy nie mają na niego oka. Wsiadł w odpowiednie metro, opadając na wolne miejsce. Ból pulsował w dole jego pleców wędrując w górę kręgosłupa i sprawiając, że czuł się tak bardzo połamany i obolały. Przymknął więc oczy, oddychając miarowo, ale to nic nie dało.

Wysiadł na właściwej stacji i zwrócił się w stronę schodów. Z trudem po nich wyszedł, po czym skierował się w ulicę, którą wskazywał jego telefon. Zatrzymał się przed eleganckim budynkiem, do którego prowadziła zabezpieczona brama. Westchnął, zdając sobie sprawę, że nie zna do niej kodu. Już chciał wybierać numer do bruneta, kiedy ze środka wyszła kobieta. Odczekał więc i gdy otworzyła bramę, prześliznął się, tłumacząc, że jego przyjaciel tu mieszka, ale jest na tyle roztargniony, iż zapomniał podać mu kodu.

W myślach błogosławił windę, która zawiozła go na odpowiednie piętro. Czuł się ledwo żywy, kiedy nadusił dzwonek do drzwi. Oparł się dłonią o framugę, czekając na jakąkolwiek reakcję z drugiej strony, a gdy nic się nie działo, zdecydowanie zastukał. Dopiero wtedy usłyszał rozdrażniony głos detektywa. Zamek szczęknął, a on podniósł swoje niebieskie ślepia na pełną zaskoczenia twarz swojego przełożonego.

- Niall – sapnął i blondyn domyślił się, że nie wygląda jakby dopiero co zszedł z wybiegu. Spróbował się więc wyprostować, ale skrzywił się na ból w plecach. – O matko. Wejdź. Co ci się stało?

- Aiden – rzucił krótko, wchodząc do mieszkania i dostrzegł, jak twarz Zayna spoważniała, a usta ściągnęły się. – Dopadł mnie razem z Shanem i Duclanem, gdy wracałem do domu. Powiedział, że jak mu nie oddam tych pieniędzy to zgotuje mi takie piekło, iż będę go błagał o śmierć. A potem… Potem mnie pobił. Zayn, boję się.

Poczuł jak w środku pęka. Wielka tama, którą postawił wieki temu, by powstrzymywała uczucia, których nie chciał pokazywać – kruszy się i gwałtownie rozpada. Wszystko zalało go z taką siłą, że kolana pod nim zadrżały. Zbyt wiele się wydarzyło.

- Ja… Nie byłem na to wszystko przygotowany. Na ciebie w tej łazience ledwo żywego. Na to, że musiałem strzelić do człowieka. Matko. Ja strzeliłem do człowieka – zaczął bredzić jakby stracił rozum. Może po części tak się stało? – Nie tego ode mnie wymaga się na studiach. Ja… O Boże. Mam koszmary. Nie czuję się komfortowo we własnej łazience. A teraz jeszcze Aiden. Już mam dosyć. Zabierzcie mnie od tego wszystkiego…

- Hej, Ni. Oddychaj. No już – odezwał się mulat i chwycił jego twarz w swoje dłonie. – Już dobrze. Spokojnie. Uspokój się i porozmawiamy na spokojnie, dobrze?

Głośno przełknął ślinę i skinął głową. Starszy mężczyzna posłał mu więc ciepły uśmiech i przejechał kciukiem po kości policzkowej.

- Dobry chłopak – szepnął, będąc niebezpiecznie blisko jego twarzy. Serce Nialla zabiło na to zdecydowanie za szybko. Tym razem nie ze strachu, a z ekscytacji. Moment później miękkie oraz pełne usta bruneta spotkały się z jego i w jego obolałym brzuchu podniosło się stado niebieskich motylków.

Ten pocałunek był tak inny od tego, który otrzymał od Duclana. Tamten był brutalny i dziwnie bolesny dla niego. Nie chciał go całować. Tak bardzo żałował tamtych lat. Ten, którym obdarowałam go teraz Zayn, był delikatny oraz subtelny. Wargi detektywa przyjemnie ocierały się o jego, uspokajając go w swój magiczny sposób. Miał ochotę jęknąć z niezadowolenia, kiedy starszy mężczyzna odsunął się od niego.

- Chodź. Pójdziemy do salonu. – Policjant objął go ramieniem, gdy Irlandczyk już zdjął buty ze swoich stóp, a płaszcz i szalik odwiesił na wieszak. – Powiesz mi, co cię boli, dobrze?

Więc poszedł za nim, usiadł na kanapie i pozwolił by Zayn się nim zajął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz