wtorek, 4 marca 2014

*początek listopada, Londyn

Perspektywa Harry'ego.

Potrzebowałem toksycznego powietrza. Mieszanki papierosów i alkoholu. Tęskniłem za dawnym stylem życia, a bycie słabym nie wychodzi mi na dobre. Nikomu nie wychodzi. Obnażyłem swoje uczucie przed Louis'em całując go. On jednak nie wykonał żadnego kroku w stronę naszej bliskości, więc może najzwyczajniej w świecie wystarcza mu przyjaźń? Nie zamierzam się przed nim płaszczyć. Mogę mieć każdego, poza tym niezdecydowanym, pogmatwanym, cholernie cudownym Brytyjczykiem. Nalałem do niskiej szklanki odrobinę wódki. Uniosłem szkło ku górze obserwując jak alkohol lubieżnie otula każdą ze ścianek. Miałem pewność, że na przestrzeni kilku najbliższych chwil rozrzedzi moją krew i wszystko stanie się łatwiejsze. Byłem taki naiwny.

"Nie wiem co robisz, ale znajdź dla mnie moment." Jego wyczucie czasu było godne pozazdroszczenia. Uśmiechnąłem się do swojego telefonu, a zaraz potem wlałem do gardła piekącą ciecz. Poczułem jak ulatuje ze mnie wszystko co złe; każda słabość, lęk i obawa. To takie żałosne, że alkohol był jedynym źródłem mojej sił. Był esencją mojej osobowości, nieodzowną częścią charakteru, który tak długo i zawzięcie kreowałem.
Dzwonek do drzwi.

- Potrzebowałeś ciszy, wiem.. - jego dłonie drżały, a spojrzenie zdawało się być zupełnie nieobecne.
Wyglądał inaczej niż w ostatnich dniach. Jego irytująca pewność siebie umknęła gdzieś pośpiesznie, ustępując miejsca czemuś, czego jeszcze nie poznałem. Materiał jasnej koszulki ściśle przylegał do jego torsu. Klatka piersiowa falowała pod wpływem niespokojnego oddechu. Byłem pewien, że biegł.
- Ale? - uniosłem brwi, a on niepewnie wszedł do przedpokoju.
- Ja potrzebuję Ciebie.
Prychnąłem.
- Wybacz, Louis, ale nie mam ochoty na spacer, wypad do kina czy herbatę w towarzystwie kumpla. - wyjaśniłem, a zapał którym szatyn dysponował nagle przygasł.
- Więc nie bądźmy kumplami. - mruknął z wyrzutem i oparł się plecami o zamknięte drzwi.
W jego oczach nie było bólu. Wróciła jednak tak przeklęta pewność siebie. Kąciki jego ust uniosły się w subtelnym uśmiechu. Kurwa, nienawidzę gdy wszystko spływa po nim z taką łatwością.
- Okey. - wzruszyłem ramionami. Kiedy chciałem odejść, złapał mnie za rękę.
- Okey. - powtórzył ciszej i powoli przyciągnął mnie do siebie.

Byłem pewien, że sobie pójdzie. Trzaśnie drzwiami, bo uraziłem jego egocentryczne ego. On jednak odsunął na bok wszelką złość, rozczarowanie i brak kontroli. Zdominowałem go, ale tego właśnie potrzebował. Ułożył dłonie na mojej klatce piersiowej. Poczułem ciepło jego skóry, nie zamierzałem jednak nijak reagować. Uśmiechnął się, sunąc palcami w dół. Wodził wzrokiem za ruchem własnych dłoni. Po chwili zacisnął je na materiale mojej koszulki i uniósł spojrzenie na moją twarz. Nigdy dotychczas nie widziałem go tak uległego. Starał się przekazać mi każdą myśl za pośrednictwem ruchu źrenic. Jego wargi powoli się rozchyliły. Poczułem przyśpieszone bicie jego serca. W tej chwili był kimś innym. Jakby zdjął maskę, mając pewność że pokocham jego prawdziwe oblicze. Byłem pewien, że Louis nigdy nikogo przede mną nie grał. W ostatnim czasie.. tylko skrywał to, co naprawdę czuł. Zdążyłem już nawet wziąć pod uwagę, że względem mnie nie czuł po prostu niczego.

- Kochasz mnie. - wyszeptał z brakiem jakiejkolwiek wyższości i dotknął dłonią mojego policzka. Imponował mi, choć wystawiał moją cierpliwość na wielką próbę.
- Skąd ta pewność? - spytałem ochrypłym głosem, a on z uśmiechem pokręcił głową.
- Wiem to. Nawet teraz patrzysz na mnie jak tamtego wieczoru.
- Louis, nie baw się mną. - zacisnąłem wargi i zsunąłem jego dłoń z mojej twarzy. Miał nade mną kontrolę. Nie potrzebowałem tego. Bałem się tego.
- Nie, Curly.. - szepnął błagalnie. - ..to nie tak.
Utonąłem w jego lazurowych tęczówkach jak w ukochanym oceanie. Nic nie miało znaczenia.
- Obaj tego potrzebowaliśmy, wiesz? Przeszkód, odrobiny czasu. Nie jesteś prosty. - pokręcił głową. - Nie zamierzałem Ci niczego ułatwiać.
- Teraz to robisz. - zauważyłem słusznie, a Lou odruchowo poszerzył uśmiech.
- Bo już dłużej nie mogę trzymać Cię na dystans.

Był cholernym manipulatorem. To niezwykłe, że nie zauważyłem tego wcześniej. Gdy go poznałem był tak przesadnie ludzki. Teraz pokazał mi część siebie, której nie znałem. Pokazał mi, że potrafi uczynić wszystko bardziej wartościowym. Każda spędzona z nim chwila, każda noc, każde jego spojrzenie i uśmiech przeznaczony tylko dla mnie; to wszystko prowadziło do tego. Moglibyśmy się wzbraniać przed odruchami serca. Mógłbym wyjechać i nie pisać. Ryzykiem w tym przypadku jest chęć zakosztowania czegoś ponad przyjaźń, a ja.. lubię ryzyko. Nawet jeśli wszystko ma upaść jak zamek z piasku i nie pozostawić po sobie nawet błahego wspomnienia.


Poszerzać horyzonty. Żadnych granic. Nigdy.



Jego dłoń na powrót spoczęła na moim policzku. Moje powieki opadły w dół, gdy ciepło jakim dysponowała jego skóra poraziło moje komórki. Wiedziałem jednak, że jesteśmy naprawdę blisko, czułem na swoich ustach jego przepełniony uczuciem oddech.. To wszystko było jak sen. Musiałem wyzbyć się siebie, stać się tym, kim byłem, odkopać z przeszłości dawnego mnie. A Louis? On pokazał mi, że jest w stanie narazić przyjaźń, że nie boi się stawiać kroków na przód. Nasze wargi dzieli zaledwie jeden, przeklęty centymetr. Czułem jego smak, wspomnienie naszego pierwszego pocałunku było teraz niebywale realne. Jakbym cofnął się w czasie, tyle, że teraz Louis trzymał w dłoniach inicjatywę. Byłem pewien, ze tego nie spieprzy. Ostrożnie dotknął ustami moich. Nasze wargi zaledwie się o siebie otarły.
- Kocham Cię. - wyszeptał drżącym głosem. - Jesteś..
- Shh. - uśmiechnąłem się lekko i pocałowałem go. Po prostu.
Nacisnąłem na jego usta z brakiem jakiejkolwiek siły. Wszystko zdawało się być przesadnie delikatne i czułe. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie. On chciał mnie takiego jakim byłem. Chciał mnie takiego, jakim ja nie chciałem być. Czy to nie dziwne, że wolałem obnażyć mu siebie, niż być dupkiem i wciąż tkwić w przyjaźni z kimś tak wyjątkowym? To wszystko przestało nam po prostu wystarczać. Tylko my mogliśmy postawić krok do przodu. Razem. Czyste szaleństwo. Poczułem się, jakby ktoś podarował mi coś czego pragnąłem od bardzo dawna i choć jesteśmy tylko ludźmi, czułem w powietrzu wyjątkowość. Jakbym stawiał nas ponad, ale czy to miało znaczenie? Gdy musnął moje wargi po raz ostatni, odsunął się i ułożył dłoń na klamce.
- Zaczekaj. - szepnąłem, uprzednio wplatając palce w jego wolną dłoń.
- Wieczorem, Harry. Będę wieczorem.


Perspektywa Zayn'a.

Nie wiedziałem dlaczego obiecałem Eleanor ten wspólny wypad. Zupełnie nie miałem na niego ochoty. Ona i Louis znowu zechcą mnie umoralniać, jakbym tego potrzebował. Traktowali mnie jak małego chłopca, który nie wiedział co robi ze swoim życie. Wiedziałem, doskonale. Popołudnie w towarzystwie dwójki przyjaciół zwiastowało mękę, to smutne. Na przestrzeni kilku tygodni stali mi się zupełnie zbędni. Ludzie stali się zbędni. Może dlatego, że mogłem liczyć tylko na siebie? Nikt nie był w stanie wejść do mojej głowy i pomóc choć w najmniejszym stopniu. Nie, żebym tego chciał, a jednak myśl, że to niemożliwe sprawiała mi ból. Jestem chyba bardziej pogmatwany, niż mi się wydawało.

Wyszedłem z domu, uprzednio wsuwając na ramiona ulubioną, czarną bluzę z kapturem. Lou i El czekali już na mnie. Odniosłem wrażenie, że włada nimi przesadne podekscytowanie. Przywitałem się z szatynem delikatnym uściskiem dłoni, a Els już po chwili wpadła w moje ramiona. Uśmiechnąłem się odruchowo, przez chwilę przytrzymując ją przy sobie. Lubiłem jej optymizm. Czasem bywał zaraźliwy.
- No powiedz mu. - Calder szturchnęła Lou w bok, a on tylko zerknął na swoje buty. Uniosłem brwi.
- Ja i Harry.. - zaczął, a ja lekko poszerzyłem swój uśmiech. No tak, to było do przewidzenia.

- Nareszcie. - stęknąłem, a szatyn rzucił w moją stronę pogardliwe spojrzenie. - No tak, obaj jesteście.. wiesz. Nic nie stało na przeszkodzie. - dodałem.
- Milcz, Malik. - syknął Lou, a ja zaśmiałem się donośnie.
- Dokąd idziemy? - wtrąciła cicho szatynka, ufnie łapiąc mnie pod ramię.
Zapach jej perfum machinalnie unosił kąciki moich ust. Była powiewem czegoś nienagannego i niebywale pięknego. Była jak dobra wiadomość albo długo wyczekiwany prezent. Sam nie wiem, czułem się przy niej szczęśliwy, choć nadto o niej nie myślałem. Przez moje życie przewinęło się w ostatnim czasie wiele dziewczyn. Nie przywiązywałem do tych znajomości zbyt wielkiej wagi.
- Nasza ulubiona knajpka w centrum. - zaproponował Tomlinson, po czym zerknął w moją stronę. Ten cwaniacki uśmiech przyklejony do jego warg nie zwiastował niczego dobrego. - Widziałem Cię przedwczoraj z taką rudą..
- Nie pamiętam imienia. - wzruszyłem ramionami na wspomnienie o jednej z moich ostatnich towarzyszek.
- Emm.. okey. - Lou skrzywił się nieznacznie. - A wczoraj z blondynką.
- Kuzynka Perrie.
- Co? - oburzyła się El. - One są dla siebie jak siostry, Zayn.
- Wiem - spojrzałem na nią surowo.

Spacer zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Sporo milczeliśmy, ale mnie osobiście wcale to nie przeszkadzało. Wiedziałem, że Eleanor potępia moje zachowanie. Skoro zamknąłem rozdział życia, które wiodłem z Perrie, nie powinienem do tego wracać. Owszem, to racjonalny pogląd na sprawę. Cóż jednak mogłem zrobić? Julie jest piękna. O wiele bardziej naturalna i otwarta. Zgodziła się na spotkanie, nie zmuszałem jej. Poza tym potraktowałem ją inaczej i liczę na kilka kolejnych chwil w jej towarzystwie. Pytanie tylko, czy robię to bo naprawdę jest w moim mniemaniu kimś interesującym, czy chcę tylko dopiec Edwards? Obie opcje niosły powodzenie dla mnie, więc może warto byłoby je jakoś sprytnie połączyć.


Liście klonu o tej porze roku kradły kolor Twoim tęczówkom.


Louis zostawił nas samych kwadrans przed ósmą. Twierdził, ze musi biec do Harry'ego. Teraz będą nierozłączni? Co ja gadam, zawsze byli. Chciałem odprowadzić Els pod sam dom. Być może przesadnie się o nią martwiłem, ale zawsze była niezwykle krucha. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało. Zmarzła odrobinę, nic dziwnego, ten cienki sweterek nie nadawał się na taki wieczór. Narzuciłem na jej ramiona materiał swojej bluzy. Podziękowała skinieniem głowy.

- Obiecasz mi coś? - spytała półszeptem, patrząc przed siebie.
Można by odnieść wrażenie, że choć do mnie mówiła, myślami była w zupełnie innym miejscu.
- Yup. Co tylko zechcesz.
- Jeśli ją lubisz, wiesz, Julie.. to dobrze. Jeśli jednak chcesz się nią zabawić by zranić Perrie..
- Els. - przerwałem jej. - Za kogo Ty mnie właściwie masz?
Przystanęła na moment.
- Ja? To Ty kreujesz siebie na wielkiego dupka. - posłała w moją stronę ironiczny uśmiech, po czym jeszcze szczelniej otuliła się bluzą.
- Sprawianie bólu Edwards niczego nie zmieni. Moje rany już się zabliźniły. To, jak traktuję kobiety to mój interes. Nigdy żadnej do niczego nie zmusiłem i nigdy nie obiecałem, że zadzwonię. Jasne? - wyjaśniłem, a szatynka mruknęła coś pod nosem.
- Jesteś wspaniałym facetem, Zayn. Nie schowasz tego pod kilkudniowym zarostem, nieustannym trzymaniem szluga między wargami i spędzaniem każdej nocy z inną dziewczyną.
Ruszyła powoli wzdłuż chodnika, a ja za nią.
- Ja Cię znam. - dodała po chwili, uśmiechając się przy tym tryumfalnie. - I wiem też, że kochałeś blondynkę. To, że coś się skończyło nie oznacza, że nie warto rozpoczynać czegoś nowego.


Perspektywa Louis'a.


Nocne powietrze pachniało tęsknotą. Chciałem tylko.. przy nim być. Słyszeć jak oddycha i mieć pewność, że jest szczęśliwy. Wszystko inne nagle stało się tak dotkliwe błahe. Nie miało znaczenia. Czułem się za niego w pewnym sensie odpowiedzialny, zapewne z wzajemnością. Ta subtelna, dzieląca nas różnica wieku nigdy nie była dostrzegalna. Harry jest niezwykle dojrzały. Nawet ja czasem zapominam, że jest gówniarzem.

- El z Tobą nie wróciła? - spytał czule i zamknął za mną drzwi. Położyłem sweter na blacie komody.
- Znającą ją, zechce wyperswadować coś brunetowi. - skrzywiłem się.
- A Ty?
- Ja tęskniłem. - szepnąłem spokojnie, a szatyn tylko westchnął.
Był nad wyraz spokojny. Ucichł nagle, wyplenił arogancję?
- Zrobiłem herbatę. - dopowiedział po chwili, po czym ujął moją dłoń i delikatnie pociągnął mnie za sobą do swojego pokoju. Był podekscytowany, ale to uczucie zdawało się go przytłaczać.
- Hey, coś nie gra? - spytałem z troską, gdy usiadł na łóżku.
Odsunął z czoła gesty, czekoladowy lok i uśmiechnął się delikatnie.
- Nie znasz mnie takiego, Lou. Nie wiesz jaki jestem, kiedy się angażuję.
- Cichy? - zająłem miejsce obok niego.
- Normalny. - szepnął zachrypniętym głosem i otulił spojrzeniem moją twarz.
- Harry Styles normalny? No way. - na moje wargi wkradł się ciepły uśmiech. Curly tylko pokręcił głową, by po chwili wtulić policzek w moje ramię.

Był inny. Dla mnie, dla siebie przede wszystkim. Czuł się z tym.. nijak. Musiał przywyknąć. Czytałem z jego oczu jak z otwartej księgi. Nagle nie miał przede mną tajemnic. Ja sam postanowiłem otulić go niewyobrażalną dozą troski. Znam go jednak. Ponad to wiem, że żaden człowiek nie potrafi się zmienić aż tak bardzo. Tęskniłbym za dawnym Harry'm. Za jego arogancją, szczeniackimi odzywkami i pochopnymi decyzjami. Takiego go pokochałem. Nigdy nie wymagałabym, by cokolwiek w sobie zmieniał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz