poniedziałek, 3 marca 2014

Louis.
Londyńskie powietrze pachniało czymś słodkim. Przyprawiało mnie o grymas niezadowolenia i wprawiało moje mięśnie w swego rozdzaju niedomaganie. Czułem się samotny wśród tych wszystkich uśmiechów i szczęścia. Czułem, że nikt nie zwraca na mnie szczególnej uwagi, czułem się niewidzialny. Dziewięć dni temu Harry Styles uratował moje życie, a co za tym szło - naraził własne. Odwiedzałem go codziennie z nadzieją, że w końcu otworzy te swoje zielone oczy i pozwoli na siebie nakrzyczeć. Miałem świadomość, że to ja powinienem leżeć przykuty do łóżka, nie on. Lekarzy byli pod wrażeniem ogromu szczęścia jakie się go uczepiło. Żaden z jego wewnętrznych narządów nie został znacząco uszkodzony. Wszyscy byli pewni, ze gdy się obudzi będzie po prostu sobą. Nikt jednak nie wiedział, kiedy najdzie go ochota, by otworzyć oczy. Pchnąłem ostrożnie spore, szklane drzwi prowadzące do szpitalnego holu. Pielęgniarka pełniąca dyżur uśmiechnęła się tylko delikatne i pokręciła głową ze zrezygnowaniem. Wiedziała, że spędzam tu każdą wolną chwilę. Cóż, potrzebowałem tego. Harry zrobił coś, czego nigdy bym się po nim nie spoedziewał. Był gówniarzem, cholernie odważnym gówniarzem. Jak co dzień wszedłem do jego sali, wypełnionej masą kolorowych kwiatów i głupawych baloników z życzeniami odnośnie powrotu do zdrowia. Ja przyniosłem tylko małego, miętowego batonika, przez wzgląd na to, ze dziś poniedziałek. Eleanor siedziała przy łóżku Francuza, uważnie przyglądając się jego malinowym wargom. Spał; delikatnie i spokojnie. Uśmiechnąłem się niepewnie do swoich myśli i przykucnąłem tuż przy szatynce, która westchnęła cicho i zwróciła ku mnie swe spojrzenie. Martwiła się, jak wszyscy. Liam był załamany. Obwiniał się niejako, był zły, że pozwała swojemu kuzynowi na nocne wyjścia. Nawet Zayn i Niall bywali tu od czasu do czasu. Zanim wsunałem między wargi kawałek obalnego czekoladą batonika, skierowałem go w stronę El z wątłym uśmiechem zachęty, ale ona pokręciła tylko głową.
- Myślisz, że nas słyszy? - spytała półszeptem, wciąż muskając spojrzeniem przymknięte powieki Harr'ego. Zerknąłem na wisząca nad jego łóżkiem kroplówkę i na moment zacisnąłem wargi. - Louis?
- Tak, emm.. nie, nie sądzę. - wsparłem dłonie na jasnej pościeli i zerknałem na dziewczynę, która powtórnie westchnęła. Wstałem i odruchowo przesunałem palcami wzdłuż swojego lewego policzka, ozdobionego w tej chwili sporym plastrem. Wyglądałem jak dwulatek, który nieumiejętnie zabawił się nożyczkami.
- Pójdę już. Posiedzisz z nim, prawda? - szatynka podniosła się niechętnie i posłała mi czułe spojrzenie. Podszedłem do niej i ostrożnie zagarnałem ją w swoje ramiona. Była taka wątła i krucha, wiedziałem jak mocno to wszystko przeżywa.
- Oczywiście, brzydalu. - szepnałem z uśmiechem i spojrzałem na jej twarzy, by po chwili odsunąć z jej czoła gęsty, brązowy lok. - Hej, nie martw się. On się obudzi, przecież wiesz.. - dotknąłem palcami jej ramienia, a ona zadrżała leciutko. Musnąłem wargami jej zapadnięty policzek, a ona skinęła tylko głową i wyszła. Odgryzłem ostatni kawałek batonika i wsunąłem papierek do kieszeni zielonych spodni.
- I co, Styles, poniedziałek bez lodów miętowych, pewnie sobie tego nie wybaczysz. - szepnąłem z uśmiechem, po czym zająłem miejsce na małym, drewnianym krześle stojącym przy jego łóżku. Starałem się by czuł moją radość, choć nie miałem żadnego powodu, by się uśmiechać. Chciałem by miał pewność, ze się nie martwię, że jestem pełen pozytywnych myśli. Kto wie, co przebywający w takim stanie ludzie mogą z nas wyciągnąć? Spojrzałem na jego jasne policzki, pełne usta, długie, wywinięte lekko ku górze rzęsy. Naszła mnie myśl, że gdyby nie ja, nie musiałby tutaj przebywać. Nie musiałby walczyć z samym sobą, nie musiałby wprawiać w smutek tak wielu ludzi. Z drugiej jednak strony czułem, że tak po prostu musiało się stać. Że po tym wydarzeniu nasza więź będzie silniejsza, a ja będę mu dozgonnie wdzięczny i kto wie.. może kiedyś zdołam mu się odwdzięczyć? Dochodziła 17. Naszła mnie ochota na mały kubek mocnej, czarnej kawy bez cukru. Pośpiesznie zbiegłem po schodach, by dotrzeć do stojącego w holu automatu. Stało przede mną kilka osób, więc zanim na powrót znalazłem się na pietrze, minęło kilka minut. Zapach kawy przyprawił mnie o uśmiech, nie wiedzieć czemu nieodwołalnie kojarzył mi się z Francuzem, który nie potrafił zaakceptować naszej tradycji związanej z popołudniową herbatą. Przyśpieszyłem nieco kroku, gdy zauważyłem w sali Harre'go lekarza i dwie pielęgniarki. Wszedłem do pomieszenia i zamarłem na moment, widząc jak szatyn opiera się na wysoko ułożonej poduszce. Jego oczy były otwarte, a usta nieśmiało zagarniały sobie kolejne dawki powietrza. Pobladł w przeciągu chwili, ale uśmiechnął się, gdy zobaczył na mojej twarzy szok. Podszedłem nieco bliżej, uprzednio odstawiając kubek z kawa na blat małej szafki.

Harry.
Czułem ból o stokroć intensywniejszy niż ten, gdy ostrze noża z łatwością rozdarło moją skórą. Władały mną niewyjaśnione spazmy. Krzyczałem, ale moje ciało zdawało się nijak ze mną nie wspólpracować. Gdy ów ból osiągnął stosowne apogeum, po prostu się wzgrygnąłem, a moje powieki delikatnie się uchylił. Puls mimowolnie przyśpieszył, a ja dotkliwie zachłysnąłem się powietrzem i nerwowo rozejrzałem po jasnym pomieszczeniu. Szpital. Ja w szpitalu, z wielką igłą tkwiącą w żyle. To takie do mnie podobne. Nie minął ułamek sekundy, a w sali pojawił się lekarz, który wyjaśnił mi wszystko. Czułem się dobrze, powoli dochodziło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. Po krótkiej chwili do pomieszczenia wszedł Louis. Wyglądał na zaskoczonego moim powrotem do żywych. Wyraz jego twarzy przyprawił mnie o niewyraźny uśmiech i nikłą dozę satysfakcji. Nie wiedzieć czemu jego zakłopotanie sprawiało mi przyjemność. Cieszyłem się, że tu był. Moją uwagę przykuła jego twarz pokryta drobniutkimi rankami i ten wielki, biały plaster który ściśle przylegał do jego brzoskwiniowego policzka.
- Wpadłeś pod kosiarkę? - spytałem cicho, ostatniem sił unosząc ku górze brew. Tomlinson tylko pokręcił głową niedowierzając, że mam ochotę na żarty, po czym przysiadł na brzegu mojego łóżka i uważnie przyjrzał się mojej twarzy. Był szczęśliwy, nie wiedział co zrobić z rękoma.
- Jesteś kretynem, wiesz? - syknął głośno, a ja roześmiałem się czując, jak szwy kamuflujące dwie rany na klatce piersiowej przypominają mi o swojej obecności. - Jak mogłeś postąpić w ten sposób? Bałem się, że Cię stracę, rozumiesz? - szatyn wciąz kręcił głową, a ja tylko wywróciłem młynka oczyma.
- Zrobiłbyś to samo, uwierz. Miałem zaledwie ułamek sekundy na podjęcie decyzji. Uznałem, ze Twoja egzystencja jest cenniejsza. - wzruszyłem lekko ramionami, a Lou wykrzywił usta w grymas niezadowolenia, ale wiedziałem, że nie ma ochoty na kłótnie. Ostrożnie wsparłem się na łokciach i na krótką chwilę przymknąłem powieki. - Jestem teraz w centrum uwagi, tsa? - Brytyjczyk skinął głową, na co ja westchnąłem ze zrezygnowaniem.
- A czego się spodziewałeś, Curly? - spytał z uśmiechem i niepewnie ułożył dłoń na wierzchu mojej, która drżała delikatnie. Nie kontrolowałem tego. Poczułem tylko jego ciepło. Troszczył się, nazbyt przesadnie. - Alice od razu poinformowała Twoją mamę o tym co się stało, ale udało jej się wybłagać u siostry pozostanie we Francji. - no tak, moja mama zapewne bez zastanowienia wsiadłaby w samolot, byleby być blisko. Kąciki moich warg uniosły się automatycznie. - Wracasz, gdy tylko Cię wypiszą, prawda?
- Oczywiście. - skinąłem lekko głową, karcąc się w myślach za bezmyślność. Moja mama przeżywa zapewne katusze, martwiąc się zupełnie niepotrzebnie. Przeproszę ją zaznaczając, że cel mojego czynu był naprawdę słuszny, bo czymże byłby Londyn bez głupawego Louis'a? El własnoręcznie by mnie udusiła, gdybym pozwolił mu umrzeć, bo powiedzmy sobie szczerze.. Lou jest słabszy. Fizycznie, bien sûr.
- Eleanor zmieniała mnie na warcie. - powiedział z uśmiechem, dumnie wypinając do przodu wątłą klatkę piersiową. Uniosłem brwi, posyłając mu pytające spojrzenie. - Martwiła się o Ciebie równie mocno, co ja. Siedzieliśmy przy Tobie na zmianę. - wzruszył ramionami, a ja westchnąłem ciężko.
- Chcesz powiedzieć, że spędzałeś tutaj wolny czas? Louis..
- No co? Tutaj czułem się dobrze. - skinął pospiesznie głową na potwierdzenie swoich słów, a ja lekko klepnąłem się w czoło wnętrzem dłoni. Czuł się winny, to zrozumiałe, ale nie sądziłem, że potraktuje to aż tak poważnie. - Przyniosłem Ci nawet miętowego batonika, ale.. ale go zjadłem.
- Zjadłeś mojego batonika, Ty egoisto? - warknąłem, starając się powstrzymać rozbawienie. Tomlinson sądząc, ze jestem poważny, rozchylił lekko wargi i spuścił wzrok. Wspominałem już, jak urocze jest jego zakłopotanie?
- Przepraszam, ale spałeś, więc.. - szepnął spokojnie, po czym schował dłoń w kieszeni na krótką chwilę i z dumą wyjął z niej zawiniętego w zielony papierek cukierka. - O patrz, mam miętówkę, chcesz?
- Ty mnie nie denerwuj, tylko mnie stąd zabierz. Moje ręce rwą się do malowania! - szatyn tylko zaśmiał się cicho. Za kilka dni będę mógł opuścić szpital. Wrócę do Francji, do swojego poprzedniego życia. Do egzystencji pozbawionej Louis'a. Do życia wśród wszystkiego, co wykreowane na perfekcje. Nie byłem gotów, ale chęć uściskania rodzicielki i obwieszczenia jej, że jednak żyję, była silniejsza. To zabawne, że tak doskonale pamiętam tę noc, podczas której zdarzył się wypadek. Pamiętam przerażenie na twarzy swojego przyjaciela, pamiętam, jak szybko udało mi się podbiec i odepchnąć go, chroniąc tym samym to wątłe ciało przed nieuniknionym ciosem. To zbyt optymistyczne jak na mnie, ale miałem pewność, że uda mi się z tego wyjść. Miałem pewność, ze wszyscy będą mieć mi za złe bezmyślność. Kto wie, może gdybym miał więcej czasu, nie postąpiłbym w ten sposób? Może podjąłbym inną decyzję, by później pluć sobie w brodę? Nie lubię żałować, dlatego moje decyzje bywają szaleńcze, skrajne. Nie myślę trzeźwo, czasem stawiam dobro innych ponad własne. Ten fakt przypomina mi, że jestem człowiekiem, że czasem zdarza mi się czuć.. coś. A Louis? On nie zasługiwał na ból. Byłem niejako zaszczycony, że mogę odbębnić "jego" pobyt w szpitalu. Zrobiłem coś dobrego po raz pierwszy od dłuższego czasu. Czułem się z tym nieswojo, ale cóż mogłem zrobić? Nie odsunę od siebie tych myśli, chociażby dlatego, że niekomfortowo ciągnące moją skórę szwy co kilka chwil mi o tym przypominały. Nie czułem się jak bohater, czułem się jak Harry z duszą, w której istnienie zawsze wątpiłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz