*Perspektywa Harry'ego.
Liam urządza dziś kolację. Nie byłem zaskoczony zaproszeniem, po prostu nie miałem ochoty tam iść. Louis nalegał jednak, ba, był niezwykle podekscytowany. Nie zamierzałem szczędzić mu radości. Byłem przygotowany na stertę pytań skierowanych przez ciocię w nasza stronę. Nie obawiałem się wyników rozmów prowadzonych podczas jedzenia. Miałem w zapasie sporo ( nie ) przygotowanych odpowiedzi, które nawet najmniej ułożonego człowieka wyprowadziłby z równowagi.
Lou krzątał się po całym pokoju bez większego celu. Maszerował od biurka do łóżka i z powrotem. Przyglądałem się z uwagą stawianym przez niego krokom. Był jak mała zabawka na baterie. Bardzo słodka i niezwykle urokliwa zabawka. To dziwne, że to nad wyraz przedmiotowe określenie można było interpretować pozytywnie. W przypadku Louis'a wszystko było łatwiejsze. Potrafiliśmy czytać we własnych myślach. Nie było zawiłości.
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na niego jeszcze uważniej.
- Nie mogę znaleźć mojego zegarka. - skrzywił się. - Chyba zostawiłem go u Eleanor.
- To tylko zegarek. - wzruszyłem ramionami.
- Jest dla mnie ważny.
- Bo przywiązujesz się do rzeczy. Psują się, tracą wartość, a czasem nawet uciekają w popłochu. Jaki w tym pożytek? - szeptałem z uśmiechem przyozdobionym wyższością.
- Mowa o telefonie, który przed Tobą "uciekł" zanim jeszcze zdążyłeś zapoznać się z instrukcją obsługi, prawda?
- Tsaa. - wywróciłem młynka oczyma, a Louis się zaśmiał.
Po chwili podszedł bliżej i usiadł obok mnie. Znałem na pamięć zapach jego perfum, gładkość skóry i przenikliwość spojrzenia. Jakbym znał go od zawsze. Jakby był tuż obok mnie przez całe życie. Wciąż jednak był małą zagadką. Te sprzeczności zdawały się trzymać mnie przy nim jeszcze usilniej. Nie zamierzałem się oszukiwać, okłamywanie siebie było nie na miejscu. Kochałem Louis'a Tomlinson'a jak jeszcze nigdy nikogo.
Beztroska przyjaźni, niepewność uczucia.
Przed szóstą byliśmy już w domu cioci. Liam przywitał nas należycie. Poczułem się dziwnie. Odkąd mieszkam w Londynie nie odezwał się do mnie nawet słowem. Po chwili za jego plecami stanęła Danielle. Była bladziutka, ale uśmiechała się czule. To ona była powodem milczenia mojego kuzyna. Pal licho moją niedomyślność. Spory brzuszek szatynki starannie opinał kremową koszulkę z kołnierzykiem. O ile się nie mylę, to już piąty miesiąc. Delikatnie musnąłem jej ciepły policzek, a otwartą dłonią pogładziłem plecy. Wyglądali na szczęśliwych albo najzwyczajniej w świecie dobrze udawali. Mogli jeszcze zupełnie nie zdawać sobie sprawy z tego, co na nich czeka. Beztroska nie leży jednak w naturze Liam'a. On był chyba po prostu odważny. I odpowiedzialny.
- Co Wy tu robicie? - spojrzałem na wszystkich, którzy siedzieli przy stole w ogrodzie.
Zayn, Niall, Eleanor. Nawet Louis zdążył już znaleźć dla siebie miejsce. Najbardziej jednak zaskoczył mnie widok rudowłosego chłopaka, którego poznałem zaledwie wczoraj.
- Sądziłeś, że tylko Ty dostałeś zaproszenie, egoisto? - zaśmiała się cicho Els. Posłałem w jej stronę pocałunek z cichym mlaśnięciem.
Ed wstał i podszedł do mnie. Podał mi dłoń.
- Nie brałem pod uwagę, że to Ty jesteś tym kuzynem z Francji. Liam sporo mi o Tobie opowiadał. Że też się nie domyśliłem, Twój akcent jest nietutejszy.
- A Ty jesteś kim? - spytałem podejrzliwie.
- Jego kolegą ze szkoły. Świat jest mały, czyż nie?
Louis wciąż się nam przyglądał. Zapewne był wielce ciekaw, skąd znam kolorowego jegomościa. Po chwili po prostu podszedł. Uśmiechnąłem się na przypuszczenie, że natknął się na nutę zazdrości lub coś na ten kształt.
- To mój chłopak, Louis. - wskazałem kciukiem na szatyna.
- Znamy się, Harry. Zapewne on namówił Cię na te zajęcia. - zauważył słusznie, a ja skinąłem tylko głową.
Perspektywa Louis'a.
Edward był dobrym znajomym Liam'a. Znałem go. Nie sądziłem jednak, że ten wieczór będzie taki obszerny. Liczyłem raczej na spokojny posiłek. Zajęliśmy miejsca przy stole. Alice podała kolację, wszyscy byli zachwyceni. Kurczak z warzywami wyglądał obłędnie, a pachniał o niebo lepiej, choć trudno to sobie wyobrazić. Wiedziałem jednak, ze to nie bezcelowy zabieg. Coś było na rzeczy. Upewniłem się w tym przekonaniu, gdy Payne ujął wątłą dłoń Danielle, wplótł w nią palce i począł mówić.
- Jesteśmy zaręczeni.
Wszyscy wstali i zaczęli im gratulować. Nie byłem zaskoczony, to naturalna kolej rzeczy.
- Szykuje się ślub! - pisnęła z ekscytacją El.
- Tak, a każdy z Was odegra jakaś rolę. - zaczęła cicho Dan.
Wszyscy skupili spojrzenia na jej twarzy.
- Nie da się ukryć, ze już niebawem na świecie pojawi się nasze maleństwo... - dotknęła swojego brzucha. - ... pomysł był taki, to właściwie prośba.
- Niall. - Liam szepnął do blondyna. - Wybrałem Cię na ojca chrzestnego.
- Co? - burknął cicho Irlandczyk, a mały kawałek sałaty wysunął się z pomiędzy jego warg. Wszyscy cicho się zaśmiali.
- Będziesz idealny. - dodała Danielle.
- Naprawdę tak uważacie? To cudowne, zupełnie się tego nie spodziewałem. Kto będzie mamą chrzestną?
- Perrie. - odparł Liam.
Zayn donośnie się zaśmiał.
- Toście sobie wybrali wzór dla swojego dzieciaka. - zakpił.
- Przestań, Malik. To ich decyzja. - zaznaczyłem.
- Jeśli chodzi natomiast o sam ślub, na świadków chcielibyśmy prosić Harry'ego, który jak mniemam będzie z Louis'em i Eleanor..
- ... która będzie ze mną. - dopowiedział Zayn, a szatynka posłała mu karcące spojrzenie.
Nie byłem do końca pewien, co się święci pomiędzy Els i Malik'iem. Byli dla siebie oschli, trzymali się na dystans. Zayn jednak otulał szatynkę spojrzeniem, którego nie powstydzić by się mógł zakochany w kimś wariat. Jeśli na tyle wyżarło mu mózg, że chce i ją zdobyć, a potem porzucić, to własnoręcznie skopię mu ten chudy tyłek. Eleanor jest dla mnie jak siostra. Oddałbym za nią życie, gdyby zaszła taka potrzeba. Jej szczęście jest dla mnie naprawdę ważne, a Zayn nie jest dla niej; zraniłby ją wcześniej czy później.
O naszym człowieczeństwie świadczy brak odporności na ból. Lęk przed bólem
Kolacja w gronie przyjaciół była naprawdę miłym doświadczeniem. Nic jednak w tym dziwnego, że podczas powrotu do domu myślałem tylko o nadchodzącej nocy, którą spędzę z Harry'm. Łaknąłem jego bliskości jak nigdy dotychczas. Stęskniłem się za nim, za jego ciepłem ukrytym pod tą arogancką postawą. Cały jutrzejszy dzień chcę spędzić tylko z nim. Nie ma nic cudowniejszego od leniwej niedzieli w towarzystwie osoby, która ( nieświadomie, być może ) wzbogaca moje powietrze o jakiś niezbędny pierwiastek. Wtuliłem się w bok jego ciała, gdy wchodziliśmy na podwórko przed domem Eleanor. Dziewczyna maszerowała kilka kroków przed nami.Uśmiechała się, byłem pewien. Chłodny wiatr przeczesał moje włosy, zadrżałem odruchowo. Harry otulił mnie ramieniem i przysunął wargi do mojego ucha. Jego ciepły oddech sprawił, że poczułem się lepiej. Wiedziałem, że nie jest zachwycony wyborem Liam'a i Danielle, ale kto inny byłby bardziej idealnym świadkiem? To zobowiązujące, może nie tak bardzo jak bycie ojcem chrzestnym, ale jednak. Byłem pewien, że spisze się doskonale i zamiast kręcić nosem, będzie dumny. W końcu Payne i Peazer to para idealna w każdym calu. Bez krzty ironii.
Wszedłem do jego pokoju. Zapach unoszący się w powietrzu był mieszanką jego perfum i papierosów. Zaczynałem lubić tę kombinację, była taka personalna i niepowtarzalna. Miałem nadzieję, że Harry przystanie na mój pomysł. Nic nie stało na przeszkodzie. Poza tym Curly nie należy do osób przesadnie staroświeckich.
- Zamieszkasz ze mną? - spytałem bez skrępowania.
Szatyn uchylił niewielkie okno i odpalił papierosa.
- A czego brakuje mi tutaj?
- Mnie. - szepnąłem pewien. Uśmiechnął się.
Lubił, gdy nie zaniżałem własnej wartości. Lubił fakt, że wiedziałem ile dla niego znaczę.
- Wiesz doskonale, że mama Els wraca za dwa tygodnie. - spojrzałem na jego twarz. - Nie uważasz, że to czas najwyższy, by kupić własne mieszkanie?
- Gdzie?
- W okolicy.
- To jest szybkie, Louis. - zauważył słusznie i zaciągnął się dymem.
- Wiem. Po prostu się zastanów. - odparłem spokojnie i upadłem plecami na materiał pościeli.
Tuż przed północą obaj odczuliśmy pierwsze oznaki zmęczenia. Mógłbym rozmawiać z nim do świtu, słuchać jego opinii, uśmiechać się gdy najdzie go ochota na przesadną gestykulację. Mógłbym po prostu na niego patrzeć. Doszukiwać się w jego twarzy detali, których jeszcze nie znam. Może czasem byłem przesadnie pewny siebie. Może czasem nie chciałem mu wprost ukazywać swoich uczuć. Byłem jednak pewien, że wie, że jest całym moim życiem. Był inny w stosunku do mnie. Znałem go jako odważnego egoistę, który traktował uczucia przedmiotowo ( oczywiście po rozstaniu z Antoine ). Teraz był bardziej cichy, bardziej ułożony. Patrzył na mnie z czułością i troską. Jego pocałunki był subtelne. Wiedziałem, że każdą decyzję podejmiemy razem. Sprawę wspólnego mieszkania może więc konkretnie przemyśleć; wszystkie za i przeciw.
Brnął w to co pewne w niepewności.
Jego policzek wtulony w moją szyję dawał mi pewność, że wszystko jest w porządku. Jego spokojny oddech był jak najcudowniejsza z melodii. Był muzyką, od której uzależnione było moje życie. Kim byłbym, gdyby nie on? Czy uniknąłbym napaści, czy wręcz przeciwnie - zginąłbym od ciosów nożem? To przeszłość, owszem. Jak więc będzie wyglądać nasza wspólna przyszłość? Czy fundamenty zbudowane na przyjaźni okażą się tymi najtrwalszymi? Pokładałem w tym całą nadzieję. Chciałem uczynić go niewyobrażalnie szczęśliwym. W moje myśli wkradła się nikła doza wątpliwości.
Przycisnąłem wargi do jego nadgarstka, który leżał swobodnie na poduszce tuż przed moimi ustami. Smak jego skóry był jak narkotyk. Wszystko związane z nim działało na mnie w podobny sposób; uzależniało, czy tego chciałem, czy nie. Do mojego ucha dotarł jego stłumiony śmiech. Zwróciłem twarz w jego stronę. Chciałbym wyśnić ten nienaganny uśmiech. Gdy się obudzę, on nadal będzie przy mnie, nie musimy się żegnać z nadejściem poranka. Czy to nie cudowne? Rozwodzę się nad każdym aspektem, jestem taki ckliwy. Harry odbierał mi pewność siebie. Wiedziałem jednak, że to.. dobra rzecz.
- Zasypiasz, Louis. - szepnął z czułością, wciąż wykrzywiając wargi w ten przyjemny dla oczu półuśmiech.
- Wcale nie. - zaprzeczyłem szybko i ściągnąłem brwi.
- Ależ tak. - upierał się. - Jesteś zmęczony. - dodał ciszej, po czym dotknął koniuszkiem nosa, mojego.
- Nie jestem. - pokręciłem powoli głową, a nasze nosy po raz kolejny się o siebie otarły.
- Nie potrafisz kłamać. - szepnął i dotknął wargami kącika moich ust.
Moje powieki automatycznie opadły w dół. Zapragnąłem więcej.
- Widzisz? - muskał skórę moich warg swoimi, pomiędzy kolejnymi słowami. - Potrzebujesz snu.
- Potrzebuję Ciebie. - poprawiłem go.
- Nie mam co do tego wątpliwości.
Obaj zatracaliśmy się wolno w tej bliskości. Potrzeba snu zeszła na dalszy plan. Moje serce przyśpieszyło biegu, gdy jego kciuk przesunął się wzdłuż mojej kości policzkowej. Zielone tęczówki bez skrępowania tonęły w oceanie moich. Dotarło do mnie, że Harry ma drugą stronę, bardziej subtelną. Potrzebował czułości. Większą satysfakcję dawały mu gesty, a niźli słowa. Zapewne czuł wyższość. Widział jak reaguję na jego dotyk. Nie potrafiłem, a co najważniejsze nie chciałem tego kontrolować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz