środa, 5 marca 2014

lSklepowe witryny odstraszały mnie nadmiarem czerwieni. Przedwczresne celebrowanie "święta zakochanych" było dla Paryża takie typowe. Nie mogłem wybrać sobie lepszej pory na powrót do wcześniejszego życia, co za ironia. Cóż, cały ogrom winy leży po mojej stronie, prawda? Kąciki ust drgnęły delikatnie, gdy znajomy zapach marmolady różanej zagarnął mnie w swoje objęcia. Gdy byłem mały, spędzałem sporo czasu z nosem przyklejonym do szyby cukierni. Mama uważała, że muszę dbać o zęby, a ja nie miał zbyt silnej woli by trzymać się z daleka od wszystkich słodkości. To chyba ostatnia obietnica, której dotrzymałem. Każda kolejną łamałem z niebywałą łatwością. Z każdym kolejny miesiącem swojego życia upewniałem się w przekonaniu, że chcę żyć jak najdalej od ludzi i każdej ich błahostki. Pragnąłem stworzyć coś odrębnego. Moja wyobraźnia tworzyła niesamowite obrazy do chwili... w której spotkałem Louisa. Nie sądziłem, że ktoś będzie w stanie skrzywdzić mnie dotkliwiej niż Antoine. Okazało się, że pewien niepozorny Brytyjczyk uderzy moim sercem o ceglastą ścianę. Dlaczego o tym myślę? Tamten Harry nie miał serca, a przyjemność sprawiał mu tylko alkohol. Już drugiego dnia pobytu w Londynie skupiłem swe myśli na malowaniu. Byłem wtedy niezwykle czymś przejęty. Powietrze w tym miejscu było lżejsze, oddychało się nim z przesadną łatwością. Tego poranka poznałem człowieka, który odmienił moje życie i sprawił, że już nigdy nie będę sobą.

- *Puis-je vous aider? - Je veux dire .. Przepraszam. W czym mogę Ci pomóc?
- Ja.. Jesteś Harry, tak? Witaj, jestem Louis. Ten, którego wczoraj brakowało. Pomyślałem, że wpadnę by poznać Cię dzisiaj. Przyszedłem nie w porę?
- Ależ nie. Wybacz mi ten... bałagan. Wejdź. Ciocia powinna niebawem wrócić. Zabrakło jej konfitury.
- Rozumiem. W porządku. Zadomowiłeś się? .
- Yup. Z samego rana zabrałem się za malowanie.

Wszedłem do mieszkania, w którym się wychowałem. Rzuciłem lichy bagaż na łóżko w swoim pokoju. Nic tutaj nie uległo zmianie. Zacisnąłem wargi czując, jak ból na nowo szarpie moimi ścięgnami. Uchyliłem okno i odpaliłem papierosa, by stłumić wszystko w zarodku. Nie pozwolę wyjść temu na wierzch. Wszystko wróci do mojej stosowności. Powinienem skupić się na swoich pracach. Ból może tworzyć niesamowite szkice. Czasem moja dłoń poruszała się sama; ulubiony ołówek kreśli wszystko bez mojej ingerencji. Byłem pewien, że to wróci, gdy tylko usiądę przy swoim biurku i wyjmę z szuflady czysty papier. Zamiast wartych zapamiętania obrazów panoramy Paryża, w moich oczach pojawiły się łzy, które już po chwili starłem pośpiesznie z kpiącym śmiechem. Czasem byłem taki żałosny. Wspomnienia powinny być pierwszą rzeczą, z którą muszę się zmierzyć. Jeśli wyrzucę z siebie kolor jego tęczówek, zapach jego skóry, uśmiech... będzie mi łatwiej. Czy to przypadkiem nie naiwność z mojej strony? Kurwa, czułem się jak na lekach, które zamiast pomagać znacząco pogarszały sytuację. Brakuje mi sił, by puścić to wszystko w niepamięć. Upadłem i tym razem do końca się nie podniosę. Zgasiłem niedopałek na szarym parapecie i zamknąłem okno. Wyjąłem z torby kilka przedmiotów, które w pośpiechu udało mi się zagarnąć z domu Eleanor. Na przestrzeni najbliższych dwudziestu minut powinienem spodziewać się telefonu od mamy. Dlaczego miałem nadzieję, że On napisze choć jedno słowo? Nie wierze, że czuł się cholernie doskonale po tym jak dotarło do niego, co zamierzałem zrobić. Jeśli jednak nie władają nim żadne negatywne emocje, to już nie wiem, kim on właściwie jest. Mój Louis nigdy nie doprowadziłby mnie do takiej ruiny. Może ja po prostu... miałem do wykonania stosowne zadanie? Miałem pojawić się w jego życiu, uchronić go od bólu w dosłownym tego słowa znaczeniu, dać mu tyle ile mogłem, a potem po prostu odejść? Gdybym miał wybrać między nieznaniem go i jego cierpieniem lub nawet śmiercią, a tym, co się wydarzyło, czyli uratowaniem go i daniem mu szansy na kolejnych kilka chwil egzystencji, to bez wahania wybrałbym te druga opcję. To głupie myśleć, że czułbym ból wywołany jego śmiercią, nic o nim nie wiedząc.

- Wpadłeś pod kosiarkę?
- Jesteś kretynem, wiesz? Jak mogłeś postąpić w ten sposób? Bałem się, że Cię stracę, rozumiesz?
- Zrobiłbyś to samo, uwierz. Miałem zaledwie ułamek sekundy na podjęcie decyzji. Uznałem, ze Twoja egzystencja jest cenniejsza. Jestem teraz w centrum uwagi, tsa?
- A czego się spodziewałeś, Curly? Alice od razu poinformowała Twoją mamę o tym co się stało, ale udało jej się wybłagać u siostry pozostanie we Francji. Wracasz, gdy tylko Cię wypiszą, prawda?
- Oczywiście.
- Eleanor zmieniała mnie na warcie. Martwiła się o Ciebie równie mocno, co ja. Siedzieliśmy przy Tobie na zmianę.
- Chcesz powiedzieć, że spędzałeś tutaj wolny czas? Louis..
- No co? Tutaj czułem się dobrze. Przyniosłem Ci nawet miętowego batonika, ale.. ale go zjadłem.
- Zjadłeś mojego batonika, Ty egoisto?
- Przepraszam, ale spałeś, więc.. O patrz, mam miętówkę, chcesz?

To jedyna dobra rzecz, którą zrobiłem w swoim życiu.Wyszedł ze mnie bohater. Tego wieczoru byłem człowiekiem, nie kreatura pozbawioną uczuć, która wybudowała dookoła siebie wielki, ciężki mur. Co z tego, że Louisowi udało się go zburzyć? Byłem zabawką w jego rękach. To smutne, że on sam nie wiedział, jak wszystko się potoczy. Nie wiedział, że jego serce przestanie bić dla mnie w najmniej odpowiednim momencie. Czuję się oszukany, ale chyba bardziej przez los, nie przez Niego. Skierowałem swe kroki do niewielkiej kuchni, by przygotować herbatę. Nie miałem na nią zbyt wielkiej ochoty, ale uraczenie żołądka czymś ciepłym wydawało się takie rozsądne. Musiałem wybrać się na drobne zakupy, choć jedzenie nie było mi do niczego potrzebne. Tak naprawdę miałem zamiar zaopatrzyć się jedynie w papierosy i coś, co "odświeży" mój umysł. Otuliłem szyję ulubionym szalem i zarzuciłem na ramiona płaszcz. Tegoroczna zima wydawała się tutaj o wiele łagodniejsza niż tam, w Wielkiej Brytanii. O mało co nie potknąłem się o kamień leżący na chodniku, a osoba która mnie przytrzymała, przyozdobiła powietrze cichym przekleństwem. Uniosłem spojrzenie na twarz mojego "wybawcy" i zamarłem.
- Antoine. - szepnałem mimowoli, a szatyn tylko się uśmiechnął.
- No proszę, Harry. Kolejne niefortunne spotkanie.
Wywróciłem młynka oczyma.
- Wróciłeś, huh? - spytał, a jego wargi wygięły się w pewny siebie uśmiech.
- Na stałe. - skinąłem głową, a on zagwizdał niepokojąco.
- Zawód miłosny? Ach, coś o tym wiem.
- Nie wątpię. - zaśmiałem się pogardliwie i odsunąłem z czoła kilka drobnych loków.
- Co powiesz na kilka wspomnień dotyczących przeszłości? W moim towarzystwie, naturalnie.
- Wiesz... z wielką chęcią.

Nie uczymy się na błędach, a czas nie leczy ran.
Brniemy w to co destrukcyjne, bo potrzebujemy czuć ból, pod każdą postacią. Warto kochać bez opamiętania chociażby przez chwilę. Nieważne z jakiej wysokości później upadniemy, nieważne jak wiele wylejemy łez i stracimy krwi. Nieważne, że pożegnamy się z nadzieją i nigdy już nie dotkniemy zaufania. Chwila, w której kochamy i czujemy się kochani jest sekundą, która doceniamy dopiero gdy upłynie. Później, stajemy się kimś zupełnie innym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz