środa, 26 lutego 2014

*Za szafą, za biurkiem, za stosem biurowych kartek – jest pistolet i fotel. W oknie tkwią dwie szklane tafle, czarne, lśniące od nocy. I jeszcze niebo, i ta szyba okryta opuchłymi chmurami, które wiatr spycha w dół, i w dół, ku północy, poza mury siedziby MI6. Jest cicho, dostatecznie cicho.

Czwartego dnia miesiąca, kiedy ludzie nastawieni są na nikłą dozę księżyca i atramentowe niebo, Liam podnosi wzrok znad polerowanego przez siebie Walthera P99; jego długie palce mechanicznie przebiegają po matowej barwie, wkładając magazynek i zabezpieczając spust. Smuga cienia leży na jego czole i oczach, i spływa wzdłuż policzka jak przejrzysty szal. Jego wargi są rozchylone. Między zębami drży leciutko ciemny koniuszek języka; i uśmiecha się. Kiedy mocniej zaciska palce wokół podstawy pistoletu, błysk leżący na dnie jego oczu matowieje i gaśnie. To tylko licencja, jego licencja na zabijanie.

Gabinet M nocą przypomina tonący statek. Pokój ciemnieje w lekkiej poświacie księżyca i mahoniowe drzwi, które subtelnie się uchylają, jedynie powiększają zasięg wpadającej do pomieszczenia wiązki światła. Gwiazdy bledną, niebo przybiera ciemniejszy kolor, a zarys cienia otula postać stojącą w progu drzwi. Cichy szelest drogiego materiału wystarcza Liamowi, by zauważyć, że osobą przybyłą musi być mężczyzna. Po latach pracy w MI6 jest w stanie rozpoznać sposób w jaki przemieszcza się jego szef, nawet bez potrzeby podnoszenia wzroku.

M stoi nieruchomo – jest wysoki, wysportowany, a jego twarz pociągła. Czarny garnitur szyty na miarę podkreśla jego sylwetkę, długie nogi i szczupłe ramiona – to zabawne w jaki sposób jego ciało sztywnieje, kiedy usta układają się w podkówkę, a iskierki tkwiące w niebieskich oczach tracą swój blask.

- 007, co ty tutaj jeszcze w ogóle robisz? – pyta. Słowa swobodnie opuszczają jego usta i zawisają w powietrzu; i nawet gwiazdy nie są w stanie usłyszeć sposobu, w jaki bije jego serce. – Czy ty w ogóle sypiasz?

- Nigdy na służbie. – Głos Liama jest zachrypnięty, miękki i przyjemnie szeleści, oświetlony wiązką światła, póki nie opada, a długie i zimne palce nie przestają zahaczać o lufę Walthera. – Naprawdę nie musisz się o mnie martwić, M. Nic się nie dzieje. To tylko bezsenność.

Bo zmarłych przecież nie obchodzi zemsta. Są jak pływające w oddali światła boje – dryfują samotnie wśród wzburzonych i ciemnych fal morza, nikomu niepotrzebne, przyciągane jedynie przez samotne nawoływanie latarni morskich. Tylko nieliczni są w stanie usłyszeć ich szept.

- 007… - mówi, a jego głos łaskocze ciszę. – Idź do domu.

- Do domu…

Dom wcale nie brzmi dla niego obco. Jest latarnią morską, które przypomina przystań – jego własną, znajomą, cichą; przynależy do niego, podobnie jak szary garnitur, biała koszula i cienki granatowy krawat, który ma na sobie. Dom brzmi dobrze, więc wstaje, zabezpiecza broń i podnosi wzrok, dopóki jego spojrzenie nie zatrzymuje się na M, teraz swobodnie opartym o framugę okna – beżowa firanka powiewa na wietrze, zahaczając o jego ciemne kosmyki włosów, które giną gdzieś pomiędzy lekkimi podmuchami rześkiego powietrza i Liam wychodzi.

- Dobranoc, M – rzuca jeszcze przez ramię, zanim nie znika i sen – sen jest dobry; sen jest tym, czego Liam w tej chwili potrzebuje.

- Liam… Uważaj na siebie – słyszy za sobą, ale nie odwraca się. Znika. To tylko poczucie winy, myśli.

Kiedy wraca do swojego mieszkania, mieszczącego się tuż na skraju Londynu, gwiazdy zaczynają blednąć, niebo staje się coraz bardziej przezroczyste i podnosi się nad nim, a on zastanawia się nad tym, ile tak właściwie waży księżyc.

Miasto jest puste; po krętych i wąskich ulicach, które przypominają zawijane wstążki przejeżdża jedynie kilka samochodów i kiedy dociera do swojego mieszkania, wita go różowe niebo i słońce lekko wyłaniające się zza nocnego nieba, zupełnie jak opadający wodospad i tylko szklanka wody jest tym, co staje między nim i wygodnym snem. Pamięta o tym, że jego łóżko jest duże, miękkie, zimne i tak strasznie puste, ale jest zbyt zmęczony, by myśleć, że zasługuje na więcej. Stojący na szafce nocnej zegar wskazuje czwartą piętnaście.

Tu w Anglii, gdzie wszyscy wiedzą o nim wszystko, czuje się jak Murzyn, któremu czarownik ukradł cień. Jest oziębły, brak mu współczucia, a miejsce, w którym niegdyś miał serce emanuje topniejącym śniegiem – zupełnie nie przypomina człowieka sprzed kilkunastu lat; jego troska zniknęła wraz z pojawieniem się pierwszej plamy krwi. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a on wychował się w przytułku i to naprawdę nie jest przypadek - M zawsze powtarza, że sieroty to odpowiedni materiał na agenta z licencją na zabijanie, bo w rzeczy samej Liam ma wszystko – jest cholernie inteligentny, błyskotliwy, wyrafinowany, trzy razy w tygodniu uczęszcza na strzelnicę, jego ciało jest wysportowane, nie brakuje mu niczego, a mimo to wciąż jest sam.

Kiedy był mały, przyjaciel jego ojca często zabierał go ze sobą na polowanie, powierzał w jego ręce strzelbę i tłumaczył, jak odpowiednio z niej korzystać - Liam zawsze pamiętał o tym, że lufa starej dubeltówki jego ojca znosi na lewo. Na środku polany, która była ich odwiecznym miejscem postoju stało pojedyncze drzewo – było ogromne i krzywe, ale Liam ukochał sobie jego wygląd i specyficzny zapach żywicy, do którego wracał z uśmiechem na ustach, puszczając kaczki z drobnych, podłużnych kamieni o zachodzie słońca na tafli pobliskiego jeziora. Często marzył o spokoju - o ucieczce, o beczce w samolocie, o dotarciu tam, gdzie rzeka kończy swój bieg. Nie rozumie jednak dlaczego po tylu latach jego łóżko wciąż jest tak straszliwie puste.

W jego życiu nie ma przecież spokoju – panuje w nim brak ładu i nieporządek, i to coś, co spędza mu sen z powiek. Na swojej drodze spotyka wielu ludzi – pięknych mężczyzn, niebanalne kobiety, szybkie auta i diamenty – ale każdy z nich jest epizodem; spotyka się z nimi raz, wykorzystuje i zapomina. Są i po chwili znikają, bo w życiu agenta z licencją na zabijanie nie ma przecież miejsca na słabość i nawet miłość nie jest w stanie go dogonić. To tylko bezduszny i bestialski świat – kolejne zlecenie, kolejny pocisk, ciało i dusza. Dryfująca boja.

Życie się nie zmienia – świat potrzebuje zwykłych obrońców i czasami nawet gwiazdy gasną na tle szafirowego nieba. Wszystko zniewala cisza, przerażająca, i nienawiść – odległa o sto galaktyk. Liam nie pamięta nawet tego, kiedy ostatnio miał czas na sen. Uporczywe tykanie zegara irytuje go jeszcze tylko przez chwilę, a potem wszystko ustaje – nawet szmer wiatru i w końcu zasypia.

{Lie Down}

Na końcu korytarza pojawia się światło; jest przyciemnione przez wewnętrznie otwarte drzwi i migocze – punktowe diody przerywają smog gęstego cienia nad jego głową i Liam w nikłym blasku widzi sylwetkę tak znajomą, że prawie się przewraca. Jego brązowe włosy wznoszą się nad uszami. Ma smukłe ciało i skórę pięknie zbrązowiałą od słońca – to pewnie efekt jego ostatniego pobytu w Istambule. Leży bezwiednie na fotelu, jest wyższy, bardziej dojrzały, nagi do pasa, a ciemne spodnie luźno zwisają na jego szczupłych biodrach i kończą się na bosych stopach. To z pewnością nie może być przypadek.

- Mamy martwego agenta – mówi i to wystarczy. Jest pewny, że M wie, co to oznacza.

003 pracuje z Liamem od przeszło pięciu lat – trzy z nich spędzili na wspólnym angażowaniu się w sprawy MI6; kolejne dwa na czynnej akcji w terenie i to naprawdę niemożliwe, by M pozwolił mu na samodzielną akcję. Liam myśli, że po ostatniej misji jest w stanie zliczyć wszystkie jego rany, ale to nieprawda – krew wypływająca z jego rannej klatki piersiowej to dla niego zbyt wiele. Prostuje przed sobą ręce, w których trzyma broń, a jego kroki stają się coraz mniejsze – w końcu wchodzi do pokoju i to wszystko; pomieszczenie jest czyste. Wszędzie walają się porozrzucane kartki, w rogu pokoju leży przewrócona komoda na książki, a przy wejściu do łazienki znajduje się kałuża krwi – kiedy Liam wchodzi do jej środka, znajduje martwe ciało w wannie i zakrwawiony kij; żrący zapach dociera do jego nosa i wykrzywia twarz. Nieporządek wywołuje u niego śmiech.

Omija powstały na podłodze bałagan i wraca do pokoju – wiatr nieporadnie targa długimi, śnieżnymi firankami, rozpylając po pomieszczeniu zapach rozkładającego się ciała i Liam wie, że jest za późno; spóźnił się. Stara, stylowa kanapa jest porysowana, a komputer niedbale rzucony o jej wezgłowie – już wie, czego w nim brakuje, ale zanim to robi, sprawdza jeszcze tętno agenta, choć wie, że to niepotrzebne – chce po prostu mieć czyste sumienie i kiedy nie wyczuwa pulsu, podnosi z kanapy laptopa. Nie ma w nim twardego dysku i Liam wie, że śmierć jego przyjaciela poniesiona została na marne.

- Zniknął twardy dysk – ogłasza spokojnym głosem i to nic nowego; stara się opanować emocje. Jest skruszony. Słuchawka w jego uchu drga lekko, powielając ciszę i zanim M odpowiada, mija kilka sekund.

- Wiecie jaka jest stawka. Macie przechwycić listę.

- Tak jest.

I to wystarczy. Liam rzuca się w kierunku betonowych schodów, przeskakując po kilka na raz i wbiega na oblane południowym słońcem podwórko. Ulicę zdobi tabun ludzi i kolory mieszają się w jedną całość; wszyscy zajęci się swoimi codziennymi sprawami, wesołe nawoływanie sprzedawców podsyca gwar, a baldachimy ich stoisk lekko podrygują na przyjemnym wietrze. Liam stara się unormować oddech i to nie trwa długo; po chwili podjeżdża duży, terenowy samochód i Liam do niego wsiada – zostawia za sobą rozochocony tłum gapiów, biegające po podwórku białe kury i barwność owoców; kilka ulic dalej pozbywa się z nosa nawet uciążliwego zapachu przypraw. Wie, że mają przed sobą zadanie, które muszą wykonać.

Agentka Jones to wysoka kobieta o pięknej, czekoladowej skórze, kręconych czarnych włosach i szczupłej sylwetce. Jej zielone oczy przeczesują rozgrzany asfalt, ręce sprawnie manewrują pojazdem, kierownicą i skrzynią biegów, a ubrania subtelnie powiewają na wietrze, kiedy ścigają uciekającą przed nimi granatową Chrysler Crossfire. Liam jest w stanie wyczuć to wiszące między nimi napięcie.

- Spróbuj do nich podjechać – sugeruje, próbując przekrzyczeć silnik i to działa. Jego głos miesza się z powietrzem i to powinno być dziwne – uczucie ciepła, rozchodzące się po jego ciele, kiedy może wyciągnąć broń i bezkarnie mierzyć w ruchomy cel jest zupełnie niepodobne do zachowania, do którego przywykł. Eve wykonuje gwałtowny skręt i wjeżdżają w wąskie przejście. Znajduje się w nim pełno starych, różnej wielkości kartonów, na ziemi leżą wyrwane pojedyncze strony gazet, jest ślisko, a wokół unosi się odpychający smród rozgrzanego za dnia asfaltu i ciężkie opary spalin, i to nie pomaga przy zwężeniu z prawej strony nieotynkowanego muru; auto uderza o jego strukturę, tracąc prawe lusterko. - Masz rację, ono wcale nie było ci potrzebne. I tak z niego nie korzystałaś.

Nie potrzebują więcej słów, bowiem uśmiech na jej twarzy jest wystarczającą nagrodą. Uliczka się kończy, auto ciągle przed nimi przyśpiesza, a pociski nieregularnie przeciskają powietrze, kiedy Liam próbuje kilkoma strzałami przebić ich tylną oponę. Mija kilka sekund, nic się nie dzieje. Przejeżdżający obok nich samochód ciężarowy w końcu miażdży również i lewe lusterko.

- Z tego też nie – polemizuje i to brzmi dobrze. Jej głos jest przyjemny, pozwala oderwać się na chwilę od rzeczywistości i Liam powinien być jej za to wdzięczny. Ich wyrzuty sumienia znikają za zakrętem.

- Po prostu zajedź mu drogę – prosi i to się dzieje. Auto gwałtownie wpada w poślizg, przecinając jezdnię i zagradzając im drogę ucieczki; samochód obraca się kilka razy wokół własnej osi, zanim nie uderza w wielką górę świeżych papai, znajdującą się na jednym z podwyższeń najbliższego bazarku i Liam krzyczy:

- Schyl głowę.

Zaraz potem w przednią szybę zielonego Hummera H1uderza seria pocisków, a szkło roztrzaskuje się na miliony kawałków. Liam wyskakuje z pojazdu i biegiem rusza w pościg za uciekającym przed nim Mollako z listą przewieszoną przez jego szyję, swobodnie podrygującą na wietrze. Wiązka światła przyjemnie ogrzewa ich skórę i to prawdopodobnie złudzenie; fatamorgana spowodowana zbyt długim przebywaniem na słońcu, ale Liam chce się stąd wydostać. Chce być daleko, tak bar­dzo daleko - od czerwieni, dymu i słońca. Biegnie, choć nie może zapomnieć widoku martwego ciała swojego partnera, skąpanego we krwi i jego pustych oczu – martwych, bez widocznego blasku. To tylko sekunda, jeden moment, jeden strzał. W jego oczach spala się życie, a po czole skraplają się maleńkie kropelki potu; lśnią wesoło w mocnym słońcu.

Biegną po gruzie. Jego stopy przesuwające się po zniekształconej materii, potrze­bują powietrza i znajomej ulgi. Chce po prostu stanąć w miejscu i rozsypać się w proch, póki nienawiść goreje w jego żyłach i ma siłę przeciwstawić się samemu sobie, ale tego nie robi, bo w rzeczy samej Liam nigdy nie zawodzi.

- Gdzie teraz są? – słyszy głos M i to daje mu nadzieję. Mollako jest tylko ruchomym celem, pełnym sprzeczności i chęci na zdobycie chwały. Chełpi się w swojej chwili tryumfu, póki biegnie tylko kilka kroków przed nim, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze chwila, już prawie go ma.

- Na dachu wielkiego bazaru.

Niski głos Billa Tannera dochodzący z oddali przypomina Liamowi, że 00, to człowiek, który uczucia potrafi wyłączyć, by zabijać z zimna krwią; wtedy jest maszyną do zabijania, nawet biega jak T-1000, ale też potrafi je uruchomić, by kochać diamenty. Każde jego poprzednie wcielenie polegało na tym samym: był z pozoru dżentelmenem, który z podobnym wdziękiem grał w karty, mordował ludzi, prowadził szybkie auta i uwodził. Zawsze ironiczny, szarmancki i niezawodny. 00 Liama krwawi, brudzi się, popełnia błędy i bywa zwyczajnie, zwierzęco brutalne. Liam to przecież typ człowieka, który swoje uczucia trzyma na wodzy, nigdy nie płacze i obejmuje swoje diamenty ramieniem, nie po to, żeby przykryć je kołdrą, zgasić światło i wyjść, ale po to, by ściągnąć z nich ubranie. Liam Payne to człowiek z licencją na zabijanie.

- Co mam robić? – pyta, choć dobrze wie, jak powinna brzmieć odpowiedź. Potrzebuje po prostu przeczyścić gardło, usychające na gorącym słońcu. Jego głos jest pewny i stabilny, podobnie jak jego długie, sprawne nogi i zwinne palce, zahaczające o rąbek jasnej koszuli Mollako; chwyta za jej koniec i kiedy słyszy: - Jak to co? Biegnij za nim, złap go, wypytaj i spróbuj nie zabić – jest już za późno: ich ciała splatają się w szaleńczej walce, a kłęby kurzu unoszą się wokoło, drażniąc nozdrza i wywołując natarczywy kaszel; ostre kamienie, które wbijają się w ciało Mallako dogłębnie ranią jego plecy, krew powoli sączy się przez pokrywające jego nagą skórę zranienia i Liam dobrze wie, że to koniec – mężczyzna leżący pod nim nie ma najmniejszych szans.

W nędznym i duszącym powietrzu jego okrągłe oczy są całkiem czarne, a cera mlecznobiała, prawie przeźroczysta i raczej mało atrakcyjna, ale kiedy spogląda w górę spod wachlarza rzęs, Liam musi powstrzymać się przed tym, by bardziej nie sponiewierać jego kruchych kości i nie naznaczyć bladej skóry serią kolejnych, bolesnych ran – jedyne, co chce zrobić w tym momencie, to wyciągnąć pistolet z kabury i strzelić mu nim prosto w twarz, jednak nie robi tego.

- Dla kogo pracujesz? – pyta, kiedy jego dłonie zaciskają się na nadgarstkach mężczyzny, uniemożliwiając nawet najmniejszy ruch; mężczyzna wierzga się i szarpie, ale jest zbyt słaby, więc Liam bierze to za znak - jest pewien, że w każdym innym momencie spodobałaby mu się zaistniała między nimi sytuacja, ale nie jest głupi; potrafi odróżnić życie zawodowe od tego prywatnego i wie, gdzie kończy i rozpoczyna się granica. – Pytałem dla kogo pracujesz – powtarza, a jego dłoń przypadkowo mocniej zaciska się na nadgarstku napastnika, kciuki przyciskając do ich pulsujących na przegubach żył.

- Jeśli myślisz, że ci powiem, to jesteś w wielkim błędzie, kolego. Nigdy nie dowiecie się kto próbuje was wykiwać. Jesteście zbyt słabi. Żałosna agencja i jeszcze bardziej żałośni agenci. Widzicie jedynie czubek własnego nosa – prycha i Liam z trudem przyjmuje serię jego przepełnionych jadem słów. Słońce w południe niemiłosiernie parzy i topi ich skórę. Liam dostrzega w oddali tlącą się blachę – jest matowa, zakrzywiona i w słońcu przypomina plastelinę; stanowczym ruchem podnosi z ziemi wierzgające ciało i ze złością rzuca nim o błyszczącą się materię. Ciszę przerywa przerażający wrzask i na jego usta wkrada się zbłąkany uśmiech.

- Mówiłeś, że dla kogo pracujesz? – ponawia swoje pytanie i widzi, jak z pobliskiego dachu, spłoszone krzykiem, kluczem odlatują czarne ptaki. Jego noga lekko naciska na klatkę piersiową mężczyzny leżącego pod nim, zwijającego się z bólu i urywającego oddech, póki nie mówi: – Chyba nie dosłyszałem.

- Powiedziałem: pieprzcie się wszyscy, bez wyjątku. – W jego oczach widoczny jest ból i nitki pojedynczego cierpienia; z trudem łapie kolejny płytki oddech. Jest spokojny, tylko przez chwilę. Później wykrzywia twarz, by ponownie wysyczeć: - Zdechnijcie.

- A chciałem rozegrać to wszystko po dobroci. Widzisz, nie zostawiasz mi żadnego wyboru.

Liam nie jest impulsywny. Bardzo ciężko jest wytrącić go z równowagi, ale to nie znaczy, że po wyłączeniu uczuć przypomina człowieka – w czasie wykonywania zadania jest zwyczajną maszyną do zabijania. Nie zna litości.

- Ostatnie słowo? – pyta, sięgając dłonią po broń, idealnie umiejscowioną w kaburze pod jego pachą. Odbezpieczając spust, zachwyca się sposobem w jaki wpasowuje się w jego dłoń; jego własna broń, jego powołanie. - Jakiekolwiek? – Lekko przekrzywia głowę, nasłuchując, ale jego uszu nie dochodzi żaden, nawet najmniejszy dźwięk. - Cóż, myślę, że twój czas minął.

I długo się nie zastanawia. Strzela prosto w jego głowę – ciemna plama krwi rozpryskuje się na boki, brudząc jego buty i białą koszulę, a on zrywa z jego szyi kartę z listą i po prostu odchodzi.

- 007, w porządku? – słyszy głos M i chwilę zwleka z odpowiedzią. Jego ręce zdobi świeża plama krwi, więc wyciera ją w materiał czarnych spodni. Czasami wydaje mu się, że nienawidzi swojej pracy.

- Tak, tylko muszę zmienić garnitur. Ten odrobinę się… zbrudził. Czy Eve mnie odbierze? – pyta, choć zna odpowiedź. Zza zakrętu wyjeżdża srebrny Aston Martin DBS i Liam uśmiecha się do siebie, zanim nie wsiada do niego, a jego głowa swobodnie opiera się o wezgłowie czarnego fotela. – M, jeśli chcesz listę, to sam po nią przyjedź. Na dzisiaj skończyłem. – Z jego ust wyrywa się cichy chichot i M nie potrafi się na niego złościć. To tylko 007, jego najlepszy agent.

- Ty seksistowski, mizoginistyczny dinozaurze, relikcie epoki zimnej wojny, ta lista zawiera dane osobowe tajnych agentów umieszczonych w siatkach organizacji terrorystycznych na polecenie państw NATO. Czy według ciebie właśnie to nie jest mi w tej chwili potrzebne?

- Szczerze? Tak, właśnie tak uważam. Ale spokojnie, M, mamy czas. Mamy czas.

Liam nawet nie udaje, że to, co pojawia się na jego twarzy, nie jest uśmiechem. Jest tak szczęśliwy, że nie wie, co ze sobą zrobić, więc bardziej zatapia się w wygodnym fotelu, długo i mocno, dopóki nie dojeżdżają na lotnisko i nie musi wstać. Kiedy opuszcza samochód, robi to tylko na moment, aby powiedzieć:

- Przecież wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Bo przecież na wieczną zgryźliwość z M może się zgodzić.

{Of The Night}

Kiedy wchodzi swobodnym krokiem do swojego ulubionego klubu, „Tattoo”, uderza w niego fluorescencyjna wiązka światła i przyjemnie mruży oczy. Lubi tu przebywać – pozwala na to, by głośna muzyka zagłuszała i odcinała od umysłu wszystkie jego niechciane myśli. To tylko chwila – jedna, krótka chwila, zanim nie mija ocierających się o siebie nocnych gości klubu i nie kieruje się w stronę baru. Po prostu uśmiecha się z satysfakcją i zajmuje miejsce na wysokim barowym krześle, by wesprzeć łokcie na blacie.

- Wódka – martini. Wstrząśnięta, nie zmieszana – woła w kierunku barmana i to wystarczy; jego umysł przestaje walczyć.

Po chwili barman podaje mu niski kieliszek z subtelnie zabarwionym alkoholem o intensywnym zapachu i Liam sięga po niewielką oliwkę, wgryzając się w jej soczystą barwę - wlewa w gardło piekącą ciecz i zamiast odruchowo się skrzywić, śmieje się głośno i obraca wokół własnej osi, a teatralne klaśnięcie w dłonie przykuwa spojrzenie kilku osób siedzących obok. To dopiero życie.

Odstawiając puste szkło, rusza w stronę parkietu. Ludzie kołyszą się w rytm intensywnego dźwięku, alkohol zgarnia ich w swoje objęcia i Liam czuje się jakby był poza świadomością. Cudowny, interesujący, naprawdę godny polecenia stan, w którym wszystko na co ma ochotę, to lekkie kołysanie się na parkiecie i smak wolności. Powietrze jest tutaj ciężkie, duszne i powoduje palące uczucie w przełyku. W rozkoszy, wystarcza mu siły, by poluzować muszkę.

Kolorowe światła co kilka chwil otulają jego twarz jaskrawymi refleksami i Liam tęskniąc za smakiem wolności dostrzega w tłumie jego twarz. Jest lekko zgarbiony – ubrany w ściśle opinający jego szczupłe ciało i jeszcze szczuplejsze biodra czarny materiał i stylowy kapelusz tego samego koloru. Jego długie palce szaleńczo zaciskają się na brzegach ciemnych szelek, które ma na sobie, idealnie kontrastując z białą koszulą; i kiedy Liam wędruje po linii jego wzroku, topnieje. Mężczyzna w czerni wygląda jak anioł - posiada wydęte, pełne malinowe usta, mocną linię szczęki, udekorowaną subtelnym zarostem, lekko zadarty nos, piękne, brązowe oczy, które dostrzega mimo dzielącej ich odległości i perfekcyjnie zmierzwione czarne włosy, z grzywką starannie ułożoną w idealnego quiffa, nawet pod osłoną kapelusza, który uroczo zsuwa mu się z głowy.

Liam wstrzymuje oddech i stoi jak sparaliżowany, nie potrafiąc wykonać żadnego ruchu, bo naprawdę, nigdy wcześniej nie spotkał anioła. Rękę zatrzymuje w połowie drogi do ust i po prostu śledzi dokładnie każdy jego ruch, zachowując się jak psychopata, ale mało go to w tym momencie obchodzi. Rozsądek nie może go tu dogonić.

Z daleka, pragnie dotknąć jego przymkniętych powiek, okalanych wachlarzem długich, ciemnych rzęs; chce lizać zarysowaną szczękę i uwydatnione kości policzkowe, niezwykle przyjemne dla oka. Widzi wszystko wyraźnie: jego gładkie ręce, swobodne ruchy i panowanie nad oddechem. Liam zamiera, kiedy anioł zmierza w jego kierunku, rozluźniony, choć jego oczy zdradzają co innego. Płynie w nich pragnienie.

– Obserwujesz mnie? - pyta, jakby Liama w ogóle tam nie było, po czym przechyla głowę na bok jednym, gładkim ruchem. Liam nienawidzi tego i myśli, że chce to zrobić; chce pozostawić swoją żądzę gdziekolwiek da radę. Pod językiem czarnego anioła, na nachyleniu jego kręgosłupa i w przestrzeni pomiędzy jego perfekcyjnymi i cholernie długimi nogami. Chce to zrobić, chce, ale nie może. Kolorowe refleksy rozmywają mu się między oczami, a on nie trzeźwieje. Oszałamiająca bliskość chłopaka cholernie miesza mu w głowie. – Hmm, myślę, że nawet możesz postawić mi drinka.

- Skąd pewność, że mnie na niego stać?

- Garnitur dobrze na tobie leży.

- Żartujesz - mówi, widząc, jak jego czekoladowe oczy kontrastują tak mile z gęstymi, długimi rzęsami i gładkimi ciemnymi włosami, na które założył czarny kapelusz. Liam ma ochotę zrzucić mu go z głowy i przebiegać palcami po ciemnych włosach tak długo, dopóki sam nie poprosi go o to, by przestał.

- Nie, nie bardzo.

- W takim razie czego się napijesz? – Jego wzrok machinalnie zatrzymuje się na jego ustach i kiedy mówi, może poczuć jego słowa, które są ulotne jak liście puszczone na wietrze. Długo szumią mu w głowie.

- A co proponujesz?

- Martini, ale wstrząśnięte, nie zmieszane – odpiera, a jego własne tęczówki błyszczą, kiedy wygina usta w przyjaznym uśmiechu i chwyta go za rękę, ciągnąc w stronę baru, zdziwiony brakiem oporu z jego strony. Uśmiecha się do niego i woła do barmana, myśląc, że to właśnie ten czas – czas, w którym daje się porwać emocjom.

Czarny anioł kiwa głową, nieśmiało popijając drinka, zdziwiony, że podoba mu się chłodny, słodko-palący smak. Liam śmieje się z wyrazu jego twarzy, a ten dźwięk przebiega po jego kręgosłupie i sprawia, że na jego ramionach pojawia się gęsia skórka. To niski, zachrypnięty i statyczny śmiech. Liam czuje, że jego serce zaczyna szybciej bić.

- Okej, nie znam tu naprawdę nikogo, w przeciwieństwie do ciebie, ale mam wyjaśnienie, które się sprawdza.

- Naprawdę? - Liam kładzie wielki nacisk na to słowo.

- Naprawdę - przytakuje, wciąż się szeroko uśmiechając. Czarny kontur jego tatuażu błyska w miejscu, w którym rozpięty kołnierzyk koszuli ukazuje fragment jego obojczyka. - Więc, jak masz na imię?

Liam patrzy na niego wielkimi, szczerymi oczami, a jego głos jest głęboki, kiedy mówi: - Nie kryjesz zainteresowania.

- Jestem tylko człowiekiem i wszystko, co ludzkie jest mi znane. Lubię dostawać to, czego chcę. A w tym momencie pragnę poznać twoje imię.

- Nazywam się Liam. Liam Payne.

- Więc Liamie Paynie, skusisz się na jeden taniec z nowopoznanym nieznajomym?

Liam kocha swoją pracę, niezależność i diamenty, ale najbardziej oczarowany jest mężczyznami i ich temperamentem - w szczególności jednym, urodziwym Brytyjczykiem, którego brąz tęczówek i egzotyczna uroda rozmywa mu się przed oczami, a oddech topnieje w gardle.

- Czy jeśli ktoś nowopoznany poda ci swoje imię, to czy dalej będzie nieznajomym? – pyta, a w jego policzkach ukazują się dwa głębokie dołeczki, kiedy się uśmiecha, odwzajemniając jego spojrzenie i ujmując dłoń. - Z największą przyjemnością… eee.

- Zayn. Jestem Zayn – odpowiada.

Sobota wieczór to jego rutyna. Zazwyczaj wchodzi do klubu, jakiś frajer próbuje złapać go za tyłek, ale robi unik między dymem papierosowym a zapachem wódki i spermy, próbując dostać się do baru – wypija setkę lub dwie i szuka kogoś, kim mógłby się zainteresować, ale dzisiaj jest inaczej; dzisiaj wpada na Liama. Już z daleka widzi, jak bardzo cudowny jest, skąpany w blasku fluorescencyjnej wiązki światła i jaskrawych refleksów. Podoba mu się sposób w jaki porusza swoim ciałem, kołysząc się lekko w rytm sączącej się z głośników muzyki, całkowicie odseparowany od świata. To chodzący seks, myśli i niczego nie żałuje, bo kiedy do niego podchodzi, obezwładnia go jego mocny zapach perfum i idealna twarz. W końcu znajduje kogoś, kto wyróżnia się z tłumu.

Bo Zayn tak naprawdę jest skomplikowany. Ma dwadzieścia cztery lata, idealne życie i mnóstwo czasu, który trwoni na zabawę w klubach i jednonocne przygody. Świat, do którego należy różni się zupełnie od tego, w którym przyszło mu żyć. Jest bardziej skryty, a jego łóżko jest puste i zimne – potrzeba mu kogoś, kto mógłby to zmienić.

Kiedy opada na oparcie i wpatruje się w światła, myśli o tym, jaki fantastyczny jest Liam i to burzy jego mury, bo naprawdę bycie interesującym, bystrym i seksownym powinno być zabronione, prawda?

- Dokąd teraz? – pyta, dopijając swojego drinka, którego razem z Liamem zostawił na jednej ze srebrnych tac, zanim zgodził się na taniec, i które obija się o brzegi kieliszków jak morze o wapienne skały; jego kolor jest czysto intensywny. Liam patrzy na niego i wzrusza ramionami. Po takim tańcu może za nim pójść wszędzie.

- Musisz spędzać tu mnóstwo czasu, skoro do głowy przychodzą ci tak mądre myśli - zauważa.

- Przez ostatnie pół roku co miesiąc, tydzień albo dwa. - Wzrusza ramionami i zerka na niego, chcąc zdobyć jego uwagę. To zaskakująco proste.

- Och – szepcze Liam, nieco przytłoczony intensywnością spojrzenia Zayna i zapewnieniem w jego głosie. Nie potrafi zrozumieć, co takiego ten chłopak w sobie ma, by przewracać jego na pozór poukładany świat do góry nogami. – Dziękuję.

- Nie ma za co – mamrocze i puszcza jego łokieć, oferując mały uśmiech. Sięga i szturcha ramię Liama, a dziwne napięcie, które pomiędzy nimi zaległo, znika i Liam znów może oddychać.

Podnosi wzrok i widzi, że Zayn wpatruje się w niego swoimi wspaniałymi, seksownymi brązowymi oczami spod ciężkich powiek, i czuje, że ciągnie go do niego jakaś nieodparta, magnetyczna siła. A kiedy się pochyla i przyciska swoje usta do jego ust, Liam rozpływa się w nicość i myśli tylko o Trójkącie Bermudzkim.

Wplatając palce w jego włosy, Zayn tuli jego twarz i dalej go całuje tak namiętnie i tak bez reszty, i tak świetnie, że Liam całkiem się w nim zatraca. Pochyla głowę, zamyka oczy i rozkoszuje się dotykiem ust Zayna pieszczących płatek jego ucha, kiedy jego ręce zaczynają wędrować z jego ramion do klatki piersiowej; wówczas zatrzymuje się i odpycha go, ponieważ nie ma nic przeciwko miłemu drobnemu okazywaniu sobie afektacji w miejscu publicznym, na oczach innych ludzi, ale ręce sunące niebezpiecznie blisko jego męskości przyprawiają go o ból głowy. Nie, na to nie może się zgodzić. Nie w Wielkiej Brytanii.

- Nic ci nie jest? – pyta Zayn. Pochyla się w jego stronę i chwytając go za brodę, podnosi jego twarz, spoglądając mu w oczy. Brąz jego oczu iskrzy niewyobrażalnie w świetle kryształowego żyrandolu.

- Nic, ale muszę iść. Rano wybieram się do Szwajcarii.

- Ale już jest rano. – Zayn wskazuje na tarczę zegara wiszącego na jednej ze ścian. Jest pierwsza w nocy. Czasu brytyjskiego.

- W takim razie naprawdę muszę już iść. – Liam ostatni raz pochyla się tej nocy w jego stronę, żeby go znowu pocałować, a później ucieka, zupełnie jak Kopciuszek, gubiąc po drodze swój zdrowy rozsądek. To naprawdę nie wróży nic dobrego.

{Certain Things}

Liam od pewnego czasu jest inny, zimny, a niebo późnym popołudniem ma atramentowy, ciemny odcień i zdobi je kilka pojedynczych chmurek, wyglądających jak kremowe lody waniliowe. Jest popołudnie 20 grudnia 2013 roku i Liam liczy na jakiś pojedynczy, nawet najmniejszy cud. Grudniowe słońce powoli kryje się za chmurami i Liam stoi na balkonie siedziby MI6, wpatrując się zachłannie w panoramę Londynu. Na stoliku obok znajduje się kubek z zimną już herbatą, a jego ciało, okryte tylko cienkim kawałkiem swetra, drga lekko na mroźnym wietrze.

Martini… Dużo martini… To coś, czego potrzebuje do pobudzenia bardzo już wymęczonych szarych komórek. Ostatnie dwie godziny spędza na bezowocnym siedzeniu na fotelu przed gabinetem M i przez cały ten czas rozmyśla nad skonstruowaniem kilku spójnych zdań, skoncentrowanych na jednym konkretnym przesłaniu, tak na dobry początek, ale to nie jest takie proste, jak mu się wcześniej wydawało. Z zirytowaniem wstaje, przechadzając się w tę i z powrotem wzdłuż korytarza, miarowo łapiąc oddech; nawet nie zauważa tego, kiedy mahoniowe drzwi ukazują postać M, z zaciętym wyrazem twarzy i brwiami lekko uniesionymi do góry - gestem ręki zaprasza Liama do środka i Liam to robi.

M zamyka za sobą drzwi, po czym pewnym krokiem kieruje się w stronę swojego czarnego fotela, rozsiadając się w nim wygodnie. Zaplata swoje długie palce, po czym kładąc je na biurku, przenosi swoje spojrzenie na twarz Liama, która teraz nie wyraża żadnych emocji. Biorąc długi, nerwowy i przeciągły wdech, zaczyna swoją przemowę.

- Zaliczyłeś strzelnicę, wszystkie ćwiczenia bojowe i nawet psycholog dał ci zielone światło, ale…. Zdajesz sobie sprawę z tego, że nałóg, to poważne uzależnienie, które trzeba leczyć? – mówi i jego oczy ciemnieją jak ta łuszcząca się farba, którą Liam w ramach żartu pomalował gzyms wejścia do jego mieszkania rok temu. Tracą swój wewnętrzny blask.

- Jestem tego świadomy.

- Wiesz również, że wszelkie uzależnienia wyniszczają organizm? Takie osoby stają się bardziej nadpobudliwe, nie kontrolują swojego zachowania?

- Do czego zmierzasz? – pyta, pochylając się w stronę mężczyzny; ich twarze dzieli tylko kilka centymetrów, ale to nie ma w tym momencie żadnego znaczenia. Oczy Liama pałają gniewem.

- Obydwoje wiemy, że osoby mające tylko jedną nerkę muszą uważać. Dlatego wytłumacz mi, proszę, dlaczego nadużywasz składników odurzających? Nie chodzi mi tutaj tylko o kawę czy herbatę. Ty po prostu jesteś uzależniony od alkoholu – oznajmia, opierając się plecami o zagłówek fotela. Wskazówki wiszącego na ścianie zegara wystukują irytujący takt, a jego pół-uśmiech pogłębia ciszę.

- Od kiedy wypicie jednego albo dwóch martini podczas samotnego wieczora wpływa na człowieka niekorzystnie? – Liam nerwowo przeczesuje swoje włosy palcami. Jest zdziwiony, a maleńkie serduszka tkwiące w jego brązowych oczach iskrzą się w nikłym świetle biurowej lampy.

- Mój drogi, nie chodzi o to czy jest to korzystne, czy też nie. Po prostu doprowadź się do porządku. To, że jesteś zdrowy, nie oznacza, że nie masz na siebie uważać. Wystarczy, że ograniczysz… tylko niektóre ze swoich nawyków i wszystko wróci do normy – zapewnia, uśmiechając się i ukazuje przy tym rząd swoich jasnych zębów. Liam mocno zagryza swoją własną wargę, hamując wkradający się na jego twarz uśmiech.

- Spędziłem tutaj tyle godzin, tylko i wyłącznie po to, aby dowiedzieć się, że tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie w tym, bym dalej kontynuował tę niekończącą się farsę? – woła i M jest pewien, że przemawia przez niego irytacja. Lekko mruży oczy, kiedy dodaje: - Dlaczego ta lista jest dla niego taka ważna?

- 007, chciałem, żebyś wiedział, że musisz się na to przygotować. To nie jest zwykły przeciwnik. Różni się znacznie od twoich poprzednich zadań i z tego, co wiemy, gotowy jest na wszystko. Nie wie, czym jest granica – oznajmia spokojnym tonem głosu, jakby zawziętość sącząca się z oczu szatyna nie robiła na nim żadnego wrażenia.

- Dla niektórych ludzi jest tylko jedno zastosowanie - manekin na strzelnicy! Chciałem się tylko dowiedzieć, jaka jest twoja decyzja. Nie prosiłem o prawienie mi kazań. – Liam prycha i M myśli, że to koniec. Wdawanie się w kłótnię z 007 jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.

- Chcesz wiedzieć, jaka jest moja decyzja? Proszę bardzo. Na początek zalecałbym ci wizytę u jakiegoś dobrego psychologa – takiego, który z czystym sumieniem nauczyłby cię korzystać z własnego mózgu, nie urażając przy tym twojego małego, zbyt wybujałego ego. – M uśmiecha się do siebie i w odpowiedzi potwierdzająco kiwa głową. – Do tego sugerowałbym ci porządny prysznic i zmianę ubrań, bo naprawdę Liam, cuchniesz na kilometr. To byłoby wszystko. Jak myślisz, odprowadzić cię czy dasz radę zrobić to sam?

- Poradzę sobie – syczy i wychodzi, i Liam czasami naprawdę czuje się tak, jakby był na strzelnicy – jest celem, a Bóg jest osobą trzymającą pistolet. Mimo tego, że mie­rzy w niego, to strzela w ludzi dookoła, a on zrozpaczony pyta się: czemu nie trafiłeś we mnie?

Kiedy opuszcza budynek, trzaska z całej siły drzwiami, mląc pod nosem kilka przekleństw. Jego kłykcie bieleją matowo jak jego twarz od mocnego zaciskania dłoni na parapecie. Oczy ma ciemne od niechęci, twarz w słońcu bladą, prawie niepozłoconą słonecznym blaskiem. Przez pięć minut stoi przed wejściem z wyciągniętymi rękami i czuje wiatr we włosach. Zapomina narzucić płaszcz, granatowy krawat kłębi się wokół niego i faluje. I naprawdę, Liam jest latawcem - leci z wiatrem ponad wieżę kościoła, ponad siebie samego. Na chwilę traci orientację. Widzi swoją szkarłatną figurkę daleko w dole i kiedy opada w siebie z powrotem, M spogląda na niego z wysokiego okna.

Wiatr uderza w tył jego głowy, zanim wchodzi z powrotem do siedziby MI6. Wie, że M uzna to za wyzwanie, wie, ale dziś, pod koniec długiego dnia stara się być beztroski. Wiatr rozwiał wszystkie jego obawy. Machaniem ręki ponownie wita Człowieka w Czerni w jego wieży, przy konturze, a drobinki wiatru tańczą z jego falującym krawatem. Jest tak, jakby czekał na miłe, miłe niespodzianki.

007, myśli, chyba będziesz musiał się na to naprawdę przygotować.

Uśmiecha się i lekko mruży oczy. Zimowe powietrze, które przebiega po korytarzu bawi się kosmykami jego ciemnych blond włosów i kiedy wsadza nos z powrotem do gabinetu M, krzywi się na widok papierosów w popielniczce.

- Przecież ty nie palisz – dziwi się, widząc jak M wyciąga pojedynczego papierosa z niepełnego już pudełka czerwonych Marlboro.

- Nie palę. Tylko…

- Coś się stało? Skoro palisz, coś musiało się stać.

M siedzi na krześle pod oknem, koło swojego biurka i nie wygląda dobrze. Jest blady, zimny i zmartwiony, a jego skostniałe palce mielą wrażliwą powłokę białej bibułki, którą dzierży w jednej z dłoni. Patrzy na Liama niepewnie i to koniec, potrzebuje napić się czegoś mocnego.

- M, nie widziałeś gdzieś moich papier… - Do jego gabinetu płynnym ruchem wpada nowa postać i urywa, widząc jak szatyn z przepraszającą miną ostawia je na bok. Pudełko nie jest w najlepszej kondycji – stłamszony i lekko oberwany papier nie przypomina nowej paczki, którą zakupił rankiem w kiosku, na rogu swojej ulicy i mężczyzna zastanawia się, czy powinien być na niego zły.

- No co?

- Nic, po prostu chciałbym odzyskać swoje papierosy. – Liam słyszy jego głos i moment, w którym wzdycha jest bardziej łamliwy, niż popiół ze skrzydeł feniksa. Wciąż stoi do niego odwrócony tyłem, ale to niemożliwe; to nie może być on, prawda?

- Trzymaj. Mnie i tak nie są już potrzebne. – Przypadki nie chodzą po ludziach i Liam dobrze o tym wie, bo przeznaczenie jest przecież przypadkiem, o który się potykasz. Spogląda na M i kiedy widzi na jego twarzy niknący uśmiech, zamiera, a jego oddech staje się bardziej płytki; dusi się i musi lekko poluzować swój granatowy krawat, by nie upaść. Przez chwilę zastanawia się, czy to zimne powietrze przypadkiem mu nie zaszkodziło, ale tak nie jest, bo kiedy się odwraca, jego czarny anioł wciąż tam stoi, a do jego uszu z trudem dociera cichnący głos M. – Nie denerwuj mnie, Malik.

- Chciałbym zauważyć, że te ząbki są jeszcze w bardzo dobrym stanie. Mam nadzieję, że jesteś szczepiony, bo jeśli nie, to czeka cię bolesna seria zastrzyków. – Zayn śmieje się i ukazuje przy tym rząd śnieżnobiałych zębów; uśmiech rozświetla jego przystojną twarz i Liam naprawdę ze wszystkich sił stara się nie jęknąć. Postawa Zayna jest swobodna: stoi lekko oparty o framugę drzwi, przebiegając długimi palcami przez gęste włosy i kiedy odwraca się w jego stronę, jego czekoladowe oczy błyszczą, a usta rozkładają się w uśmiechu i rozpraszają go; ciemny koniuszek języka nawilża ich strukturę i mówi: – Witaj, Liam – i Liam zamiera.

Jest duszno, powietrze powoduje palące uczucie w przełyku i Liam stara się nie upaść, kiedy ostatkiem sił podpiera się na jasnym biurku M, ręką zrzucając stosik starannie ułożonych dokumentów. Nogi uginają się pod nim, gdy słyszy ten głos i widzi te oczy, i te kości policzkowe i omal znów się nie przewraca. Jego skronie pulsują tępym bólem i to nie pomaga; przymyka oczy, a kiedy z powrotem je uchyla, słyszy:

- Liam, Zayn jest twoim nowym kwatermistrzem. Przyjechał ze Szwajcarii, ma dwadzieścia cztery lata i wydaną książkę na swoim koncie. Lepiej żebyście się ze sobą dogadywali, bo naprawdę Liam, potrzebujesz go.

- Dwadzieścia cztery? – Jego głos łamie się i czuje jak opada; opada w dół, w przestworza, ponad horyzont i kiedy wraca, światło razi jego oczy, a oddech usycha w gardle. - M, przecież to nadal dziecko. Czy kwatermistrzem MI6 nie powinien być ktoś z doświadczeniem i stażem w agencji?

- Zwykle nie przekazujemy sobie agentów podczas misji, ale to… to wyjątkowa sytuacja. Jestem pewien, że jakoś się dogadacie, prawda Zayn? – M posyła mu pokrzepiający uśmiech i to wydaje się być dobre.

Chmury przykrywają niebo szarością i z daleka wyglądają jak wielkie płaty nieskazitelnego materiału. Zayn marszczy czoło, zanim mówi: - Co powiesz na nowego, srebrnego Astona Martina DBS?

Jego głos przyjemnie przerywa ciszę i skapuje jak dojrzałe krople miodu, wzdłuż przełyku i Liam naprawdę chce do niego podbiec, wspiąć się na palce i wylizać każdą jego pozostałość, aż w ustach pozostanie mu sam słodki, lekko mdławy smak, ale tego nie robi, jest profesjonalistą.

- Chyba zaczynam cię lubić – wyznaje i to jest bezpieczne. Nikt nie może dojrzeć błysku szczęścia w jego oczach.

- Tego właśnie oczekiwałem – mówi, a potem się odwraca i gdyby Liam spojrzał w jego stronę, zobaczyłby rumieniec pokrywający jego twarz i nikły uśmiech rozświetlający pomieszczenie, i gdyby Zayn został, prawdopodobnie ujrzałby to samo, bo Liam płonie i zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek.

{Adore You}

Późnym popołudniem niebo jest kolorową mgłą. Kiedy Zayn wchodzi do mieszkania, już przy drzwiach odkrywa, że alarm jest wyłączony. Sięga po broń, którą trzyma w bocznej kieszeni torby od laptopa i czuje chłodny ciężar w swojej dłoni – od kiedy zaczął pracować w MI6, a Liam stał się jego partnerem, czuje się bezpieczniej, jednak to niewystarczające; jeszcze nie przywykł do własnego posiadania broni. Zatrzaskuje dni, a klucze z cichym brzdękiem lądują w koszyku na brązowej, niewysokiej komodzie, stojącej po prawej stronie korytarza, tuż przed wejściem do salonu i kiedy Zayn do niego wchodzi, cicho skradając się na palcach, z teczką w jednej dłoni, a bronią w drugiej, potrzebuje dwóch sekund, by poznać ciemną sylwetkę rozłożoną na jego kanapie. Wypuszcza z siebie wstrzymywany oddech i rzuca pistolet na blat stołu z obrzydzeniem.

- 007, do cholery, co ty tutaj robisz? – pyta, zapalając światło. Kiedy do oczu Liama dochodzi jasna poświata, mruga kilka razy, marszcząc oczy.

- Szukam towarzystwa – odpowiada, jak gdyby nigdy nic i podnosi szklankę z płynem zabarwionym na bursztynowy kolor w geście toastu.

Zayn wzdycha cicho i opada na miękki fotel obok, a mebel przyjemnie ugina się pod jego ciężarem. Butelka stojąca na stole kusi go swoim wyglądem i kiedy spogląda na nią ponownie, cicho warcząc, sięga po nią i bierze pierwszego łyka, a alkohol niemiłosiernie pali jego gardło. Pozwala swoim myślom przemyśleć zaistniałą sytuację i kiedy jest prawie pewny tego, że wizyta Liama nie jest przypadkiem, dobiega go jego zachrypnięty głos.

- Jesteś wystarczająco dorosły, żeby pić?

- Obawiam się, że nie nadaję się na twoje dzisiejsze towarzystwo, Payne, nawet jeśli bardzo bym chciał. Tym bardziej na twoje trochę bardzo irytujące mnie dzisiejszej nocy zaczepki – przyznaje ze zmęczeniem i jego powieki samoistnie opadają w dół. Mija dłuższa chwila, zanim z powrotem zmusza się do ich otwarcia, a wtedy dodaje: – Miałem ciężki dzień, więc jeśli pozwolisz, chciałbym się położyć.

Kiedy w końcu udaje mu się z powrotem spojrzeć na chłopaka, sen nie zostaje przegoniony i opada na jego długich rzęsach i jasnych powiekach. Liam posłusznie wstaje z jego kanapy i ciszę przerywa przyjemne łaskotanie wiatru, które Zayn czuje na swojej twarzy. Chwilę później silne i znajome ramiona unoszą jego drobną sylwetkę, a on bezwiednie obejmuje jego szyję rękoma, ciasno przylegając do jego ciepłego ciała.

Znajomy zapach perfum Liama unosi się w powietrzu, drażniąc go swoim smakiem i Zayn wzdycha, kiedy jego głowa kryje się w zagłębieniu jego szyi, a ciepły nos kreśli ścieżkę wzdłuż mięśni jego śniadej szyi. Brązowe tęczówki wpatrują się w niego z uwielbieniem, gdy chwilę później, minąwszy drewniany próg sypialni, opada bezwładnie na łóżko i zagłębiając swoje ciało w miękkim materacu, przytula się do znajomo pachnącej poduszki. Puszysty koc lubieżnie opatula jego nagie już nogi, a dotyk chłodnych palców pospiesznie przeczesuje misternie zmierzwione pukle ciemnych włosów.

Mrucząc, zamyka czekoladowe tęczówki, nieświadomie dryfując w krainę snu, a Liam, przysiadając na brzegu łóżka, muska ciepłymi wargami fragment jego zarumienionego policzka. Wstając cicho, pod osłoną nocy, przemierza kilka kroków jego pokoju, dzielących go do wyjścia, zamykając za sobą przesiąknięte wiekiem drzwi i to może być prawda, myśli Zayn - Liam smakuje jak whisky i cierpka kawa, a jego ręce pachną prochem. Tej nocy śni mu się trzydniowy zarost drapiący go w skroń i lekki pocałunek na jego czole, i to jest naprawdę coś, do czego może się przyzwyczaić.

Kilka dni później, za oknem panuje niespokojna harmonia wiatru i mrozu, i delikatny puch zdobi szklaną taflę okna, kreśląc nowe wzory na zarysie jego płótna. Odrobina nieba zawarta w jasnych płatkach tajemnicy, myśli Zayn, przegryzając delikatnie dolną wargę i wpatrując się z uwielbieniem w niebieskie nitki żył zdobiące jego ręce, które widzi, wchodzi do oświetlonego czerwonymi refleksami światła klubu.

Stoi przy barze, kiedy dochodzi go jego głos – cichy, zachrypnięty i nerwowy. Odwraca się w jego stronę i uspakajając szybko bijące serce, mruga.

- Wódka – martini – Liam woła i barman zaalarmowany tonem jego głosu, zerka w jego stronę.

- Wstrząśnięta czy zmieszana?

- Mam to w dupie – mówi i kiedy podnosi wzrok, obok siebie widzi cudownego faceta, który macha do niego pustą ręką, w której nie trzyma szklanki z kolorowym drinkiem. Spogląda na niego, a jego oczy wydają się ciemne w słabym oświetleniu pomieszczenia, choć naturalnie bardzo dobrze pamięta tę twarz – to twarz Zayna. ‪

- Co tutaj robisz? - pyta. Jego głos jest niski, przyjemny i ochrypły, a słowa kapią z jego ust wolno jak krople miodu, jednak wyraz jego twarzy nie jest obcy. Liamowi wydaje się, że zna go na pamięć. Podchodzi do niego i kiedy wspina się na palce, całując jego policzek, czuje, jak maleńki łokieć jego ręki wbija się lekko w jego brzuch. Liam śmieje się, nerwowo przygryzając swoją kuszącą, dolną wargę.

- Nie pozwalaj sobie – syczy Zayn, a jego drobne dłonie zaciskają się w pięści. Wzrok Zayna przypomina huragan i Liam tylko przez sekundę, dosłownie przez sekundę ma ochotę cofnąć się do tyłu i dać temu spokój, ale po chwili wszystko ustaje; Liam znów przybiera na twarz pewny uśmiech. – Co ty sobie wyobrażasz?

- Jak to co? Ocieplam nasze stosunki, nie widać? – pyta, a jego oczy mrużą się ze zdziwienia. Zachowanie jego czarnego anioła od samego początku jest dla niego zagadką.

- Chryste Panie, weź przestań. - I to tylko chwila, zanim Zayn wyciąga w kierunku Liama środkowy palec i mówi: - Wsadź go sobie w dupę, Payne!

- Z wielką chęcią, Malik. – Uśmiech na twarzy Liama powiększa się, a zmarszczki wokół jego oczu przyjemnie się zacieśniają. - Możesz skorzystać z okazji i zrobić to samodzielnie, jeśli tak bardzo nalegasz.

- Podziękuję. Po prostu mnie zostaw i przestań prowokować – prosi. Otwierając oczy, spogląda na jego smukłą twarz i jego ciało natychmiastowo kuli się w sobie. Gładzi swoje miękkie włosy, kiedy do jego nozdrzy dochodzi znajomy zapach, zdecydowanie zbyt blisko – wdycha go i kiedy spogląda w górę, wie, że to zapach mrozu ze skóry jego szyi.

- Powiedz jeszcze raz: „prowokować”. Prowokująco układasz przy tym usta. – Głos Liama załamuje się tuż przy jego uchu i to dla niego zbyt wiele.

- Wal się! Po prostu wal się, Payne - prosi szeptem, a jego białe dłonie samoistnie zaciskają się na miękkiej koszuli Liama. Przymykając powieki, zatraca się w intensywnej woni jego perfum. - Natychmiast.

- Zi, uspokój się. – Liam przytrzymuje jego ciało, chwytając go za rękę i to prawdopodobnie zbyt wiele; zaciśnięta pięść Zayna na koszuli Liama odrywa się i kilkakrotnie uderza w jego klatkę piersiową, wywołując jego śmiech. - Widzę, że nie możemy rozwiązać tego po dobroci – mruczy i to tylko jeden ruch; zwinnie pochyla się nad chłopakiem, podnosi go i przerzuca sobie przez ramię, a jego głowa zwisa w dół i Zayn czuje, że to koniec. Przestaje oddychać.

Wierzga się i próbuje wyrwać, a jego krzyk odbija się od ścian klubu, kiedy wychodzą: - Puść mnie, puść mnie, ty idioto!

- Idioto? – Liam śmieje się, kręcąc głową. – I po co ta cała niechęć? Ja naprawdę jestem miły. No dobrze, przeważnie. Okej, tylko wtedy, kiedy żaden sukinsyn nie próbuje mnie zabić.

- Nie wątpię. – Głos Zayna ocieka ironią, a jego ręka uderza z całej siły w plecy Liama i Zayn jest w stanie usłyszeć krótkie i cierpiętnicze „auu”, póki głos Liama nie przerywa tej czynności.

- Jeśli przestaniesz się wiercić, postawię cię z powrotem na ziemię, dobrze? – pyta i Zayn to wie. Ich związek jest skomplikowany. Na swój sposób pokręcony, wrzaskliwy i w każdym wypadku niebezpieczny, ale Zayn lubi to i od pewnego czasu czuje, że żyje. To nie może się zmienić, więc kiedy z nieba zaczyna spadać biały puch, pozwala temu zaistnieć.

Wargi Liama są ciepłe, miękkie i jest coś między szaleńczym proszę, proszę, proszę a cierpiętniczym błagam, daj mi więcej, które może poczuć i Zayn to wie. Pochłania go każdą swoją cząsteczką, jakby chciał mu przekazać: zaczynam coś do ciebie czuć i to wcale nie jest dla nas takie dobre. Nie mogę się zakochać. Nie mogę pozwolić byś ty kochał mnie, i to go obezwładnia. Stara się być bliżej niego, przyciąga go do siebie, szarpie za ubrania i liże, pragnąc więcej i potrzebując mieć go na własność. To nie jest dobre i Zayn o tym wie, ale oszałamiająca bliskość Liama i jego usta na jego własnych skutecznie odrywają go od przytłaczających myśli.

Kiedy wracają do domu Zayna, Liam jest w stanie wyszeptać: - Chodź do mnie - po czym odgarnia mu z twarzy przypadkowy kosmyk czarnych włosów, i właśnie wtedy, kiedy myśli, że nie wytrzyma już ani sekundy dłużej bez jego ust, on przyciąga go do siebie ponownie i całuje, pośpieszne i długo.

Całują się jak więźniowie na ucieczce. Jak upadłe anioły, które zgrzeszyły dla śmiertelnika, a Zayna to pochłania tak całkowicie, tak się w tym zatraca, że już nie dociera do niego nic prócz faktu, że nie chce, by się to kiedykolwiek skończyło. Potem Liam, przyciska go mocno do siebie, sięga do jego koszuli i ciasnych spodni, i ściąga je całkiem, aż Zayn leży pod nim tylko w swojej bieliźnie, która kosztuje go wiele bólu przez drzemiące w nim pragnienia.

- Rany – szepce Liam, opuszkami palców wiodąc po miękkim i ciemnym materiale jedwabnych majtek Zayna, zakończonych ciemną gumką. Potem podnosi go, przyciska swoje spierzchnięte usta do jego mlecznej szyi, zanosi do wielkiego łóżka i składa na samym jego środku. Zayn patrzy, jak sam zdejmuje swoją białą koszulę, a koralowe guziki rozsypują się po dębowej podłodze, przerywając ich przyspieszone oddechy, kiedy zrzuciwszy buty, klęka na skraju i ściąga mu bieliznę, i usadawia się tam, a on nie może dłużej się opanować.

- Liam – skomle, ciągnąc go za umięśnione ręce i ramiona, pokryte czarnymi malowidłami. Kolory rozmywają mu się pod powiekami, ale jest pewien. Pragnie tego. Pragnie Liama.

Liam, powoli wędrując w górę jego ciała, wtula twarz w jego szyję, zaś Zayn gorączkowo zaczyna rozpinać mu pasek i ściągać spodnie. Nie sposób mu się oprzeć. Jest największą pokusą, nie tylko dla Zayna – dla każdego, kto spojrzy w jego hipnotyzujące oczy, kto dostrzeże nonszalancki uśmiech, usłyszy szept tuż przy swoim uchu i oddech, owiewający kark; dla każdego, kto poczuje dotyk chłodnych dłoni na swojej cielesności.

- Och, Zayn – mówi, wciskając w jego szyję wilgotne czoło. – Jesteś taki piękny. – Oddycha jeszcze szybciej i ciężej, zatracając się w jego bliskości i blednącemu w oddali blasku księżyca. Nie może doczekać się, aż w końcu to poczuje, uciekając przed ostatkami dnia.

Gdy unosi wachlarze rzęs ku górze, widzi jego nagi tors - jego klatka piersiowa faluje niemiarowo pod wpływem przyśpieszonego oddechu, a nieobecne spojrzenie muska każdy cal jego odkrytego ciała. Oddycha spokojnie, gdy jego usta przywierają do jego szyi, bo w końcu może to poczuć. Jego dłonie wolno suną w dół, zatrzymując się na moment przy obojczykach i skóra zdaje się w tym miejscu płonąć, nakazując mu wić się w subtelnym rodzaju agonii. Satysfakcja wymalowana na jego twarzy jest bowiem wystarczająca nagrodą.

Gdy Liam dociera do jego brzucha i naznacza go kilkoma muśnięciami, Zayn wplata palce w jego lekko przystrzyżone, miękkie włosy. Stęka cicho, gdy zanurza się między jego udami, by bez ostrzeżenia dotknąć przyjemnością najbardziej wrażliwego miejsca. Jego plecy wyginają się w łuk, a uda zaczynają trząść nieludzko.

Zayn myśli o tym, wyczekując tego i kiedy w końcu to otrzymuje, każde pchnięcie, westchnienie i czucie w sobie Liama zmusza go do krzyku, który przyprawia o ból gardła, jednak nigdy nie zwraca na to uwagi, krzycząc głośniej, wymawiając jego imię i błagając o więcej. Ma rozpaloną twarz, wysmukłą, pokrytą kolorem szyję, mleczne, zroszone potem ciało, otarcia od zarostu i jest niewyobrażalnie szczęśliwy, osiągając spełnienie dzięki delikatnym dłoniom Liama i jego silnemu uściskowi, który na każdym kroku uwodzi go swoją subtelnością i nikłym uśmiechem.

Kiedy kończą, Zayn długo wpatruje się w twarz Liama, który spogląda na niego z uwielbieniem, obmyty blaskiem księżyca. Jego nogi znajdują się między nogami Zayna, zaplątane w mocnym uścisku i jeszcze przez długi czas nie może uwierzyć w szczęście jakie go spotkało, dotykając wrażliwych, otartych miejsc na ciele i uśmiechając się do swoich wspomnień.

- Jesteś wspaniały – słyszy jeszcze, przymykając powieki i mruczy, kiedy księżyc delikatnie kołysze ich ciała do snu. Jest szczęśliwy.

{What Now}

Czas, który nadchodzi jest chwiejny. Dręczą go koszmary, poczucie winy jest zbyt wielkie i kiedy dostaje pierwszy telefon, stara się opanować emocje, bo naprawdę, wbrew ostrzeżeniom M, nie jest przygotowany na coś takiego.

- 007, to pan? – słyszy i dreszcze przebiegają po jego ciele, a na odkrytych nadgarstkach pojawia się gęsia skórka.

- Dobrze się bawisz? – pyta i choć powinien być na to przygotowany, przy każdym słowie Le Chiffre’a jego żołądek opada w dół, coraz niżej, a gęsta gorzka żółć wypełnia jego usta i ma ochotę zwymiotować.

- Zadawanie bólu to moje prawdziwe powołanie – wyjawia i Liam musi wbić paznokcie w swoje dłonie, zostawiając ślady bladych półksiężyców, by nie krzyknąć.

- Masz chory umysł. Powinieneś się leczyć.

- Och, 007, bierzesz to zbyt do siebie. – W słuchawce rozbrzmiewa jego niski, basowy głos i Liam zastanawia się, gdzie podziało się jego całkowite wyzbycie emocji, kiedy najbardziej tego potrzebuje. - Przy okazji, ma pan naprawdę bardzo przystojnego chłopaka. Ośmielę się rzec, że, umm, dzisiejszego wieczora wygląda zabójczo.

Jeśli Liamowi wydawało się, że to nieprzyjemne drganie, powielające ciszę ustanie, kiedy usłyszy jego słowa, był w wielkim błędzie. Jego dłonie niekontrolowanie zaciskają się mocniej na aparacie telefonu, a w oczach błyska gniew. W porządku, jeśli poniesie śmierć, wiedząc, że życiu Zayna nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, może się na to zgodzić. Teraz przynajmniej wie, co czuje każda z jego ofiar.

- Jeśli tylko go tkniesz… - syczy, a jego głos przepełniony jest jadem. To powinno być absurdalne: kłótnia z osobą, która planuje śmierć twojego bliskiego, ale Liama to nie obchodzi. Pragnie dorwać go w swoje ręce i własnoręcznie zabić, łamiąc kości i skręcając kark. Czas napawania się zwycięstwem bezpowrotnie minął i Liam za tym tęskni. Prostuje się w fotelu M, póki nie powtarza swoich słów, a każde z nich z trudem prześlizguje się przez jego zaciśnięte zęby. – Jeśli go tkniesz, własnoręcznie cię zabiję.

- Spokojnie, po co te nerwy? – Między nimi zapada cisza, ale nie jest to cisza zwiastująca coś dobrego. Liam ponownie czuje to straszne uczucie w żołądku i to boli. - Zabawmy się: ja daruję życie tobie i twojemu ślicznemu chłoptasiowi, a ty dostarczysz mi listę. Jak myślisz, umowa stoi? Zgadzasz się na takie warunki?

Wypowiedziane przez Le Chiffre’a słowa nieprzyjemnie ciążą mu w głowie, powodując huragan i Liam czuje się, jakby ktoś uderzył go mocno młotkiem w tył głowy. Ból kumuluje się w jego żyłach i Liam wkłada wiele wysiłku w to, by wypowiedziane przez niego słowa zabrzmiały ostro.

- Nie w tym życiu, Le Chiffre.

- W takim razie pożegnaj się z Zaynem – słyszy i to koniec, mężczyzna rozłącza się i Liam ma ochotę się rozpłakać. Wiatr nieprzyjemnie mrozi jego ciało i opada na podłogę. Firanka uderza lekko o framugę okna i to drażni, powoduje wstręt – Liam zaciska dłonie na swoich włosach, próbując unormować oddech i jeśli myśli, że to wystarczy, jest w błędzie po raz kolejny tego dnia. Poczucie winy pali jego ciało.

Mija kilka minut, jego głowa nieprzyjemnie ciąży i to wszystko doprowadza go do szału. Na chwiejnych nogach wstaje z ziemi i chce opuścić gabinet M; uciec z niego, jak najdalej się da, do Zayna i ich spokojnego życia, ale drzwi się uchylają i Liam słyszy znajomy głos i dwie osoby wchodzą do pomieszczenia.

- Wy nadal myślicie, że nie wiem, co się między wami dzieje. – M prycha, a potem zajmuje miejsce w swoim fotelu. Natarczywe stukanie firanki o framugę okna jedynie potwierdza jego słowa.

- M, chciałbym z tobą porozmawiać – Liam mówi i jego głos jest chłodny, podobnie, jak oczy, które zmatowiały i straciły swój blask. Stara się nie zdemolować pomieszczenia, kiedy odwraca się w stronę Zayna i z cierpieniem w oczach dodaje: - To nie jest miejsce dla ciebie, Z. Idź do domu. Proszę.

- Och, nie bądź idiotą, 007. Wiem dokładnie, co planujesz i zdecydowanie będziesz potrzebował mojej pomocy. Masz pieprzoną licencję na zabijanie, a nie na łamanie przepisów drogowych, Payne, więc pozwól, że chociaż raz nie wysłucham twojego rozkazu i pojadę z tobą. Dopadniemy Le Chiffre’a razem, słyszysz? Zrobimy to wspólnie.

Jego głos jest przyjemny, ciepły i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Liamowi z trudem udaje się podnieść wzrok, a kiedy to robi, spogląda w jego oczy i choć wie, że nie powinien, musi to zrobić. Życie Zayna jest dla niego najważniejsze.

- Wybacz, Zayn, ale to jest coś, co muszę załatwić sam – mówi i wychodzi, a odgłos jego kroków jeszcze długo wisi w powietrzu, póki nie opada, a wtedy z drżącym głosem Zayn zwraca się w stronę M, który siedzi wygodnie w swoim czarnym fotelu i obserwuje go krytycznym wzrokiem, jakby zachowanie 007 nie robiło na nim wrażenia.

- Przecież oni go zabiją – wyjawia i nagle powietrze staje się bardziej suche i pali go w przełyku.

M kręci głową, zanim mówi:

- Pozwól, że ci coś powiem – zaczyna i jego palce samoistnie zaciskają się na oparciu drewnianego biurka, wzrok ciemnieje i Zayn zdaje sobie sprawę z tego, że może to przyjąć. - Anonimowość to podstawa w jego fachu. Każdy ślad jego prawdziwej tożsamości trafiający gdziekolwiek do akt zmniejsza jego użyteczność i w końcu zagraża życiu. 007 musi na siebie uważać i za wszelką cenę chronić swoją prywatność. Uważaj na niego, Liam – kiedy się angażuje, staje się bardzo zaborczy. Musisz dać mu chwilę na odsapnięcie. W gniewie jest w stanie powiedzieć wiele przykrych, czasami naprawdę przykrych rzeczy. – Głos M cichnie i kiedy ponownie patrzy na Zayna, wygląda bardziej dojrzale, jakby ciężar, który spoczywał na jego ramionach, przygniatał go coraz bardziej. – Idź do domu i daj mu czas. Jestem pewien, że wróci.

I to koniec. M wraca do swoich zajęć, udając, że zaistniała między nimi chwilę wcześniej sytuacja w ogóle nie miała miejsca. Zayn to rozumie – marszczy swoje brwi i wychodzi, zostawiając gabinet M w mroku i poczuciu bezpieczeństwa.

Jego droga do domu przedłuża się. Długimi godzinami włóczy się po ulicach Londynu, odwiedza każdy jego zakątek, nawet ten najbardziej obskurny i kiedy myśli, że nie wytrzyma więcej widoku umierającego miasta i stęchłego zapachu witającego go na każdym rogu, postanawia wrócić.

Ulice nocą przypominają srebrną wstążkę – księżyc ciepło oświetla mu drogę, a drobinki śniegu przyjemnie osiadają w kosmykach jego czarnych włosów. Kiedy Zayn wchodzi do swojego salonu, już znacznie spokojniejszy, z nikłym uśmiechem na ustach i rumieńcem zdobiącym jego śniade policzki, - niechybna pozostałość po mroźnym powietrzu - dostrzega zabarwione czerwienią dłonie i wykrzywioną w bólu twarz Liama, rozłożonego na jego jasnej kanapie.

- To twoja krew? – pyta i podchodzi bliżej. Jego kroki są ostrożne, a Liam w odpowiedzi zsuwa czarną marynarkę z ramion, odsłaniając plamę soczystej czerwieni na białej koszuli i dziurę w materiale, którą zdecydowanie wyszarpało ostrze noża, chociaż on nigdy się do tego nie przyzna.

Zayn przygryza ze złości wargę i kiedy ponownie zabiera głos, stara się nie złamać, chociaż wszystko w nim krzyczy, by mu pomóc, dotknąć go i najzwyczajniej w świecie przy nim być, kiedy najbardziej tego potrzebuje.

- Powinieneś iść z tym do skrzydła szpitalnego MI6, a nie odwiedzać mnie po nocach – prycha i odsuwa się. Ma nadzieję, że z daleka od problemu będzie mu łatwiej. Zawsze tak robi – ucieka, a poczucie winy zjada go po nocach, jednak tym razem jest inaczej. Tym razem chodzi o Liama.

- Mają mnie tam już serdecznie dosyć. – Liam mimo bólu uśmiecha się i to topi serce Zayna; nie może powstrzymać krótkiego parsknięcia śmiechem, więc robi to, robi i uśmiecha się, kiedy pyta:

- Skąd wiesz, że ja nie mam ciebie dosyć?

- Kochasz mnie. – Jego głos jest cichy, miękki i Zayn tak bardzo chce go w tym momencie pocałować, oddając mu się w całości, póki nie rejestruje znaczenia wypowiedzianych przez niego słów i zamiera. Na to nie jest przygotowany. - Albo mógłbyś pokochać. Dlaczego mnie nie kochasz? – Liam cierpi i jego głos jest tylko maleńką plamą na tle roziskrzonego nieba. Jego powieki podskakują do góry, odsłaniając błyszczące oczy, kiedy wstrzymuje oddech i kiwa głową. Czuje, że jego serce zaczyna zrywać się do sprintu, kiedy spogląda w stronę Liama, a wtedy stado małych potworków drażni wnętrze dna jego żołądka, ściskając go i dusząc każde ziarenko spokoju w zarodku; Zayn czuje się jak niedoszły morderca.

Zayn to wie, wie, że powinien wykopać 007 ze swojego mieszkania, zmusić go do pójścia do lekarza i przestać poddawać się sentymentom przez swoje absurdalne zauroczenie, ale wtedy spotyka wzrok ciemnych, zmęczonych oczu i ignorując jego słowa, choć wnętrze jego żołądka daje o sobie znać, idzie po apteczkę.

- Jesteś świadom tego, że przeszedłem jedynie przez podstawowe szkolenie medyczne? – pyta, kiedy wraca i Liam uśmiecha się, choć ból neutralizuje jego ciało.

- Wystarczające. Zrobiłbym to sam, ale nie dosięgnę.

Zayn wzdycha, a jego nozdrza wypełnia metaliczna woń krwi – jego spojrzenie przeskakuje z rany chłopaka na łopatce na resztę odsłoniętych pleców i naprawdę, Zayn nie może powstrzymać wzroku przed wodzeniem po zarysowanych mięśniach ciała Liama i liniach jego dawnych blizn. Bierze głęboki oddech, kiedy słyszy:

- Trzeba było powiedzieć, że słabo ci na widok krwi. – Zayn myśli, że słabo mu na widok czegoś zupełnie innego, ale w złości szturcha jego ramię i Liam wydaje z siebie krótkie „auu”. Taki z niego dzieciak.

- Nie myśl, że za to przeproszę. – Śmieje się i sięga po igłę, starając się powstrzymać drżenie rąk, kiedy czuje gorącą skórę Liama pod swoimi palcami. To całkiem naturalne. Jeszcze nie tak dawno zaistniała między nimi sytuacja nie wydawałaby się być tak bardzo niezręczna, ale wiele się między nimi zmieniło. Poznali się wzajemnie i Zayn zdążył się w nim zakochać, choć wiedział, że nie przyniesie mu to nic dobrego.

Jest cicho, przyjemnie cicho i Zayn może skupić się na kontrolowaniu drżenia swoich rąk i zręcznym operowaniu igłą z nićmi. Podejmując pracę w MI6 nie myślał, że pewnej nocy będzie mu dane zszywać leżącego na jego kanapie, w jego własnym domu agenta z licencją na zabijanie. Wtedy nie wiedział również tego, że ten sam agent zmieni jego życie i nie da mu tak po prostu odejść. Kiedy podnosi wzrok, przyłapuje się na tym, że Liam go obserwuje, a jego ciemne tęczówki wesoło błyszczą w leniwym świetle jarzeniówki.

- Gapisz się – upomina go, ale nie może nic poradzić na uśmiech wpełzający na jego usta. Obecność Liama upija go lepiej niż kilkuletnie wino.

- Nic nie mogę poradzić na to, że jesteś taki wspaniały. – Zayn rumieni się pod wpływem jego słów i jego dłonie zaciskają się lekko na bicepsie Liama, kiedy kończy zszywanie jego rany i igła wraz z niepotrzebną nicią wędruje z powrotem do apteczki, a ciepły dotyk powoduje uczucie pustki w sercu Liama. - Zawsze mogę na ciebie liczyć – szepce i przytula jego drobne ciało, obserwując jego zarumienioną twarz i zaglądając mu głęboko w oczy, bo w końcu Zayn jest wszystkim, czego potrzebuje. Potrzebuje jego miłości, smaku jego obecności i to wszystko ma na wyciągnięcie ręki i wtedy, kiedy prosi Boga, by mu uległ, słyszy:

- Zostań ze mną. – Zayn prosi i drga, swój wzrok przenosząc z jego klatki piersiowej na twarz, jakby chcąc upewnić się, że nie Liam żartuje. Głębokie, czekoladowe oczy, wpatrują się w niego z miłością, wymalowaną na pokrytej lekkim zarostem twarzy, z uśmiechem błąkającym się na miękkich ustach i to musi być to. - Ale tylko dlatego, że jesteś najlepszym agentem, jakiego znam – przyznaje i milknie, kiedy palec Liama znajduje się na jego ustach.

- I kochasz mnie.

- I kocham cię. – Zayn wzdycha ze zrezygnowania i Liam to czuje; miłość wypalającą piętno na jego nagiej skórze i pod palcami długich palców, kiedy przyciąga Zayna bliżej siebie, a ich usta zderzają się w niechlujnym pocałunku, pełnym uczucia i troski.

Całują się długo, leniwie i bez powietrza i Liam skłamałby, mówiąc, że mu to przeszkadza. Czasy, w których wyłączał uczucia zniknęły bezpowrotnie i to jest lepsze, bardziej prawdziwe i życiowe. To wszystko, czego Liam w tej chwili potrzebuje, więc bierze to, a gwiazdy mocno błyszczą na tle atramentowego nieba i to jest to – Liam już więcej nie zastanawia się, ile tak właściwie waży księżyc, bo tam, gdzie przebywa z nim Zayn nie istnieje grawitacja i nawet ziemia nie jest w stanie go dosięgnąć.

Tam wszystko przewrócone jest do góry nogami. Nawet miłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz