niedziela, 23 lutego 2014

*13 grudnia

Przemijające dni świadczą tylko o tym, iż nadal żyjemy zawieszeni gdzieś pomiędzy ludzkością, a wielkim niewiadomym światem. Sprawiają, że zmieniają się liczby, słońce wschodzi i zachodzi, ludzie z dnia na dzień są bardziej smutni uświadamiając sobie, że się starzeją. W końcu kto chciałby się starzeć? Co roku patrzeć na większą liczbę świeczek ozdabiającą tort, ledwo mieszczące się na okrągłym cieście. Wszyscy chcemy być wiecznie młodzi, biegać, imprezować, nie martwić się o to, czy po wysiłku będą nas boleć mięśnie.

Byłem w dołku, patrząc na kalendarz przywieszony magnesem do lodówki i datę dwudziestego czwartego grudnia z nakreśloną krzywym pismem Nialla notatką: „LOUIS DWADZIEŚCIA JEDEN. DZIADEK SIĘ Z CIEBIE ROBI”. Wiedziałem, że chciał tylko obrócić to w żart, ale z każdym ponownym przeczytaniem tej notatki czułem się… staro. Nigdy nie rozumiałem dlaczego ludzie się starzeją. Aby odkrywać z wiekiem jakieś nowe doznania? Na przykład bóle pleców, karku czy inne choroby reumatyczne?

- Louis! – krzyknął Niall z salonu. Oderwałem wzrok od kalendarza i odwróciłem głowę w stronę skąd dochodził jego głos, dostrzegając blond czuprynę wychylającą się zza oparcia kanapy. – Przyniósłbyś mi piwo? – spytał, gdy upewnił się, że skupiłem na nim uwagę.

- Nie powinieneś tego pić – rzuciłem, z westchnieniem wstając od stolika i otwierając lodówkę, starając się ignorować kalendarz, który wręcz krzyczał „patrz na mnie, Louis, na mnie!” i sięgnąłem po schłodzoną puszkę napoju. – Picie alkoholu w tak młodym wieku jest bardzo…

- Szkodliwe – dokończył za mnie Irlandczyk. – No już, szybko. Przynieś mi je. Kurewsko chce mi się pić.

Zarumieniłem się słysząc przekleństwo z jego ust. To była moja typowa reakcja na brzydkie słowa: policzki od razu przybierały kolor soczystego pomidora. Bardzo krępowały mnie przekleństwa, szczególnie kiedy siedziałem z moimi znajomymi i nagle ktoś wtrącił do rozmowy nieładne określenie. Sam z resztą nie potrafiłem kląć – nawet w myślach. Po prostu wtedy momentalnie się zawstydzałem, czerwieniąc się po końcówki włosów. Wszyscy twierdzili, że to niesamowicie słodkie, ale ja miałem o tym inne zdanie: co był ze mnie za mężczyzna, który nawet w wieku dwudziestu lat nie potrafił przeklinać? Oczywiście czasami mi się zdarzyło powiedzieć to i owo, ale robiłem to tylko pod wpływem alkoholu kiedy to Niall kazał mi się odprężyć i zabierał do klubu za rogiem.

- Znowu się rumienisz – wytknął mi Niall, gdy siadłem obok niego podając mu puszkę piwa. Bu znikąd pojawił się przy moich nogach, wygodnie moszcząc się pomiędzy nimi. – Nie zrozum mnie źle, to jest cholernie słodkie – mówiąc to poklepał mnie po gorącym policzku – ale, stary, za niedługo kończysz dwadzieścia jeden lat. Nie uważasz, że czas… no nie wiem, przełamać się?

Posłałem mu spojrzenie zaliczające się pod kategorię tych, które potrafiłby zabić, ale on kompletnie się tym nie przejął i ciągnął dalej:

- Rozerwij się czasami – zaproponował. Parsknąłem śmiechem. Ja i imprezy? Możliwe, pod warunkiem, że będzie to jakieś bezalkoholowe i bezpieczne przyjęcie. Mówiąc bezpieczne mam na myśli zero striptizerek, tudzież striptizerów, rozdawanych prezerwatyw i wolnych pokoi. – Nie śmiej mi się tu! – fuknął, upijając swój napój i oblizując usta. Przybliżył się do mnie, oferując trochę, ale grzecznie odmówiłem. Burknął coś pod nosem, w końcu rezygnując z próby nafaszerowania mnie procentami, i usiadł wygodnie na kanapie, kładąc głowę na moich kolanach. Odłożył puszkę z piwem na stolik, wyłączając telewizję.

Westchnąłem, odchylając głowę do tyłu i bawiąc się jego włosami. Uwielbiałem te nasze wieczory – przy zgaszonym telewizorze, ciepłym kominku i zgiełku ulicy, który dochodził zza okna. Raz ktoś krzyknął, raz przejechał samochód, raz motor, a my siedzieliśmy na kanapie, ciesząc się swoim towarzystwem.

Oboje potrzebowaliśmy tej chwili wytchnienia po całym dniu. Zwykle to był czas przeznaczony na szczere rozmowy, bo z Niallem nie mieliśmy ze sobą żadnych tajemnic, ale czasem wykorzystywaliśmy wolną chwilę na ciszę bądź po prostu siedzieliśmy wtuleni w siebie z własnymi myślami.

Tutaj znowu pojawiało się pytanie, które zadawali nam niemal wszyscy: czy jesteśmy parą? Zawsze parskaliśmy śmiechem, zaprzeczając źle wyciągniętym wnioskom. Być może dla niektórych zachowywaliśmy się w odpowiedni dla pary sposób, ale oboje byliśmy świadomi, że to raczej nigdy nie zastąpi. I nie chodziło tu tylko dlatego, że Niall nie lubił chłopaków – można by nawet powiedzieć, że miał lekkiego bzika na punkcie męskich przyrodzeń – ale o to, iż po prostu ja nie potrafiłbym traktować Nialla jako mojego partnera i na odwrót.

- Jak ci minął pierwszy dzień w nowej pracy? – zapytałem, przerywając ciszę.

Niall otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie promiennie.

- W zasadzie dzisiaj tylko zostałem z Zaynem poinstruowany na temat obsługi kasy i tak dalej – zaczął, siadając okrakiem na moich biodrach (wcześniejsza pozycja już mu się znudziła) i przekręcił się na moich kolanach, aż znalazł satysfakcjonującą pozycję. Westchnął i przeczesał palcami moje włosy, zdejmując z mojego nosa okulary i odkładając je gdzieś niedaleko. – Pasowałbyś do Zayna – stwierdził, chichocząc, gdy na jego słowa spuściłem wzrok i zarumieniłem się. Zawsze tak robiłem kiedy Niall sugerował, abym zaczął się z kimś spotykać. Rozumiałem, że w końcu chciał mi kogoś znaleźć, ale jednocześnie ta świadomość posiadania blisko siebie innego mężczyzny, który całowałby mnie albo… no… robił „te” rzeczy dziwnie mnie onieśmielała.

- Nie szukam nikogo – oznajmiłem cicho, chwytając Nialla w talii i rozpoczynając wędrówkę dłońmi po jego bokach. – Wiesz o tym.

Przewrócił oczami.

- Chryste, Louis, nadal zadręczasz się po tym związku ze Stanem? – jęknął, patrząc na mnie sceptycznie. Wzdrygnąłem się słysząc to imię, ale wziąłem głęboki oddech, starając się opanować niechciane reakcje. Stan to zamknięty rozdział w moim życiu. Koniec, kropka.

- Nie – odparłem, wsuwając dłonie pod jego bluzkę i odnalazłem wrażliwe miejsce pod jego żebrami, które sprawiało, że słodko przygryzał wargę, starając się stłumić jęk. – Dobrze wiesz, że nie.

Niall westchnął – prawdopodobnie dlatego, że dłońmi mocniej nacisnąłem na odpowiedni punkt – i odgarnął mi grzywkę z czoła, składając w tym miejscu słodkiego buziaka. Następnie wygodnie ułożył się na moim ciele, kładąc głowę pomiędzy moją szyją a ramieniem. Gładziłem jego plecy, napawając się uczuciem dziwnej bliskości i wypełniającego moje serce ciepła.

I wcale nie wyobrażałem sobie, że leżący na mnie chłopak ma loki oraz słodki uśmiech.

~*~



Miękkie pasma między palcami, skręcają

Jakby chciały zmienić bieg zdarzeń.

Odwrócić je.

Zmyć.

Lub chcą, aby w kółko się kręciły.

Bez ustanku, zapamiętać każdą chwilę.

Każdy lok.



- Tomlinson!

Poderwałem się ze swojego miejsca, przewracając krzesło, na którym do tej pory siedziałem, i powodując, że spojrzenia wszystkich uczestniczących w wykładzie nagle znalazły się na mnie. Przełknąłem ślinę; wykładowca patrzył na mnie pełnym oburzenia wzrokiem. Gorący rumieniec wpełzł na moje policzki. Cholera, znowu.

- Przepraszam, profesorze – mruknąłem.

Starszy mężczyzna jedynie kiwnął głową i pozwolił mi z powrotem zająć miejsce. Odetchnąłem z ulgą i szybko podniosłem krzesło, wściekle się rumieniąc. To był już trzeci raz na tych zajęciach kiedy pozwalałem myślom dryfować niebezpiecznie blisko loków i wymyślać coraz to dziwniejsze porównania. Dziwne, że profesor jeszcze nie wyprosił mnie z zajęć.

Siadłem w końcu na krześle, od razu chowając twarz w materiale szalika owiniętego wokół mojej szyi (pomimo zapewnień, że na uczelni jest sprawne ogrzewanie, wolałem ubezpieczyć się od możliwego przeziębienia). Powodem dlaczego dzisiaj moją głowę wypełniały myśli, tudzież fantazje, o tych lokach, był bardzo prosty: po długim przemówieniu, które wygłosił Niall na temat mojej inspiracji, jej obraz ciągle chodził mi po głowie. Najpierw myślałem o nim oglądając telewizję, później biorąc prysznic (nie, nie miałem gorących fantazji o nim – to był tylko prysznic), a na koniec, jakby tego było mało, przyśnił mi się.

Ale to nie był zwykły sen. Nie, wtedy byłoby za dobrze. Na same wspomnienie o nim się rumienię. Zdecydowanie zaliczał się pod kategorię „niegrzecznych fantazji”. Wszystkie obrazy napływały do mojej głowy bez udziału mojej woli – ja przełożony przez oparcie jakiegoś fotela, on stojący za mną i… i… dający mi cholerne klapsy…

Wydaje mi się, że wydałem z siebie bliżej nieartykułowany dźwięk, ponieważ Danielle, siedząca obok mnie na zajęciach, szturchnęła mnie w bok.

- Opanuj swoje żądze, tygrysie – szepnęła mi do ucha, klepiąc po udzie. – Jeszcze dziesięć minut i będziesz wolny.

Posłałem jej słaby uśmiech, rumieniąc się. Zdecydowanie muszę zrobić coś z tym przybieraniem czerwonego koloru w niemalże każdej sytuacji. To zaczyna robić się naprawdę żenujące – ciągłe gorące policzki, gdy ktoś powie coś do mnie z podtekstem albo zacznie rozmawiać na temat… seksu.

Pomyślałem o tym słowie i starałem się nie zarumienić. Kiedy po upływie kilku sekund moje policzki nie zapłonęły gorącem uznałem to za swój pierwszy mały sukces. Przecież w wieku dwudziestu lat nie powinienem zawstydzać się słysząc słowo „seks” bądź inne wyrazy bliskoznaczne.

Nagle do głowy przyszedł mi najbardziej szalony pomysł w całej mojej egzystencji. Po zajęciach pójdę do kawiarni, w której on pracuje i postaram się z nim porozmawiać. Tak! Brawo, Louis, tak trzymaj! Pogratulowałem sobie w duchu tego wspaniałego pomysłu, dziwiąc się lekko, gdy zaakceptowanie własnych myśli przyszło mi z wielką łatwością. Zrobię to – odwiedzę go, powiem, że jest moją inspiracją i czy nie mógłbym przez chwilę na niego popatrzeć, spisując wiersz o jego wspaniałości.

Może to spotkanie nie przebiegnie dokładnie tak jak oczekiwałem, niemniej jednak miałem malutką nadzieję, że uda mi się z nim porozmawiać. Jak mężczyzna z mężczyzną, a nie jak kompletnie oszalały na jego punkcie niezdarny poeta.

- Przypominam, że za tydzień upływa termin oddawania waszych prac związanych z interpretacją piękna – głos profesora przebił się przez moje myśli, wyrywając mnie z fantazji na temat naszego pierwszego spotkania. Dotarło do mnie, że cały dzisiejszy wykład rozmyślałem o lokach w efekcie czego ominęły mnie dzisiejsze zajęcia i ich temat.

Ale te loki były tego warte.

- Pożyczę ci notatki – powiedziała Daniele z uśmiechem, puszczając mi oczko kiedy pakowałem do swojej torby notes i długopis.

Odwzajemniłem jej uśmiech i zasunąłem za sobą krzesło.

- Jesteś moim aniołem.

Daniele zaśmiała się i pociągnęła mnie w kierunku wyjścia. Nasza „przyjaźń” była dość nietypowa – dla wszystkich z uczelni Daniele była moją dziewczyną. Tak naprawdę jedynie pomagała mi kryć, jak to kiedyś ujęła, gejowską część natury. Stwierdziła, że bez niej wszyscy od razu zorientowaliby się, że jestem homoseksualny. Zwykle się z tego śmiałem, choć było w tym trochę racji. Starałem się być hetero, ale wątpiłem, aby jakakolwiek cząstka heteroseksualnego mężczyzny była jeszcze we mnie obecna. Danielle mieszkała kilka ulic ode mnie i Nialla - czasami uczyliśmy się razem kiedy ten drugi gdzieś wychodził zostawiając mnie samego w mieszkaniu. Daniele była naprawdę wspaniałą dziewczyną.

Wyszliśmy z budynku uczelni na zimową i grudniową pogodę. Danielle kopała butami w śnieg, a ja zapinałem swój płaszcz, pragnąc zatrzymać choć trochę ciepła na dłużej. Nie rozumiałem jak Dan mogła mieć na sobie tylko cienką kurtkę – ja zamarzałem na kość mając na sobie trzy warstwy ubrań! Mimo, iż twierdziła, że to jest słodkie, bo zawsze będę miał pretekst, aby ktoś mnie ogrzał, ja zawsze puszczałem tą uwagę mimo uszu; nie ma nic słodkiego w odmrożeniu sobie jajek.

Mocniej owinąłem szalik wokół szyi, zapiąłem ostatni guzik i włożyłem zmarznięte dłonie do kieszeni.

- Jedziesz teraz do domu? – spytała Daniele, chwytając mnie pod rękę, gdy szliśmy w kierunku mojego samochodu po jej zabawie na śniegu.

- Eee… - odpowiedziałem elokwentnie, spoglądając na swoje buty, nagle wykazując nimi wielkie zainteresowanie. – W zasadzie to… chciałem iść do takiej jednej kawiarni… ale…

- Chętnie z tobą pójdę – przerwała mi, chichocząc na moją zdezorientowaną minę. – Och, daj spokój, Tommo – parsknęła, żartobliwie uderzając mnie w ramię. – To „ta” kawiarnia, prawda? Wiedziałam, że prędzej czy później znów tam pójdziesz. Wiesz, to w zasadzie dobry pomysł, bo skoro twierdzisz, że kiedy widzisz swojego chłopaka…

- To nie jest mój chłopak! – natychmiast zaprotestowałem, ale ona kontynuowała tak jakbym przed chwilą nic nie powiedział.

- … nachodzi cię nagła wena i piszesz jak szalony. Znaczy, to trochę dziwne, ale w pełni cię rozumiem, bo sama czasami tak mam. Musisz widzieć kogoś kto stał się twoją inspiracją, aby cokolwiek napisać. Głupie, wiem, ale…

- Dan – przerwałem jej potok słów. Przewróciła oczami, jednak zakończyła swój monolog, kręcąc z rozbawieniem głową. – Nie masz nic do roboty?

- Phi, oczywiście, że mam – odparła, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Ale nie odmówię tej rozkoszy poznania chłopaka, który zawrócił tobie w głowie – dodała, całując mnie w policzek.

- On nie zawrócił mi w głowie! – zaprzeczyłem szybko.

Daniele jedynie spojrzała na mnie przez ramię. No dobrze, może jednak trochę zwrócił mi w głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz