*- No, nie powiesz czegoś w rodzaju ‘A nie mówiłem’?
Harry zachichotał. – Przyjacielu, może byłem irytującym dupkiem, jeśli chodziło o księcia i o ciebie, ale nie zrobię tego. – Podciągnął rękawy do łokci, zanurzając dłonie w misce z mąką. – A poza tym, nie sądzę, żebyś potrzebował kazania, albo jak oni to mówią, kiedy to wszystko jest skończone. – Uśmiechnął się radośnie, gdy smarował deskę mąką.
- Yeah, co się stało to się nie odstanie – odpowiedział Zayn, starając się być tak szczęśliwy jak to możliwe. Obserwował jak Harry rozgniata ciasto, zginając ramiona i dłonie w pięści, a jego włosy wychodziły z jego czapki kucharskiej. Dzisiaj, Harry dostał szansę upieczenia czegoś dla rodziny królewskiej i to pomoże im ustalić, czy może to zrobić i zacząć gotować z ojcem. Zayn nie chciał mu przeszkadzać, ale nie miał wyboru, bo Harry był jego jedynym przyjacielem, którego miał w pałacu.
- Nie rób tego.
- Nie rób czego? – Zayn uniósł brwi, widząc minę Harry’ego.
- Nie patrz na mnie jakbyś miał powiedzieć ‘Żałuję, że nie posłuchałem twoich rad bla, bla, bla’. – Loczek przewrócił oczyma i potem podrzucił ciasto w powietrze, następnie rozgniatając je. – To niezdrowe.
- Ale to prawda, gdybym tylko posłuchał…
- Wtedy co? – Harry uderzył ciasto trochę mocniej tym razem. – Jeśli posłuchałbyś mojej rady, nie zakochałbyś się w nim? Wtedy żadne z tych rzeczy by się nie zdarzyły? Zayn to nie sposób w jaki działa miłość.
- Nie chcę wiedzieć jak działa. – I Zayn był szczery mówiąc to. On naprawdę nie chciał wiedzieć. Nie chciał wiedzieć dlaczego jedyna osoba w której się zakochał była właściwie kimś kto nie miał pojęcia co to za uczucie. Dla Louisa była to tylko gra, bez zobowiązań, bez uczuć, po prostu seks – i nawet myśl, że wiedział o tym od początku, sprawiała mu ból.
- Wiem, że kiedy tu przyszedłeś, nie było nic innego w twojej głowie poza służeniem Louisowi albo Tomlinsonom. To nie twoja wina, że nie mogłeś oprzeć się jego wdziękom, bo bądźmy szczerzy Louis, Książe jest cholernie piękny jak na faceta. To nie twoja wina, że dbałeś o niego, po tych wszystkich rzeczach, których nauczyłeś się o jego życiu i tym jak taktuje innych ludzi. To nie twoja wina, że pozwoliłeś twoim uczuciom wejść w drogę Zayn – powiedział Harry, patrząc mu prosto w oczy. – To się dzieje, kiedy się zakochujesz, granica między złem a dobrem jest zbyt cienka.
- Rany, co ta mąka zrobiła z twoim mózgiem? Nagle stałeś się filozofem – dokuczył mu Zayn, wreszcie uśmiechając się szczerze.
Harry zaśmiał się. – Spędzam swój wolny czas w bibliotece. Staram się czytać tak dużo, jak mogę dupku. Nie kwestionuj rzeczy, których się nauczyłem…
- Yeah, ja….
- I nie zaprzeczaj temu co powiedziałem, że nie jest w porządku – przerwał mu Harry, unosząc głowę, zanim zaczął wyrabiać ciasto. – Założę się, że wiesz więcej niż ja.
Zayn oparł się z powrotem o ścianę, przesuwając swoje ciało w dół, dopóki nie usiadł po turecku na ziemi. Harry miał rację. Przez cały ten czas, który spędził z Louisem, nie miał wątpliwości, czy to co robią było dobre czy złe, po prostu robił to. A potem dla Louisa było to nic innego jak zwykła wymiana przyjemności, podczas gdy dla niego to było wszystko. Jedyny czas, gdy mógł być Zaynem, nie lokajem i Louisem, nie księciem.
- Głowa do góry Malik. Myśl pozytywnie. Teraz to koniec między tobą i Jego Królewską Mością, teraz możesz być normalnym lokajem tak jak zawsze chciałeś. Nie musisz czuć się tak jakbyś zdradzał Króla i Królową i nie musisz się martwić o to, czy zostaniecie złapani czy cokolwiek.
- Myślę, że masz racje. – Ale te rzeczy były daleko w umyśle Zayna. Wina odnośnie Króla i Królowej była zawsze przy nim, przebijając go nożem, gdy widział ich uśmiech skierowany do niego i kiedykolwiek mówili coś miłego o nim, to było jakby ktoś przekręcał nóż głębiej.
Mimo, że to było niczym w porównaniu do bólu jaki czuł teraz.
Wczorajsza noc, po tym co się stało, zachowywali się jakby byli kompletnie sobie obcy, gdy byli w drodze do jadalni. Żaden z nich nie wypowiedział słowa. To było nie do zniesienia, podążanie za osobą, która zraniła go głęboko swoimi czynami i słowami. Sposób w jaki zwracał się do niego, podczas gdy go pieprzył i sposób w jaki powiedział te słowa, że ‘dostanie to co chce’, jakby to było coś co Louis mógł posiadać i rzucenie było wystarczające, by zranić jego serce, żeby jego ciało rozpadło się na kawałeczki i żeby czuł się upokorzony i wykorzystany.
I właśnie po tym co zrobił, tak bardzo chciał uderzyć Louisa. Tak bardzo, że wiedział co jak to boli, kochać kogoś, kto tylko traktuje cię jak nic innego jak zwykłą rozrywkę. Tak bardzo, że wiedział jak boli to nie mieć wyboru, że Zayn musiał porzucić swoje uczucia do niego, żeby Louis mógł wieść szczęśliwe życie z Eleanor.
Ale to co najbardziej bolało to świadomość, że Zayn nie miał prawa tak się czuć, bo w pierwszej kolejności, ich związek nie był publiczny. Nie było między nimi nic od początku, ale nie w fizycznym sensie, tak płytkie, że każdy oczekiwał, że szybko wypłynie na powietrze, opuści i zapomni.
Jednak biorąc pod uwagę wszystkie rzeczy które czuł i wciąż czuje, stał obok Louisa tamtej nocy, wspomagając go i obserwując wymianę uśmiechów między Eleanor i Louisem, ich splecione palce, rozmowy o tym jak długo się znają, o ich dzieciństwie, rzeczach, których Zayn nigdy nie wiedział o Louisie. I tak po prosu wszystko między nimi zniknęło. Bez przyjaznych gestów, brak pożegnań na dobranoc albo chowania się Lou czy biegania do kuchni, bo Louis miał ochotę na herbatę o północy.
Zayn nie mógł się powstrzymać przed myśleniem, czy ich przyjaźń istniałaby bez niezręczności, które mogą powstać po seksie. Czy to wszystko było przed nim, niczym a iluzją? Nawet to, że jeśli był z Louisem, naprawdę nie był tą osobą?
- Ziemia do Zayna – zawołał Harry, wyciągając go z rozmyślań. – Człowieku, gdzie byłeś?
Zayn wstał, wymuszając uśmiech. – Gdzieś, gdzie nie chcę być.
- Spójrz. Wiem, że powinienem tego mówić, ale cieszę się, że to koniec. Wystarczy pomyśleć o tym co się stało jako o teście, a ty go przeszedłeś. Możesz nazwać się teraz godnym tego stanowiska! – Harry zaśmiał się, ale Zayn nie mógł znaleźć siły, aby zrobić to samo. Nie był pewny, która część jego powinna być szczęśliwa i smutna z tego powodu – wszystko wydawało się jakby skończyło się tragicznie.
- Teraz, co powiesz na to, żebyś pomógł mi kroić jabłka? Mam test do zdania.
XXX
Stojąc przed dziesięciometrową bramą główną pałacu, Zayn trzyma brodę wysoko, jakby patrząc na niebieski samochód stojący na pałacowym dziecińcu. Nawet po tych wszystkich rzeczach, wciąż był lokajem rodziny królewskiej i miał obowiązki, które musiał spełnić.
Samochód otworzył się, a z niego wyłoniła się Panna Eleanor Calder, jedyna córka i dziedziczka Calderów, znanych z ich linii odzieżowej rozsianej po całym świecie, ich nazwiska znane były w branży mody i wśród najwyższych klas społecznych. Ale tego popołudnia, ona nie była w żadnej czarującej sukni, czy biżuterii. Zamiast tego miała dzisiaj na sobie zwykły jeździecki strój.
Ale nawet z tą prostotą, wciąż wyglądała oszałamiająco. Jego włosy zebrane były w koński ogon, jej kremowe spodnie podkreślały chude nogi i ona chodziła w sposób, jaki robiły to księżniczki w filmach.
Zayn uniósł brwi, gdy Eleanor spojrzała na niego. – Panno Eleanor, Wasza Wysokość czeka na Ciebie.
- Proszę, nazywaj mnie Eleanor. – Uśmiechnęła się słodko, klepiąc się po ramieniu. – Nazywasz się Zayn prawda? To dość wyjątkowe imię.
- Mój ojciec jest Pakistańczykiem. W tą stronę proszę – odpowiedział, prowadząc ją w stronę podwórka.
Uniosła głowę i patrzyła na niego, gdy szli, uśmiechając się. – To wszystko wyjaśnia. To piękne imię.
- Dziękuje. – Zayn lekko kiwnął głową, dziękując za komplement.
- Nie byłam w stanie obejrzeć pałacu wczoraj i musze powiedzieć, że nic naprawdę się nie zmieniło – powiedziała radośnie, a ona rozglądała się od prawej do lewej. – Wciąż pamiętam jak ścigaliśmy się tutaj z Louisem. I często się gubiliśmy.
Wspomnienie imienia Louisa przyniosło ukłucie w piersi Zayna. Czuł się jakby minęło tak długo czasu odkąd ostatnio rozmawiali i mówienie jego imienia jakby próbował po raz pierwszy powiedzieć słowo odkąd się urodził.
- Więc, jaki jest Louis jako twój mistrz? – Zachichotała Eleanor. – Nie jest apodyktyczny? Bo taki jest dla mnie, zawsze rozkazuje mi, mówiąc mi żebym wzięła to, tamto – jest taką divą.
Gdyby tylko Zayn mógłby poprosić ją, żeby przestała. Ostatnią osobą o której chciał teraz rozmawiać to Louis. – L…Jego Królewska Mość naprawdę nam nie rozkazuje. Czasami, robi rzeczy samodzielnie.
- Dobrze wiedzieć. To znaczy, nie chcę być żoną kogoś, kto zawsze wszystkim rozkazuje, prawda? – Tym razem zaśmiała się głośniej a Zayn przygryzł policzek od środka, żeby nie zareagować. Małżeństwo było wciąż szokiem dla niego i gdy dowiedział się o tym, wszystko o czym mógł myśleć to unikanie Louisa. Nie wiedział jak to robić tym razem, jak na niego patrzeć, jak powiedzieć mu że będzie z kimś innym – przez resztę swojego życia.
- Nie sądzę, że Książe to zrobi. On może być nieco złośliwy i apodyktyczny, ale wierzę, że nie będzie robił czegoś takiego – powiedział Zayn chłodno, starając się nie brzmieć tak defensywnie.
- Oczywiście, oczywiście. Przepraszam, że powiedziałam o nim w ten sposób. Wygląda jakbyście razem byli blisko? Nigdy nie miał tak długo lokaja. Musisz być wyjątkowy.
Wyjątkowy. Gdyby Zayn mógłby usłyszeć to od Louisa. Nawet po tym jak rzeczy zmieniły się w ciągu ostatnich 24 godzin, wciąż miał nadzieję że są rzeczy, które mogły zostać, albo przynajmniej prawdziwe, nawet jeśli to tylko przyjaźń,.
Zayn i Eleanor wyszli przez drzwi, mrużąc na chwilę oczy, gdy przywitał ich zachód słońca, zalewając pole różnymi odcieniami czerwonego i pomarańczy. Po drugiej stronie pola, Louis siedział już na koniu, galopując do nich.
Serce Zayna podskoczyło. Nagle, wszystko wydawało się dziwne i niezręczne.
Biały koń w szare kropki zatrzymał się kilka stóp od nich, Zayn nie mógł się powtrzymać przed spoglądnięciem w tamtą stronę. Louis wciąż był Louisem. Nic się nie zmieniło w jego zachowaniu. Wciąż miał ten figlarny uśmieszek na twarzy, jakby cały czas coś spiskował. Zayn miał nadzieję, że może zrobić to samo, wyczyścić głowę i zapomnieć o wszystkim.
- Twój koń przybędzie za minutę. Jesteś pewna, że wiesz jak się jeździ? – Louis zapytał Eleanor, unosząc brwi.
- Wyzywasz mnie Panie Tomlinson?
- Myślę, że tak. – Louis przesunął się, odwracając konia. – Jeśli wygram ślub jest odwołany.
Zayn wzdrygnął się, rzucając mu zaskoczone spojrzenie. Jak mógł mówić takie rzeczy?
- Yeah, prawda. Jakby to było możliwe. – Eleanor krzyżuje ręce. – Jeśli wygram dostanę twojego lokaja na jeden dzień.
- NIE! – Louis podniósł głos, jego brwi niemal się spotkały a oczy patrzyły w kierunku Eleanor. Cała atmosfera między ich trójką nagle się zmieniła. Odchylając się do tyłu, Louis łudząco spojrzał na Zayna, a następnie odwrócił się do Eleanor. – Prz…Przepraszam. Nie chciałem krzyczeć.
Eleanor była wyraźnie wstrząśnięta tym co się stało, że cofnęła się i zaśmiała. – Żartowałam. Oczywiście wiem, jak bardzo wyjątkowy jest Zayn w roli twojego lokaja. Nie martw się, nie ukradnę go – o spójrz! Georgia mój ulubiony koń! – Tak szybko jak atmosfera się zmieniła, tak szybko wszystko wróciło do normalności, jakby nic się nie stało.
Louis zsiadł z konia i idzie z Eleanor w kierunku brązowego ogiera – Georgi.
Dlaczego? Nie mógł przestać myśleć o tym, dlaczego Louis zareagował w ten sposób. Oczywiście to był żart. Poza tym sposób w jaki odmówił i sposób spojrzał na niego przez chwilę, wyglądało jakby Louis brał to na poważnie. Zayn nie chciał mieć nadziei, że być może, Louis wciąż się o niego troszczy i jako przyjaciel i nie chce go opuścić.
Patrzenie na tą dwójkę, teraz galopującą przez pole, śmiejącą i szydzącą z siebie, Zayna opuściła cała nadzieja. Wyraźnie starał się znaleźć sposób żeby poczuć się lepiej myśląc o tym, że Louis naprawdę się o niego troszczy, nawet jeśli naprawdę nie. Na co miał nadzieję? Że Louis odwoła całe wesele, gdy uświadomi sobie, że czuje coś do Zayna?
To było żałosne. Doszedł do stanu w którym miał urojenia. Nawet jeśli nie było by Eleanor, nawet jeśli nie byłoby ślubu – nie ma możliwości żeby byli razem. Nie mógł po prostu tego zaakceptować.
Jego i Louisa, to niemożliwe. To było w nim od samego początku i był zbyt przez to pochłonięty, że nie był w stanie tego dostrzec.
XXX
Zayn wlewał gorącą wodę do filiżanki, gdy Louis przyjechał do stołu pośrodku ogrodu. Zayn starał się skoncentrować tak bardzo jak potrafił organizując wszystko na talerzach, ale głośniejszy był dźwięk kopyt przez co stawał się bardziej niespokojny. Dlaczego nie jest z Eleanor?
Louis przywiązał konia do pobliskiego drzewa, a jego oczy podążyły za Eleanor, która była w drodze do nich.
- Coś się stało – mruknął Louis. Zayn nie był pewien, czy on mówił do niego czy do siebie, więc zignorował to. Jego niepewność została rozwiana, gdy Louis chwycił go za rękę i przyciągnął do siebie, wskazując kierunek, gdzie była Eleanor. – Georgia straciła kontrolę! Musimy ją powstrzymać, zanim zrzuci Eleanor!
- Spróbuję zatrzymać Georgie, idź do niej, jeśli spadnie złapiesz ją. – poinstruował Zayn, luzując węzły, a następnie biegnąc w kierunku pola.
Georgia rżała histerycznie, jakby ktoś jechał na niej, kogo nie lubi. Eleanor krzyczała, trzymając się grzywy Georgii w nadziei, że nie spadnie.
- Eleanor! Kiedy powiem, żebyś skoczyła, skoczysz w kierunku Louisa, w porządku? – Zayn stał przed Georgią starając się uspokoić ją i złapać lejce, które owinięte były wokół jej szyi.
- Zayn! Uważaj na siebie! – krzyknął obok niego Louis, wyrzucając ręce, gotowy, żeby złapać Eleanor, ale wpatrywał się w oczy mulata.
Zayn zignorował motylki w brzuchu, oczywiście to nie był odpowiedni czas, żeby czuć takie coś. Nareszcie, kiedy Georgia podniosła jej ciało, stając na dwóch kopytach, Zayn dał sygnał Eleanor do skoku, spadając bezpiecznie w ramiona Louisa. Tuż po tym jak Georgia opadła, Zayn złapał lejce i odciągnął ją od nich.
Ale Georgia wciąż się nie uspokoiła. Kopała swoimi nogami, obracała głowę, nawet przyciągała Zayna do siebie. Zayn ciągnie ją coraz mocniej, ale potem Georgia wygląda jakby zrobiła się już zmęczona tą wojną z człowiekiem, więc pociągnęła go z całej siły, sprawiając, że Zayn wypuścił jej lejce, upadając przed nią.
Zayn uniósł głowę, widząc tylko jej sylwetkę przed sobą, stojącą ponownie na dwóch kopytach, gotową do zmiażdżenia mu czaszki, gdy nagle Louis pojawił się przed nim i zanim Zayn mógł zawołać jego imię, Louis przeleciał nad nim u padł z głośnym hukiem.
XXX
- Tak mi przykro Lou. Tak mi przykro… - Eleanor przytuliła mocno Louisa, przyciskając usta do jego czoła, powtarzając w kółko te same słowa.
- El, dalej. To tylko kilka zadrapań. Zero powodów do zmartwień. – Louis pochylił się i pocałował ją w policzek, trzymając rękę na jej talii, podczas gdy druga ręka ocierała łzy na jej policzkach. Zayn nie mógł na to patrzeć. – Nic mi nie będzie. Robi się późno. Powinnaś iść. Zobaczymy się jutro.
Z tym, Eleanor pocałowała go w czoło po raz setny i życząc jej do widzenia, także przepraszając Zayna za to co się stało. Kiedy odeszła, Zayn nie mógł znaleźć żadnego powodu, żeby zostać, czując winę z powodu stanu Jego Królewskiej Mości.
- Zayn.
Zayn odwrócił się, jego ręce drżały. – Tak, Wasza Wysokość?
Louis nie powiedział nic. Zamiast tego poklepał dłonią miejsce na swoim łóżku.
Zayn rzucił mu pytające spojrzenie, zanim podszedł bliżej, jego serce biło szybko i czuł zimny pot na karku. Usiadł obok niego, jego plecy otarły się o udo Louisa, a szatyn oparł się wezgłowie.
Żadne z nich nic nie mówił, tak jak poprzedniej nocy.
Kiedy Zayn opuścił głowę, zobaczył z bliska rany, zadrapania na jego rękach, na delikatnych rękach Louisa, duże przecięcie na czole, ustach i siniaki na ramionach.
- To nic – wyszeptał Louis, jego palce przesuwały się po zadrapaniach. – Nie martw się.
- Jak możesz mówić, że to nic? Ty dosłownie przeleciałeś nade mną, kiedy Georgia uderzyła cię, mogłeś się w coś uderzyć, twoja głowa… Możesz mieć wstrząs mózgu czy coś. Koń kopnął cię prosto w klatkę piersiową Lou. To mogło cię zabić… nie masz…
W mgnieniu oka, usta Louisa były na jego, odcinając jego słowa. – Ale nie jestem martwy Z. Jest w porządku. A poza tym, nie mogłem pozwolić na to, żeby przydarzyło się to tobie – powiedział Louis, jego twarz zarumieniła się, co było widoczne w ciemności. – Nie mogłem na to pozwolić.
Zayn odetchnął ciężko. – Ja jestem lokajem, twoim ochroniarzem. Ja jestem tym kimś kto powinien cię chronić, a nie na odwrót. – Louis nie miał pojęcia jak zmartwiony był, gdy Louis był w jego ramionach, nieprzytomny od mocnego uderzenia. – Ja jestem tym, który nie może znieść myśli o tym, że jesteś ranny.
Zayn sięgnął po jego rękę, elektryzujący dreszcz przebiegł od jego palców przez całe jego ciało. To było jakby dotykał Louisa po raz pierwszy, bojąc się, że może mu coś złamać, albo zranić go albo zrobić coś, czego nie lubił.
Kiedy jego usta dotknęły rany, ręka Louisa zadrżała, ale nie wyrwał jej. I jeden po drugim, Zayn całował każdą ranę, każe zadrapanie – Kocham cię Lou. Jego głowa śpiewała to przy każdym muśnięciu. Pragnął powiedzieć ot głośno, a Louis miałby pojęcie jak raniło go coś takiego jak to, bycie w tej sytuacji z nim.
Tym razem Zayn przywarł ustami do ust Louisa, całując go, dopóki ciężko było im oddychać. Całował go, coraz głębiej, dopóki Louis nie pociągnął go na materac przyciskając go.
- Zayn… - wyszeptał Louis, jego ręce rozpinały guziki jego płaszcza, ściągając go w dół jego ramion. Zayn zdjął płaszcz, przyciskając swoje ciało do Louisa, gdy jego ręce wędrowały pod jego koszulą.
- Nie, nie musisz niczego mówić… - Pozwól mi ocenić to Lou. Tylko ten jeden raz, Zayn chciał, żeby tylko ten jeden raz był inny od reszty. Jeśli to nic dla niego nie znaczy, nie musi tego mówić. Tylko tej nocy, proszę udawaj, że czujesz się w ten sam sposób co ja.
Louis uniósł trochę swoje ciało, pozwalając Zaynowi zdjąć materiał z jego ramion. Louis przyciągnął go z powrotem, ich usta spotkały się ponownie. Przyciągnął ich ciała bliżej, dopóki ich klatki piersiowe nie spotkały się, co wysyłało piekące ciepło Zaynowi. Louis jęknął, gdy Zayn rozłączył ich usta, teraz przyciskając je do jego czoła, w miejscu w którym były usta Eleanor.
- Mój… -szepnął, a w odpowiedzi palce Louisa chwyciły mocniej jego talię. Poruszył się w dół, całując jego powieki, nos, policzki, szczękę, aż do jego szyi, obojczyka i piersi. Zayn dmuchnął na brzuch Louisa, co sprawiło, że starszy chłopak wygiął się w łuk, a jego ręka upadła na pościel.
Zayn zdjął swoje spodnie, w tym samym czasie jak Louis. To było ciche, a wszystko co robili było powolne i proste, biorąc pod uwagę tamten czas. Prawdopodobnie dlatego, że Zayn myślał, że to ostatni raz kiedy to robią.
Przeciągnął palcem po ustach Louisa, jego oczy wędrowały za Louisem, nawet za najmniejszymi działaniami, widział jak się rozszerzały, poszerzały i zamykały – małe rzeczy, których Zayn nigdy nie wspominał Louisowi, znał je prawie na pamięć. Louis wziął duży haust powietrza, kiedy przesunął palcami po jego ramieniu, podczas gdy Louis przytulił go, pchając swój tyłek w dół.
Zayn poruszył palcami, zwijając je trochę i uważnie obserwując reakcję Louisa. Chłopak wił się pod nim, jęczał, jego głos krzyczał jego imię, Czuł ciężki oddech pod sobą, sposób w który Louis przyciągał go bliżej, sprawiało, że miał tarcie od tego dotyku.
Zayn dołożył kolejny palec i tym razem, chwyt Louis na nim zaostrzył się, zostawiając rysy na jego skórze, zaczął wykręcać swoje ciało, zamykając oczy.
- Otwórz je – powiedział Zayn, opierając głowę na czole Louisa. – Chcę, żebyś to pamiętał. – Był moment zmieszania w oczach Louisa, ale Zayn nie powiedział nic więcej. Jeśli to była kara którą miał dać Louisowi, to było to.
Chciał żeby Louis zapamiętał go. Że nawet po tym, nawet kiedy odejdzie i nawet kiedy znajdzie kogoś lepszego, będzie widział nic tylko jego. Będzie wryty w jego umysł, będzie myślał o nim przez cały czas, tak jak Zayn zawsze będzie.
- Zayn proszę… - powiedział Louis, przygryzając swoją brodę. – Musisz…
- Tak… - Zayn kiwnął głową, wysuwając swoje palce. Louis szybko skrzyżował nogi wokół jego talii, błagając go. Zayn powoli nacisnął swoim członkiem na jego wejście, zatapiając się głębiej. To było gorące, ale było dobre – ten rodzaj ciepła, który był jedynie dobry, gdy był wymieniany z kimś.
Zayn zaczął się poruszać, wsuwając i wysuwając się, tak cierpliwie jak tylko mógł. Ale Louis zaczął naciskać tyłkiem w rytm jego pchnięć, a to stawało się nie do zniesienia, aż Zayn krążył, ich biodra się zderzyły, naciskając i pchając, dopóki ich oddechy zmieniły się w nic innego ale w obdarte i rozpaczliwe łapanie powietrza.
- Zayn… Dochodzę, jestem blisko… - Louis przyciągnął swoje ciało bliżej do jego, prawie tak, jakby Zayn niósł go, więc chłopak trzymał go, jego rękę wokół jego talii, a drugą ręką stymulował członka Lou, dopóki ten nie dochodził, krzycząc jego imię. Ciepło wokół jego członka wzmożyło się, gryząc skórę między jego obojczykiem i szyją, Zayn doszedł.
Zayn pocałował go ponownie, wyjmując członka, kiedy ramiona Louisa zablokowały go. – Zostań.
Uśmiechnął się na krzywiznę ust Louisa. – Dziękuje.
XXX
Zayn pochylił się i pocałował czoło Louisa, poprawiając mu kołdrę. – Dobranoc Lou. – Przejechał palcami po policzku Louisa, zanim pocałował go delikatnie w usta.
Zayn rozejrzał się po pokoju. Więc to jest to uczucie, gdy odchodzisz. Starasz się zapamiętać wszystko, każdy szczegół i każdy moment, która będzie z tobą, gdy odejdziesz.
Sięgnął do klamki i spojrzał ostatni raz, szepcąc w powietrzu: - Kocham cię. – Ale nie mogę zostać. Nie mogę zostać z tobą w ten sposób. Muszę odejść. Przepraszam.
Gdy drzwi nareszcie się zamknęły, Zayn poczuł, jakby cały świat legł w gruzach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz