czwartek, 27 lutego 2014

*9 Dzisiejszy dzień był słoneczny. Na niebie błąkało się tylko kilka pierzastych chmurek, które nie mogły przynieść nawet kropelki deszczu. Niebo było niezwykle błękitne i gdy Liam na nie spojrzał pomyślał, że jest trochę jak oczy Nialla. Gdy tylko zdał sobie stawę, ze swoich myśli, od razu wyrzucił je z głowy.


Wziął swój wiosenny, szary płaszcz i zarzucił na ramiona. Z szafki zgarną świstek papieru oraz granatową smycz. Jego pies od razu znalazł się przy drzwiach, skrobiąc po nich i skomląc. Dobrze wiedział, że smycz oznaczała długi spacer poza zamek. A Loki strasznie to uwielbiał.

Liam zaśmiał się przyjaźnie, a gdy napotkał niebieskie oczy swojego psa, pokręcił tylko głową i kucnął zapinając smycz na obroży.

- Później ci ją odepnę – zapewnił psa, drapiąc go za uchem. – Obiecuję.

Haskie zaszczekał, a on wyprostował się, nacisnął klamkę drzwi i wyszli na korytarz. Skierowali się do pokoju blondyna, a gdy zapukał odpowiedziała mu cisza. Zajrzał więc do środka, ale pomieszczenie okazało się puste. Zamrugał zaskoczony i spojrzał na swój zegarek, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie spieszy.

- No proszę. Dziś postanowił być punktualny – mruknął do siebie pod nosem i ruszył wraz z Lokim przy nodze do głównego hallu. Wyszli na dziedziniec i skierowali się na błonia, gdzie już zebrała się grupka związanych z naturą. Liam z oddali dostrzegł nauczyciela człapiącego między nimi. Rozpoznał też Nialla w swojej czarnej bluzie, przestępującego z nogi na nogę. Najwyraźniej denerwował się dzisiejszym treningiem. Nie dziwił mu się. Po tym co przeszedł tydzień temu.

- Ah. Jest i pan Payne – zawołał pan Reynolds, a wszystkiego głowy odwróciły się w jego stronę. – Wie pan, że nie wolno przyprowadzać zwierząt na trening? – zapytał mężczyzna i zlustrował go swoimi małymi oczkami. – I to chyba nie najodpowiedniejszy strój do ćwiczeń?

- Ale odpowiedni na wyprowadzenie psa na spacer – stwierdził Liam i podał mężczyźnie kartę, który wziął ją od niego. Sięgnął do kieszeni po okulary i zaczął studiować wiadomość. Gdy spostrzegł parafkę Simona na końcu, podniósł wzrok na szatyna, który wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu.

- Panie Horan – zaczął nauczyciel, mu kartkę – jest pan zwolniony z dzisiejszych zajęć. Proszę iść z Panem Paynem.

Szatyn wziął kartkę od mężczyzny i odwrócił się na pięcie. Loki, który grzecznie siedział przy jego nodze, podniósł się i podreptał przy nodze swojego pana. Li puścił oczko do zaskoczonego blondyna i wyciągnął do niego dłoń, którą zacisnął lekko na jego ramieniu, by pociągnąć go ze sobą.

- Ale jak to zwolniony z zajęć? – zapytał, gdy znaleźli się na dziedzińcu i skierowali się do miasta.

- Myślałem, że się ucieszysz? – odpowiedział pytaniem na pytanie starszy mężczyzna. – Biorąc pod uwagę, to jak zdenerwowany byłeś, gdy tam szedłem.

- Nie no, cieszę się – przyznał blondyn. – Ale dlaczego zostałem zwolniony? I kto wydał na to zgodę?

- Simon oczywiście – oznajmił brązowooki, spoglądając na niego, gdy wyszli przez bramę miasta i ruszyli w las. – A zwolnił cię, bo… On widzi w tobie kogoś więcej niż zwykłego Pure-Blood. Powiedzmy… Przywódcę. Kogoś w rodzaju wybrańca.

- Ja, przywódcą? – zdziwił się Niall, gdy weszli na południową ścieżkę, a szatyn odpiął smycz swojemu psu. – Niby czego?

- Tego idziemy się dowiedzieć – oświadczył, prostując się i patrząc jak Loki biegnie przed siebie wyraźnie szczęśliwy, że w końcu może się wyszaleć. Payne przewiesił sobie smycz przez kark i powoli ruszył ścieżką. Zatrzymał się jednak po chwili i spojrzał na Irlandczyka wciąż stojącego w miejscu. Był wyraźnie przestraszony, że ma dowodzić czemuś o czym nawet on sam nie ma pojęcia. Wrócił więc do niego i przebiegł palcami przez jego złote kosmyki.

- Nie bój się. Cokolwiek się stanie będę przy tobie – zapewnił go i pogładził kciukiem po policzku.

- Obiecujesz? – zapytał niepewnie Horan, a on posłał mu ciepły uśmiech.

- Obiecuję – przytaknął i objął go ramieniem. – Nie ważne co będzie się działo, stanę za tobą murem.

Niall uśmiechnął się blado i zacisnął palce na jego płaszczu. Liam pogładził go po ramieniu i nie wypuszczając go powoli ruszyli ścieżką. Co jakiś czas dochodziło ich radosne szczekanie Lokiego. On natomiast pogrążył się w rozmyślaniach.

Nie dziwił się młodszemu. Był tu zaledwie dwa tygodnie, a nagle na jego głowę zwaliło się tak wiele rzeczy. Umiejętność władania jakąkolwiek magią, demony czyhające na jego życie, a teraz wiadomość, że ma stanąć na czele czegoś. Też by był przestraszony na jego miejscu. I nie dziwił mu się ani trochę. Dlatego postanowił go wspierać, a pierwszym krokiem będzie sprowadzenie tutaj tej dziewczyny ze zdjęcia. Demi. Już kilka razy rozmawiał z Simonem, ale na marne. Dziś zrobi kolejne podejście. Jak tylko dowie się co się dzieje w Świątyni.

- Gdzie my właściwie idziemy? – pytanie Nialla wyrwało go z rozmyślań, a gdy odwrócił głowę, napotkał duże niebieskie oczy wpatrzone prosto w niego z nieukrywaną ciekawością.

- Pamiętasz jak mówiłem ci o wyznacznikach granic Violet Hill? – odpowiedział pytaniem na pytanie, a Irlandczyk przytakną w odpowiedzi. – Idziemy w jedno z tych miejsc. Na granicę.

- Po co? – dopytywał się blondyn. Już chciał odpowiedzieć, kiedy dostrzegł Lokiego idącego w jego stronę z podkulonym ogonem i skomlącego cicho. Zdał sobie sprawę, że w Świątyni muszą się dziać naprawdę nieprzyjemne rzeczy, skoro jego pies je wyczuł już pół kilometra przed łukiem.

- No chodź tu do mnie – przykucną, a pies podszedł. Przytulił go do siebie i pogłaskał po głowie, spoglądając na łuk ozdobiony sznurkiem ze wstążkami. – Jest jeszcze gorzej niż myślałem.

- Co masz na myśli? – spytał Horan, spoglądając przed siebie. – I co to za miejsce?

- Biegałem tu w poniedziałek i postanowiłem zajrzeć do Świątyni – wyznał głaszcząc uspokajająco psa po grzbiecie. – Duchy były niespokojne, więc poinformowałem o tym Simona. Ale dziś są jeszcze bardziej zaniepokojone. Spójrz na Lokiego. Cały się trzęsie. A jesteśmy pół kilometra od Świątyni.

- Ale przecież mówiłeś, że nie wolno do niej wchodzić – zawołał oburzony mężczyzna.

- Tak, wiem co mówiłem. Ale to dotyczy uczniów, którzy zapuścili by się tutaj – odparł, podnosząc się na równe nogi, za którymi skrył się pies. – My czasami do niej wchodzimy by sprawdzić czy duchy czym się niepokoją. Na nas one nie zadziałają tak jak na was. Na ciebie.

- To Świątynia Druidów – oświeciło Nialla. – Ja jestem ich potomkiem, więc teoretycznie…

- …duchy w niej zaklęte mogą się z tobą skontaktować – dokończył za niego i położył mu dłonie na ramionach, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. – Simon chcę byś tam wszedł i dowiedział się, czemu są tak bardzo niespokojne. Nie dotykaj niczego, gdy już do niej wejdziesz. Nawet wstążki, czy kamienia. Chyba, że one tego od ciebie zażądają. To bardzo stare duchy, więc wysłuchaj ich uważnie i zapamiętaj wszystko co ci przekażą. Będziesz to musiał powtórzyć Simonowi. Zrozumiałeś?

- Tak – szepnął wystraszony blondyn.

- Nie bój się – pocieszył go, znów gładząc po policzku. – Nie masz czego. Mogą cię wystraszyć, ale nie zrobią ci krzywdy. Zaczekam tu na ciebie. A teraz idź.

Potargał jego jasną grzywkę i pogładził go po plechach, kiedy niepewnie ruszył w stronę łuku, przyozdobionego sznurkiem z kolorowymi wstążkami. Chciał jeszcze za nim krzyknąć aby przypomnieć mu, by niczego nie dotykał. Uznał to jednak za zbędne i odprowadził go swoimi sarnimi oczyma.

2.

Irlandczyk zagryzł dolną wargę niemal do krwi i wsunął dłonie do kieszeni, tak na wszelki wypadek, gdyby korciło go dotknięcie czegokolwiek. Z jednej strony był tym wszystkim zaciekawiony i podekscytowany, ale z drugiej zwyczajnie się bał. Zaledwie dwa tygodnie po przyjeździe został rzucony na głęboką wodę, postawiony przed faktami, których nikt tak naprawdę nie był pewny.

Biorąc spokojne, głębokie oddechy, stanął przed łukiem i uniósł głowę, pospiesznie omiatając go niepewnym spojrzeniem. W myślach zaczynał malować najczarniejsze scenariusze, jednak szybko przywołał się do porządku. Liam zapewnił go, że nie stanie mu się krzywda, więc postanowił mu zaufać. I tak nie miał większego wyboru, skoro dał się przyprowadzić na samą granicę.

- Miejmy to za sobą – powiedział zduszonym głosem, zaciskając mocno dłonie i wbijając paznokcie w swoją jasną skórę. Tylko to broniło go przed utratą resztek opanowania. – No dalej, Niall… Dasz sobie radę – dodał cicho, próbując zmusić się do wykonania pierwszego kroku.

Zebrawszy w sobie całą odwagę, blondyn wysunął dłonie z kieszeni i opuścił je wzdłuż ciała, a potem przeszedł przez łuk. Gdy tylko znalazł się w świątyni, poczuł przenikliwe zimno oraz ruch powietrza wokół siebie, chociaż dzień był bezwietrzny. Wciąż wystraszony, zacisnął powieki z całej siły i wszedł dalej, nie wykonując gwałtownych ruchów. Na plecach czuł spojrzenie swojego opiekuna, ale szybko zepchnął to w głąb swojej świadomości.

- Dasz radę – głos blondyna uwiązł w jego gardle, kiedy powoli otworzył oczy, usiłując opanować drżenie swojego ciała.

Mężczyzna przesunął spojrzeniem po tym, co widział dookoła siebie i uspokoił się nieco, kiedy nie dostrzegł niczego niepokojącego. Jednakże czuł czyjąś obecność. I na pewno nie była to jedna istota. Było ich wiele, kłębiących się w granicach świątyni, niespokojnych, żądnych uwagi ze strony drobnego blondyna.

Uspokojony na tyle, by myśleć trzeźwo, niebieskooki rozluźnił spięte mięśnie i wyciszył rozkołatane myśli. Rytm jego serca przeszedł z niespokojnego łopotania w równomierne, powolne uderzenia. Wówczas, kiedy przestał słyszeć w uszach szum płynącej krwi, mógł wsłuchać się w nerwowe szepty. Duchy świątyni były wyraźnie poruszone jego obecnością, próbowały zwrócić na siebie uwagę.

- Niebezpieczeństwo… Strach… Zło… – kolejne słowa mieszały się ze sobą, wprawiając Horana w zdezorientowanie.

- Przestańcie! – pisnął blondyn, osuwając się na kolana z powodu zbyt wielu bodźców, docierających do jego zmysłów, wyczulonych bardziej niż zwykle. – Powoli, błagam, powoli – wydyszał, opierając dłonie na trawie o kolorze wyblakłej zieleni. – I p-po kolei – poprosił, próbując poskromić strach palący w piersi.

Dusze zaszemrały wzburzone, ale o dziwo umilkły, pozwalając mężczyźnie na przyzwyczajenie się. Dopiero po kilku minutach, ciągnących się w nieskończoność, rozpoczęły się wyjaśnienia, chaotyczne, ale dające się zrozumieć bez większego problemu.

- Granice… Niebezpieczeństwo – ponure szepty jednego z duchów dotarły do uszu blondyna, a pozostałe zaszumiały na potwierdzenie. – Zło… Mrok… Siła… – mruczenie zaczęło stopniowo cichnąć, a Horan podniósł się z trawy na drżące nogi, strzepując z dłoni grudki czarnej ziemi.

- Więc twierdzicie, że Mrok rośnie w siłę? – upewnił się, ściskając ciemne rękawy bluzy w swoich szczupłych palcach. – I my m-musimy coś z tym zrobić, tak? – zapytał, na powrót wsłuchując się w mamrotanie, które tylko potwierdziło jego obawy. – Ale ja nie… – zaczął cichym głosem, jednak natychmiast zaatakowały go zdenerwowane głosy, głośniejsze od poprzednich. – Przepraszam – jęknął i cofnął się o kilka kroków, przez co upadł boleśnie. – C-coś z tym zrobię. Obiecuję.

Zamieszanie uspokoiło się częściowo, a dusze ustąpiły, stopniowo tworząc więcej przestrzeni dookoła mężczyzny. Ten po raz drugi poniósł się z twardego podłoża i opuścił ramiona wzdłuż tłowia, usiłując się wyciszyć. Nie było to łatwe, zważywszy na krążące wokół niego duchy, które co kilka chwil zacieśniały krąg dookoła niego.

- Czy to wszystko? – odruchowo ściszył głos, rzucając spojrzenie za siebie, gdzie dostrzegł zaniepokojonego Liama. – Wrócę… sam – dodał, mając nadzieję, że opiekun nie jest w stanie go usłyszeć.

- Ponad charakter… Patrzeć ponad charakter – powiedziała wyraźnie i zrozumiale jedna z dusz, którą blondyn czuł dokładnie na przeciwko siebie. – Serce ważniejsze. Patrzeć ponad charakter – powtórzyła, zanim zanurzyła się z powrotem w nieprzeniknione zbiorowisko, bezustannie mieszające się i kłębiące.

Niebieskooki otworzył usta z zaskoczenia i ponownie spojrzał za siebie, kiedy zrozumiał, że mowa była o Liamie. Skąd istoty mogły wiedzieć co kryje się w głębi starszego mężczyzny. Chciał o to zapytać, ale uznał, że one po prostu wiedzą, więc zostawił to bez komentarza. Wiedziony niejasnym przeczuciem, skłonił się i wycofał w kierunku łuku. Na szczęście udało mu się opuścić świątynię bez wzbudzania niezadowolenia.

Dziwnie spokojny, Irlandczyk stanął przed brązowookim i posłał mu słaby uśmiech, po czym pokręcił głową, kiedy tamten otworzył usta, żeby zapytać co się wydarzyło. Niall nie był gotowy, żeby opowiedzieć o wszystkim, ponieważ musiał sobie wszystko poukładać. A czuł, że rozmowa z kimkolwiek mu tego nie ułatwi, bo będzie tylko czuł presję.

- Wracajmy – poprosił, wsuwając rozdygotane dłonie do kieszeni bluzy. – Sądzę, że wystarczy mi na dzisiaj wrażeń – stwierdził, usiłując się roześmiać, żeby rozładować napięcie, wiszące w powietrzu między nim a Paynem.

Szatyn zmarszczył brwi, ale pokiwał głową, zgadzając się na prośbę. Na jego twarzy malowała się troska o młodszego, którego objął opiekuńczo ramieniem i poprowadził ścieżką w stronę miasteczka. Najprawdopodobniej powinien zaprowadzić go prosto do Simona, lecz mimo wszystko postanowił tego nie robić.

Całą drogę do zamku, który wydawał się bardziej ponury niż zwykle, przebyli w milczeniu, rzucając sobie zaledwie kilka spojrzeń. Żaden z nich nie był w nastroju do rozmowy, a niepokój wiszący w powietrzu, nie ułatwiał nawet bezsensownej wymiany zdań na temat pogody.

- Chyba odpuszczę dzisiaj kolację – mruknął pod nosem blondyn, kiedy już znalazł się przy dębowych drzwiach, prowadzących do jego pokoju. – Potrzebuję być teraz sam – dodał z naciskiem, kiedy zauważył, że opiekun chce wejść do pomieszczenia razem z nim. – Do zobaczenia jutro rano – szepnął, zatrzasnął drzwi i drżącymi palcami przekręcił klucz w zamku, inicjując charakterystyczne kliknięcie.

Horan oparł czoło o zimne drzwi i zacisnął powieki, kiedy usłyszał smutne westchnięcie, wypływające z ust szatyna. W głębi duszy wiedział, że starszy nie jest zadowolony z zaistniałej sytuacji, ale nie będzie naciskał. I bardzo cieszył go taki stan rzeczy, ponieważ zyskał czas niezbędny do przetrawienia wszystkiego.

Zmęczony przeżyciami, Irlandczyk zsunął z ramion ciepłą bluzę i rzucił ją niedbale na krzesło, gdzie po chwili wylądowały kolejne części garderoby. Po zrzuceniu z nóg przemoczonych tenisówek, ruszył w kierunku łazienki, wziął szybki prysznic i nasunął czystą piżamę, a następnie położył się w łóżku. Zasnął zanim jego głowa zdążyła dotknąć miękkiej poduszki.

3.

Drzwi gabinetu Simona otworzyły się z hukiem, a do środka wszedł zły Liam. Nie. Zły to było niewłaściwe określenie. On był wściekły, a z jego sarnich tęczówek ciskały pioruny. Usta wyły zaciśnięte, a paznokcie wbiły się w dłonie tak mocno, że zostawiały na nich ślady.

Brunet podniósł wzrok wyraźnie zaskoczony tym harmidrem, a gdy spostrzegł szatyna westchnął ciężko. Młody mężczyzna podszedł do biurka i trzasnął dłońmi w blat. Oddychał ciężko i nierówno.

- Od początku wiedziałem, że to był zły pomysł! – krzyknął Payne. – Zabrałem go do tej pieprzonej Świątyni i co! Zamknął się w pokoju na klucz nie mówiąc nawet ani słowa o tym co się tam wydarzyło.

- To niedobrze. Potrzebne nam te informacje – stwierdził spokojnie Simon.

- No ja nie wytrzymam – westchnął Liam i odepchnął się. Przeszedł przez całą długość gabinetu, po czym wrócił do biurka znów opierając dłonie na blacie. – Czy ty nie rozumiesz, że jest przerażony tym wszystkim co się wokół niego dzieje? Jest tu zaledwie dwa tygodnie, a teraz jeszcze to.

- To go uspokój i dowiedz się co duchy mu powiedziały – odparł mężczyzna, a on nie wytrzymał i wymierzył mu siarczystego policzka. W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana tylko nierówny oddechem szatyna, który wciąż był wyraźnie zdenerwowany. Simon w końcu podniósł dłoń do twarzy i przejechał opuszkami palców po zaczerwienionym miejscu. Dopiero po chwili spojrzał w stanowcze, sarnie oczy.

- Znów to zrobiłem, prawda? – zapytał cicho na co Liam przytaknął. – Przepraszam.

- Teraz porozmawiamy jak wuj z siostrzeńcem, a nie szef z podwładnym – oznajmił mu, a jego twarz zaczęła łagodnie. – Niall jest u od dwóch tygodni, a rzuciłeś go na głęboką wodę. Wyznaczyłeś mu zadanie, o którym powinien dowiedzieć dużo później. Potrzebuje kogoś komu może zaufać i się zwierzyć.

- Ty masz być tą osobą – przypomniał mu Cowell.

- Tak, wiem, ale nie stanę się nią w przeciągu dwóch tygodni – odparł Payne. – Nie po tym, jak wyrwałem go z jego świata.

- Wiem do czego zmierzasz, Liam i nie zgadzam się na to – pogroził siostrzeńcowi palcem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do szafki, na której stała karafka z bursztynowym napojem.

- Ale to jedyny sposób, wuju – wyprostował szatyn, rozkładając ramiona. – Zna tę dziewczynę pięć lat. Ufa jej. Powie jej dosłownie wszystko. Pozwól mi ją tu przywieźć. Wtajemniczę ją we wszystko, powiem co wolno, a czego nie, dam odpowiednie papiery do podpisania, zamieszka w moim mieszkaniu w mieście. Tylko pozwól mi ją tu przywieźć.

Simon spojrzał na niego upijając łyk swojej whiskey i spojrzał na swojego siostrzeńca. Dopiero teraz dostrzegł jak bardzo wydoroślał oraz zmężniał. Stał przed nim młody mężczyzna, a nie przestraszony chłopiec, który przyjechał tu dziesięć lat temu. I ten mężczyzna najwyraźniej poczuł coś do jednego z przebywających tu Pure-Blood.

- Zależy ci na tym chłopaku – zauważył Simon znad szklanki, a Liam spuścił wzrok, co dało jednoznaczną odpowiedź. – Dobrze. Przywieź tu tę dziewczynę ze zdjęcia i przyjdź z nią do mnie, kiedy wrócicie. Znajdziemy jej jakieś zajęcie. I będzie musiała podpisać odpowiednie papiery. Weź ze sobą foldery dotyczące Pure-Blood i Violet Hill. Jak się ta dziewczyna nazywa.

- Demetria Devone Lovato. Mieszka przy 76 Old Oak Common Lane w Londynie – odpowiedział. – A foldery już dawno wziąłem od Perrie. Wyjadę w poniedziałek.

- Dobrze. A teraz zmykaj – rzucił Cowell, więc odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu. Za drzwiami odtańczył mały taniec szczęścia, po czym wrócił do zamku. Wspiął się po schodach, kierując do swojego pokoju. Nie było sensu zachodzenia do Nialla. Pewnie położył się spać albo zdecydował na długi prysznic.

- Liam? – usłyszał za sobą delikatny głos, więc przystaną i spojrzał przez ramię. Na końcu korytarza dostrzegł mężczyznę w czarno-czerwonym w jodełkę oraz ciemnych dżinsach. Kasztanowa grzywka opadała mu na czoło przysłaniając trochę oczy. Tańczyły w niej złote refleksy słońca padającego przez okna.

- Jesteś Liam, prawda? – zapytał ponownie, robiąc dwa kroki w jego stronę.

- Tak, to ja. A ty kim jesteś? – odparł, przyglądając się niższemu mężczyźnie, który podszedł do niego. Dopiero teraz mógł dostrzec stalowo-niebieskie tęczówki, które były dziwnie chłodne. Zaczął się domyślać, kim jest szatyn stojący przed nim.

- Jestem Louis Tomlinson – padło, a kącik ust Liama drgnął ku górze. – Moim opiekunem jest Zayn Malik. Przyjaźnicie się, prawda?

- Tak. Ale to chyba nie daje ci uprawnień do zaczepiania mnie na korytarzu – odparł lekko rozbawiony, po czym dodał. – Przepraszam. Więc, o co chodzi?

- Nie wiesz gdzie jest Zayn? – spytał niebieskooki. – Szukam go od kilku godzin, ale nie mogę znaleźć.

- Oh. To nie powiedział ci? – zdziwił się Li, a widząc zdziwione spojrzenie Tomlinsona, wznowił. – Zayn nie musi już chodzić za tobą jak cień. Twoje dwa tygodnie ochronne już się skończyły, a on jest szpiegiem ISMIO. Wyjechał na misję w te środę.

- Na misję – powtórzył wyraźnie zaskoczony szatyn. – I nie pożegnał się ze mną?

- Najwyraźniej nie chciał znów dostać szronem po oczach – stwierdził, wzruszając ramionami. Lou otworzył usta zszokowany, jednak po chwili je zamknął. Payne nachylił się, by spojrzeć prosto w jego oczy i powiedział:

- Poza tym, on nie jest zimny jak lód, który najwyraźniej zmroził ci serce. Zayn bardzo cię lubi. Nawet więcej niż bardzo.

Odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak zatrzymała go dłoń, zaciskając się na rękawie jego płaszcza. Przystanął więc i przekręcił głowę w lewo, dając mu tym samym znak, że słucha go.

- Też go lubię. Nawet więcej niż lubię. Ale nie potrafię inaczej.

- Czasem wystarczy zwykły uśmiech i buziak w policzek – odpowiedział mu i szatyn puścił jego rękaw. Na powrót więc ruszył do swojego pokoju myśląc o tym co powiedział Louisowi. Może on też powinien dać buziaka Niallowi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz