niedziela, 23 lutego 2014

12 grudnia

Patrzyłem na tą samą kartkę papieru od dobrych dziesięciu minut, a przez ten czas nie zapełniłem jej choćby jednym słowem. Żadnym. W dalszym ciągu była biała, bez żadnego niebieskiego tuszu długopisu czy zagiętego przez moją nieuwagę rogu. Nic – zwykła biała kartka papieru, w ogóle nie mająca znaczenia we wszechświecie. Kompletna pustka.

Westchnąłem, odgarniając grzywkę z czoła, i przejechałem dłonią po twarzy, zsuwając z nosa okulary. Naprawdę chciałem coś napisać, ale nie umiałem. Nie ważne jak bardzo starałbym się dobierać odpowiednie słowa czy epitety nie mogłem nic z siebie wykrztusić. Czy to nie dziwne? Przecież miałem wszystko czego potrzebowałem – kartkę, długopis, wolną chwilę, ciepłą herbatę, koc, inspirację; nawet Bu, mój kot, siedział na kanapie obok mnie i od czasu do czasu mruczał, gdy mówiłem coś pod nosem. Więc co mnie blokowało?

Przyłożyłem długopis do kartki, przygryzając wargę, gdy nakreśliłem słowo szmaragd. Poprawiłem oprawki okularów i przyjrzałem się dokładniej napisanemu przed chwilą wyrazowi. Szmaragd jego oczu. Chciałem to rozwinąć, zatrzymać się dłużej przy jego pięknych oczach, które szło dostrzec nawet z daleka, ale nagle na papierze dostrzegłem te piękne oczy patrzące na mnie wyczekująco. Jęknąłem bezradnie, zgniatając kartkę w kulkę i wrzucając ją do ognia palącego się w kominku. Niestety obawiałem się, że doskonale zdawałem sobie sprawę co jest przyczyną mojego kolejnego zaniku jakiejkolwiek weny twórczej. Moja przysłowiowa inspiracja.

Od pamiętnego zdarzenia minęły dwa dni. Dwa dni, które ciągnęły się w nieskończoność i które przepełnione były myślami o chłopaku z lokami. Co teraz robi? Czy właśnie przyjmuje zamówienie jakiegoś klienta? Czy zapisuje wszystko na kartce? Czy uśmiecha się szeroko tak jak wtedy, gdy go ujrzałem? Z tymi słodkimi dołeczkami w policzkach?

Szczerze – miałem już tego dość. Chłopak nie potrafił wyjść z mojej głowy i jedynie mnie rozpraszał. Nie potrafiłem się na niczym skupić, a już na pewno na stworzeniu wiersza. Co prawda raz napisałem dwie linijki, kontemplując nad wspaniałością jego loczków, ale kartka, na której miałem to zapisane, przepadła bez śladu. Prawdopodobnie zgubiłem ją kiedy spieszyłem się do biura redakcji, w której byłem od niedawna zatrudniony, albo wyrzuciłem do kosza z jakimiś innymi papierkami. Nie za bardzo się tym przejmowałem, bo i tak to, co tam napisałem mi się nie podobało.

Uniosłem do ust kubek z herbatą, mocząc w nim wargi i na chwilę przymykając powieki. Zaciągnąłem się głęboko jej cytrynowym zapachem i upiłem małego łyka, nie chcąc się poparzyć, bo dopiero niedawno ją zaparzyłem. Nie wiedzieć czemu ciepło przenikające przez kubek podziałało na mnie dziwnie kojąco, odsuwając zbędne myśli na dalszy plan. Odchyliłem głowę do tyłu, kreśląc opuszkiem palca kółka na ciepłej porcelanie kubka.

Przymknąłem powieki, pod którymi natychmiast zatańczył obraz chłopaka z kawiarni. Takim jak go zapamiętałem: z uśmiechem, loczkami opadającymi na czoło i tacą w ręku. To oczywiste, że o nim myślałem – w końcu posiadał zaszczytny tytuł bycia moją inspiracją – jednak zdecydowanie robiłem to zbyt często w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. To nie było normalne i naprawdę nie wiedziałem skąd wzięła się u mnie ta obsesja. Powinienem przestać o nim bez przerwy rozmyślać; ewentualnie w chwilach kiedy naprawdę byłby niezbędny do napisania czegokolwiek. Czego właściwie potrzebowałem natychmiastowo, jeżeli chciałem oddać moją pracę profesorowi na wyznaczony termin.

- Jak ci idzie?! – wykrzyknął radośnie czyjś głos nad moją głową, gwałtownie przerywając ciszę panującą w mieszkaniu i tym samym nagle wyrywając mnie z natłoku myśli. Podskoczyłem na swoim miejscu z krzykiem, wylewając na sweter i koc gorący płyn z kubka. Syknąłem, gdy przeniknął gruby materiał mojego okrycia, parząc skórę, i spojrzałem z wyrzutem na winowajcę całego tego zdarzenia.

- Dobry Boże, Niall – jęknąłem, odrzucając koc na bok, niefortunnie trafiając nim w Bu, który miauknął i zeskoczył ze swojego dotychczasowego miejsca, odwracając się do mnie swoim tyłkiem. – Mógłbyś być głośniejszy kiedy wchodzisz.

Niall tylko zaśmiał się i skoczył na kanapę, od razu się na niej wygodnie kładąc zajmując tym samym całą wolną przestrzeń. Fuknąłem na niego i ruszyłem w stronę łazienki, po drodze zdejmując sweter, który wylądował w koszu na brudy.

- Darmowy striptiz – podsumował Niall. Zgromiłem go spojrzeniem. – Nie patrz tak mnie, Lou. Sam zacząłeś się rozbierać, ja tylko korzystałem z widoków.

- No tak – westchnąłem teatralnie. – Zapomniałem, że podglądanie to według ciebie korzystanie z widoków.

Niall pokazał mi język, jak na osiemnastolatka przystało, i sięgnął po pilot, włączając telewizor. Przewróciłem oczami i wszedłem do łazienki, od razu podchodząc do lustra i sprawdzając, czy gorąca herbata nie wyrządziła jakiś szkód. Oprócz niewielkiego oparzenia po prawej stronie klatki piersiowej nic wielkiego raczej mi się nie stało i parsknąłem śmiechem na swoje zachowanie. Przecież tylko wylałem na siebie kubek z herbatą, to nic wielkiego. Westchnąłem, stwierdzając, że ostatnio zrobiłem się bardziej wyczulony na swoim punkcie, co było niedorzeczne, bo nigdy nie zwracałem większej uwagi na wygląd.

Być może chciałem wypaść jak najlepiej przed moją inspiracją.

- Daj spokój, Tommo – mruknąłem sam do siebie. – To tylko zwykły chłopak. Potrzebujesz go do napisania wiersza, a potem możesz o nim zapomnieć. Proste.

- Gadasz sam do siebie? – doszedł mnie rozbawiony głos Nialla. Warknąłem cicho, mając mu za złe, że podsłuchuje, ale on kompletnie się tym nie przejął, bo po chwili doszedł do mnie jego chichot. – Stary, z dnia na dzień coraz bardziej zaczynam się ciebie bać.

- Cicho bądź – burknąłem, wychodząc z łazienki i gasząc w niej światło. Westchnąłem i dyskretnie zakryłem nagą klatkę piersiową, nie chcąc, aby Niall oglądał mnie półnagiego. Można powiedzieć, że miałem kompleks jeżeli chodzi o pokazywanie swojego ciała. – Jestem ostatnio…

- Rozdrażniony, sfrustrowany, nieobecny, przewrażliwiony, rozkojarzony, dziwny… Mam wymieniać dalej?

Spojrzałem na niego spode łba, kręcąc głową, gdy wyszczerzył się do mnie.

- Nie, ale dziękuję, że uświadomiłeś mnie w tak bardzo istotnej rzeczy.

Chłopak puścił mi oczko i z powrotem zwrócił swój wzrok na ekran telewizora. Niall miał to do siebie, że zawsze był szczery i roześmiany (usprawiedliwiałem to tym, że był Irlandczykiem), co mogło niektórych irytować, ale nie mnie. Byliśmy współlokatorami od prawie dwóch lat, a wynajmowaliśmy niewielkie mieszkanie w kamiennicy. Czynsz nie należał do tych wysokich, dodatkowo wuj Nialla wspomagał nas finansowo. Ja także zarabiałem dość duże pieniądze pisząc artykuły do jednej z londyńskich gazet co było równoznaczne z tym, że nie mieliśmy żadnych problemów finansowych.

Szybko przeszedłem do swojej sypialni, otwierając szafę i wyciągając z niej biały podkoszulek, którym okryłem moją klatkę piersiową. Jak wspomniałem – nie lubiłem swojego ciała aczkolwiek Niall twierdził, że jest ono gorące. Nie wiedziałem czy mam wierzyć jego opinii, więc wolałem ograniczyć widoki do minimum. Najgorzej było kiedy Niall wyciągał mnie na siłownię – przebieranie się w męskiej szatni, będąc pod ostrzałem spojrzeń innych mężczyzn nadal wywoływało u mnie atak paniki i chęci schowania się do szafy.

To nie było tak, że należałem do tych nieśmiałych osób… No dobrze, może trochę, ale głównie chodziło o to, iż nie czułem się komfortowo będąc półnagim. Szczególnie po dość traumatycznych przeżyciach ze szkoły kiedy to wszyscy dowiedzieli się, że jestem homoseksualny. Mieszkałem w stosunkowo małej miejscowości, więc ta wiadomość rozniosła się w błyskawicznym tempie i po kilku dniach wytykali mnie palcami nazywając „tym pedziem” albo jeszcze gorzej. Czasami mnie bili, upokarzali, na przykład przez rozsyłanie moich zdjęć, na których przebierałem się w szatni, albo znęcali się. Ten okres czasu nie należał do najlepszych, ale koszmar zakończył się wraz z moja przeprowadzką z Doncaster do Londynu. Rozpocząłem życie z czystym rachunkiem, a o mojej orientacji mówiłem tylko tym, którym ufałem.

- Co chcesz, Bu? – mruknąłem, widząc łeb mojego kota zaglądający przez przymknięte drzwi. On tylko miauknął i wskoczył na łóżko, zaczynając się po nim turlać. – Mówisz, że też jesteś gejem? – spytałem cicho, drapiąc go za uszkiem. Zamruczał i wykonał dziwny ruch łapką. – Dzięki, stary, że mnie wspierasz.

Wziąłem głęboki oddech, pozbywając się niemiłych wspomnień z głowy oraz nie chcąc już do nich wracać. Zdecydowanie zamknąłem już ten rozdział w moim życiu i nie miałem zamiaru roztrząsać przeszłości. Wziąłem kota pod pachę i luźnym krokiem przeszedłem do salonu, zastając Nialla w bardzo dziwnej pozycji przed telewizorem, na którym przewijały się obrazy jakiegoś meczu.

- A tak odkładając na bok temat twoich spraw emocjonalnych – zaczął chłopak podczas kiedy siadałem na pufie zaraz obok kanapy. Przewróciłem oczami na jego słowa, ale on kontynuował: - znalazłem w końcu pracę.

Naprawdę ucieszyłem się z tej wiadomości. Biedny Niall od miesiąca szukał pracy, ale do żadnej nie chcieli go przyjąć, twierdząc, że nie jest kompetentny, co dla mnie było wręcz głupie, ponieważ blondyn należał do bardzo inteligentnych osób.

Uśmiechnąłem się do niego szeroko, chcąc pokazać mu swoją radość. Bu chyba także spodobała się ta nowina, bo w mgnieniu oka przeskoczył z moich kolan na kanapę, niecierpliwie łasząc się do Nialla, aby zdobyć choć odrobinę jego uwagi.

- To wspaniale, Niall – powiedziałem, chichocząc, gdy chłopak zmarszczył nos, ponieważ Bu wsadził mu tam ogon. – Gdzie pracujesz?

- W takiej jednej kawiarence niedaleko mojej szkoły – odparł przyjaciel, przeczesując palcami swoje farbowane blond włosy i zrucając Bu z kanapy, na co kot fuknął, odwrócił się od nas i, kręcąc tyłkiem, opuścił salon. – Razem z kolegą – dodał, odprowadzając Bu spojrzeniem. – Wiesz, stwierdziliśmy, że lepiej nam będzie we dwójkę. Wprawdzie nie płacą za dużo, ale wystarczy, żebym mógł połowę dołożyć do czynszu. Mam wyrzuty sumienia, że wujek płaci większość – mruknął. – Możesz też wpaść tam czasami po wykładach – zaproponował.

- Z chęcią – odpowiedziałem, układając się wygodniej na pufie, krzyżując nogi w kostkach i kładąc ręce na brzuchu.

Na tym nasza rozmowa się skończyła, bo Niall znów całą swoją uwagę skupił na meczu. Ja natomiast odchyliłem głowę do tyłu, przymykając oczy. Od razu niewyraźnie kontury zaczęły nabierać kształtów i ostrości, skupiając się na detalach jakimi były kręcone ciemne włosy oraz piękne szmaragdowe oczy. Rozkoszowałem się tą chwilą, pragnąc, aby chłopak nagle znalazł się przy mnie, położył głowę na moich kolanach i opowiedział o sobie. Możliwe, że niektórzy parskną ironicznym śmiechem, ale taka była prawda. Niestety byłem zbyt nieśmiały, aby pójść jeszcze raz do tej kawiarni i pogadać z nim. Chryste, ja nawet nie znałem jego imienia. Czasami miałem ochotę jakoś przełamać tą dziwną blokadę do ludzi, którą na nieszczęście miałem, i zagadać do kogokolwiek.

Nagle na stoliczku zabrzęczał telefon Nialla, ale blondyn nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, zbyt pochłonięty meczem. Wyciągnąłem rękę, ale chłopak siedział za daleko, żebym go szturchnął, więc zdjąłem z nogi mojego kapcia (wcale nie noszę kapci, było mi zimno, więc je ubrałem) i rzuciłem nim w Irlandczyka. Wydał z siebie głośny pisk i spojrzał na mnie w wyrzutem. Skinąłem tylko głową w stronę brzęczącego telefonu, powracając do mojej poprzedniej pozycji.

- Tak? – burknął Niall do aparatu, rozmasowując ramię, w które go trafiłem. – Och, dobry wieczór, panie Cox – wymamrotał, przygryzając wargę. – Tak, przyjdę jutro… Umm, lekcje kończę o wpół do trzeciej… Dobrze…

Wyłączyłem się stwierdzając, że ta rozmowa to nic ciekawego. Zawsze lubiłem przysłuchiwać się Niallowi kiedy prowadził konwersację przez telefon, bo wręcz ubóstwiałem dźwięk jego głosu ze słodkim irlandzkim akcentem, ale prawdopodobnie dzisiaj nie miałem do tego głowy, którą z resztą i tak wypełniał już zielonooki chłopak. Byłem naprawdę żałosny – nie wiedziałem o nim kompletnie nic, a potrafiłem o nim myśleć godzinami, zachwycając się każdym zapamiętanym przeze mnie szczegółem. Żadne słowa nie potrafiły określić tego jak bardzo chciałem ponownie z nim się spotkać i szczerze porozmawiać przy kubku gorącej czekolady i cichej muzyce ulubionego zespołu.

- Loooooouis! – krzyknął Niall, a jego twarz nagle znalazła się kilka centymetrów od mojej. Uniosłem wzrok, napotykając jego rozbawione i czułe spojrzenie. Warto także podkreślić, że Niall był właścicielem najbardziej pasjonujących niebieskich oczu w jakie kiedykolwiek było dane mi się wpatrywać. – Mówię do ciebie od pięciu minut, ale ty najwyraźniej byłeś w innym świecie – zachichotał, siadając okrakiem na moich kolanach. Jednym z naszych dziwactw było siadanie sobie na kolanach, gdy chciało się porozmawiać albo po prostu poprzytulać, żeby poczuć się lepiej, więc przygarnąłem Nialla w swoje ramiona, kreśląc kółka na jego plecach. Blondyn wtulił się w moje ramię, wzdychając.

Uwielbiałem te wszystkie nasze wspólne chwile. Ten czas kiedy Niall przytulał mnie albo ja jego. Mówiliśmy sobie praktycznie wszystko, między nami nie było żadnych sekretów. Dodatkowo Niall był jednym z najlepszych przytulaczy jaki kiedykolwiek chodził po ziemi, a ja zawsze to wykorzystywałem.

- Od dwóch dni jesteś taki nieobecny – wymamrotał po chwili, bawiąc się łańcuszkiem zawieszonym na mojej szyi. – Ostatnio nawet zapomniałeś odebrać mnie ze szkoły i musiałem wracać na piechotę. Co jest z tobą, Tommo?

No tak. O jednej rzeczy nie wiedział. Westchnąłem, nerwowo ciągnąc za koniec jego koszulki, próbując jakoś uspokoić moje szalejące w tamtej chwili myśli. Nigdy nie mieliśmy z Niallem żadnych sekretów, zawsze mówiliśmy co nam leży na duszy, ale teraz miałem dziwne wrażenie, że wyśmieje mnie, jak tylko powiem, że powodem mojego zachowania jest pewien chłopak nie mający pojęcia o moim istnieniu.

- Ja… - zacząłem, wzdychając – ja znalazłem inspirację… I wiesz… chciałem jakoś napisać ten wiersz, ale… no, ale nie umiem, bo on nawet mnie nie zna… I ja też go nie znam… w sensie jego imienia.. i… wiesz, uh…

- Lou – przerwał mój nieudolny wywód Niall, podciągając się na rękach, które po chwili usadowił po obu stronach mojej twarzy, uśmiechając się do mnie. – Jesteś słodki kiedy się jąkasz, wiesz o tym? – spytał retorycznie, składając mokrego buziaka na moich ustach. Niektórzy mogliby stwierdzić, że to obrzydliwe, ale dla nas spontaniczne całusy były normą na porządku dziennym i mogłem to nazwać naszym małym nawykiem. – I uda ci się napisać ten wiersz, Tomlinson – powiedział, klepiąc mnie po policzku. – Wierzę w ciebie.

Westchnąłem i strąciłem nosem jego szczękę, domagając się tym samym jakichkolwiek pieszczot z jego strony. Zachichotał i wplótł w moje włosy szczupłe palce, zaczynając mnie delikatnie drapać. Zamruczałem z aprobatą, a na moich ustach zagościł leniwy uśmieszek. Uwielbiałem kiedy mi tak robił, a on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Między nami była naprawdę dziwna więź, mylnie przez niektórych określana mianem miłości. Dobrze wiedzieliśmy, że to nie jest to i śmialiśmy się czasami, gdy mówi, że tworzymy dobraną parę. Owszem, tworzyliśmy, ale parę najlepszych przyjaciół. Kochałem go bardziej jako brata niż partnera. Nie potrafiłem nawet określić słowami tego uczucia pomiędzy mną a nim, ale wiedziałem, że jest jedna z tym przyjaźni, które przetrwają wszytsko

- Jestem głodny – powiedział Niall po chwili, unosząc swoją głowę z mojego ramienia i zaprzestając miziania mnie po głowie. Spiorunowałem go spojrzeniem chcąc, aby powrócił do przerwanej czynności, ale on powoli zwlókł się z mojego ciała, przeciągając się. – Chodź, pójdziemy do marketu, żeby uzupełnić nasze zapasy w lodówce. Przy okazji przewietrzysz sobie głowę.

Jęknąłem, gdy pociągnął mnie z kanapy, zmuszając do przyjęcia pozycji pionowej. Już chciałem zasugerować, aby poszedł sam, ale gdy zobaczyłem jego błagające niebieskie spojrzenie, któremu naprawdę trudno było ulec, poczłapałem nogami do przedsionka, wsuwając na bose stopy buty. Nie lubiłem nosić skarpetek, jeżeli jesteśmy przy temacie stóp. Zakładałem je jedynie wtedy, gdy byłem chory. Miałem także jedną parę, która pomagała mi w tworzeniu, jednak i ją zakładałem okazjonalnie. Stopy powinny oddychać, a nie być uwięzione w śmierdzącym materiale przez dwadzieścia cztery godziny.

Z tą optymistyczną myślą o skarpetach wyszliśmy razem z Niallem, mówiąc Bu, że wrócimy za dziesięć minut. Niezbyt się ucieszył, że go opuszczamy, ale obiecałem mu kocimiętki w nagrodę. Nie byłem jednak pewien czy mnie zrozumiał.



Kilka minut potem staliśmy w dziale z nabiałem zastanawiając się, które mleko wybrać.

- Weźmy te co zawsze – powiedział Niall, sięgając po znane nam opakowanie. – Nie będziemy eksperymentować, Lou. Nigdy nie wiesz jakie chujostwo może ci się trafić.

Spojrzałem na niego spode łba, chcąc przypomnieć mu, że nie lubiłem przekleństw, ale on przewrócił na mnie oczami - Nie bądź taki pruderyjny, Louis.

- Nie jestem pruderyjny - fuknąłem, gdy Niall włożył dwa kartony mleka do koszyka i szybko powędrował do następnej alejki. - Po prostu to niegrzeczne! - sprostowałem, udając się za nim, w odpowiedzi słysząc jego śmiech

Sklep o tej porze świecił pustkami. Nie dziwiłem się za bardzo – panował tu wszechobecny chłód od zamrażarek i lodówek, a właściciel prawdopodobnie nigdy nie słyszał o czymś takim jak ogrzewanie. Schowałem zziębnięty nos głębiej w kurtkę i doszedłem do Nialla, który właśnie wkładał do koszyka opakowanie czekolady na gorąco i kawę.

- Skoczyłbyś po marchewki? – spytał, zerkając na mnie przez ramię, gdy pomoglem mu wybrać odpowiedni rodzaj kawy.

Skinąłem głową, zostawiając przyjaciela samego, i skierowałem się na dział z warzywami. Sięgnąłem po woreczek i podszedłem do odpowiedniego koszyka, w którym znajdowały się marchewki. Uwielbiałem je od dziecka. Mama zawsze twierdziła, że jeśli będę ich dużo jadł urosnę na wielkiego faceta. Ku mojemu rozczarowaniu te słowa nigdy się nie ziściły, a teraz mierzyłem ledwo metr siedemdziesiąt pięć centymetrów. Niall zawsze lubił żartować z mojego wzrostu, mimo, iż sam był tylko parę centymetrów wyższy.

Przygryzłem wargę, powstrzymując parsknięcie śmiechem, i wziąłem do ręki garść marchewek. Nie okazało się to zbyt dobrym pomysłem, bo połowa z nich wylądowała na ziemi, nie chcąc zmieścić się w mojej dłoni, a ja spiorunowałem je spojrzeniem, starając się nie tupnąć nogą ze złości. Schyliłem się po upuszczone warzywa i nagle usłyszałem za sobą dźwięczny śmiech, który na chwilę odebrał wszystkie moje zdolności życiowe począwszy od oddychania na biciu serca skończywszy. Po raz kolejny marchewki wypadły z moich dłoni, bynajmniej nie z tego samego powodu co za pierwszym razem, a mi nagle zrobiło się gorąco pomimo panującego w sklepie chłodu.

Ten śmiech sprawił, że nagle na usta cisnęło mi się pełno słów, które tylko czekały na to, aby je gdzieś zapisać i dać im swój upust. Ręce zaczęły mi drżeć, bałem się odwrócić do tyłu, nie będąc pewnym czy aby na pewno chcę wiedzieć do kogo ten śmiech należał. Z sercem walącym w mojej piersi odwróciłem głowę, pragnąc dowiedzieć się do kogo należał ten śmiech.

Nie wiedziałem czy czuć rozczarowanie, gdy nikogo nie zauważyłem, czy też błogie uczucie ciepła kiedy dostrzegłem znikające w oddali loki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz