niedziela, 23 lutego 2014

*A może wtedy, gdy zrozumiałem, że go kocham…?



Miłość to całkiem fajna sprawa. Budzisz się rano ze świadomością, że na tym świecie istnieje osoba, która cię kocha, która powierza ci swoje życie i serce. Jest zdolna poświęcić dla ciebie wszystko, nie ważne jakie będą tego konsekwencje. Uśmiecha się do ciebie, obejmuje, gdy tego potrzebujesz, zawsze jest przy tobie.

Podobno do zakochania wystarczy nawet niecała sekunda. Czasem może te być nawet rok, dwa bądź trzy lata, ale zawsze ten czas prowadzi do miłości. To jest niezwykłe. Znajdujesz swoją drugą połówkę, która akceptuje cię pomimo wad i zalet, a ty akceptujesz ją. Żyjecie obok siebie, oddychacie dla siebie, czujecie dla siebie. A potem… Potem jest jeszcze inna sprawa, przyjemniejszy aspekt – seks.

Och. Niezwykłe połączenie podczas którego pokazujecie sobie nawzajem jak bardzo się kochacie. Jesteście w stanie oddać miłości swoje ciało, ponieważ wiecie, że tak należy, ponieważ chcecie pokazać ile druga osoba znaczy dla ciebie.

Niesamowite. Prawda?

Uśmiechnąłem się do mojej miłości, mocniej ściskając jej palce, aby upewnić się, że naprawdę tu jest, że nie wyparuje tak nagle i zawsze będzie przy mnie.

Odwzajemniła uśmiech.



Zanim wyszliśmy z mieszkania wstawiłem jeszcze różę do wody, aby się nie wysuszyła oraz wziąłem z łazienki etui z okularami, chowając je do dość obszernej kieszeni płaszcza. Zdziwiłem się, gdy Harry ściągnął moje okrycie z wieszaka i zaoferował pomoc w jego założeniu, ale potulnie przyjąłem jego pomoc. Zarumieniłem się po koniuszki włosów i wymamrotałem podziękowania, za co zostałem hojnie obdarzony mokrym buziakiem w gorący policzek. Chryste, jeżeli jeszcze raz pocałuje mnie w policzek, a nie w usta to sam się na niego rzucę.

Uśmiechnąłem się, starając się wyrzucić tą myśl gdzieś głęboko, aby czasami jej nie ziścić, i pozwoliłem mu wziąć swoją dłoń, splatając razem nasze palce. Niewiarygodne szczęście uderzyło we mnie i rozlało się po ciele przyjemnym ciepłem. Zerknąłem na Harry’ego, przygryzając wargę kiedy odwzajemnił gest. Do diabła, chyba naprawdę byłem zakochany.

Zamknąłem za nami drzwi, dając się prowadzić Harry’emu w dół schodów. Miałem wielką chęć objęcia go ramionami i przytulenia z całej siły, aby przekonać się, że ta sytuacja naprawdę ma miejsce. Nagły impuls kazał mi zatrzymać Harry’ego w pół kroku i sprawdzić czy to nie jest sen. Mocno objąłem zaskoczonego chłopaka, wdychając z uśmiechem jego cudowny zapach, nos zatapiając w materiale szalika. Poczułem jak niepewnie odwzajemnia uścisk, pocierając dłońmi moje plecy. Automatycznie mój uśmiech się poszerzył.

- Czym sobie zasłużyłem na przytulańca na klatce schodowej? – zachichotał Harry, odgarniając z mojej twarzy zabłąkany kosmyk włosów.

Zarumieniłem się, powoli wyswobadzając go z silnego uścisku.

- Ja… Um… Musiałem – mruknąłem krótko.

- Nic się nie stało – powiedział rozbawiony, zadziornie szczypiąc mnie w nos. – Możesz to robić kiedy ci się podoba.

Próbowałem jakoś zapanować nad napływającą do policzków krwią, chowając twarz w szalik. Harry zaśmiał się ciepło i przygarnął mnie do siebie ramieniem. Z błogim uśmiechem wdychałem jego zapach, czując, że już stał się moim ulubionym. Opuściliśmy kamienicę, a Harry skierował nas w stronę miejsca gdzie stał jego samochód – stara furgonetka, która w tamtej chwili była cała w białym puchu.

- Cholera – mruknął chłopak, zaczynając zgarniać śnieg z pojazdu. Zmrużyłem oczy kiedy kilka płatków śniegu podrażniło moje oczy, krzywiąc się z powodu pieczenia. Głupie soczewki kontaktowe, kto je wymyślił?

Pomogłem Harry’emu oczyścić auto ze śniegu. Najęczał się przy tym bardziej niż Niall kiedy trzeba było uzupełnić zapasy w lodówce, ale po paru minutach samochód był już gotowy do jazdy. Położyłem dłoń na klamce, ale kiedy miałem już wsiadać obok mnie zjawił się Harry, którzy delikatnie ją trzepnął i sam otworzył mi drzwi.

- Och – mruknąłem zaskoczony, uśmiechając się nieśmiało. – Umm… Dziękuję, mógłbym sam sobie otworzyć – sprostowałem.

Harry uśmiechnął się do mnie szeroko.

- Louis, to jest randka – przypomniał mi. – Czuję się zobowiązany, aby sprawić, żebyś czuł się najwspanialszym chłopakiem na świecie.

Przybrałem kolor dorodnego buraka i szybko wgramoliłem się na siedzenie pasażera. Chciałem tylko chwili wytchnienia od tego słodkiego Harry’ego, który sprawiał każdym najdrobniejszym gestem, że kochałem go jeszcze bardziej niż przed sekundą. Westchnąłem, opierając głowę o zagłówek; Harry w tym czasie parokrotnie próbował włączyć silnik, a gdy się mu to udało od razu nastawił ogrzewanie. Zdziwiłem się, że taka stara furgonetka posiada coś takiego jak ogrzewanie, ale przemilczałem tą sprawę kiedy przyjemne ciepło zaczęło wypełniać wnętrze samochodu.

- Wybacz, że to nie jest jakieś super auto, ale… uch, nie miałem innego – wyjaśnił cicho, starając się wyjechać z miejsca parkingowego.

- Jest wspaniale – zapewniłem go.

Bo naprawdę było. Nie liczyło się dla mnie to jaki samochód ma tylko to, że jest w tej chwili ze mną, że sprawia iż kocham go coraz mocniej. Dla podkreślenia moich słów potarłem grzbiet jego dłoni, zaciśniętej na kierownicy. Dostrzegłem uśmiech na wargach chłopaka.

Udało nam się wyjechać z ośnieżonego parkingu i dostać na drogę. Patrzyłem zafascynowany przez szybę na oświetlone milionami lampek latarnie, dające niewiarygodnie świąteczną atmosferę. Dodatkowo Harry włączył radio, w którym grali kolędy, więc tym bardziej poczułem, że są święta.

Dotarliśmy do centrum Londynu. Harry znalazł wolne miejsce i zaparkował. Jeszcze nigdy nikt nie zabrał mnie na randkę do centrum (w ogóle nikt wcześniej nie zapraszał mnie na randki), więc chłonąłem każde wydarzenie i cieszyłem się nim bardziej niż dziecko, które dostało lizaka. Chłopak znów podszedł do moich drzwi, po raz kolejny otwierając je za mnie. Przygryzłem wargę, przyjmując zaoferowane ramię i wyszedłem z auta. Pech chciał, że nastąpiłem nogą na lód i pośliznąłem się, wpadając w otwarte ramiona Harry’ego. Pięknie! Brawo, Louis, ty idiotyczna łamago!

Poczułem jego oddech przy ustach, które po chwili zostały delikatnie muśnięte drugimi wargami. Trwało to zaledwie chwilę, ponieważ Harry od razu pomógł mi stanąć o własnych nogach, ale ten dotyk podziałał na mnie elektryzująco, wysyłając słodkie impulsy do całego ciała, które delikatnie zadrżało w ramionach chłopaka. Nie myśl o łóżku i Harrym, nie myśl o łóżku i Harrym. Chryste, mam kosmate myśli.

- Jesteś strasznie niezdarny – zauważył, chichocząc.

Spojrzałem na niego spode łba. Wywrócił oczami i sięgnął po moją dłoń, splatając nasze palce razem. Mimo panującego mrozu stwierdziłem, że dobrym pomysłem był brak rękawiczek, ponieważ mogłem poczuć ciepło ręki Harry’ego, który także z nich zrezygnował. Pociągnął mnie wzdłuż chodnika. Niemal zemdlałem, gdy dostrzegłem w oddali lodowisko. Nie, błagam, wszystko tylko nie to. Przystanąłem. Harry zauważył zmianę mojego nastroju i przyjrzał mi się badawczo.

- Wszystko okej? – spytał zatroskany. – Jesteś strasznie blady.

- Um… - bąknąłem, niepewnie patrząc w stronę lodowiska. – Cóż, ja… nie potrafię jeździć na łyżwach – przyznałem ze skruchą, rumieniąc się. – Nie sądzę, żeby…

- Nauczę cię! – zadeklarował Harry z zapałem, bezceremonialnie ciągnąc mnie w stronę stracenia. – To nie jest nic trudnego, naprawdę – dodał. Doszliśmy do celu, a Harry kupił dwa bilety. Czułem mdłości widząc ludzi śmigających po lodzie. Cholera, ktoś mnie może potrącić! – Jaki masz rozmiar buta? – spytał Harry, stojąc przed wypożyczalnią łyżew.

- Siódemkę – powiedziałem cicho. Nie lubiłem mówić o rozmiarze swojego buta; moje stopy były zdecydowanie zbyt małe jak na dwudziestojednoletniego mężczyznę.

Harry uśmiechnął się i wypożyczył nam obu łyżwy. Siedliśmy na ławeczce, ale ja nadal patrzyłem z zwątpieniem na lodowisko. Do diabła, wygłupię się przez Harrym, a on uzna, że jestem idiotą, nie mężczyzną, zostawi mnie i tyle z naszej historii. Dobra, Lou, nie panikuj. Pokaż, że masz jaja.

Cóż, mógłbym pokazać w inny sposób… Stop! Boże, co się stało z moją pruderyjnością? Nie zauważyłem nawet, że Harry zdążył założyć swoje łyżwy i teraz klękał przede mną, rozwiązując mi buta.

- Um… Ja dam sobie… - wymamrotałem nieśmiało, patrząc jak zakłada jedną z łyżew na moją stopę.

- Louis, powtarzam ci, że to jest randka i czuję się zobowiązany…

- Wcale nie musisz – wtrąciłem.

Przewrócił oczami.

- Muszę. Poza tym: masz strasznie słodkie stópki, wiesz?

Zarumieniłem się, ukrywając twarz w szaliku, a Harry szybko założył mi drugą łyżew i pomógł wstać z ławki. Jęknąłem, nie mogąc utrzymać równowagi, jednak chłopak nie dawał za wygraną, prowadząc mnie w stronę lodowiska. Ledwo wjechałem na taflę już zdążyłem upaść na tyłek, sapiąc i warcząc pod nosem. Harry zaśmiał się, pomógł mi wstać i mocno przytrzymał talii.

- To jest łatwe, Louis – powiedział, popychając mnie, abym jechał. Zachwiałem się. – Po prostu utrzymaj równowagę.

- Łatwo ci mówić – burknąłem.

Już po paru minutach wyszło na jaw, że kompletnie nie potrafię jeździć, nawet przy pomocy Harry’ego, który co chwila chronił mnie od upadku. W efekcie całą godzinę spędziliśmy przy barierce, powoli robiąc okrążenie i rozmawiając na każdy możliwy temat; od pogody po moje studia i pracę. Uśmiech nie schodził mi z ust, bo mimo iż nie potrafiłem jeździć Harry przez cały czas trzymał mnie za dłoń. Czasem ktoś zajechał mi drogę, a wtedy Harry stawał w mojej obronie i wywracał winowajcę – próbowałem protestować, ale jako argument podał mi naszą randkę, więc milczałem, chichocząc, gdy chłopak warczał na kolejnego nieuważnego człowieka.



- Gdzie chcesz teraz pójść? – spytał Harry kiedy szliśmy wzdłuż Haymarket, oboje trochę zmęczeni po „jeździe” na łyżwach.

- Um… - wymamrotałem. – A gdzie zwykle ludzie chodzą na randkach? – zapytałem trochę nieśmiało.

Harry wzruszył ramionami.

- Nie wiem – przyznał szczerze. – Po raz pierwszy jestem na prawdziwej randce.

Zamrugałem kilkakrotnie powiekami, nie tylko przez wpadający mi do oczu śnieg. Harry także był na swojej pierwszej randce? Nie spodziewałem się tego, nie po nim, ale ta sprawa znów dała mi do myślenia, że naprawdę traktuje nas bardzo poważnie. Ścisnąłem jego dłoń, uśmiechając się.

- Na Picadilly o ósmej ma być śpiewanie kolęd – powiedziałem, odwracając się w jego kierunku. Niemalże rozpłynąłem się kiedy dostrzegłem śnieżynki w loczkach Harry’ego; przez nie wyglądał po prostu słodko. – Możemy pójść i posłuchać.

Harry przystał na moją propozycję z uśmiechem oraz nagrodził mnie soczystym buziakiem w policzek. Zarumieniłem się, znowu, ale nie było tego aż tak widać z powodu mrozu, który już wcześniej zabarwił moje policzki na różowo.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy stoisku z owocami w czekoladzie i tym razem to ja zapłaciłem. Harry wybrał sobie kiwi oblane białą czekoladą natomiast ja zdecydowałem się na banana w mlecznej. Zadowoleni doszliśmy do Picadilly, jedząc nasze owoce. Weszliśmy w tłum oczekujący na pokaz kolęd; nieśmiało ułożyłem głowę na ramieniu Harry’ego, który niemalże natychmiast objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. Mimowolnie uśmiechnąłem się na ten gest; dzisiaj dość często się uśmiechałem. I rumieniłem.



Po trzech zaśpiewanych przez chór kolęd stwierdziliśmy, że czas iść. Obydwoje nie czuliśmy już palców, pomimo ciągłego trzymania swoich dłoni, a śnieg zaczynał sypać coraz mocniej. Harry zaproponował, abyśmy wrócili do samochodu i udali do kawiarni. Przystałem na jego propozycje, pozwalając prowadzić się w kierunku gdzie chłopak zostawił samochód.

- Wyjeżdżasz gdzieś na święta? – spytał nagle Harry, kciukiem kreśląc kółeczka na mojej dłoni.

- Wyjeżdżam do Donaster – odparłem, spoglądając na niego spod grzywki. – Mama zawsze nalega, żebym ich odwiedzał, bo w Wigilię przypadają moje urodziny, a moje siostry uwielbiają dawać mi prezenty – wyjaśniłem. – I… Niall jeździ tam ze mną.

Harry zamyślił się, skupiając swój wzrok na chodniku.

- A ty? – odważyłem się zdać pytanie.

Chłopak westchnął.

- Wygląda na to, że będę musiał zostać tutaj.

- Och – wyrwało mi się. Poczułem żal, który nakazał mi natychmiast powiedzieć: - Może… może chciałbyś spędzić święta ze mną?

Przystanął. Przypatrywał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, marszcząc brwi. Zapewne analizował moje słowa; w końcu nie codziennie ktoś proponuje tobie spędzenie razem świąt. Nie chciałem wnikać w to dlaczego Harry musiałby spędzać je sam – to było jego prywatne życie i jeżeli na razie nie chciał się nim ze mną dzielić to rozumiałem. Uśmiechnąłem się szczerze do niego, chcąc zapewnić, że wcale nie żartowałem z moją propozycją.

- Mówisz na serio? – upewnił się, wznawiając nasz spacer, ponieważ przechodnie zaczęli nas popychać; w końcu staliśmy na środku zatłoczonego chodnika. – Twoja rodzina nie będzie miała nic przeciwko?

Pokręciłem głową.

- Mama uwielbia mieć gości.

Nagle zostałem porwany w silny uścisk, a następnie poczułem, że moje stopy odrywają się od podłoża. Harry okręcił nas kilka razy wokół własnej osi, a następnie przycisnął usta do mojego policzka. Cieszyłem się jego szczęściem i tym, że mogłem mu je dać; objąłem go za szyję, przytulając się do niego. Przechodnie obdarowywali nas dziwnymi spojrzeniami, ale dla mnie liczyło się tylko to, że Harry był szczęśliwy i to ja to szczęście wywołałem.

- Dziękuję, Louis – szepnął mi do ucha, ujmując moją twarz w dłonie. Przełknąłem ślinę widząc mokre stróżki na twarzy chłopaka. – Dziękuję.

To słowo zawierało tyle uczucia, że sam musiałem powstrzymać łzy. Nie przypuszczałem iż mogę sprawić Harry’emu aż tyle radości tylko poprzez zaproszenie go na święta. Prawdopodobnie zrobiłem to, bo nie potrafiłem znieść myśli o mojej miłości spędzającej święta w samotności. Nie rozumiałem jak można spędzać je samemu, nie o to przecież w nich chodzi, więc nie zawahałem się zaproponować mu wspólnie spędzonego okresu. W dodatku naprawdę chciałem, aby między nami było coś więcej niż tylko przyjaźń, coś znacznie głębszego.

- Nie dziękuj – powiedziałem, trącając nosem szczękę chłopaka. – To drobiazg.

- Drobiazg, Lou? – powtórzył, unosząc brew. – Będę mógł spędzić z tobą święta. Nie mów mi, że to drobiazg.

Odważyłem się nachylić w kierunku Harry’ego po czym złożyłem delikatny pocałunek na jego policzku, chcąc tym gestem pokazać mu ile dla mnie znaczy. W odpowiedzi otrzymałem ciepłe zielone spojrzenie oraz kolejny słodki uścisk zanim nie ruszyliśmy dalej, obydwoje szczęśliwi, uśmiechnięci i całkowicie zakochani.

Odśnieżenie samochodu zajęło nam prawie pół godziny i wypełnione było sapnięciami oraz jękami niezadowolenia. W końcu udało nam się je odkopać i ruszyliśmy w kierunku kawiarni, snując plany na tegoroczne święta. Nadal nie potrafiłem uwierzyć, że Harry zgodził się spędzić je z moją rodziną; że to ja wyszedłem z tą inicjatywą. Zależało mi na nim, nie wahałem się zaprosić go do siebie. Ba – nawet chciałem, aby spędził święta ze mną, ale bałem się jego reakcji. W końcu znamy się… nawet nie tydzień.

Tydzień. Tyle wystarczyło, abym zakochał się w chłopaku z lokami i zielonymi oczami. To on stał się moją inspiracją, chłopakiem, dla którego oszalałem z miłości. To mu oddałem swoje serce, z nim pragnąłem spędzać każdą chwilę i to z nim chciałem spędzić resztę życia. Decyzja o zaproszeniu go do siebie była całkowicie spontaniczna jednak wiedziałem jedno: w tamtej chwili kierowała mną miłość oraz troska i pragnienie opieki nad tym chłopakiem.

- Jesteśmy na miejscu, Lou – usłyszałem głos Harry’ego. Zamrugałem powiekami, rozglądając się; staliśmy na parkingu za „Mistletoe”. – Chyba, że rozmyśliłeś się i nie chcesz już tu…

- Chcę – przerwałem mu. – Lubię tu chodzić.

- Ja też.

Wysiedliśmy z auta; tym razem Harry pozwolił mi wyjść samemu, nie otwierając mi drzwi, ale za to natychmiast chwycił mnie pod ramię, ponieważ twierdził, że bardzo łatwo wywracam się na lodzie. Spaliłem buraka przypominając sobie mój upadek, przez który znalazłem się w jego ramionach, zbyt blisko ust chłopaka i zbyt blisko wyznania mu moich uczuć.

Skierowaliśmy się w stronę wejścia. Zmarszczyłem brwi kiedy zobaczyłem, że światło w środku było przyciemnione a na środku stało coś w rodzaju podwyższenia, na którym znajdował się jakiś chłopak prawdopodobnie śpiewający do mikrofonu. Przystanąłem raptownie i spojrzałem na Harry’ego.

- Uch… - sapnął, pocierając nerwowo swój kark. – Chcesz na pewno wytłumaczenia… Cóż, dzisiaj jest wieczorek poetycki i można zacytować jakiś wiersz albo zaśpiewać piosenkę do swojej dziewczyny… albo chłopaka – dodał szybko.

- Sugerujesz, że…

- Nie! – przerwał mi. – Nie chcę, żebyś recytował swój wiesz, po prostu chciałem z tobą posiedzieć i posłuchać innych – wyjaśnił szybko.

- Mógłbym go powiedzieć – mruknąłem cicho, ale nie dosłyszał tego, bo już otwierał drzwi kawiarni i gestem zaprosił mnie do środka. Przeszedłem przez próg i od razu uderzyła we mnie słodka woń ciastek oraz kawy.

Na scenie jakiś chłopak zaczął śpiewać nieznaną mi piosenkę – skrzywiłem się, ponieważ niezbyt dobrze mu to wychodziło. Nie zdążyłem ujść nawet kroku, gdy poczułem uścisk wokół talii, a następnie czyjeś ciepłe usta przysunęły się do mojego ucha.

- Możesz wybrać nam miejsce, zaraz do ciebie przyjdę, okej?

Przytaknąłem i skierowałem się w stronę wolnego stolika, niezbyt blisko sceny, ale na tyle, aby widzieć występujących. Zdjąłem płaszcz i szalik, niedbale rzucając go na oparcie, najpierw wyciągając z jego kieszeni płaskie etui z okularami. Tak na wszelki wypadek.

Chłopak na scenie nareszcie skończył piać; jakaś dziewczyna wskoczyła mu na scenę i pocałowała. Zeszli z niej bez zbytnich oklasków. Zmierzwiłem włosy, pozbywając się z nich kropelek po stopniałym śniegu i rozglądnąłem się w poszukiwaniu Harry’ego. Nie miałem pojęcia gdzie poszedł, a od czasu zniknięcia chłopaka minęło już parę minut. Zaczynałem się martwić.

Krew odpłynęła mi z twarzy, gdy z powrotem spojrzałem w stronę sceny. A ściślej – Harry’ego stojącego na tej scenie. Z gitarą i zniewalającym uśmiechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz