Louis z pewnością nie wiedział, że będę na niego czekał po zajęciach. Cóż, zwiedziłem większą część Londynu i od czasu do czasu zerkałem na jakieś tablice informacyjne o zatrudnieniu kelnera do baru, czy kawiarni. Ale ja, tak szczerze powiedziawszy, nie chciałem iść do takiej roboty. Dla mnie byłaby to kompletna udręka. O, i były małe zarobki. A jeśli już, wolałbym coś bliżej naszego mieszkania, dlatego postanowiłem poprosić Louisa o pomoc.
Zacząłem rozmyślać o mojej rozmowie z przyjacielem. Konkretniej o tym, że powiedziałem mu, że jest dla mnie ważny. Bo w głębi duszy czułem, że jest osobą w moim życiu, której nie da się zastąpić. Jednocześnie nie chciałem mówić o tym głośno. Już nawet nie bałem się, że Louis będzie czegoś oczekiwał ode mnie. Po naszych długich rozmowach zdążyłem go poznać i wiem, że jest rozsądnym człowiekiem. A rozsądny człowiek nie rzuciłby się na mnie, gdybym tylko go dotknął. Zaczynałem mieć wrażenie, że on mógłby czekać na mnie nawet całe życie. To… Trochę dziwne, bo w końcu jest chłopakiem… Ale też takie… Miłe. Naprawdę miłe. Jest na świecie osoba, która nie patrzy na to, jak wyglądam, ale na to, jaki jestem. A to się chyba powinno cenić.
Czekałem właśnie oparty o murek na końcu schodów i co chwilę zerkałem, kiedy drzwi się otwierały, z nadzieją, że to w końcu będzie Louis. A jednak za każdym razem nie był to on. Choć w pewnym momencie dostrzegłem tą dziewczynę, do której machał dzisiaj rano. Widocznie ona mnie też poznała, bo kiedy schodziła, zaczęła zerkać ku mnie, uśmiechając się przy tym zalotnie.
Oho, wyczuwam kłopoty.
- Cześć. Ty pewnie jesteś Harry, przyjaciel Louisa. - Zatrzymała się tuż przede mną, wyciągając ku mnie dłoń. – Jestem Abigail. Razem z Lou chodzimy na zajęcia i głównie to trzymamy się tutaj razem.
- Louis nic mi nie wspominał… - Przyznałem, znów zerkając w stronę drzwi. I znów to nie Louis wyszedł zza nich.
- Wy się tylko przyjaźnicie, czy… Może coś więcej? Louis jakoś małomówny był dzisiaj. Myślałyśmy z koleżankami, że może się posprzeczaliście albo coś… W końcu każdy tutaj wie, ze Louis woli chłopców.
Zerknąłem na nią automatycznie z ogromnym zdziwieniem. Nie mówcie mi, że wszystkim powiedział, że jest gejem, a mi nie chciał tego powiedzieć! Choć przynajmniej wyglądało na to, że tutaj nie traktują go tak, jak w liceum. Nic nie wspomniał o tym w liście. Ani w rozmowach.
- Sam nie wiem. – Wzruszyłem ramionami, znów zerkając w stronę drzwi.
Coś czułem, że ta dziewczynka, ta… Abagil? Coś takiego, no. Ona nie podeszła do mnie bez powodu. A te jej czekoladowe oczyska na pewno nie patrzyły na mnie jakby chciały powiedzieć „cieszę się, że Louis ma przyjaciela”, tylko „mam ochotę cię zjeść i nie interesuje mnie czy jesteście parą, czy nie”.
- Wiesz? Jesteś bardzo przystojny. Założę się, że nie jesteś stąd, inaczej dawno bym cię poznała – mówiła słodkim, cichym i kokieteryjnym głosem, coraz bardziej się do mnie zbliżając. A nie mówiłem?!
Poczułem się przez nią osaczony. Jeśli mam być szczery, zawsze bałem się nachalnych dziewczyn, a ona na taką właśnie wyglądała. Ba, nawet tak się zachowywała! Co jak co, ale to ja zawsze zdobywałem, nigdy nie byłem zdobyty i nie chciałem, by to kiedykolwiek się zmieniało.
- Mogłaś mnie widzieć z jakąś szatynką lub brunetką, wiesz? Zazwyczaj z takimi się umawiam. Lubię, kiedy dziewczyny mają jasne oczy. – Rozmarzyłem się, licząc, że dziewczyna się jakoś ode mnie odczepi.
- Wiesz, blond to tylko kolor farbowany. Naturalny mam czarny. – Uśmiechnęła się, niemal na mnie legając. Ale o jej brązowych oczach już nic nie wspomniała. Boże, proszę, gdzie jest Louis?
Spojrzałem miną zbitego psa w kierunku drzwi i dostrzegłem w nich dwudziestolatka. Nareszcie, pomyślałem. Choć jego wyraz twarzy wcale nie wyglądał przyjaźnie. Raczej gdyby wzrokiem mógł zabijać, Abugil już leżałaby martwa przede mną. Louis jest zazdrosny o mnie, oo. To takie… Fajne uczucie. Dziewczyna też zauważyła, że Louis podchodzi do nas powolnym krokiem i troszkę się odsunęła, uśmiechając do niego przesadnie słodko. Nie jak przystało na kumpelę.
- Właśnie rozmawiałam z twoim przyjacielem! Jest bardzo miły. – Posłała mi długie spojrzenie, pod którym nogi mi się ugięły. I jak ja teraz będę spokojnie czekał na Louisa pod szkołą?
Cóż, nie ukrywam, że miałem taki zamiar. Odkąd zacząłem analizować wspólnie spędzone dni, uświadomiłem sobie, że nazbyt dużo razy było mu słabo w moim towarzystwie. A co dopiero, kiedy się nie widzieliśmy! Musiałem go troszkę teraz popilnować, a jeśli nadal będzie tak źle, jak przypuszczam, pójdziemy do lekarza. A zresztą, lubiłem rozmawiać z nim o wszystkim i o niczym, także to było dla mnie tylko kolejnym powodem, by czekać na niego.
- Tak, jest bardzo miły. – Powtórzył za nią Louis, starając się unikać mojego wzroku. Oho, ktoś tu naprawdę jest zazdrosnyyy. Uśmiechnąłem się na tę myśl.
W mgnieniu oka do mojej głowy zawitał GENIALNY pomysł! Och, skromnie mówiąc, ja zawsze miałem same genialne pomysły, ale ten przebijał wszystkie. Wiem, jak pozbyć się Abagil. Tak, tak, tak! A ty, Louis, pomożesz mi w tym.
- Jest naprawdę kochany – powiedziałem pewnie, obejmując przyjaciela i przyciągając ku sobie.
Zdezorientowany Louis, pod wpływem mojego gwałtownego gestu, oparł się na moim prawym boku całym ciałem. Poczułem jego drżące dłonie, obejmujące moją talię. Tak, Louis, dokładnie tak. Widzę, że wiesz, co chodzi Harry’emu po głowię. W nagrodę pozwoliłem sobie pocałować go we włosy, żeby wszystko wyglądało jeszcze bardziej wiarygodnie.
- Co wy na to, żeby przejść się do tej kawiarni za rogiem? – zaproponowała nagle Abigul. Czułem, że Louis jej nie odmówi, za to ja mogłem. Nie interesowało mnie, czy będzie potem na mnie obrażona czy też nie.
- Nie, dziś raczej nie damy rady. Muszę się jeszcze rozpakować, bo przyleciałem dopiero wczoraj do Londynu i…
- Czyli nie jesteś stąd! – zawołała, uśmiechając się szeroko, jakby właśnie ktoś zaproponował jej milion dolarów za wykonanie jakiegoś łatwego zadania.
- Cóż… Nowy Jork a Londyn to kawał drogi i nie wyszedłbym na tym korzystnie, gdybym co jakiś czas przylatywał do mojego chłopaka, żeby tylko się z nim zobaczyć – wyjaśniłem dziewczynie.
Louis spojrzał na mnie spod swojej grzywki z niezrozumieniem. Czyli jednak nie wiedział, co zamierzałem. Ach, później ci to wyjaśnię. A czy ja już wspominałem, że te okulary niesamowicie mu pasowały? Uśmiechnąłem się do niego, całując krótko w usta. Mmmmm, słodkie! Poprawiłem jeszcze nieco jego grzywkę. Teraz wyglądał idealnie. No, to znaczy się… Ach, nieważne.
- Dlatego wprowadziłem się do niego.
- Och, naprawdę? Sądziłam, że wy nie… No wiesz, wyglądasz na kogoś, kto może mieć każdą dziewczynę – powiedziała zmieszana Abigul. Tak, o to chodziło, kotku!
Poczułem, jak Louis nieswobodnie porusza się, dlatego przytuliłem go mocniej. Ułożył głowę na moim ramieniu i wtedy dopiero poczułem się pewniej. Niech Abiligia widzi, że ma do mnie nie startować.
- Właściwie to mogę mieć – przyznałem, przybierając dość dziwną minę, na widok której Abguil uśmiechnęła się krzywo. – Ale po co mi każda dziewczyna, skoro mogę mieć kogoś tak troskliwego i kochającego, jak mój Louis?
- Przestań – wtrącił cicho dwudziestolatek, nadal unikając mojego wzroku. Ale tych rumieńców z jego policzków nawet jego włosy nie potrafiły zasłonić, ani szalik, którym się opatulił.
- Louis zawsze był skromny – powiedziała dziewczyna, zerkając w jego stronę, zaraz potem znów na mnie. – Nie mogę uwierzyć, że najwięksi przystojniacy stojący przede mną są gejami – dodała zawiedzionym tonem. Kiedy na chwilę odwróciła wzrok, Louis spojrzał na mnie niepewnie, a ja tylko kiwnąłem twierdząco głową, chcąc mu w tej sposób przekazać, że wiem, co robię. No i miałem cichą nadzieję, że załapie mój plan i podporządkuje mu się.
- My uciekamy już. Chcę jak najszybciej się rozpakować.
Zszedłem z ostatniego schodka, ciągnąc za sobą Louisa. Chyba jednak co nieco zrozumiał, bo wtulił się we mnie swobodniej, obejmując moją talię. Głowę przytulił do mojej klatki piersiowej, a na jego ustach zagościł szeroki uśmiech.
- Może innym razem pójdziemy na kawę. – Zaproponowałem po dłuższej chwili milczenia.
- Jasne, z chęcią! – powiedziała ożywiona, wciąż wlepiając we mnie maślane oczy. – Do zobaczenia!
Minęliśmy ją, kątem oka dostrzegając, że odprowadza nas wzrokiem. Chciałem jej jakoś uświadomić i pokazać, żeby trzymała się ode mnie z daleka, bo takie rozszczebiotane panny z pewnością mnie nie interesują. Choć była niezwykle ładna, jakoś wydała mi się pusta w środku. Nie zna mnie, a chce mnie mieć. Cóż… To zupełnie jak ja jeszcze niecałe pół roku temu, ale przemilczmy to.
- Louis? – szepnąłem, na co chłopak uniósł głowę.
Wykorzystałem sytuację, wciąż czując się obserwowanym przez Abaguli i pocałowałem chłopaka w usta. Nie tak „po przyjacielsku”. Pogłębiłem pocałunek, perfidnie pchając się z językiem do ust Louisa. Był on wiele krótszy niż poprzedni, ale za to stanowczy, żeby dziewczyna widziała od kogo ma się trzymać z daleka! Zastanawiało mnie szczerze, dlaczego Louis zakumplował się z taką szczebiotką? Ja bym chyba stracił głowę, kiedy miałbym spotykać ją dzień w dzień na uczelni.
*
Miałem ochotę zasadzić Harry’emu kopa w tyłek na środku ulicy! Czy do niego nie dociera, że takim zachowaniem może mnie wpędzić do grobu?! No proszę was! Przecież moje serce ledwo biło, kiedy pocałował mnie znienacka przed uczelnią. Dwa razy! Ale ten drugi pocałunek… Mamooo, słabo miii! A wiedziałem, że chciał tylko pozbyć się Abigail. Nie omieszkałem mu się wypomnieć tego, kiedy tylko zniknęliśmy za zakrętem, gdzie dziewczyna z całą pewnością nie mogła nas dostrzec. Wtedy natychmiastowo wziąłem dłoń z jego talii i odepchnąłem go w bok, piorunując wzrokiem.
- Nigdy więcej tego nie rób. – Warknąłem cicho, nawet nie starając się na niego patrzeć.
Wetknąłem dłoń w kieszeń, chcąc ją trochę ogrzać. Choć nie ukrywam, że w czasie, kiedy mogłem być tak blisko Harry’ego było mi ciepło. Wręcz gorąco. Pragnąłem jego bliskości, ale jednocześnie wiedziałem, że on jest dla mnie jedynie zakazanym owocem, którego smakiem nie mogę rozkoszować się w pełni. I nigdy nie będzie czuł do mnie tego, co ja czuję do niego. A na inne układy się nie piszę.
- No co? Przecież wiem, że ci się podobało – mruknął pod nosem, co troszkę mnie zdenerwowało. Choć to była prawda.
- Nie bądź tego taki pewien – odparłem z przekąsem, kątem oka dostrzegając, że się uśmiecha.
- Ale dla twojej wiadomości, chciałem tylko odpędzić tę dziewczynę. Nie lubię takich pewnych siebie lasek.
- A ja nie lubię, jak ktoś wykorzystuje mnie do własnych celów bez mojej zgody. – Zmarszczyłem brwi, patrząc na niego. Wtedy jego rozbawienie gdzieś zniknęło.
- Odpuść już sobie, dobrze? Pocałowałem cię, okay. Nie zrobiłem ci tym krzywdy. Nie zgwałciłem cię na środku ulicy. Także nie rozumiem, co w ciebie wstąpiło.
- I nigdy nie zrozumiesz! – Uniosłem się, choć wcale tego nie planowałem. No, pięknie. Nie dość, że przy nim staję się coraz bardziej bezradny, jeśli chodzi o samokontrolę, to jeszcze stałem się nad to nerwowy.
- Wiesz co? Nie mam ochoty z tobą gadać, skoro masz zamiar na mnie wrzeszczeć! – Przyspieszył tempa, stając przede mną i tym samym mnie zatrzymując. Spojrzał na mnie z odległości kilkunastu centymetrów. Czułem, że nogi się pode mną uginają, ale nie pokazałem tego po sobie. Bądź silny, Louis, bądź silny. – Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale jeśli z takich błahych powodów mamy się kłócić, żałuję, że w ogóle tu przyleciałem.
- I dobrze. – Powiedziałem cicho, ale stanowczo. – Ja cię tu wcale nie zapraszałem.
Przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w siebie ze złością. Powoli zaczynałem sobie uświadamiać, co właśnie powiedziałem do najważniejszej osoby w moim życiu. I natychmiast zacząłem tego żałować.
- Świetnie. – Prychnął pod nosem, wymijając mnie i szturchając przy tym barkiem. Szedł z powrotem w stronę centrum.
- Harry, zaczekaj, proszę! Ja nie to miałem na myśli! Harry! Harry, wracaj, proszę! – Wołałem za nim, ale nawet nie reagował na moje słowa.
Patrząc, jak się oddala, powoli zaczynał mi się zamazywać jego obraz. Dopiero, kiedy poczułem na swoich policzkach łzy, zdałem sobie sprawę, że zwyczajnie płaczę na środku ulicy, nie zważając na to, że przechodnie patrzyli na mnie z zaciekawieniem. No tak, niecodziennie spotyka się faceta, płaczącego po kłótni z drugim facetem. Poczułem ucisk w żołądku. Owszem, nie zdążyłem zjeść drugiego śniadania, ale to na pewno nie było powodem, dla którego ten nieprzyjemny ból rozlewał się po moim wnętrzu.
- Harry… - szepnąłem, tracąc go kompletnie z oczu.
Chciałem pobiec za nim, ale nie mogłem. Moje ciało powoli zaczynało się stawać dla mnie kompletnie ciężkie. Nie potrafiłem się ruszyć, sprawiało mi to okropnie wiele trudu. Dopiero jakaś starsza kobieta, około czterdziestki, widząc, co się ze mną dzieje, zatrzymała się w pośpiechu, pytając o moje samopoczucie. Mimo, że zapewniałem, iż wszystko jest okay, ona chciała pomóc mi usiąść na ławce, abym odpoczął. Poza tym, że postawiłem jeden krok, mocnym uciskiem na moim przedramieniu i ostrym szarpnięciem, nie zapamiętałem już nic.
*
Psychol! Co w niego w ogóle wstąpiło? Boże Święty, przecież ja go nie zgwałciłem na środku ulicy, tylko go pocałowałem! P O C A Ł O W A Ł E M. Równie dobrze inni mogliby to odebrać jako zwykły przyjacielski pocałunek! Taa, ale jak dwie laski całują się w usta, bo są przyjaciółkami, to jest dobrze, prawda? A przyjaciele to już nie mogą? Oczywiście puszczając w niepamięć ten pocałunek, gdzie rozdzieliłem językiem nasze wargi, pogłębiając go. Za bardzo się wczułem. Ale mam nadzieję, że skutecznie.
Skrzywiłem się sam do swoich myśli, wpadając do pierwszego lepszego baru i oddalając się od tego wariata na odpowiednią odległość. Usiadłem na wysokim krześle przy barze i zaczekałem, aż kelner mnie obsłuży. Wziąłem duże piwo, w zamyśleniu pochłaniając prawie cały kufel. Za drugim razem obsłużyła mnie niewiele starsza ode mnie kelnerka.
- Pokłóciłeś się z dziewczyną, co? – zapytała, podsuwając mi kolejny kufel pełen piwa.
- Coś w tym rodzaju. Zostałem lekko uświadomiony, że poświęciłem się przeprowadzką tutaj na marne. Na dodatek nie mam ani pracy ani kasy, żeby mieć na opłacenie innego mieszkania – odparłem, znów opróżniając prawie całą szklankę jednym duszkiem.
Niespodziewanie miła kobieta zaproponowała mi załatwienie pracy w tamtym lokalu. Powiedziała, że potrzeba im kogoś do stania za barem. Uprzejmie odmówiłem, oznajmiając jej, że to byłoby dla mnie stanowczo za daleko, jeśli chodzi o dojazdy. Wolałem coś bliżej mieszkanka, które Louis wynajmował.
Wracając już do domu, wokoło zapadał zmrok. Z ciekawości spojrzałem na wyświetlacz telefonu i ujrzałem kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Dwa od Louisa, ponad dwadzieścia od Nialla i nawet jeden nieznany. Choć kiedy wszedłem w skrzynkę odbiorczą, była tam wiadomość od owego numeru i dowiedziałem się, że to była mama Louisa. Choć to, co napisała, zmroziło mi krew w żyłach. „Oddzwoń, jak możesz, z Louisem jest bardzo źle”.
- Harry? – Odezwała się pani Tomlinson po drugiej stronie, kiedy tylko wykręciłem do niej numer. – Z Louisem jest coraz gorzej, przyjeżdżaj natychmiast do szpitala.
Szpitala?! Jakiego szpitala! W panice wybełkotałem jakoś pytanie o ulicę, a kiedy tylko się dowiedziałem, gdzie znajduje się Lou, uświadomiłem sobie, że to tylko ulicę dalej. Rzuciłem się biegiem w tamtym kierunku, o mało nie taranując przechodniów.
Jak to z Louisem było coraz gorzej? Co mu się stało? Może znów zasłabł? Może wpadł pod samochód, kiedy go zostawiłem samego? Skarciłem się za to w myślach.
Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, jak mocno serce mi biło. I to wcale nie ze zmęczenia, bo kondycję to ja jednak miałem.
*
- Jak mogłaś, mamo? – zapytałem z żalem w głosie. – Prosiłem, nie dzwoń do niego.
- To, że się pokłóciliście nie oznacza, że nie przyjedzie tutaj. Słyszałam, że bardzo się przejął tym, że jesteś w szpitalu. I sądzę, że najwyższa pora powiedzieć mu prawdę, skarbie.
- Nie – powiedziałem stanowczo. – Nie ma takiej opcji.
- Mama ma rację, Lou. – Zgodził się Niall, stojący pod oknem z założonymi rękoma. – Nie pamiętasz, jak bałeś się ujawnić przed nim, że jesteś gejem? I że ci się spodobał? I pamiętasz na pewno doskonale jego reakcję. On cię nie opuści, wariacie.
- Właśnie, synku.
- Nie jestem tego taki pewny.
Przymknąłem powieki, przestając słuchać tego, co ma mi do powiedzenia mama. Właściwie to byłem zły, że do niego zadzwoniła, ale skoro czasu nie da się cofnąć, chyba naprawdę pozostaje mi z nim szczera rozmowa. Spojrzałem gwałtownie w kierunku drzwi, słysząc podniesione głosy, wśród których rozpoznałem Harry’ego. Na samą myśl, że zaraz wejdzie do sali serce biło mi z taką prędkością, że nie dało się tego określić.
I rzeczywiście, po chwili osiemnastolatek wpadł do pomieszczenia lekko zdyszany. Biegł, to było pewne.
- Wszystko w porządku? – zapytał, a kiedy otworzyłem oczy, dostrzegłem wielką ulgę na jego twarzy.
Chłopak szybkim krokiem podszedł do łóżka szpitalnego, na którym leżałem podpięty do kroplówek. Usiadł na skraju, rozglądając się wokoło.
- Co się stało? – zapytał zmartwionym tonem, a wtedy poczułem, jak ucisk mamy słabnie.
- Nic się nie stało. Jak zwykle wszyscy panikują. – Wyjaśniłem zmęczonym tonem, posyłając rodzicielce znaczące spojrzenie.
- Louis. – Westchnął Harry.
- Zemdlał na ulicy. Dobrze, że jakaś kobieta zatrzymała się i zauważyła, że coś jest nie tak.
- Wszystko jest w porządku – wtrąciłem ponownie, chcąc, aby Harry uwierzył w moje słowa. Ale on tylko spiorunował mnie wzrokiem. Co, aż tak widać, że kłamię?
- Zostawimy was. Porozmawiajcie szczerze – powiedziała mama z naciskiem na ostatnie słowo, wpatrując się we mnie poważnym i nieugiętym wzrokiem.
Skinąłem twierdząco głową, odprowadzając ją wzrokiem. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, przeniosłem wzrok na Harry’ego, w którego oczach widziałem taki strach, jak jeszcze nigdy wcześniej. Czyżby jemu naprawdę na mnie zależało…?
*
- Nooo, dowiem się w końcu, co jest grane, czy będziemy tak w milczeniu wpatrywać się w siebie nawzajem? – zapytałem w końcu, kiedy Louis nadal milczał po wyjściu jego mamy.
Westchnął głęboko. Przez krótką chwilę patrzył mi prosto w oczy. Widziałem ból malujący się na jego twarzy. W głębi serca czułem, że zaraz usłyszę straszną wiadomość, ale broniłem się przed tym, jak tylko mogłem.
- Porozmawiamy – odparł z rezygnacją w głosie. Chciał poprawić poduszkę, co przyszło mu z lekkim trudem, dlatego nie czekając ani chwili, pomogłem mu w tym. Wtedy znów przymknął powieki, jakby bał się na mnie spojrzeć. – Choć uważam, że nie powinieneś o tym wiedzieć.
- Jestem twoim przyjacielem, czy to nic nie znaczy? – zapytałem lekko poirytowany tym, że próbuje robić problemy z rzeczy, które dla mnie nie byłyby problemem.
Westchnął ciężko.
- Widzisz, zapewne od dłuższego czasu zauważyłeś, że często jestem zmęczony, osłabiony…
- To z przemęczenia, tak? Mówiłem ci, Louis, żebyś nie siedział tyle nad książkami, ale ty oczywiście swoje. Na pewno miałbyś dobre oceny, nawet gdybyś miej czasu poświęcał nauce. – Wtrąciłem w jego monolog, na co zmarszczył brwi, nadal nie otwierając oczu.
- Możesz mnie wysłuchać?
Kiwnąłem twierdząco głową, dopiero po chwili uświadamiając sobie, ze Louis tego nie zobaczy. Mruknąłem na znak zgody, sięgając ku jego twarzy i odgarniając grzywkę z jego czoła. Dwudziestolatek westchnął cicho. Na jego twarzy pojawiła się chwilowa ulga.
- Jestem chory – wyszeptał.
Poczułem coś, czego jeszcze nigdy dotąd nie czułem. Nie umiałem tego opisać w tamtym momencie. Zupełnie jakbym coś właśnie stracił, a raczej kogoś. Nie ukrywajmy, Louis jest mi bliską osobą. Takiego przyjaciela jak on nigdy w życiu nie będę miał. I nigdy nawet o takim nie marzyłem.
- Ale przecież choroba to nic złego. Teraz wszystko poszło do przodu i na pewno jest na to lekarstwo – wydusiłem z siebie.
Louis zacisnął mocniej powieki, obracając głowę na bok. Nic z tego nie rozumiałem. Przecież każdą chorobę lekarze teraz wyleczą. Medycyna poszła na przód, zupełnie jak cały świat. Naprawdę nie byłoby choroby, której lekarze by nie wyleczyli. Tak przynajmniej sądziłem.
- Jestem śmiertelnie chory – wyszeptał jeszcze ciszej.
W pierwszej chwili sądziłem, że się przesłyszałem, ale wtedy on spojrzał na mnie z zaszklonymi oczami. Louis płakał, a jeśli Louis płakał, to znaczyło, że nie jest dobrze. Nie docierały do mnie jego słowa, nie mogłem zrozumieć tego, że on naprawdę był śmiertelnie chory. Tak nie mogło po prostu być.
- Powiedz, ze żartujesz.
- Nie żartowałbym w takim momencie, Harry – odparł z bólem.
Wstałem z łóżka szpitalnego, przechadzając się po sali. Musiałem jakoś odreagować, a innego wyjścia nie widziałem, niż po prostu pochodzić sobie w kółko. Obudźcie mnie, powiedzcie, że to tylko koszmarny sen. Powiedzcie mi, że jak jutro wstanę z łóżka, Louis z uśmiechem będzie przygotowywał śniadanie i będzie zabawnie poruszał biodrami z rytm muzyki płynącej z radia. Proszę…
- Jak to śmiertelnie chory? Co to ma znaczyć? – zapytałem, dusząc w sobie łzy, które uporczywie chciały wydobyć się na zewnątrz.
W mojej głowie panował jeszcze większy chaos, kiedy pytania padły z moich ust na głos. To brzmiało przerażająco. Przecież on jest taki młody! Ledwie zaczyna żyć, a zaraz ma umrzeć?
- To znaczy tyle, że umrę wcześniej, niż bym tego chciał i się spodziewał.
Odwróciłem głowę w kierunku okna, podchodząc do niego. Oparłem się dłońmi na parapecie, patrząc na dziedziniec przed szpitalem. Próbowałem ułożyć sobie wszystko w głowie, ale nie potrafiłem. To nie mogło do mnie dotrzeć.
- Co? – wyszeptałem w końcu, patrząc na niego. Czułem, jak jedna łza płynie po moim policzku, dlatego szybko ją otarłem, starając się być silny.
- Mam białaczkę, Harry. Wiem o tym od roku i…
- Co? – Przerwałem mu nieco pewniej.
Poczułem się… zdradzony? Obiecywał mi mówić o wszystkim, a teraz mi mówi, że ma białaczkę i wie o tym tyle czasu?! Nie powiedział mi o tym, chociaż wiedział, że może… Nie zaufał mi? Mi nie zaufał?! Poczułem ból w klatce piersiowej, który zaczął mnie przytłaczać. Stawał się coraz silniejszy.
- Louis, wiesz o tym tyle czasu i nic mi nie powiedziałeś? – zapytałem z wyrzutem.
- Harry, ja… - Dostrzegłem strach w jego oczach.
- Nie ufasz mi, Louis… Zwyczajnie nie ufasz…
- Bałem się! – zawołał cicho.
- Ty ciągle się czegoś boisz! Powinieneś mnie znać, wiesz jaki jestem…
Przez krótką chwilę wpatrywaliśmy się w siebie bez żadnych emocji. Louis chyba zaczynał rozumieć, że popełnił błąd, nie mówiąc mi wcześniej o chorobie. Choć wiedział, jak cholernie martwię się o niego!
Chciałem coś jeszcze dodać, ale wiedziałem, że nic nie wyduszę z siebie więcej. Pokręciłem głową z dezaprobatą, przekazując mu tym samym, że jestem nim rozczarowany. Mruknąłem ciche przepraszam, opuszczając salę szpitalną. Minąłem na korytarzu mamę Louisa i Nialla, którzy chcieli mnie zatrzymać, ale wyszarpnąłem się im i pobiegłem przed siebie.
Myślałem w tamtej chwili tylko o tym, żeby znaleźć się na zewnątrz, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Dopiero kiedy poczułem, że mam katar uświadomiłem sobie, że zacząłem płakać. A w mojej głowie pojawiło się pytanie, na które bałem się odpowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz