Budząc się rankiem, przez dłuższą chwilę musiałem sobie uświadamiać, co stało się poprzedniej nocy. Nigdy, nawet w snach nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek dojdzie do czegoś więcej pomiędzy mną a jakimś chłopakiem. Wróć. Louis nie jest „jakimś chłopakiem”. On jest jedyny w swoim rodzaju. I z nim jedynym mógłbym grzeszyć bez wyrzutów sumienia.
Odwróciłem się na drugi bok, zastając dwudziestolatka zawiniętego w kłębuszek. Wyglądał jak taki mały, słodki, niewinny kociak, który słodko drzemał. A ja mam obsesję na punkcie kotów, uwielbiam je. Nachyliłem się nad nim, składając pojedyncze pocałunki na jego słodkich wargach. W końcu poczułem, jak zaczyna je oddawać. Obudziłem go, ale wcale nie czułem się w tej chwili winny. Chłopak mruknął z zadowoleniem, przeciągając się.
- Co za miła pobudka – skomentował, legając na boku. Otworzył w końcu oczy, pozwalając mi na krótką chwilę zapatrzyć się w szary błękit ich koloru. – Z jakiej to okazji?
- Bez żadnej okazji. Lubię cię całować, kiedy śpisz – odparłem, uśmiechając się do niego. Przypomniałem sobie moment jeszcze z Londynu. Już wtedy spodobało mi się całowanie śpiącego Lou. – No i chciałem podziękować za wczoraj. Właściwie nie sądziłem, że się zgodzisz.
- Chcesz powiedzieć, że żałujesz? – zapytał niepewnie.
- Nie, nie! – zaprzeczyłem gwałtownie. – Brakowało mi tego, nawet bardzo.
Położyłem głowę na jego ramieniu, sięgając dłonią do jego klatki piersiowej. Palcem wskazującym zacząłem zataczać kółeczka na jego skórze, czując pod dotykiem dreszcze. Podobało m się to, że tak na niego działam. Ale obawiałem się jednego. Dlatego postanowiłem od razu mu o tym powiedzieć.
- Nie chcę tylko, żebyś myślał, że zależy mi tylko na jednym. Gdybyś mi wczoraj odmówił, poczekałbym cierpliwie. – Wyjaśniłem.
Louis ciągle milczał. Słyszałem jego spokojny oddech. Przez chwilę przez myśl mi przeszło, że on jednak tak to odebrał.
- Sam o tym myślałem. Ale nic nie mówiłem, bo przecież nie jesteś gejem i nie chciałem wywierać na tobie jakiejkolwiek presji. Zdawałem sobie sprawę, że mógłbym długo na to czekać. Ale kiedy wczoraj zaproponowałeś wspólny prysznic, ani chwili się nie wahałem. Przynajmniej spełniłeś wszystkie moje marzenia i czuję się teraz spokojny.
Przez chwilę analizowałem wszystkie jego słowa. Ach, czyli jednak on też miał na mnie ochotę. Ale on nie myślał o tym za każdym razem, kiedy kładłem na jego ciele swoje ciekawskie łapki. A może jednak? Tego nie mogłem być pewien. Lecz gdy już wspomniał o spełnieniu wszystkich marzeń, włos na głowie mi się zjeżył. Wiedziałem, do czego zmierzał tymi słowami. Spojrzałem na niego, uważnie lustrując go wzrokiem. Westchnął, ujmując w dłoń mój policzek, gładząc go lekko kciukiem.
Nie chciałem, aby się tym zadręczał. Mi było nie mniej ciężko. Ciągle bałem się dnia, kiedy zostanę sam, bez niego. Uzależniłem się od jego osoby już wtedy, kiedy odkryłem, jakim wspaniałym jest dla mnie przyjacielem. A teraz, kiedy jesteśmy razem, czuję się potrzebny, kochany. I nie wyobrażam sobie, że nagle miałoby mi zabraknąć tego uporządkowanego, opanowanego, troskliwego chłopaka.
- Przepraszam, że znów o tym myślisz.
- Zrobię wszystko, żeby cię z tego wyciągnąć – powiedziałem stanowczo.
Chłopak uniósł się do pozycji siedzącej, chowając na chwilę twarz w dłoniach. Westchnął głośno, kręcąc głową z dezaprobatą.
- Pogódź się w końcu z tym, że nie będziemy żyć wiecznie. Nie zobaczysz na mojej twarzy nigdy zmarszczek, nie będziesz świętował ze mną pięćdziesiątych urodzin. Nawet trzydziestych nie będziemy świętować. Jestem tego pewien.
- Nie mów tak – wtrąciłem ostro, siadając obok niego.
Ująłem jego podbródek, zmuszając, go, aby na mnie spojrzał. W jego oczach nie dostrzegłem nic, kompletnie nic. Jakby mowa o tym, że on odejdzie była dla niego opowieścią o wczorajszej pogodzie.
- Ale to prawda, nie rozumiesz? Nie zatrzymasz mnie tutaj na siłę, choć jak bardzo oboje pragnęlibyśmy tego – wyszeptał, przez długą chwilę patrząc w moje oczy. I wtedy dostrzegłem w nich smutek. Wstał z łóżka, zakładając na swoje bokserki spodnie od pidżamy i białą bluzkę z zabawnym nadrukiem. – Zejdź za piętnaście minut na śniadanie.
Wyszedł, zostawiając mnie samego z mętlikiem w głowie. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Czułem się rozdarty. Louis miał rację, ale ja tej racji w żaden sposób nie chciałem przyjąć do świadomości. A i obietnicę złożoną samemu sobie złamałem. Miałem sprawiać, aby Louis nie myślał o chorobie. A tu co? O mało nie doszło do kłótni. Choć wiedziałem, że gdyby on podniósł na mnie głos, sam zacząłbym krzyczeć. Jednak on był opanowanym człowiekiem. Był realistą, doskonale wiedział, na czym stoi. Za to ja chyba nadal balansowałem po chmurach i obserwowałem świat przez różowe okulary.
*
Przymykając za sobą drzwi od naszego pokoju, westchnąłem cicho. Harry ciągle o tym myśli. Ciągle myśli, że za niedługo mogę odejść. Właściwie z dnia na dzień. Nawet ja nie wiem, kiedy może to nastąpić. Ale takie rzeczy chyba się czuje. Pamiętam jak babcia umierała. Miałem wtedy dwanaście lat. W ten dzień przepraszała wszystkich za to, że była taka nieznośna. Cóż, miała na pieńku z moją mamą. Nigdy nie potrafiły się dogadać. Nawet mamę zdziwiło jej zachowanie. A wieczorem babcia umarła. Ale tak czy tak, od razu mama jej wybaczyła i nigdy nie chowała do niej urazy za wszystkie przykre słowa i kłótnie. To może ja też będę wiedział, kiedy to nastąpi?
Idąc schodami na parter, gdzie znajdowała się kuchnia, poczułem łzę spływającą po moim policzku. Nawet nie chciało mi się płakać, a jednak pojawiła się tam. Otarłem ją błyskawicznie, wchodząc do kuchni. Nalałem wody do czajnika elektrycznego stawiając na grzałkę. Po chwili po kuchni rozległ się głośny, bliżej nieokreślony dźwięk zaparzanej wody. Na chwilę zagłuszył moje myśli.
Nie chciałem się kłócić z Harrym z tak błahego powodu. Resztkami sił zachowałem spokój, aby nie wywoływać krzyków. A co, jeśli Harry jest ze mną tylko dlatego, że dowiedział się o moim największym sekrecie? Powiedzieć „kocham” drugiej osobie w tych czasach to niemalże rutyna. Zupełnie, jak powiedzenie: „Cześć, ładny mamy dzień, nie uważasz?”. Dzisiaj powiem wysokiej brunetce, że ją kocham, a następnego dnia mógłbym równie dobrze wylądować z łóżku z niską blondynką, szepcząc jej, że jest najwspanialszą kobietą na świecie. Czy to nie irracjonalne? Moi znajomi mieli czasami kilka dziewczyn na cały rok studiów, chodząc za rączki, niby zakochani, a za plecami swoich wybranek polują na kolejne. Czy to ma być miłość w tym wieku?
Ja, jak już wiadomo, jestem inny. Ja nie rzucam słów na wiatr i mówiąc Harry’emu że go kocham, po prostu oznaczało, że go kocham i moje serce prędko z niego nie zrezygnuje. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ani jednego dnia. I czuję te wszystkie dziwne zachowania, kiedy jest się zakochanym. Motyle w brzuchu, przyspieszone bicie serca za każdym razem, kiedy się do mnie zbliża, kiedy całuje, kiedy…
Z moich ust wydobył się niekontrolowany, cichy krzyk przestraszenia. Wiedziałem, że tylko ja i Harry jesteśmy w domu, ale byłem zbyt pogrążony myślami i nawet nie usłyszałem, kiedy woda się zagotowała. Dopiero, gdy osiemnastolatek przylgnął do moich pleców, układając głowę na ramieniu, wróciłem na ziemię.
- Nie chciałem, żebyś z mojego powodu chodził teraz smutny – powiedział przepraszającym tonem. Westchnąłem, wtulając się w niego.
- Nie mówmy o tym. Zachowujmy się, jakby choroby wcale nie było. Właśnie to był kolejny z powodów, dla którego nie mówiłem ci o moim stanie. Traktujesz mnie znacznie delikatniej i ostrożniej, niż dawniej. To miłe, ale… Brakuje mi tych dni, kiedy wygłupialiśmy się i oboje traktowaliśmy życie beztrosko.
Odwróciłem się przodem do osiemnastolatka, by móc spojrzeć w jego oczy. Ująłem jego twarz w dłonie, biorąc głęboki oddech.
- Od dzisiaj koniec tematu. Jedynie, kiedy przyjdzie czas na wizyty kontrolne, będziemy mogli o tym rozmawiać. Poza tym, ani słowa. Dobrze?
Nastolatek przez dłuższą chwilę wpatrywał się w moje oczy. Dopiero, kiedy wyszeptałem jego imię błagalnym tonem, Harry skinął twierdząco głową, niemal od razu zmieniając nastawienie. Zaproponował mi pomoc w przygotowaniu śniadania, a potem wpadł na pomysł, abyśmy przeszli się na spacer. A gdy będziemy wracać, chciał pójść po dziewczynki. Chłopak zaczął temat bliżej nieokreślony, z którego ciągle śmialiśmy się. Jednym słowem, posłuchał mnie. Znów mogłem obserwować, jak chwilami zachowuje się, jak dziecko i mówi głupoty, które nie miały żadnego sensu, wzbudzające w nas śmiech.
*
Dni zaczęły mijać coraz szybciej i stawać się coraz krótsze. Mama Louisa załatwiła mi pracę w restauracji, w której sama pracowała. Z początku robiłem takie poboczne rzeczy, typu mycie garów czy sprzątanie stolików. Później, po jakichś dwóch tygodniach przenieśli mnie za bar i przyjmowałem różne zamówienia, roznosiłem do stolików gotowe dania, albo obsługiwałem kasę. A jeszcze później, o dziwo, odkryto mój talent kulinarny i zacząłem razem z panią Tomlinson i jakimś tęgim gościem pomagać przygotowywać w kuchni. Cóż, zawsze lubiłem eksperymentować z potrawami, ale nigdy nie sądziłem, że kiedyś zarobię jako kucharz. Ekchem, pomocnik kucharza. Tak wysoko jeszcze postawić się nie mogłem. Przynajmniej miałem większe zarobki z tego, co mnie niesamowicie cieszyło. No i niestety mniej czasu dla mojego Louisa, bo pracowałem od świtu do późnego wieczoru.
Choć Louis też nie próżnował. Zaraz początkiem listopada, kilka dni po jego wypisie ze szpitala koleś z magazynu załatwił dla niego pierwszy temat na artykuł i był zadowolony ze zgromadzonych przez mojego chłopaka materiałów. Podesłał mu inne, które posiadał i Louis zabrał się za pisanie artykułów, co również pochłaniało mu dużo czasu. Jednak mimo tego całego zamętu, nadal znajdowaliśmy dla siebie czas. Może nie doszło do żadnego zbliżenia pomiędzy nami, nie licząc zachłannych pocałunków, ale nie zwracałem uwagi na to. Owszem, nadal podniecał mnie do granic możliwości, ale sam pomagałem sobie ulżyć, nie chcąc go wykorzystywać. Nie wiem, czy wspominałem, ale robiłem to celowo. Miałam zaplanowaną dla nas cudowną chwilę, jedyną w swoim rodzaju. I z pewnością niezapomnianą. Ale ciii, ja nic nie mówiłem.
Była już połowa grudnia, a ja dopiero wtedy dowiedziałem się przypadkowo, że Louis ma urodziny w wigilię. Rozmawiałem też z mamą kilka dni wcześniej. Prosiła, abym przyjechał chociaż na sylwestra do Nowego Jorku. I dodała, że nie muszę martwić się opłatą lotu, bo wszystko załatwi. Gemma też dzwoniła do mnie w tej sprawie. Oznajmiła mi, że czas już skończyć z tajemnicami, które ukrywała. Pomyślałem, że to będzie też idealna okazja, żebym i ja oznajmił mamie, że nadal kręcą mnie dziewczyny, ale nie do tego stopnia, co pewien przystojny pan o imieniu Louis.
Dwudziestego drugiego po raz ostatni jechaliśmy z panią Tomlinson do pracy. Chciałem z nią porozmawiać o moich zamiarach wobec Louisa. Znaczy się, takiej małej niespodziance, którą przygotowałem dla niego. Wiedziałem, że spodoba mu się. I ja byłem w stanie całą niespodziankę przyozdobić piękną wisienką na torcie, czy jak to się tam mówi.
- Mógłbym z panią o czymś porozmawiać? – zapytałem, kiedy wracaliśmy już do domu. Właśnie stanęła na światłach, dlatego spojrzała na mnie lekko zaniepokojona.
- Oczywiście, skarbie. Coś się stało?
Wziąłem głęboki wdech, zaczynając opowiadać pani Tomlinson o moim cudownym pomyśle.
*
Chciałem czekać na mojego Harry’ego aż wróci z pracy, ale widocznie przedłużało im się, albo kucharz, który przychodził na nocną zmianę spóźniał się. Nie wiedząc kiedy, zwyczajnie zasnąłem na kanapie w salonie z pustym kubkiem w ręku. Obudził mnie dopiero Harry, całując czule w usta. Mruknąłem zadowolony. O tak, kochałem, kiedy budził mnie w ten sposób.
- Czekałem – wyszeptałem, wyciągając przed siebie nogi, które miałem podwinięte. Bolały, nie ma co.
- Widzę – odparł rozczulonym głosem, głaszcząc mnie po głowie.
Dostrzegłem, że zaraz za Harrym stała mama. Zrobiło mi się troszkę wstyd, że patrzyła na nas w takiej sytuacji. Zazwyczaj starałem się tego unikać przed nią, gdyż wiedziałem, że dla niektórych osób dwaj całujący się mężczyźni mogą wydać się po prostu niesmaczni. Ale ona uśmiechnięta podeszła do mnie, zabierając kubek z ręki i pocałowała w czubek głowy. Ej, a co oni tacy roześmiani, ęęę? Jestem czymś ubrudzony?
- Idźcie się wyspać. Rano ktoś musi mi pomóc w przygotowaniach. – Posłała znaczący uśmiech w kierunku osiemnastolatka, który przytaknął głową na znak zgody.
Byłem bardzo senny, dlatego sprawiło mi lekką trudność wstanie z kanapy. Harry pomógł mi przy tym, pociągając mnie za rękę. Potem, ku mojemu zaskoczeniu, objął mnie mocno, podnosząc na ręce. Zaskoczony, oplotłem jego kark i od razu mocno w niego wtuliłem, bojąc się upaść.
- Co ty wyprawiasz? – zapytałem szeptem, zerkając w stronę kuchni, gdzie zaraz mama mogła wyjść.
- Rozmawiałem z nią. – Pocałował mnie krótko w usta, kierując się ze mną w stronę klatki schodowej. – Powiedziała, że nie musimy się przed nią kryć i możemy okazywać sobie czułości. 'Przy dziewczynkach lepiej, żebyśmy nadal pozostawali bliskimi przyjaciółmi. – Wyjaśnił, wschodząc ze mną po schodach. Zaskoczony otworzyłem szerzej oczy. Czy on nie żartował? Jeśli nie, to… To wspaniale! Kocham cię momoooo!
Dopiero po krótkiej chwili dostrzegłem, że nie kieruje się ze mną nie bezpośrednio do naszej sypialni tylko do łazienki. Zaraz, zaraz, czy jemu znów zachciało się wspólnego prysznicu? Jeśli tak, to… Ugh! Ja chyba znów spalę się ze wstydu. Widziałem po nim czasem, że chciałby czegoś więcej, że wolałby normalny seks, ale ja… Bałem się chyba. I dawno nie rozbierałem się przed nim. Mniej więcej od tamtego czasu, od naszego wspólnego prysznicu.
- Spokojnie. – Powiedział łagodnie, jakby właśnie czytał w moich myślach. To przez rumieńce, one mnie wydały! Głupie rumieńce! Nie lubię was. – Nie zrobiłbym ci krzywdy. Nic wbrew tobie, pamiętaj. – Wszedł do łazienki, stawiając mnie na podłodze. Zamknął drzwi na zamek, zapalając światło. Podszedł powoli do mnie, kładąc ręce na moich biodrach. – Poczekam na specjalną okazję – wyszeptał, szybko pozbywając się z siebie ubrań.
I zgadnijcie, co właśnie sobie wyobraziłem. O tak, dokładnie to. Westchnąłem głośno, kiedy uświadomiłem sobie, że zaczynam myśleć tak jak on. Jednak osiemnastolatek naprawdę trzymał się ode mnie z daleka i tylko grzecznie się umyliśmy. Ale tak między nami… Chyba chciałem posunąć się nieco dalej.
*
Było coraz bliżej urodzin Louisa, a ja coraz bardziej podniecałem się na myśl tego, co zaplanowałem dla niego. I dla mnie, rzecz jasna. He, he, no bo jakby nie było, już dawno korciło mnie dobrać się do jego drobnego, kuszącego, przyjemnie opalonego ciałka, ale jak na razie na dzikich pocałunkach poprzestałem. Muszę coś zrobić, żeby przestał być w stosunku do mnie taki nieśmiały, żeby się otworzył. Choć nie ukrywam, że z wypiekami na twarzy wyglądał przeuroczo.
Tak jak obiecałem, przez ostatnie dwa dni pomagałem pani Tomlinson we wszystkim, w czym tylko mogłem. Mam na myśli przygotowywanie ciast na święta i potraw na wigilię. Louis wraz z siostrami zabrali się za generalne sprzątanie mieszkania. Zapomniałbym! Dziadek Keith wrócił z sanatorium. Tak, tak, pozwolił mi nazywać siebie dziadkiem. Kocham go równie mocno, jak mojego dziadka. Powiedział mi, że nie sądził, że taki miastowy jak ja okaże się takim wspaniałym człowiekiem. Wiecie, jak miło mi się na serduchu zrobiło, kiedy usłyszałem takie słowa? Nareszcie mnie ktoś doceniał! I miał tu na myśli nie tylko to, jak traktuję Louisa, a wiedział od samego początku o orientacji wnuka, ale także to, jakie mam wspaniałe podejście do jego wnuczka.
W dzień wigilii z samego rana dotarł także tata Louisa. Pierwszy raz miałem okazję go poznać. Wydawał się być nieco bardziej surowy niż jego żona, ale mimo to zaakceptował mnie. Ostrzegł tylko, żebym nie próbował wywijać żadnych numerów. Widać, że Louis jest jego oczkiem w głowie. A ich powitanie tylko to potwierdziło. Przytulił tak mocno swojego syna, że ten wydał z siebie dziwny dźwięk, zaraz potem śmiejąc się i ciesząc, że jego tata wrócił. Jednak chyba przekonał się co do mnie, kiedy dowiedział się od pani Tomlinson, jaki prezent-niespodziankę szykuję dla mojego Louisa na urodziny. Wzruszył się bardzo, ściskając mnie mocno i dziękując przy tym.
Chciał nawet wspomóc finansowo mój pomysł, ale stanowczo zaprzeczyłem. Powiedział, że nigdy nie spotkał nikogo, kto by tyle zrobił dla jego rodziny. A wie, jaki mam świetny kontakt z małymi księżniczkami i Lottie.
Siedzieliśmy przy wigilijnym stole, ja, obok mnie Louis i Fizzy, naprzeciw Daisy, Phoebe, Lottie i jej narzeczony, a na krańcach stołu naprzeciwko siebie siedzieli rodzice Louisa. Z początku czułem się nieswojo jedząc wigilijne potrawy wśród rodziny mojego chłopaka, ale zaraz po zjedzonym posiłku i modlitwie, pan Tomlinson przyniósł wino i wszyscy przenieśliśmy się do salonu, gdzie rozlał po lampce i podał każdemu dorosłemu. Dziewczynkom nalał pomarańczowy napój gazowany do wysokich kieliszków, bo bardzo o to prosiły i zażądał chwili ciszy.
- Wiecie, że przeważnie ja tutaj mam ostatnie zdanie – zaczął poważnie, ale cała rodzina roześmiała się wesoło. – Dlatego sądzę, że już czas… Abyście zajrzeli pod choinkę i poszukali prezentów dla siebie! – zawołał, na co dziewczynki od razu rzuciły się z piskiem w kierunku sosnowego drzewka ubranego w kolorowe ozdóbki.
Spojrzałem na Louisa, który z uśmiechem oglądał, jak jego siostry z radością odpakowują kolejne prezenty. Nagle Fizzy dorwała do ręki najmniejszy z podarunków. Pokazała Daisy, która siedziała obok niej i poprosiła o przeczytanie.
- Louis, to dla ciebie! – zawołała z szerokim uśmiechem, podbiegając do niego i wdrapując mu się na kolana. Oparła się o jego tors, podając mu malutki pakunek.
Louis spojrzał na pismo, jakim napisano jego imię i od razu je rozpoznał. Zerknął jeszcze na rodziców, którzy stali z winem w ręku i uśmiechali się do niego tajemniczo. Powoli otworzył pakunek, najpierw wyjmując z niego najnowszą płytę Eda Sheerana. Och, wiedziałem, że go lubił, bo miał jego wszystkie albumy, co swoją drogą mi odpowiadało, bo też go lubiłem. Zajrzał do środka małego pudełka, w które to zapakowałem i otworzył szerzej oczy.
- Co to jest? Kartka z życzeniami? – zapytała zaciekawiona Daisy.
- To bilet. – Zauważył Louis, przeglądając go. – Do Nowego Jorku.
- Lecisz do Nowego Jorku?! – zawołała dziewczynka kompletnie zaskoczona. – Ale ci fajnie!
Zeskoczyła z niego, biegnąc do sióstr i mówiąc im o tym. W tym czasie Louis spojrzał na mnie ze łzami wzruszenia w oczach, nachylając się i mocno przytulając. Wyszeptał ciche dziękuję, które tylko ja mogłem usłyszeć. Pocałował mnie mocno w policzek, wciąż przypatrując się biletowi.
- Nie wierzę – szepnął cicho. – Dziękuję wam. – Zwrócił się jeszcze do rodziców, którzy pokręcili przecząco głowami. Zmarszczył brwi w geście niezrozumienia.
- Tylko Harry’emu dziękuj. Sam osobiście kupił ci bilet. My nie mamy z tym nic wspólnego.
- Co? – Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Ale skąd wiedziałeś?
- Miałem odłożone trochę kasy od mamy, jak mi dała kiedy tu leciałem, resztę mam z pracy i… Tak jakoś wyszło, że mi jeszcze zostało, dlatego bez namysłu kupiłem. A na powrót moja mama nam zapłaci. Już wszystko ustalone. A wiem od Fizzy. Powiedziała mi kiedyś, że bardzo chciałbyś tam lecieć, dlatego postanowiłem spełnić twoje marzenie.
- To cudowne, Harry, ale ja… Nie, nie mogę tego przyjąć. – Powiedział stanowczo, podając mi bilet.
- Albo lecisz ze mną, albo tu nie wracam – odparłem stanowczo, choć oboje wiedzieliśmy, że nie mówiłem poważnie. Ja? Ja miałbym nie wrócić? Zdechłbym z tęsknoty za nim! – Lecimy jutro po północy. Nic wcześniejszego nie dorwałem.
- Głupek – powiedział cicho, całując mnie przelotnie w usta. Następnie ponownie wtulił się we mnie, co ja postanowiłem wykorzystać.
- Obiecuję, że tego nie zapomnisz, jeśli wiesz, o czym mówię – wyszeptałem mu go ucha.
Chłopak niemal od razu odsunął się ode mnie, a na jego policzki wpłynął lekki rumieniec. Skinąłem głową, chcąc w ten sposób potwierdzić to, o czym pewnie pomyślał. Ku mojemu zaskoczeniu Louis uśmiechnął się tajemniczo, opierając głowę o moje ramię.
Ten uśmiech na jego twarzy był po prostu bezcenny. Fizzy, która chciała pochwalić się swoimi prezentami, dostrzegła, że Louis siedzi wtulony we mnie i od razu przybiegła do nas robiąc to samo, co jej brat. Zaczęła chwalić się wszystkim tym, co dostała. Kocham tą moją małą księżniczkę. Och, i ucieszyłem się, kiedy spodobała się jej lalka ode mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz