niedziela, 1 grudnia 2013

159

*

Trzy tygodnie po moich siedemnastych urodzinach wziąłem więcej niż zwykle. Zazwyczaj stawiam sobie granicę dwóch tabletek na weekend i staram się jej nie przekraczać, ale tamtej nocy czułem się wyjątkowo niepewnie wśród tańczącego tłumu. Gdybym od początku był ze sobą szczery, to zauważyłbym, że to uczucie pojawiało się dosyć często w towarzystwie tak wielu mężczyzn, ale wolałem udawać i dlatego kupiłem jeszcze jedną tabletkę.

Rozum nie chciał tego przyjąć do wiadomości, chociaż ciało już od dawna wiedziało, a ja z całych sił starałem się o tym nie myśleć, gdy zamiast szerokich barków i płaskiego torsu, miałem pod sobą krągłe kobiece piersi, które wprawiały mnie w zakłopotanie. Nigdy nie podniecały na tyle, aby dotykać ich z przyjemnością. A potem na jakiejś imprezie zgodziłem się dołączyć do gry w butelkę, nieroztropnie wybierając „odwagę”. Pijana dziewczyna, która miała wymyślić dla mnie zadanie, ledwo trzymała się na nogach i bez przerwy śmiała się z byle czego, ale do tej pory pamiętam zdecydowaną nutę w jej głosie, kiedy kazała mi pocałować siedzącego obok chłopaka.

-Dalej, Styles, czekamy na sprawną akcję językiem!- Bełkotała uradowana, a zgromadzony w pokoju tłum gwizdał na palcach, podczas gdy ja siedziałem bez ruchu, czując jednocześnie podekscytowanie i mdłości. Ktoś podał mi skręta, obce dłonie pociągnęły mnie w górę, żebym mógł stanąć na nogach i znalazłem się w potrzasku, odcięty żywym kręgiem ciał od możliwości ucieczki z pokoju. Obok stało moje zadanie, prawdopodobnie zbyt pijane lub naćpane, aby zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje, bo szeroki uśmiech nie schodził z jego ust. Kojarzyłem go ze szkoły, należał do drużyny piłkarskiej i jego nazwisko często przewijało się w rozmowach na korytarzu, jako że był kapitanem i jednocześnie najlepszym zawodnikiem.

-… pięć!- To zawsze tak wyglądało. Wiedziałem, że odliczają czas pozostały mi na wykonanie zadania. Gdybym stchórzył, czekałaby mnie kara.–Cztery! Trzy! –Jakaś dziewczyna skakała na fotelu, rozchlapując na podłogę swoje piwo. –Dwa! Jeden!

Zanim wykrzyknęli „Koniec czasu!”, złapałem Horana za ramiona i pocałowałem go mocno, dbając o to, aby ruchy mojego języka były dla wszystkich doskonale widoczne. Sądząc po głośnym śmiechu, nikt nie mógł podważyć prawdziwości pocałunku, a gdy sekundę później było po wszystkim, ludzie rozeszli się, jakby nic się nie stało. Ja natomiast zniknąłem w toalecie, zabierając ze sobą otrzymanego papierosa z marihuaną, którego od razu wypaliłem, żeby uspokoić budzące się we mnie uczucia.

Od tamtej pory przestałem się oszukiwać, chociaż pierwszy raz odważyłem się podejść do faceta w klubie właśnie trzy miesiące po skończeniu siedemnastu lat. Stał samotnie przy kolumnie, popijając coś z wysokiej szklanki, a ja instynktownie wiedziałem, że woli chłopców. Może ze względu na jego wygląd? Miał na sobie obcisłe czerwone spodnie i kolorową koszulkę w paski, na której opinały się szelki, a ja byłem już po trzech tabletkach, przez co miałem wrażenie, że barwy z ubrań liżą jego skórę.

Wszelkie powstrzymujące mnie dotąd blokady runęły, obracając się w pył. Podszedłem do niego z zamiarem zaproszenia go do tańca, ale odmówił.

-Nie mam na to dzisiaj ochoty- powiedział obojętnie, choć jego wzrok nieustannie śledził wijące się na parkiecie ciała i byłem pewny, że głównie te męskie go interesowały.

-A na co masz?- zapytałem z uśmiechem, czując, że narkotyki zaczynają działać z pełną mocą, dodając mi odwagi. –Jestem dzisiaj cały twój.

Nieznajomy powoli przeniósł na mnie spojrzenie, w którym ujrzałem tak dobrze mi znane szaleństwo i już wiedziałem, że on także nie ma nic do stracenia. Wskazałem dłonią ubikację, ale energicznie zaprzeczył ruchem głowy.

-Zbyt tłoczno. Chodź za mną.

Zrobiłem tak, jak powiedział, a wokół mnie wirowała muzyka. Światła zlały się w jedną wielką smugę tęczy, mijane twarze były piękne i nieziemskie, a każde przypadkowe zetknięcie ramion z obcymi ludźmi paliło niczym ogień. Pierwszy raz ogarnęło mnie tak osobliwe uczucie, jakby moje zmysły były zarazem wyostrzone i przytłumione.

Wyszliśmy na zalaną kwietniowym powietrzem tylną uliczkę, na której nie było niczego oprócz nas i kilku kontenerów na odpadki. Rozejrzałem się w obie strony, a potem bez słowa zacisnąłem dłonie na koszulce nieznajomego i pociągnąłem go na siebie, uderzając plecami o ceglaną ścianę. Każdy nerw na mojej skórze krzyczał o najmniejszy dotyk, serce pompowało krew w oszałamiającym tempie, a ja wpatrywałem się w jego usta, licząc oddechy. Nie wiem, po co to robiłem, ale wydawało mi się to niezmiernie ważne.

Przerwałem dopiero wtedy, gdy moje wargi zostały zmiażdżone, a pomiędzy nogami poczułem sunące w górę kolano, które zatrzymało się dopiero pod rozporkiem, wydobywając ze mnie jęk zachwytu. Ile razy wcześniej obściskiwałem się z dziewczyną i od razu byłem twardy jak diabli? Nigdy. Ciepła ręka wśliznęła się pod moją koszulkę, głaszcząc napięty z podniecenia brzuch i szczypiąc sutki, a druga objęła mnie w pasie, odgradzając od muru. W płucach brakowało mi powietrza, ale za nic w świecie nie chciałem przerywać pocałunku. Wplotłem palce w jego włosy i mocniej natarłem językiem, a on odpowiedział mi tym samym, schodząc po chwili niżej. Odchyliłem do tyłu głowę, dając mu do dyspozycji całą długość szyi, którą zaczął pospiesznie całować, ssać i przygryzać, pozbawiając mnie oddechu. Złapałem się czegoś, żeby nie upaść, bo zaczynałem porządnie odlatywać. Niepotrzebnie tyle braaaałem…

Chłopak odpiął sprzączkę mojego paska i wsunął rękę pod spodnie, a ja zapomniałem, jak się myśli. Jedyne, czego byłem świadomy, to mocny uchwyt i rytmiczne ruchy, które już za moment miały mnie zaprowadzić na sam szczyt, więc rozpaczliwie odnalazłem z powrotem jego wargi, chociaż nie dałem rady zrobić niczego poza rozchyleniem własnych w niemym krzyku. Moje biodra szarpnęły do przodu i doszedłem gwałtownie w jego dłoni, dysząc ciężko, jakbym właśnie dobiegł na metę po dziesięciokilometrowym maratonie. Pociemniało mi przed oczami, ale silne objęcia uchroniły mnie przed upadkiem, przyciskając mocno do ściany budynku.

-W porządku? Nie wyglądasz najlepiej.- Usłyszałem z daleka jego głos, który równie dobrze mógłby należeć do anioła, albo do jakiegoś innego boskiego stworzenia. Czułem się wspaniale, po co w ogóle o to pytał. Zacisnąłem powieki, rozkoszując się łagodnymi falami wiatru smagającego moją twarz, a dla kontrastu potarłem dłonią chropowaty tynk, aż coś gorącego spłynęło mi po palcach.

-Nie, nie rób tak! Co ty ro… –Odciągnął mnie od ściany i położył na ziemi, o ile to była w ogóle ziemia, nie byłem pewny. Planety krążyły wokół mnie, błyszcząc na niebiesko, a moje uszy wypełniła niebiańska melodia. –Co brałeś? Proszę, powiedz mi tylko, co wziąłeś i w jakiej ilości… Gdzie ten cholerny telefon…

Było strasznie gorąco, koszulka nieprzyjemnie kleiła się do mojej skóry, a pot dosłownie spływał strumieniami po mojej twarzy.

-Boże, nareszcie przyjechali… TUTAJ!

Byłem w centrum obcej planety, jej wewnętrzne światło raniło moje oczy. Czułem obecność nieznanych mi istot, które dotykały moich bioder, szarpiąc materiał spodni i próbując rozciąć mi skórę na ramieniu jakimś ostrym narzędziem.

-Zostawcie mnie!- Krzyknąłem, strząsając z siebie ich trupioblade kończyny, ale natychmiast pojawiły się dziesiątki następnych, unieruchamiając mnie na stole chirurgicznym. –Wypuśćcie mnie stąd, wy przerośnięte…

Bolesne ukłucie powaliło mnie na łopatki. Zapadła ciemność.

***


Szedłem ulicą w stronę domu i zastanawiałem się, co powie mama na widok mojego świadectwa. Na pewno wścieknie się na mnie, a potem zacznie płakać, bo po przygodzie w klubie dwa miesiące temu, ocena niedostateczna z chemii wyśle mnie prosto do poprawczaka lub wariatkowa. Takie było polecenie sądu. Moja nauczycielka doskonale o tym wiedziała, a mimo to oblała mnie na ostatnim teście, przekreślając szansę na przejście do następnej klasy. To dziwne, ale było mi teraz naprawdę wszystko jedno i gdyby nie mama, to na wzmiankę o ewentualnej poprawie w sierpniu zaśmiałbym się głośno, machając na to ręką.

Dotarłem na miejsce i skierowałem się prosto do sypialni zajmowanej przez mamę, gdzie zastałem ją prasującą stos ubrań. Uśmiechnęła się do mnie, odstawiając na bok żelazko, a ja podałem jej dokument. Tak, jak przewidywałem, zakryła usta ręką.

-Mogę przystąpić do egzaminu w sierpniu- powiedziałem od razu, chcąc wyprzedzić atak płaczu. Mama poderwała głowę do góry. –Jeżeli nauczę się całego materiału to zdam i nie będę musiał wyjeżdżać.

Mogłem poczuć ulgę, która ją przepełniła.

-W takim razie znajdziemy ci najlepszego korepetytora- zdecydowała, składając świadectwo na pół. Trzymała się dzielnie, ponieważ wierzyła, że jestem w stanie przysiąść do nauki w wakacje, chociaż ja mógłbym się o to kłócić. Skinąłem jednak głową z zamiarem wyjścia na korytarz, ale jej cichy szept mnie zatrzymał.

-Harry… -Podeszła do mnie i nieśmiało przytuliła, jakbym znów był jej maleńkim synkiem. Nie odwzajemniłem gestu, trzymając ręce sztywno opuszczone po bokach. –Obiecaj mi, że już nigdy nie będę musiała się martwić, że nie zdążę się z tobą pożegnać. Obiecaj!

Zdołałem unieść dłoń, żeby pogłaskać ją po włosach.

-Dobrze, mamo. Obiecuję. Czy mogę już iść?

Pociągnęła nosem, wypuszczając mnie z objęć.

-Tak- westchnęła, trąc suche kąciki oczu. –Tylko wróć przed kolacją.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz