środa, 4 grudnia 2013

202

- Wszystko w porządku – zapewnia Harry, idąc do restauracji niewiele oddalonej od jego nowego mieszkania. Właśnie przeprowadził się do miasteczka niedaleko Londynu – jest małe i ciche, i właściciel jego mieszkania zna go z imienia. W mieszkaniu w małym mieście jest coś uspokajającego po życiu we wrzawie Londynu przez dwa bolesne lata. Harry sądzi, że może to Londyn był główną przyczyną jego problemów – był zbyt duży i głośny – i sądzi, że może nieco go to przerosło.
Słyszy, że Louis, jego najlepszy przyjaciel i nadopiekuńczy były chłopak, wzdycha do telefonu. – Jesteś pewien? Chcę, żebyś powiedział mi, jeśli coś jest nie tak. Wszystko w porządku z mieszkaniem i w ogóle? Bo zawsze możesz wprowadzić się do mnie i Zayna jeśli chcesz – mówi Louis, ponieważ sądzi, że problemy zdrowotne Harry’ego zaczęły się częściowo z jego winy, czy coś w tym stylu. To kompletna głupota, biorąc pod uwagę, że Harry nie był całkowicie normalny już kiedy ich związek się rozpoczął. Naprawdę chciałby, żeby Louis mniej martwił się jego niezdolnością do zjedzenia całej paczki chrupków, a bardziej faktem, że Zayn – jego nowy chłopak, który jest niedorzecznie wspaniały – wypala paczkę papierosów tygodniowo.
- Masz pojęcie jak bardzo nie chcę mieszkać z tobą i twoim chłopakiem? Jestem świadom twojego libido, Lou – żartuje Harry, próbując zakończyć tę rozmowę tak szybko jak to możliwe. Lubi Zayna – szczególnie zadowala go fakt, że Louis znalazł sobie kogoś pięknego, opiekuńczego i normalnego –ale wie, że Zayn nie do końca to odwzajemnia. Nie żeby Harry go specjalnie winił.
- Nie musisz być niemiły, Haroldzie. Tylko proponowałem. Mamy dla ciebie miejsce na sofie. – Louis pociąga nosem, jakby naprawdę czuł się urażony. Harry nie jest w stanie powstrzymać uśmiechu, ponieważ wie, że wszystko pomiędzy nimi wróciło niemal do stanu, w którym sie znajdowało, zanim spieprzył to będąc… cóż, sobą.
- Kuszące, Lou, naprawdę. Rozłączam się.
- Pieprz się.
- Cześć, Lou – mówi Harry ze śmiechem i chce się rozłączyć, ale Louis wydaje z siebie dźwięk protestu, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Słychać kroki i zamykanie drzwi, i Harry automatycznie zaczyna się martwić, bo zna Louisa wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że idzie w miejsce, w którym nie usłyszy go Zayn. Może jednak nie wrócili do końca do poprzedniego stanu rzeczy.
Louis odchrząka i mówi – Kocham cię, jasne? Nie oddalaj się teraz, kiedy się przeprowadziłeś. Jeśli kiedykolwiek będziesz kogoś potrzebował, możesz tutaj przyjść. Nadal jesteś moim najlepszym przyjacielem, a Zayn nie będzie miał nic przeciwko. – Kłamie, by Harry poczuł się lepiej, jak zwykle. Zayn byłby zdruzgotany, gdyby Harry się u nich zatrzymał i Louis o tym wie.
- Ja ciebie też kocham, Louis, ale… ale muszę sobie sam z tym poradzić, okej? Myślę, że już wystarczająco zniszczyłem ci życie. Powinieneś być szczęśliwy z Zaynem – odpowiada cicho Harry. Louis przez chwilę milczy – robi to, kiedy wie, że Harry ma rację, ale nie chce tego przyznać.
- Nienawidzę, kiedy to ty jesteś tym dojrzałym. To denerwujące. Do usłyszenia, tak? Zadzwoń do mnie lub Zayna, jeśli czegoś będziesz potrzebował.
Harry przewraca oczami, ale bardziej z czułością niż zdenerwowaniem. – Tak, dobrze. Do usłyszenia, Lou – mówi i rozłącza się, zanim Louis ma szansę coś dodać. Zdecydowanie nie zadzwoni do Louisa lub, broń boże, Zayna, jeśli będzie czegoś potrzebował. Przejdzie przez to jak właściwie dojrzały człowiek po raz pierwszy w życiu i przestanie polegać na swoich przyjaciołach i rodzinie tak cholernie bardzo.
Zatrzymuje się przed restauracją i bierze głęboki wdech.
Harry powiedział sobie, że uda mu się zrobić to samemu, i tak będzie. Zdecydowanie tak będzie.
(W końcu odwraca się i idzie do domu, gdzie płacze przez godzinę – spróbuje ponownie jutro. Naprawdę.)
-
Dopiero po kilku kolejnych przejściach do restauracji, udaje mu się przekroczyć jej próg. Jest dziesiąta w nocy i nikogo nie ma w środku. Zamykają ją o dwunastej i wie, że prawdopodobnie zostanie wyrzucony, bo mijają wieki, zanim uda mu się coś zjeść, bez względu na to czy je na mieście, czy w domu.
To restauracja to speluna w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest tu kilka starych kabin przyciśniętych do przednich okien i wyglądających, jakby pamiętały lepsze czasy oraz rząd krzeseł przy barze z imitowanego grafitu. Harry’emu jednak się podoba – przypomina mu to miejsce w Cheshire, do którego mama zawsze zabierała jego i Gemmę na niedzielny brunch. Czuć tu tłuszcz, kawę, dym papierosowy i środek do mycia podłóg, i Harry ledwie zastanawia się, co w ogóle robi, wpinając się na jedno z krzeseł barowych.
Jest w restauracji od dobrych trzydziestu sekund i chce pogratulować sobie za samo wejście do środka – wynagrodzi to sobie pójściem do domu i długą, gorącą kąpielą oraz oglądaniem przynajmniej jednego sezonu Skins, kończąc list do dawnego współlokatora z leczenia. Właściwie już wstaje, by wyjść, kiedy słyszy żeński głos mówiący – Boże, przestraszyłeś mnie. Dalej, usiądź, chcesz herbatę? Albo kawę?
Harry się krzywi, kiedy podnosi wzrok na piękną dziewczynę z długimi, kręconymi, brązowymi włosami, uśmiechającą się do niego i wyjmującą notatnik z fartucha. Miał nadzieję na spokojną ucieczkę. – Nie, w porządku. Jeśli jesteś zajęta, mogę po prostu-
- Zajęta? Żartujesz prawda? Wierz mi, kiedy mówię, że oddasz mi przysługę, jeśli dotrzymasz mi na jakiś czas towarzystwa. – Śmieje się i dźwięk ten dodaje Harry’emu więcej otuchy, niż Harry się spodziewał. Miło jest wiedzieć, że może nie będzie musiał przechodzić przez tę mękę samotnie.
- Dobrze, ehm. Czarną kawę. I menu. Nigdy… nigdy wcześniej tu nie byłem, więc nie wiem, co jest dobre… – urywa nieśmiało Harry, zmuszając się do spojrzenia jej w oczy. Mają łagodny odcień brązu i Harry stwierdza, że już ją lubi. Pomaga również to, że trochę przypomina mu ona jego starszą siostrę.
- Cóż… podwójny cheeseburger jest zawsze dobry, tost francuski jeśli masz ochotę na śniadanie, och, Niall robi fantastyczną jajecznicę, jeśli chcesz zapchać sobie tętnice – wylicza, podając mu menu i biały kubek na kawę z wyblakłym napisem Serendipity’s na przedzie. Lekko zaćmiewa mu umysł, kiedy przegląda menu i słucha jej słów (domyśla się, że jej imię to Danielle – tak przynajmniej napisane jest na jej identyfikatorze). W chwili, w której spogląda do menu, przez jego myśli przebiegają liczby kalorii, zawartości tłuszczu i wszystko, o czym nie wolno mu myśleć. Powinien się leczyć, ale to niełatwe i sam nawet nie jest pewien, czy chce to robić. Chce być lepszy dla innych ludzi – dla Louisa, dla swojej mamy i Gemmy, dla swoich przyjaciół z leczenia – ale nie dla siebie.
- Chyba… chyba zostanę teraz przy kawie, dobrze? – Harry zamyka menu po dziesięciu minutach liczenia kalorii we wszystkim w sekcji śniadaniowej.
Danielle stawia przed nim dzbanek z kawą i opiera się łokciami na ladzie, dłońmi podtrzymując policzki. – Tak, pewnie. Jeśli tylko zostawisz mi dobry napiwek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz