wtorek, 3 grudnia 2013

184

Było dobrze po piętnastej, kiedy razem z Louisem postanowiliśmy pójść na spacer. Zaciągnął mnie jeszcze do parku, który mieścił się kilka przecznic dalej, a który dostrzegł poprzedniego wieczoru, gdy jechaliśmy na imprezę sylwestrową. Nie widziałem w tym sensu, bo to był park, jak każdy inny. Ale z Louisem poszedłbym na koniec świata, nie oszukujmy się.
Mijając mały staw, który o tej porze był zamarznięty, bardzo żałowałem, że to jednak nie jest lato, czy chociażby wiosna. Pragnąłem na krótką chwilę siąść z Louisem na ławce i zwyczajnie popatrzeć na ludzi przewijających się przez park. Swobodnie objąć go, przytulić, po prostu trzymać blisko. Jednakże pora roku nie przeszkadzała Louisowi. W pewnym momencie zatrzymał się, obserwując wszystko wokoło. Powędrowałem za jego wzrokiem i dostrzegłem młodego chłopaka bawiącego się ze swoimi niewiele młodszymi siostrami. Razem lepili wielkiego bałwana i śmiali się przy tym radośnie. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi mu o tego chłopaka. Ale później zrozumiałem, że zwyczajnie zatęsknił za siostrami.
Gdy zaczynało zmierzchać, zaproponowałem Louisowi pójście do małej kawiarenki znajdującej się dokładnie naprzeciwko mojej ulubionej knajpki. Zajęliśmy miejsca w samym kącie, czekając na kogoś, kto by nas obsłużył. Ku mojemu zaskoczeniu spotkałem Annaliese, jedną z dziewczyn, która chodziła ze mną do klasy i także jedna z moich nocnych zdobyczy. Musiałem przyznać, że wyładniała od ostatniego czasu.
- Cześć Harry! – Z szerokim uśmiechem przysiadła się na chwilę do nas, znacząco zerkając na mojego Louisa. – Dawno cię nie widziałam. Nawet na imprezie w sierpniu cię nie było. Zayn coś wspominał, że dziadek ci umarł. Przykro mi z tego powodu...
No tak, już zapomniałem, dlaczego niespecjalnie darzyłem tę dziewczynę sympatią. Choć była naprawdę piękną kobietą, czasem potrafiła mówić, mówić, mówić i mówić… I człowiekowi nie da dojść do słowa!
- Martwiliśmy się – dokończyła swój monolog. Nie wiedząc, co mówiła wcześniej, pokiwałem potulnie głową, robiąc niepewną minę. Ale Annaliese zdawała się tego nie dostrzec, bo jej zainteresowanie moją osobą prysło szybciej, niż się tego spodziewałem. – A ty kim jesteś? Nowy znajomy Harry’ego? Nigdy cię z nim nie widziałam.
- To mój…
- Przyjaciel – wtrącił szybko Louis, który wyczuł, co mam zamiar powiedzieć. Spojrzał na mnie ostrzegawczo. Zaraz potem posłał dziewczynie słodki uśmiech i podał dłoń na przywitanie. – Poznaliśmy się właśnie dzięki jego dziadkowi.
Posłałem Louisowi niezrozumiałe spojrzenie. No co, tutaj też miał zamiar kryć się? Do tego przed taką szczebiotką jak Anna? Naprawdę go nie rozumiałem. Co złego jest w tym, że oznajmiłbym jej, że jestem z Louisem na poważnie? W związku? Zaraz potem uświadomiłem sobie, że może on jednak ma rację? Ale ja mam dopiero osiemnaście lat! Mogę popełniać błędy. W końcu na błędach człowiek się uczy.
Nie wsłuchiwałem się w dalszą rozmowę, jaką Annaliese podjęła z Louisem. Wiem, że z fascynacją słuchała o jego zainteresowaniach. Pozwoliłem sobie na krótką chwilę patrzeć na usta Louisa i odpłynąć do zupełnie innego świata. Widziałem, jak delikatnie nimi poruszał, czasem się uśmiechał, czasem poważniał, czasem milkł. Miałem ogromną ochotę znów go pocałować. Od rana nie czułem smaku jego ust. I zaczynało mi tego powoli brakować.
Przy śniadaniu nie mogłem, bo jadła z nami mama. Swoją drogą, jej zachowanie nadal się nie zmieniło. Może była dzisiaj nieco bardziej milsza, ale tylko dlatego, że sądziła, że upiliśmy się w nocy do tego stopnia, że nie trafiliśmy z płaszczami na wieszaki. Louis o mało nie udławił się sałatką, kiedy to usłyszał. Wyjaśnił grzecznie, że tylko ze mną był problem, a on sam był trzeźwy. Później dopiero skojarzyłem, że przecież nie mógłby się opić ze względu na swój stan zdrowia. I gdyby nie jego spryt, moglibyśmy wpaść przed mamą.
- Halo, Harry! - Energiczne machanie tuż przed moimi oczami sprowadziło mnie na ziemię. – Chcesz to cappuccino, co zwykle?
- Jasne – odparłem bez zastanowienia.
Annaliese odeszła od naszego stolika. Odprowadziłem ją wzrokiem, jednak było coś, co o wiele bardziej przykuło moją uwagę, niż piękna dziewczyna. Spojrzałem na Louisa, który cicho chichotał, przysłaniając usta dłonią. Posłałem mu niezrozumiały wyraz twarzy, mając nadzieję, że chłopak wytłumaczy mi swoje zachowanie.
- No co? – rzuciłem w końcu.
- Już się obawiałem, że rzucisz się na moje wargi i bez względu na tłum gapiów, zaczniesz całować jak poprzedniej nocy – odparł ciszej, a ja lekko się zarumieniłem.
- Chciałbyś – mruknąłem pod nosem, mimowolnie się uśmiechając.
*
Droga po klatce schodowej w mojej kamienicy zaczynała się powoli dłużyć. Wracając, Louis przypomniał sobie, jak w podstawówce chciał włamać się z kilkoma znajomymi na plac zabaw. Nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby chłopak nie utknął na płocie, później nadział na niego bluzką, a na końcu zupełnie ją targając, kiedy chciał zeskoczyć na ziemię. Obserwując jego śmiech, przez który brakowało mu tchu, reagowałem tak jak on. Trzymając się za brzuch, oparł się dłonią o drzwi mojego mieszkania i wziął kilka głębokich oddechów.
- A wiesz, co było najzabawniejsze? – zapytał. Jego ciało drgnęło od tłumionego śmiechu. – Zaraz, kiedy zeskoczyłem na teren placu zabaw, nakryła nas sprzątaczka, która tam pracowała. Musieliśmy natychmiast uciekać. O mało nie roztargałem sobie spodni! – zawołał, znów śmiejąc się w najlepsze.
Przez to wszystko nie mogłem trafić kluczem do zamka. Postanowiłem zatem zadzwonić na dzwonek z nadzieją, że mama nie poszła do swojej przyjaciółki, ale będzie przesiadywała w domu. Ku mojej radości tak właśnie było.
Jednak jej mina zdradzała, że jest czymś zmartwiona, nad czymś zamyślona. Kiedy zapytałem ją o to, poprosiła nas obu do kuchni w celu przeprowadzenia rozmowy.
- Nie było was na odczytaniu spadku po dziadku i… - zaczęła, przygotowując dla nas po szklance herbaty z sokiem malinowym. – Nie wiedziałam, że dziadek miał tyle pieniędzy, ale nie o to tu chodzi. Przepisał po jednej trzeciej całego swojego majątku tobie, Gemmie i Louisowi.
- Mnie? – wtrącił cicho dwudziestojednolatek, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. – Przecież ja nie jestem nawet z rodziny…
- A to musisz być rodziną, żeby dostać należne ci honorarium za opiekę? – zapytała retorycznie mama.
Spojrzała przez ramię na Louisa, uśmiechając się do niego ciepło. Gdy zalała wodę, przyniosła szklanki do małego stolika, stojącego w kącie kuchni i skinieniem głowy poprosiła, abyśmy usiedli.
- Nie mogę tego przyjąć.
- Louis, możesz. Rozmawiałam z twoją mamą przed waszym przylotem tutaj, jak również po pogrzebie taty i nasłuchałam się trochę o tobie. Już wtedy zrobiłeś na mnie wielkie wrażenie. Bo widzisz, przeciętni chłopcy zachowują się dokładnie jak Harry, czyli liczą się dla nich tylko kumple.
- Ej! – zawołałem z oburzeniem, zaraz potem uśmiechając się razem z mamą. Wiedziałem, że żartuje.
- W testamencie dziadek wspomniał o tobie jako o swoim wnuku. I słusznie, bo spędziłeś z nim więcej czasu, niż jego rodowici wnukowie.
- Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz? – zainteresowałem się. Byłem nieco zorientowany w sytuacji i podejrzewałem, że odczytanie testamentu było najpóźniej kilka dni po pogrzebie dziadka.
- Ostatnią wolą dziadka było, aby powiedzieć wam o tym w dniu urodzin Louisa, albo twoich, synu. Wybrałam moment, kiedy jesteście tu razem.
Stwierdziłem, że dobrze zrobiła. Z jednej strony ucieszyłem się na wieść, że będę miał na swoim koncie nieco więcej, niż parę tysięcy i nie będę już musiał się martwić wydatkami na samolot. Louis spierał się jeszcze krótką chwilę z mamą, ale ja w tym czasie znów zamyśliłem się. Nie wiedziałem, jak to wszystko działa, ale miałem nadzieję, że mój pomysł i starania nie pójdą na marne.
*
Postanowiliśmy od razu spakować wszystkie swoje rzeczy. Lot mieliśmy co prawda dopiero następnego dnia o czternastej, ale wiedzieliśmy, że pójdziemy spać bardzo późno i moglibyśmy się nie wyrobić z pakowaniem rano.
- Mamy wszystko? – zapytałem, rozglądając się wokoło.
- Myślę, że tak.
Harry zapiął do końca suwak walizki i wyprostował się. Podszedł do mnie widząc, że ciągle męczę się z zapięciem. Usiadłem nawet na walizce, ale to ani trochę nie pomogło.
- Zamień się. Jestem cięższy.
I rzeczywiście, poszło o wiele łatwiej i już krótką chwilę później ustawialiśmy walizki na korytarzu przy wyjściu. Oczywiście tak, aby można było jakoś przecisnąć się do wyjścia w wąskim korytarzyku. Zostaliśmy sami, gdyż mama Harry’ego znów miała na nocną zmianę do szpitala. Niespodziewanie poczułem, jak nastolatek ujmuje moją dłoń i przyciąga ku sobie. Ucałował mnie lekko, mocno przytulając do torsu.
- Jesteś najcudowniejszym, co mnie w życiu spotkało, Lou. Nigdy nie poznałem nikogo, poza Zaynem, kto tak bardzo zmieniłby moje życie.
Z moich ust wyrwało się ciche westchnięcie.
- A ty najlepszym, Harreh.
Roześmiał się cicho pod nosem. Ujął w dłonie moją twarz, wpatrując w oczy z czułością. Tak bardzo go kochałem. Tak bardzo chciałbym nie mieć tej przeklętej białaczki. Tak bardzo chciałem z się zestarzeć z nim. Jeśli nie razem jako para, to chociaż jako przyjaciele. Bo zrobiłbym wszystko, abyśmy byli nimi do samego końca.
Dostrzegłem, że Harry także posmutniał. Wiedziałem, że myśli o tym samym, co ja. Od razu skarciłem się w myślach za to, że wywołałem taką sytuację. Szybko pokręciłem przecząco głową, chcąc się pozbyć nieprzyjemnych myśli z głowy.
- Zrobisz coś dla mnie? – zapytałem cicho.
- Oczywiście – odparł bez zastanowienia. Był gotów naprawdę na wszystko.
Wspiąłem się na palce. Jego dłonie samowolnie powędrowały na moją talię, jakby chciały mi pomóc utrzymać równowagę, gdybym nagle ją zatracił. Oplotłem rękoma jego szyję, przybliżając usta do jego ucha.
- Uśmiechaj się. Uwielbiam, kiedy się śmiejesz – wyszeptałem. Odnalazłem jego usta, składając na nich długi i pewny siebie pocałunek.
Kąciki ust nastolatka powoli uniosły się, odsłaniając szereg białych zębów. Podążyłem jego śladami, obdarowując go najpiękniejszym uśmiechem, na jaki tylko było mnie stać.
*
Tak, jak to przewidywałem. Obudziliśmy się tuż przed trzynastą i mieliśmy dosłownie piętnaście minut, żeby doprowadzić się do porządku i jechać na lotnisko. W ostateczności pojechaliśmy z Anne jej samochodem. Prowadził Harry, a kiedy on siada za kierownicą i gdzieś się spieszy, potrafi złamać masę przepisów drogowych. Na szczęście poprzestało tylko na jednym mandacie, za który nastolatek zapłacił od razu i mile pożegnał się z policjantem. Później i tak przynajmniej kilkakrotnie przekroczył dozwoloną prędkość. I to był naprawdę cud, że go nie zatrzymali.
Na lotnisku pożegnaliśmy się z Anne. Kobieta mocno uściskała swojego syna, mi też nie szczędząc tych czułości. Poczułem ciepło wokół serca na myśl, jak bardzo stara się zrozumieć wybór swojego syna. Nie reagowała na to entuzjastycznie, ale cieszyłem się chociaż, że nie uciekała po kątach, albo nie snuła intryg, aby tylko nas rozdzielić i sprawić, żeby jej syn „znormalniał”.
Do Londynu dotarliśmy późnym popołudniem. Zbliżała się dziewiętnasta, a my wyszukiwaliśmy gdzieś Nialla, który obiecał wstawić się po nas. Gdy tylko usiadłem w jego samochodzie, sen sam przyszedł i przespałem całą drogę.
W Doncaster wszyscy powitali nas z radością. Jakby nas nie było co najmniej rok. Najbardziej siostry, które strasznie stęskniły się za mną i Harrym. A kiedy nastolatek wygrzebał ze swojej walizki kilka upominków w postaci ubrań dla dziewczynek, miałem wrażenie, że Daisy, Phoebe i Fizzy zapomniały o mnie. Nie miałem im tego za złe, ależ skąd! Strasznie miło było patrzeć, jak Harry siedzi przy walizce, a wokół niego dziewczynki zaglądają, czy ma jeszcze coś dla nich.
- Naprawdę cieszę się, że na niego trafiłeś – powiedziała cicho mama, stając tuż obok mnie.
Przyglądaliśmy się chwilę nastolatkowi, który próbował załagodzić spór pomiędzy dziewczynkami o to, która powinna wziąć piżamę z tym białym kotkiem… Jak mu było? O! Hello kitty, czy jakoś tak. A mówiłem? Weź trzy, bo bliźniaczki też lubią tego kociaka? Dla Daisy i Phoebe za to wziął pidżamki z Hannah Monataną. Oglądał parę razy z nimi w telewizji ten serial i skojarzył dziewczynę w blond peruce. I owszem, ucieszyły się.
- No, dobrze dziewczynki! Zostawcie biednego Harry’ego i dajcie mu odpocząć! Migiem myć ręce i widzę was przy stole na kolacji za pięć minut! – zawołała mama z szerokim uśmiechem. Gdy dziewczynki zniknęły w łazience, pocałowała Harry’ego w czubek głowy. – Dziękuję – szepnęła, lekko mierzwiąc jego włosy.
Wspominałem, jak bardzo uwielbiam obserwować szeroki, szczery uśmiech tego młodego łepka?
*
W piątek pojechaliśmy na badania kontrolne, na które umówił mnie lekarz prowadzący. Strasznie obawiałem się tej wizyty. Sam nie wiedziałem dlaczego. Może po prostu temu, że miałem dość szpitali? W ciągu ostatnich miesięcy spędziłem w nich więcej dni, niż miałem zamiar. Mama także chciała jechać. Ale Harry w końcu przekonał ją, że jestem w dobrych rękach. I, jak to kobieta, uległa urokowi jego głębokich, zielonych oczu.
- Boisz się? – zapytał Harry, gdy zatrzymaliśmy się pod szpitalem.
Wiesz, do tej pory, gdy rozmawialiśmy o samych głupotach i pozwalałeś mi obserwować ciebie w trakcie jazdy, ani na chwilę nie pomyślałem o tym, że się boję.
- Trochę – mruknąłem zły sam na siebie. Godzina, góra dwie i będę to miał za sobą.
- Wszystko będzie dobrze. – Nachylił się w moim kierunku i skradł słodkiego całusa.
Od razu mój humor się poprawił. Szybko wysiadłem z samochodu, chcąc mieć wszystko za sobą. Jednak wszystkie moje obawy okazały się niepotrzebne. Lekarz powiedział, że jest wszystko w porządku. Mój stan poprawił się trochę od ostatniego czasu, więc miałem spokój na kolejny miesiąc. Teraz powoli musiałem zacząć się skupiać na weselu Lottie. Może zostały jeszcze trzy miesiące, ale jednak chciałem odciążyć mamę nieco od pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz