Dni dłużyły mi się niemiłosiernie w oczekiwaniu na odpowiedź Cassie na mój list (napisałam jej swój numer telefonu, dlaczego nie zadzwoniła?). Nie miałam kompletnie nic do roboty, żadnych obowiązków. Pozostawało mi tylko spokojnie czekać – na znak od Cass, pierwszy dzień pracy, jasność umysłu, chęć do życia, finalnie na śmierć. Najgorsze było to, że w tym całym rytuale wiecznego czekania w żaden sposób nie potrafiłam wypełnić wolnego czasu i znaleźć jakiegokolwiek kreatywnego zajęcia chociażby na jeden dzień. Snułam się godzinami na przemian po okolicy i po mojej walącej się chałupie, wciąż myśląc o prezencie od Louisa i o Cassie.
Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Louis kupił tę broszkę specjalnie dla mnie. Coś tu nie pasowało. No, może poza początkowym opisem właścicielki ozdoby, którą Lou nazwał wredną, niezgrabną i coś tam jeszcze, nieważne. To był jedyny element, który pięknie zazębiał się z całą historią, nic poza tym. Broszkę przywiozła mi Eleanor, dostała ją od Lottie… Czy Louis ryzykowałby angażując w ten dziwny prezent dwie osoby i to w dodatku swoją dziewczynę, co byłoby, delikatnie mówiąc, wielce niestosowne? To wszystko wydawało mi się tak nieprawdopodobne, iż zaczęłam podejrzewać, że jego wersja, którą przedstawił mi u siebie w domu, była wymyślonym na poczekaniu kłamstwem. Co jeśli tę broszkę naprawdę zgubiła jego kochanka? Jeśli zgubiła, to nie wie gdzie. Jeśli nie wie, to nie znajdzie. Nic prostszego niż wmówić, że była specjalnie dla mnie i oczyścić się ze wszystkich zarzutów z dodatkowym bonusem wzbudzenia sympatii i wdzięczności. To przykre, że tak źle myślę o moim nowym przyjacielu. Nie chciałam oczerniać go w swoich szpiegowskich zapędach, ale bardzo ciężko było mi uwierzyć, że nieziemsko przystojny i inteligentny mężczyzna, który spędza swoje życie u boku idealnej kobiety, może interesować się kimś tak zmizerniałym jak ja. I fizycznie i duchowo. Odruchowo podeszłam do wielkiego, barokowego, gównianego lustra – w odbiciu nie widziałam „tego czegoś”, o którym wspominał Louis, żadnej wyjątkowości, wdzięku. Poczochrana, niska brunetka o zaokrąglonych kształtach, z miną, która mogłaby uchodzić za wizualizację filozofii Schopenhauera. Totalny zanik jakiegokolwiek piękna.
Było wczesne popołudnie, świeciło przyjemne, wrześniowe słońce, dlatego postanowiłam przejść się po okolicy. Od dziecka denerwowały mnie spacery bez żadnego celu – jak już idę to dokądś. Zazwyczaj z własnej woli nie chodziłam bezsensownie po ulicach, ale jak na złość moi rodzice mieli rytuał cotygodniowego spaceru w niedzielę po nabożeństwie. Pamiętam, że już jako kilkuletnie dziecko zawsze wyobrażałam sobie cel naszej podróży i co tydzień biłam swoje własne, stare rekordy w wymyślaniu coraz bardziej nieprawdopodobnych i fantastycznych miejsc, do których zmierzamy i baśniowych stworzeń, które tam na nas czekają. Jednak już wyrosłam z wróżek i elfów, dlatego wymyśliłam sobie inne zajęcie, koniecznie do spacerowania – policzenie wszystkich psów w całej wsi. To był pomysł na miarę geniusza, wprost idealny dla mnie; przede wszystkim czasochłonny, a do tego totalnie idiotyczny. Założyłam ciepłą bluzę i wzięłam ze sobą jedynie telefon i papierosy.
Wieś, w której tymczasowo mieszkałam, okazała się dużo większa, niż przypuszczałam do tej pory. Błąkałam się po wąskich alejkach starając się zapamiętać, czy w moim spisie uwzględniłam już tę uliczkę, czy jeszcze nie i wypatrywałam włochatych czworonogów za ogrodzeniami, które co i raz obszczekiwały mnie wybiegając niespodziewanie zza niskich, pięknych domków wyglądających równie przytulnie co krucho. I właśnie, gdy odnotowałam szesnastego kundla, który merdając ogonem spoglądał na mnie czarnymi ślepkami połyskującymi za czarnym ogrodzeniem, znowu nieuchronnie przypomniała mi się Cassie. A raczej jej pies, Dino, który mógłby być bratem bliźniakiem okazu zza siatki. Kucnęłam i niepewnie przełożyłam rękę pomiędzy metalowymi prętami ogrodzenia. Zwierze podbiegło, dotknęło moich palców mokrym noskiem i zaczęło jeszcze intensywniej machać ogonem. Zatopiłam dłoń w miękkim futrze mojego nowego przyjaciela, co jeszcze mocniej sprowokowało narzucające się wspomnienia w mojej głowie.
Ostatnie tygodnie przed moim niespodziewanym wyjazdem ciągle kłóciłyśmy z Cassie, kompletnie nie potrafiłyśmy się dogadać, nawet w najbardziej banalnych kwestiach. Obie wiedziałyśmy, że coraz bardziej oddalamy się od siebie, chociaż w żaden sposób nie potrafiłyśmy temu zaradzić. Chciałam to najzwyczajniej w świecie przeczekać. Wiedziałam, że Cassie, jako młodsza ode mnie, właśnie przechodziła okres młodzieńczego buntu, który w jej przypadku był nie tyle buntem, co całą rewolucją. Starałam się być wyrozumiała do granic możliwości, ale jej gówniarskie wybryki działały mi na nerwy tak mocno, że momentami nie dawałam sobie już rady i, nie przebierając w słowach, beształam ją od góry do dołu. Całej relacji pikanterii dodawał fakt, że rodzice Cassie, państwo Dawson, jako przyczynę nieodpowiedniego (chociaż słowo „popieprzonego” zdecydowanie bardziej oddawałoby faktyczny stan rzeczy) zachowania córki jednogłośnie wskazywali mnie i Sama, jako źródło „złego wpływu”. Toteż Cassie od pewnego czasu miała permanentny zakaz spotykania się ze mną i szajką Sama i wszystkie nasze wspólne wypady zawsze odbywały się po kryjomu – albo Cass uciekała w nocy cichcem z domu, potem niby nic wślizgując się nad ranem z powrotem do swojego łóżka, albo kłamała, że spotyka się z którąś z koleżanek, której rodziców Dawsonowie nie znali na tyle, żeby móc to zweryfikować. Absurd całej tej sytuacji tkwił w tym, że to właśnie ja byłam jedyną osobą w otoczeniu Cassie, która sprowadzała ją na ziemię i próbowała zapobiegać jej coraz to głupszym wyczynom. Im bardziej rodzice izolowali ją ode mnie, tym więcej Cassie sprawiała im kłopotów. Mimo to nic ich myślenia nie potrafiło zmienić, od zawsze byłam dla nich ucieleśnieniem samego szatana, jako ta wredna, pyskata, paląca papierosy, a do tego pisząca jakieś mroczne (na pewno szatańskie) książki zamiast, jak Pan Bóg przykazał, zająć się pobożnymi pismami. Właśnie. Zapomniałam wspomnieć, że Dawsonowie byli tym stereotypowo pobożnym małżeństwem, które jest świętsze od samego Jezusa i grzechu nigdy nie doświadczyło. Byli zdewociali do cna, więc jak wszystkie dewoty, przesiadywali w moim domu godzinami, jeszcze bardziej działając mi na nerwy. Przecież każdy szanujący się, świętobliwy do granic możliwości człowiek, musiał mieć jak najlepsze kontakty z pastorem. To dodawało plusów do pobożności. Nienawidziłam ich wszystkich równie mocno, jak oni mnie.
Ale wróćmy do początku. Cassie poznałam, gdy jeszcze była kilkuletnim berbeciem śpiewającym z przymusu rodziców w parafialnym chórku. Zupełnie jak ja. Na chwałę Pana. Z tą różnicą, że ja, jako w miarę umiejąca śpiewać córka pastora, miałam tę zaszczytną funkcję prowadzenia grupy dziecięcej, więc początkowo Cass była moją uczennicą. Dorastała na moich oczach, dlatego jej gwałtowna przemiana raziła mnie jeszcze mocniej, tym bardziej, że gdy doroślała, nie zmieniała się w ogóle, jedynie rosła. Od zawsze była kruchą, drobną dziewczynką o niebieskich oczach, a w niesfornych blond loczkach nosiła błękitną kokardę, która jeszcze bardziej dodawała jej uroku i słodyczy niewinnej istotki. Oczywiście, jako nastolatka zrezygnowała z takich gadżetów, ale nadal zakładała długie, kwieciste sukienki, trochę w stylu hippie.
Jak to się stało, że ja, połączenie niepokornej duszy i niewyparzonej mordy, zaprzyjaźniłam się z kimś takim jak Cassie? Gdy tak przyglądałam się tej wątłej ofierze losu, z której cała szkoła śmiała się do rozpuku, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę ona ma więcej jaj niż ja. Była stereotypowym kujonem, w którego na lekcjach rzucano papierkami, nie miała żadnych znajomych, każdą wolną chwilę spędzała albo nad książkami, albo w zborze, a wszyscy rówieśnicy szydząc nazywali ją „świętą Cassandrą”, „cnotką niewydymką” i wiele innych wyzwisk, których nie warto przytaczać. Mimo tego całego piekła ona wciąż pozostawała sobą – dalej chodziła do zboru, czytała książki, wygrywała konkursy matematyczne i miała ich wszystkich głęboko w dupie. Wtedy po prostu zaprosiłam ją na herbatę. Wiedziałam, że się dogadamy.
Łączył nas jedynie hardy charakter, poza tym byłyśmy całkowicie różne i dzięki temu nasza przyjaźń nabrała szczególnego wymiaru. Jednego dnia czytałam z nią książki, piłam herbatę i jadłam zbożowe ciasteczka pomagając jej przy wypracowaniach z angielskiego, drugiego Sam i jego kumple wozili nas motorami i chwalili się nowymi tatuażami. Czasem słuchałam jak Cassie wykonuje Mozarta, Liszta, nokturny Chopina, których szczególnie nienawidziłam, ale i tak słuchałam tych melodii z zapartym tchem z podziwu dla umiejętności muzycznych Cass, a innym razem skakałyśmy wydzierając się na całe gardło przy ostrych, rockowych brzmieniach na koncertach Sama. Byłyśmy świetne.
Westchnęłam. Dwudziesty drugi pies wyglądał bardziej jak wyliniały kot, ale stwierdziłam, że go uwzględnię. Szczeknął, jest psem. I taki był właśnie ostatni w moim spisie reprezentant psowatych znajdujących się w całej wsi, bo dom, którego pilnował, a raczej przed którym prawie zdychał, okazał się ostatnim na drodze wyjazdowej z tej miejscowości. Czekała mnie teraz droga powrotna dokładnie z jednego krańca dość rozległej wsi na drugi. Zapaliłam papierosa. Wieczorny chłód dyskretnie unosił się znad chodników otulając moje nogi. Gdzieś daleko na horyzoncie zachodziło słońce. Z powodzeniem zabiłam ten dzień.
Co sprawiło, że nieugięta, delikatna i dziewczęca Cassie, którą tak uwielbiałam, z dnia na dzień stała się swoim własnym, skrajnie radykalnym przeciwieństwem? W sumie to pytanie retoryczne, dokładnie wiedziałam co, a raczej kto – Sam. Gdy tylko poznała mojego przyrodniego brata od razu zauważyłam, że w jego towarzystwie dziwnie się zachowuje. Była speszona, milcząca, nieśmiała. Nie było w tym nic dziwnego, że facet w skórze, pijący wódkę ze szklanki, budzi w jej niewinnym serduszku takie uczucia. Ale nigdy, nigdy w życiu nie przypisałabym tego zachowania wyższym uczuciom. Dopiero z czasem zauważyłam, że ona najzwyczajniej w świecie na niego leci. Sam fascynował ją, był dla niej uosobieniem zakazanego owocu, świata, w którym nigdy nie była i który znała jedynie z telewizji i książek ukrywanych skrzętnie przed rodzicami. Myślałam, że gdy bliżej go pozna, to wszystko minie równie szybko jak przyszło, tymczasem ona zadurzała się w nim coraz bardziej i coraz jawniej. Nie była głupia, miała oczy i uszy (i jeszcze trochę rozumu), a to w zupełności wystarczyło, żeby wiedzieć, że Sam traktuje kobiety jak zabawki i zalicza wszystko, co ma fajną figurę i ładnie kręci tyłkiem. On posuwał swoje fanki, ona płakała wieczorami w poduszkę. Ja kochałam Sama, ona kochała Sama, Sam kochał rocka, wódkę, seks i narkotyki. Współczesny Sienkiewicz miałby świetny miłosny trójkąt do nowej powieści, z tym że jedynie Samuel nie ukrywał swoich uczuć, a wręcz emanował nimi na każdym kroku.
Przełom nastąpił w zeszłoroczne Boże Narodzenie, kiedy dostałam pod choinkę od Samuela-Mikołaja wymarzony prezent. Chłopaki zorganizowali kulig, a raczej coś na wzór kuligu, bo ciągnęli nas na sankach, które były przyczepione do motorów. Wiem, dość niemądra zabawa, ale czy było w ogóle coś mądrego kiedykolwiek w naszych działaniach? Oczywiście nasi motocykliści nie chcieli nam zrobić krzywdy, więc zawrotnych prędkości, delikatnie mówiąc, nie rozwijali. Jeździliśmy po polnych drogach, a gdy tylko któryś z chłopaków dodał lekko gazu, darłyśmy się jak oparzone, że słychać nas było na całą okolicę. Po kilku przejażdżkach Sam powiedział, że musimy się zwijać, pożegnaliśmy się z resztą, która niezbyt przejęła się naszym zniknięciem i kontynuowała zabawę. Założyłam kask, wskoczyłam na motor, usadowiłam się za Samem i objęłam go mocno w pasie, a po chwili już nas nie było. Nie, nie zabrał mnie w żadne romantyczne miejsce, żadnych świec, róż, nic podobnego. Byliśmy w jego kawalerce, gdzie pod żyrandolem wisiała ogromna gałąź jemioły, którą zapewne przywiązała tam moja mama. To właśnie wtedy, późnym popołudniem, Sam ujął mnie delikatnie za podbródek i pocałował pod tą jemiołą. Pamiętam do tej pory, że całował mnie z uczuciem, bez namiętności, bardzo subtelnie i pod swoimi wargami czułam, że co jakiś czas lekko się uśmiecha. Zawsze fantazjowałam o Samie jako o gorącym, namiętnym kochanku, który w sekundę potrafi doprowadzić kobietę do spazmów. Nic z tych rzeczy. Nie rzucał mnie wyuzdanie na łóżko, nie klepał po tyłku, nie przerabiał wszystkich póz z Kamasutry. On mnie kochał. Mocno, gorąco, czule. Nie bałam się, czekałam na to lata i byłam w takim szoku, że myślałam, że śnię, to wszystko wydawało mi się takie nierealne. Od tamtego razu nazywał mnie swoją księżniczką. I tak mnie traktował.
To była jedyna tajemnica, jaką miałam przed Cassie. Co prawda nie była głupia, domyślała się, że sypiam z Samem, ale nie od razu. Początkowo zauważyła, że przestał tak uganiać się za spódniczkami i mylnie wzięła to za dobrą kartę. Nie wiedziała, że to mój as, nie jej. To ja byłam tą, która ujarzmiła Sama, szczęściarą, która jako jedyna miała go na wyłączność.
Transformacja Cassandry nastąpiła tuż po Wielkanocy. Nie była to stopniowa przemiana, jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa. Po prostu któregoś dnia Cassie, niczym bohater opowiadania Kafki, który obudził się jako robak, wstała z łóżka zbuntowaną i zepsutą do szpiku kości punkówą. Znajomi nie poznawali jej na ulicy. Ubierała się w skóry i spódniczki mini, zaczęła palić takie ilości papierosów, że nawet nie próbowałabym iść z nią w konkury, kląć jak szewc i z dnia na dzień robić coraz głupsze i żałośniejsze rzeczy, żeby tylko przypodobać się Samowi. Miesiąc później była już wytatuowaną ćpunką wyglądającą jak tania prostytutka za pięćdziesiąt funtów na tylnym siedzeniu. Wtedy wszystko między nami zaczęło się sypać. Nie mogłam znieść jej nowego wizerunku, a ona coraz baczniej przyglądała się mojej relacji z Samem, co tylko utwierdzało ją w początkowych przekonaniach, które zresztą nie mijały się z prawdą. Nie byłam jego dziewczyną, ale naiwnie wierzyłam, że on po prostu potrzebuje czasu i ten moment niechybnie nastąpi, bo w końcu zrezygnował dla mnie z innych kobiet. Ależ byłam naiwna.
Gdy stanęłam pod drzwiami mojej szopo-ruiny słońce już całkowicie zaszło, a dookoła panował półmrok. Przekręciłam klucz w drzwiach i już stanęłam na progu, gdy kątem oka uchwyciłam coś białego tuż przy wejściu. Cofnęłam się. W zardzewiałej skrzynce na listy leżała koperta. Co prawda nie miałam klucza, ale wcale go nie potrzebowałam, bo zamek był tak przeżarty przez rdzę, że otwierał się i bez niego. Wyjęłam znalezisko. W sekundę rozpoznałam staranne pismo, którym Cassie nakreśliła adres na kopercie.
Rzuciłam list na stół. Po całym dniu liczenia psów i snucia wspomnień byłam tak cholernie głodna, że mogłaby napisać do mnie sama królowa Elżbieta, jedzenie i tak byłoby ważniejsze. Szybko zjadłam odgrzane, wczorajsze spaghetti. Stanęłam na środku pokoju i patrząc na bielącą się na stole kopertę jak na przeciwnika na ringu, wzięłam głęboki wdech i jednym ruchem rozerwałam papier.
Ambleside, 4 września 2013 r.
Droga Miley!
Jak to oficjalnie brzmi, co nie? Wybacz, że od razu nie zadzwoniłam, gdy tylko otrzymałam Twój list, ale zawsze chciałam poprowadzić z kimś prawdziwą, papierową korespondencję, a to prawdopodobnie jedyna okazja w moim życiu, mam nadzieję, że to rozumiesz.
- Pewnie, że rozumiem. W końcu jesteś dzieciakiem wychowanym w pokoleniu Internetu – odpowiedziałam zgryźliwie kartce papieru, po czym zrobiło mi się wstyd, że rzucam uwagi jak stara, zgorzkniała baba. Omiotłam list spojrzeniem od góry do dołu – dwie strony, na pierwszy rzut oka żadnych błędów, brak przekleństw. Jednak, gdzieś głęboko w środku tej nowej dziewczyny, żyje jeszcze stara, dobra Cassie.
Oczywiście Sam poinformował mnie, że nic Ci się nie stało i że jesteś bezpieczna, więc na szczęście nie musiałam się o Ciebie martwić. Od zawsze byłaś ulubienicą Pana Boga, wiedziałam, że i tym razem Ci dopomoże.
Uśmiechnęłam się. To był list zza grobu od starej, nieżyjącej już Cass.
Nawet nie wiesz, jak bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że znalazłaś w Londynie nowych przyjaciół i otaczają Cię sami dobrzy ludzie. Masz twardy charakter i dobre serce, dlatego poradzisz sobie w każdej sytuacji, ale zawsze dobrze jest mieć kogoś po swojej stronie. Cierpiałabym wiedząc, że siedzisz tam samotna i nie masz nawet do kogo otworzyć ust. Oczywiście nie pozwalam Ci w żadnym wypadku zapomnieć o mnie i z kimkolwiek spośród Twoich nowych znajomych zaprzyjaźnić się tak mocno jak ze mną! Co prawda wciąż mam na pieńku z rodzicami, wiesz jak jest, ale obiecuję, że gdy tylko sytuacja na to pozwoli, przyjedziemy Cię odwiedzić.
Przeczytałam to zdanie po raz drugi. Trzeci. Piąty. Jakie „przyjedziemy”? No, jakie „przy-je-dzie-MY”!? Że co? Obie Cassandry, ta normalna i ta, która uważa, że jak porobi z siebie debila to świat padnie u jej stóp? Bo chyba innej opcji nie ma. Nie chyba, na pewno.
Pytałaś co u mnie. Hmm… Od Twojego wyjazdu nie zmieniło się zbyt wiele. Dalej z Samem chodzimy na próby do siłowni Mike’a. A, właśnie! Jakbym mogła zapomnieć o takim newsie! Pamiętasz ten numer, który chłopaki nagrywali jakoś na wiosnę? Sam napisał do niego tekst, na pewno pamiętasz, utwór „Good girl”.
- Oczywiście, że pamiętam. Napisał go dla mnie, idiotko – odpowiedziałam kartce papieru, która gdyby tylko mogła usłyszeć mój ton głosu zapewne wolałaby już nie obwieszczać ani słowa.
Wczoraj wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. I wiesz co? W przyszłym roku ten numer wyjdzie jako singiel, rozumiesz!? Będą mieli oficjalnie wydanego singla, który trafi do sieci największych sklepów muzycznych na całym świecie! Jeju, jestem tak podekscytowana! I taka dumna z Sammy’ego…
Odruchowo zacisnęłam dłonie w pięści. W głuchej ciszy mojego mieszkania odgłos zgniatanego papieru rozległ się niczym seria wystrzałów z karabinu maszynowego.
- Nie zsikaj się z wrażenia, pizdo – syknęłam przez zaciśnięte ze złości zęby – I od kiedy to jest dla ciebie Sammy, co? Od kiedy?! Może od tego czasu, kiedy wyjechałam i możesz go sobie spokojnie pierdolić?! – wrzeszczałam nad pomiętą kartką papieru. – Nie będę dalej czytać tego gówna – zadecydowałam na głos, ale pomimo emocji, jakie mną targały, przeleciałam wzrokiem kartkę do końca, wychwytując pojedyncze słowa.
Ostatnio… u niego w mieszkaniu… to było takie zabawne, szkoda, że Cię tam nie było!... Sam chcę kupić tę gitarę… ale jak powiedziałam, że czerwona… zmienił zdanie… Z Samem... Przy jeziorze, koło Wateredge Inn… ta kobieta to widziała, a my tacy nie w stanie... Ha, to było dobre!... Sam jej powiedział… Ale on jest zabawny… Sam… Sam...
Sam…
Poczułam jak po mojej twarzy spływają łzy wściekłości. Już chciałam porwać kartkę w drobny mak, gdy nagle zauważyłam na odwrocie strony post scriptum.
P.S.
Tydzień temu była u mnie policja, wypytywali dosłownie o wszystko. Nie wiem jak Ci to powiedzieć Kochanie, ale… Ktoś podpalił Twój dom. Sama też przesłuchiwali, on wie więcej, ale powiedział mi tylko, że wszystkie ślady wskazują na to, że ten ktoś zrobił to od wewnątrz. Nie wiem, o co tu chodzi, ale uważaj na siebie. Nie chciałam Ci pisać na początku tych złych wiadomości, dlatego zostawiam je na koniec. Ludzie strasznie brzydko o Tobie plotkują. Co za okropności, Miley, nie masz pojęcia! Niektórzy mówią, że (aż głupio to powtarzać) sama podpaliłaś swoich rodziców (przepraszam, nie powinnam tego pisać), inni, jak zresztą moi rodzice, paplają coś o diabelskich mocach, że to kara na Twoich rodziców, że Cię dobrze nie wychowali, a Ciebie prosto do piekła diabli wzięli, no takie głupoty… Jest też grupa plotkarzy, która Cię uśmierciła. Bardzo przykro mi to wszystko pisać, ale pomyślałam, że pewnie zechcesz wiedzieć, że Twoje zniknięcie do tej pory nie pozostaje bez echa. Nie przejmuj się tymi złośliwymi ludźmi. Wierzę, że Pan Jezus ma Cię w Swojej opiece.
Super. Najważniejsze rzeczy na samym końcu, bo, oczywiście, ciekawsze jest przecież dla mnie, jak jej fajnie beze mnie i jak się teraz świetnie bawi z Samem. Zgniotłam list w kulkę i z całej siły cisnęłam nim o ścianę, aż odbił się i upadł po przeciwnej stronie pokoju. Poczułam, że drżę na całym ciele z wściekłości. Na to była tylko jedna rada – musiałam się napić czegoś mocniejszego, bo czułam, że emocje rozerwą mnie na strzępy od środka.
Wyszłam z domu jak burza, waląc drzwiami z takim impetem, że przez chwilę pomyślałam, ze ta chałupa tego nie wytrzyma i wszystko runie deska po desce. Zatrzęsła się, ale przetrwała. Zapaliłam papierosa i niemal biegiem rzuciłam się przed siebie. Nagle uświadomiłam sobie okrutną rzecz. Jest noc. Jestem na wsi. Tu nie ma całodobowych. Stanęłam jak posąg na środku chodnika. Dookoła nie było nawet żadnego psa z mojego spisu, ni żywej duszy. Poczułam jak powoli ulatuje ze mnie złość, niczym woda z wanny, z której właśnie ktoś wyciągnął korek. Im bardziej gniew uchodził ze mnie, tym mocniej czułam się bezradna, zagubiona i otępiała. Łzy same spływały mi po twarzy, nie kontrolowałam ich. Opadłam na chodnik jak kukła. Usiadłam na krawężniku i rozpłakałam się na dobre. Było okropnie zimno, dopiero teraz zauważyłam, że wyszłam we wrześniową noc ubrana jedynie w bluzkę z krótkim rękawkiem. Wzruszyłam ramionami, było mi już wszystko jedno. W tej chwili równie dobrze mogła nastąpić apokalipsa. Ja nawet nie usłyszałabym siedmiu trąb. Ale zostało mi jeszcze ostatnie koło ratunkowe w zasięgu ręki. Wyjęłam telefon i mechanicznie jak cyborg wystukałam numer.
- Cześć Miley. – odebrał po drugim sygnale i miał radosny głos, na szczęście go nie obudziłam – Czemu tak nagle dzwonisz? Nie zrozum mnie źle, oczywiście bardzo się cieszę, fajnie, że zadzwoniłaś, ale stało się coś? – rozgadał się jak zawsze, jednak po raz pierwszy w jego głosie słyszałam szczerą troskę.
- Zayn, potrzebuję cię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz