niedziela, 1 grudnia 2013

151

Przez jakiś czas dryfowałem na granicy snu i jawy, słysząc tylko przytłumione dźwięki oraz czując miękki dotyk pościeli na skórze. Było mi ciepło, przyjemnie i nie przeszkadzał mi nawet brak możliwości ruchu oraz całkowite zagubienie w przestrzeni; mógłbym trwać tak do końca świata… Gdyby nie natrętna myśl, że mam coś ważnego do zrobienia po tamtej stronie.

Co to mogło być- nie miałem pojęcia, ale chociaż próbowałem zignorować uczucie obowiązku powrotu, ono rosło w siłę, nie dając mi spokoju i zdecydowałem, że nie mam wyjścia. Otworzyłem oczy.

Na początku wszystko było przesłonięte mlecznobiałą mgłą i pomyślałem, że z jakiegoś powodu straciłem wzrok. Zamrugałem kilka razy, a cienie zaczęły powoli przeradzać się w kształty, które już po chwili nabrały różnych odcieni bieli, tworząc surowy zarys mebli i sufitu. Szpital.

Jednak brakowało charakterystycznego zapachu środków do dezynfekcji, a łóżko, na którym leżałem, było zbyt wygodne i za szerokie jak na szpitalne standardy. Pomieszczenie bardzo mi przypominało… sypialnię Louisa.

-Cześć, Harry. Szkoda, że nie obudziłeś się dziesięć minut wcześniej, załapałbyś się na sernik.

Natychmiast przekręciłem głowę. Na fotelu pod oknem siedziała Danielle i trzymała rozłożone na kolanach kolorowe czasopismo dla kobiet, a na parapecie za nią stał pusty talerz z okruchami po cieście. Uśmiechała się, chociaż wyglądała na zmęczoną.

I właśnie wtedy wspomnienia ostatnich wydarzeń uderzyły we mnie niczym rozpędzona fala w nadmorski klif. Poderwałem się do pozycji siedzącej, rozglądając gorączkowo po pokoju, ale nie dostrzegłem jedynej osoby, na obecności której najbardziej mi w tym momencie zależało.

-Gdziejestlouis?- wyrzuciłem z siebie na wydechu, czując rozlewające się po moim wnętrzu irracjonalne rozczarowanie spowodowane nieobecnością starszego chłopaka. Miałem wrażenie, że tamten pocałunek krył za sobą coś więcej, ale może wyobrażałem sobie zbyt wiele. Może dla Louisa pocałowanie mnie nie było niczym szczególnym, dał się po prostu ponieść chwili, a teraz tego żałował i dlatego nie było go w pokoju. To niesłychane, jak jeden wieczór może wywrócić wszystko do góry nogami. -Przepraszam- zreflektowałem się, widząc niezrozumienie na twarzach Danielle oraz ciemnowłosej dziewczyny, która siedziała na krześle po drugiej stronie mojego łóżka. -Muszę porozmawiać z Louisem. Czy możecie go zawołać?

-W tej chwili jest to niemożliwe, bo Lou wyszedł z domu- odpowiedziała brunetka, wstając z krzesła i podchodząc do mnie z dziwnym przyrządem w ręku, który wyglądał jak duże pióro pozbawione stalówki. -Spokojnie, chcę tylko sprawdzić odruchy motoryczne. Najpierw źrenice- unieruchomiła moją głowę i uniosła do góry przedmiot, który okazał się być latarką lekarską i ledwo powstrzymałem się od mrugania, gdy skierowała ostre światło prosto na moją twarz. Potem kazała mi śledzić wzrokiem ruch swojego palca, a na koniec zmierzyła mój puls. -Odczuwasz mdłości lub zawroty głowy?

Zaprzeczyłem.

-Ucisk w klatce piersiowej?

-Nie… ale chce mi się pić.

-Okej, wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Zaraz przyniosę ci wodę.

Kiedy wyszła, jej miejsce u mojego boku zajęła Danielle.

-Eleanor studiuje medycynę- wyjaśniła, zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie. -Kiedy Lou przywiózł cię do nas o drugiej nad ranem, nie chciał nawet słyszeć o zabraniu cię do szpitala, ponieważ personel musiałby to zgłosić na policję, a ty masz już wyrok w zawieszeniu za posiadanie przy sobie narkotyków. El załatwiła ci więc ekspresowo prywatną wizytę u jednego ze swoich profesorów, który nie zadawał zbędnych pytań i zgodził się zachować pełną dyskrecję, chociaż byłoby inaczej, gdyby twojemu życiu naprawdę coś zagrażało. Miałeś szczęście, Harry, i nie przedawkowałeś, a utrata przytomności była wynikiem reakcji alergicznej na jakieś zanieczyszczenia, które przyjąłeś razem z tym świństwem, ale następnym razem… -poruszyła niemo ustami, niezdolna dokończyć tego głośno. -W każdym razie, martwiłam się o ciebie. Nie rób nam tego więcej, dobrze?

Poczułem się strasznie. To przeze mnie i moją głupotę Danielle wyglądała jakby przeżyła piekło, Eleanor mogła zostać wyrzucona z uczelni, a Louis… cóż, nie wiedziałem, jak to na niego wpłynęło, ale sam fakt, że nie było go teraz w pobliżu, dawał raczej jednoznaczny wniosek. Nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.

-Przepraszam, Dan- powiedziałem cicho, czując okropne drapanie w gardle. -Tak mi przykro, że was w to wplątałem.

Dziewczyna uśmiechnęła się i był to naprawdę przyjazny uśmiech, na który nie zasługiwałem. Mrugając szybko, odwróciłem wzrok, ale spojrzałem na nią ponownie, kiedy zacisnęła dłoń na moim kolanie, przykrytym kołdrą.

-Hej, przecież nikt nie jest na ciebie zły! No, może Louis trochę, ale po jakimś czasie mu przejdzie. Przestraszyłeś nas, jednak każdy ma prawo popełniać błędy, o ile dzięki nim czegoś się nauczy. Staw czoła konsekwencjom, Harry, a zmienisz to w coś dobrego- zakończyła swój wywód, przytulając mnie do siebie, a moje oczy niebezpiecznie zwilgotniały, choć żadne zdradzieckie łzy nie zaczęły z nich wypływać. Kiedy się odsunęła, do pokoju wróciła Eleanor, niosąc kubek z wodą.

-Dzięki. -Wziąłem napój z rąk brunetki, wychylając naraz całą zawartość naczynia, jakbym przez miesiąc nic nie pił. Eleanor przystanęła za plecami swojej dziewczyny i przez chwilę obie przyglądały mi się w milczeniu, a ja miałem nieprzyjemne wrażenie, że mnie oceniają.

-Więc-przerwałem ciszę, odstawiając kubek na stolik nocny. -Jestem zdrowy, tak?

-Tak- potwierdziły.

-Dobrze, w takim razie… Nie chcę wam dłużej zawracać głowy, dlatego będę się zbierał. Gdzie są moje ubrania?

Eleanor momentalnie zmrużyła oczy, zaplatając przedramiona na piersi. Nie wyglądała już jak tak miło.

-Mam nadzieję, że on żartuje, Dan. Powiedz mi, że wcale nie słyszałam tego, co wydawało mi się, że słyszę.

Danielle zrobiła współczującą minę.

-To chyba miało znaczyć, że nigdzie stąd nie pójdziesz- rzekła w moją stronę. -Radzę ci nie zadzierać z El, ma cholernie dużo siły, chociaż na taką nie wygląda. Zresztą sam powiedziałeś, że musisz z nim porozmawiać.

-Tak było, ale on…- urwałem, rozglądając się po wnętrzu. -Myślę, że byłoby lepiej, gdybym dał mu spokój i zniknął z jego życia. Wątpię, żeby chciał…

-Louis na krok nie odstępował twojego łóżka, dopóki lekarz go nie zapewnił, że nie umrzesz we śnie. Potem przez sześć godzin siedział tu bez ruchu, wlepiając w ciebie wzrok- przerwała mi Eleanor. -Myślę, że jak najbardziej chce.

Odebrało mi mowę, a Danielle, dla odmiany, zachichotała.

-Boże, Lou cię zabije, jeżeli się dowie, że mu o tym…

-Kogo mam zabić i za co?

Jak na zawołanie wszyscy troje obróciliśmy głowy w stronę drzwi, skąd dobiegł nas głos Tomlinsona. Chłopak przekroczył nonszalancko próg, rzucając zaciekawione spojrzenie swoim współlokatorkom, a potem jego wzrok padł na mnie i gwałtownie się zatrzymał.

Atmosfera w pomieszczeniu zgęstniała.

-Dan, dacie nam chwilę na osobności?- Jego głos był wyprany z emocji.

Nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać, podobnie jak Danielle i Eleanor, które wymieniły między sobą szybkie spojrzenia, zanim zdecydowały się zostawić nas samych.

-W razie potrzeby będziemy u siebie- rzuciła na odchodnym Eleanor, zamykając za sobą drzwi.

Przeniosłem spojrzenie na Louisa, przygotowując się na najgorsze.

***

Louis miał pół nocy i niemal cały dzień, aby wszystko sobie dokładnie przemyśleć. Myślał, patrząc na uśpione oblicze Harry’ego, gdy chłopak leżał na jego łóżku, owinięty pościelą, a ciemne loki kontrastowały z bielą poduszek. Myślał, przemierzając zalane sierpniowym słońcem ulice Londynu, kierując swoje kroki do domu państwa Cox, gdzie już czekała na niego Anne i jej mąż, Robin, domagający się informacji o swoim synu, którego Louis rzekomo zabrał poprzedniego wieczora na randkę i nie odstawił z powrotem do domu o umówionej godzinie. Myślał nawet wtedy, gdy kupując w obskurnej budce hamburgera, młody sprzedawca próbował umówić się z nim na kawę.

I chociaż w ciągu ostatnich dwunastu godzin myślał naprawdę sporo, nadal nie znalazł zadowalającej odpowiedzi na dręczące go pytanie, kim był dla niego Harry Styles.

A teraz, stojąc w swojej sypialni i patrząc w te wielkie, zielone oczy, Louis wiedział na pewno, kim chciałby, aby Harry Styles dla niego był.

Przyjacielem. Kochankiem. Może nawet partnerem.

Żadna z opcji nie wchodziła jednak w grę, dopóki prześladowały go wytwory jego własnej wyobraźni, które niezmiennie przybierały postać chłopaka z lokami.

-Twoi rodzice byli wściekli, gdy nie wróciłeś na noc do domu- powiedział w końcu, decydując się na użycie swobodnego tonu, by rozładować dzielące ich napięcie. -A twój ojczym był przekonany, że uciekliśmy do Holandii, aby wziąć tam ślub. Przeuroczy mężczyzna. Nie wiedzą, co tak naprawdę się stało.

Pogratulował sobie w duchu, gdy na twarzy Harry’ego pojawiła się wyraźna ulga.

-Powiedziałem im, że idziemy na randkę, bo inaczej nie wypuściliby mnie z domu -wytłumaczył z nikłym uśmieszkiem. -Wygląda na to, że wciąż dopisuje mi szczęście. Nie, żebym zamierzał trzeci raz wystawiać je na próbę- dodał pospiesznie, a jego mina spoważniała i odetchnął. -Louis, nawet nie wiem jak…

-Zanim cokolwiek powiesz, posłuchaj. -Tomlinson usiadł w nogach łóżka, zachowując między nimi rozsądną odległość i pilnując, aby przypadkiem niczym nie dotknąć chłopaka, bo w przeciwnym razie mógłby zrobić coś głupiego. Na przykład chwycić go za rękę. -Nie jesteś mi nic winien, zrobiłem tylko to, co na moim miejscu zrobiłby każdy człowiek, więc nie chcę twoich podziękowań lub, co gorsza, przeprosin. Zdarzyło się i trudno, mam nadzieję, że czegoś cię to nauczy. Ja natomiast zamierzam ruszyć dalej.

Harry poruszył się niespokojnie, analizując jego słowa.

-Czyli… zamierzasz o wszystkim zapomnieć- stwierdził po chwili.

-Dokładnie tak. Do tej pory czuję skutki pierwszego razu i nie mogę sobie pozwolić na kolejne załamanie, bo… po prostu nie. To wszystko zaszło za daleko i musi się skończyć.

Miał na myśli zjawy i to, że ostatnio nie pojawiały się już pojedynczo, a grupkami po trzy lub cztery naraz. Harry jednak o niczym nie wiedział, więc dopasował wypowiedź Tomlinsona do czegoś innego.

-To ty mnie pocałowałeś, Louis- przypomniał mu z błyszczącymi z oburzenia oczami, a jego długie palce zacisnęły się na poszewce. -Do niczego cię nie zmusiłem!

Louis zawahał się, a potem zdecydował, że to jest odpowiedni czas na bycie szczerym.

-Tak i to był jeden z najlepszych pocałunków w moim życiu- powiedział cicho, uśmiechając się na widok konsternacji młodszego chłopaka. -Chyba musiałbym być ślepy, żeby nie docenić tego, jak wyglądasz i po raz kolejny tak, mam ochotę to powtórzyć, a nawet pójść dalej, ale nie zrobię tego. Bo to nie ma przyszłości.

-To dlaczego to w ogóle zrobiłeś?

-To był impuls. Nie pomyślałem i po prostu się stało. To nic nie znaczyło, Styles.

-Może dla ciebie. -Harry pokręcił głową i odrzucił na bok kołdrę, wstając z łóżka. Louis natychmiast poszedł w jego ślady, zaalarmowany.

-Co masz na myśli?- zapytał.

-Nie wiem- odparł Styles, rozglądając się po podłodze w poszukiwaniu butów. -Coś się zmieniło i nie wiem, co to znaczy, ale jeżeli ty tego nie czujesz… Nieważne. Na mnie już pora.

Znalazł swoje trampki i wciągnął je na stopy, unikając wzroku Louisa. Jego policzki pokrywały słabe rumieńce złości oraz upokorzenia i Tomlinson chwycił go za ramię, powstrzymując przed odejściem.

-Naprawdę tak będzie lepiej- powiedział, starając się przekonać do tego samego siebie. -Chciałbym, nawet sobie nie wyobrażasz, ale jest coś, co mi nie pozwala.

-Co?

-Nie mogę ci powiedzieć.

-Och, świetnie- prychnął chłopak, ale Louis zauważył, że nie próbował się wyswobodzić z uścisku, a jego opór trochę zelżał. Żaden z nich nie miał ochoty się odsuwać, co więcej, prowadzili spokojną rozmowę, w której nikt jeszcze nie podniósł głosu. Nie sądził, że byli do tego zdolni.

-Dziwi cię to?- kontynuował Tomlinson, zaglądając w zielone tęczówki. -Nie jesteśmy przyjaciółmi, a większość wspólnego czasu spędziliśmy nad podręcznikami i wątpię, żebyś chociaż wiedział, co studiuję.

-Oczywiście, że wiem. Chemię.

-Wcale nie, głupku. To, że udzielam z niej korepetycji nie oznacza, że się nią interesuję. Widzisz, co mam na myśli?

-No dobrze, nie jesteśmy przyjaciółmi, ale moglibyśmy zostać kumplami. Ja… nie jesteś taki zły, za jakiego cię wcześniej uważałem. I nie mówię tego ze względu na to, że chcę się dostać do twoich spodni.

Louis zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tą zakamuflowaną propozycją. Korepetycje dobiegły końca, więc kiedy Harry opuści za chwilę jego mieszkanie, już nigdy się nie spotkają, a wtedy Tomlinson nie da rady pozbyć się zjaw. Nie wiedział dlaczego, ale w towarzystwie prawdziwego Stylesa nigdy nie miał halucynacji i jeżeli to było jedyne wyjście, był gotowy zaryzykować.

-A co byśmy robili będąc kumplami?- zapytał ostrożnie.

Harry wzruszył ramionami.

-Nie wiem. Oglądali mecze, chodzili na kręgielnię lub do baru. Cokolwiek. Nigdy nie miałeś żadnego kumpla?

-Nie takiego, który prawie dwa razy przy mnie umarł- odciął się, zabierając rękę z ramienia Harry’ego i odsuwając się do tyłu. -Niech będzie, spróbujmy.

Nie mógł zidentyfikować emocji, która pojawiła się na twarzy Stylesa, ale kiedy chłopak przemówił, brzmiał jakby bardzo starał się udawać obojętnego.

-W porządku, w takim razie wpadnę do ciebie w czwartek po moim egzaminie poprawkowym. W zależności od wyniku, będziemy go oblewać lub zapijać smutki. Co ty na to?

-Niech będzie.

Nie wiadomo kiedy, doszli do drzwi wyjściowych. Harry stanął na klatce schodowej, znowu ubrany w nie swoje spodnie i koszulkę, a Louis został na bosaka w przedpokoju.

-No to idę- powiedział Styles, kołysząc się na piętach, chociaż nie ruszył się z miejsca. Potem szybko doskoczył do Louisa i przycisnął swoje wargi do jego ust, opierając dłonie na futrynie, a sekundę później już się odsunął, przybierając minę niewiniątka. -Och, miałem tego nie robić? Przepraszam, zapomniałem. Życz mi powodzenia na egzaminie!

Louis wywrócił oczami i chwycił za klamkę.

-Zdasz. W końcu to ja cię uczyłem… Mówił ci ktoś, że jesteś niemożliwie denerwujący?

-Przyzwyczajaj się, od teraz jesteśmy kumplami.-Harry mrugnął, odwracając się na pięcie i ruszając w dół po schodach. Będąc na półpiętrze, ostatni raz się odwrócił, wołając:

-Hej, zapomniałeś mi powiedzieć, co tak właściwie studiujesz!

-Historię sztuki- odkrzyknął Louis, uśmiechając się do siebie, gdy usłyszał zdegustowany pomruk Harry’ego, a potem zamknął drzwi i zniknął wgłębi mieszkania, czując się dziwie szczęśliwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz