niedziela, 1 grudnia 2013

155

-Chyba zostawię was samych. I tak miałam wychodzić do pracy, więc… - Danielle zawiesiła głos i zręcznie zeskoczyła z kuchennego blatu, przyklaskując na koniec w dłonie. Jej twarz rozjaśniał szeroki uśmiech, a oczy błyszczały, gdy obróciła głowę w stronę Louisa. –Bądź grzeczny, Lou, i nie pakuj się w kłopoty… przynajmniej spróbuj. –Louis prychnął, ale dziewczyna zwróciła się już do mnie. -Do zobaczenia, Harry. Miło było cię poznać.

Lekkim krokiem wyfrunęła z pomieszczenia, zostawiając nas dwóch w kuchni wypełnionej ciężką ciszą. Czułem na sobie palący wzrok Louisa, ale uparcie unikałem patrzenia w jego kierunku, zawieszając spojrzenie na linii płytek podłogowych i próbowałem poukładać sobie wszystko to, co przed chwilą usłyszałem. Pół roku temu przedawkowałem prochy, prawie umierając w jakimś brudnym zaułku, a osobą, która była wtedy ze mną i zawiadomiła pogotowie, okazał się być Louis. Nie musiał tego robić, a jednak został przy mnie, nie zważając na to, że mógł mieć z tego powodu poważne problemy. Ze wszystkich ludzi, jakich mogłem spotkać w klubie nocnym, trafiłem właśnie na Tomlinsona, który stał się potem moim korepetytorem od chemii i uznał za właściwe zatajenie przede mną prawdy. Dlaczego mi nie powiedział? Przecież musiał zdawać sobie sprawę z tego, że kompletnie niczego nie pamiętałem z tamtej nocy. Nie pamiętałem jego.

To wszystko było… tak nieprawdopodobne, niemal niemożliwe, że cała złość, jaka jeszcze kwadrans wcześniej wypełniała każdą komórkę moje ciała, wyparowała. Nie byłem zdolny do konfrontacji z Louisem, a jednocześnie chciałem go zasypać pytaniami o każdy najmniejszy szczegół tamtego wieczora.

-Na ten temat także nie masz nic do powiedzenia?- Zirytowany głos Louisa przeciął ciszę, zmuszając mnie do porzucenia rozmyślań i powrotu do rzeczywistości. –Tym razem to nie jest sztuka, którą możesz się nie interesować. Teraz chodzi o ciebie.

Przypomniałem sobie, dlaczego tak strasznie go nie lubiłem. Był niemiły, aspołeczny, zawsze ze mnie drwił i bezlitośnie wytykał wszystkie moje błędy. W dodatku jego zachowanie… to bezszelestne przemykanie się po mieszkaniu, wychodzenie codziennie o tej samej porze do sklepu, żądanie okazywania dokumentów od uczniów- Louis zdecydowanie był osobą, z którą nie chciałem mieć nic wspólnego.

Ale uratował mi życie, a to nie jest mała rzecz.

-Mógłbyś choć raz spróbować mnie nie obrażać- powiedziałem sucho, wstając z krzesła. Dopiero mając nad nim tę niewielką przewagę wzrostu, dałem radę odwzajemnić spojrzenie. –To, że jestem ci winny dużą… właściwie ogromną przysługę nie oznacza, że masz prawo mną pomiatać.

-Nie pomiatam tobą, Styles. Po prostu denerwuje mnie twoje milczenie- odpowiedział, wciskając ręce głębiej do kieszeni obcisłych spodni.

-A co? Oczekiwałeś, że rzucę się przed tobą na kolana i będę składał dziękczynne pokłony? –Zbliżyłem się do niego. –Że zapomnę o wszystkim co powiedziałeś? Jeżeli tak, to jesteś naprawdę głupi. Nie wybaczam tak łatwo.

Louis zamrugał i uniósł do góry brwi.

-Nie masz mi czego wybaczać, nie zrobiłem nic złego. Ale rozumiem, że prawda może być dla ciebie bolesna.- Obserwował mnie uważnie swoimi niebieskimi oczami, w których, ku mojemu zaskoczeniu, nie było kpiny. –Nie uciekniesz przed tym co zrobiłeś, przeszłość już zawsze będzie się za tobą ciągnąć. Musisz się z tym pogodzić.

-Odpieprz się.

-Och, jasne. Cóż za elokwencja, jestem pod wrażeniem.

-Zawsze to samo… -Potrząsnąłem głową, mając go już serdecznie dość. –Przyszedłem tu po swoje rzeczy, więc jeżeli skończyłeś… po prostu mi je daj, okej?

Wyminąłem go, mając wielką nadzieję, że nie będę musiał go drugi prosić, ale mocny uchwyt na ramieniu zatrzymał mnie w kuchni. Spojrzałem na palce Louisa zaciśnięte na rękawie mojej koszulki, a potem przeniosłem wzrok na jego twarz, która znajdowała się na tyle blisko mojej, abym mógł wyłapać każde drgnięcie mięśni zaciskających szczęki.

-Wiem, że często trudno ze mną wytrzymać- zaczął Louis z wahaniem, marszcząc czoło. Mówienie przychodziło mu z wyraźnym trudem. –I wiem też, że nie mogę cię do niczego zmusić, ale… Zostań.

-Co?

-Chcę nadal dawać ci korepetycje. Tylko tyle. Jeżeli się zgodzisz, to obiecuję się hamować i… Cholera, wiesz co mam na myśli.

Wyszarpnąłem się z jego uścisku, całkowicie zdezorientowany. Ten chłopak był naprawdę nieprzewidywalny i na pewno nie chodziło mu tylko o naukę. Miał okazję się mnie pozbyć, więc dlaczego tego nie wykorzystał?

Nagle spłynęło na mnie olśnienie.

-Jesteś sadystą, co nie? –Odezwałem się zgorszony, rozmasowując bolące ramię. -Podnieca cię świadomość, że przez dwie godziny dziennie przeżywam z tobą katusze i pewnie zaraz po moim wyjściu biegniesz do ubikacji sobie ulżyć? Boże, to obrzydliwe! Jesteś zwykłym zboczeńcem.

Niespodziewanie, kąciki ust Louisa uniosły się odrobinę. Nie wiedziałem jednak, czy nie jest to przypadkiem zmyłka, więc zapobiegawczo odsunąłem się trochę w tył, jakby zdecydował się mnie zaatakować.

-Rozgryzłeś mnie, Styles- powiedział powoli, zaplatając ręce na piersi. Potem parsknął śmiechem i… zabrzmiał prawdziwie, jakby to co powiedziałem naprawdę go rozbawiło. –To prawda, kto by nie uległ twojemu urokowi, kiedy się denerwujesz i twoja twarz ze złości robi się cała czerwona? Bardzo, bardzo podniecające, powinieneś kiedyś przejrzeć się w takim momencie w lustrze. Chociaż… nie, podniecanie się na swój własny widok nie jest normalne, nie rób tego.

To wcale nie było śmieszne, raczej groteskowe, ale… coś w uśmiechu Louisa oraz tym, w jaki sposób błyszczały jego oczy, kiedy patrzył na mnie spod grzywki mokrych po kąpieli włosów, sprawiło, że poczułem jak moje wargi mimowolnie wyginają się do góry, a dotychczasowa niechęć, którą do niego czułem, chwilowo ustępuje. Palant czy nie, Tomlinson był naprawdę atrakcyjnym mężczyzną i nie dziwiłem się Danielle, że wybacza mu niechlujstwo oraz całą resztę z długiej listy jego wad.

-Hmm…- mruknąłem wymijająco, śledząc wzrokiem linię szczęki Louisa, na której pojawiły się zaczątki zarostu i zdziwiłem się, czując ciepło na policzkach. Czym prędzej odwróciłem wzrok, rozważając całą sytuację. Cóż, miałem wobec niego dług i jeżeli w zamian chciał właśnie tego, to mógłbym się zgodzić, teoretycznie. Może udałoby mi się go jednak w jakiś sposób zniechęcić? Warto sprawdzić. –Nie lubię cię.

Wzruszył ramionami.

-Nie musisz.

Spróbowałem jeszcze raz.

-Uważam, że masz nie po kolei w głowie i jesteś najbardziej odpychającą osobą, jaką w życiu spotkałem.

-I prawdopodobnie masz rację. Coś jeszcze?

Ściągnąłem brwi i odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

-Nie obchodzi cię, co o tobie myślę?

Louis spojrzał w sufit, wzdychając, jakby to wszystko zaczynało go nudzić.

-Nie, Styles. Jest mi kompletnie obojętne, co się roi w tej twojej kędzierzawej główce. Jedyną rzeczą, która mnie teraz interesuje, to nasza dalsza współpraca. Tak lub nie.

Może miał rację i rzeczywiście byłem głupi, a może już do reszty oszalałem, bo usłyszałem, że z moich ust wyciekają słowa, których wcale nie chciałem powiedzieć.

-Dobrze. Nie wiem, o co ci chodzi i prawdopodobnie tego pożałuję, ale zgadzam się. Czy teraz dostanę swoje rzeczy?

Louis powoli kiwnął głową i zaprowadził mnie do swojej sypialni.

***

Dosyć szybko przekonałem się, że jeżeli Louis coś powie, to dotrzymuje danego słowa. Oczywiście pomijając umówione godziny, ponieważ punktualność najwyraźniej była dla niego pojęciem obcym, albo przynajmniej względnym i dostosowanym do jego widzimisię, ale w innych przypadkach nie mogłem mu nic zarzucić. Tak jak obiecał, stał się wzorowym nauczycielem, który nie interesuje się życiem prywatnym ucznia, a jego umiejętnościami i musiałem niechętnie przyznać, że taka wersja Louisa była bardziej niż znośna, nawet z tym ciągłym przetrzymywaniem mojej legitymacji. W gruncie rzeczy powoli zaczynałem się przyzwyczajać do jego dziwactw, a po trzech tygodniach od naszego pierwszego spotkania, sam wyciągałem dokumenty zanim jeszcze otworzył usta, aby o nie poprosić.

Tak naprawdę mógłbym go nawet polubić. O ile wcześniej jakimś cudem zapomniałbym, że potrafi być przykry i wymagający, i w dodatku nie posiadał najwyraźniej żadnego życia prywatnego, gdyż poza sklepem i okazjonalnie uczelnią, na której nawet w wakacje odbywały się zajęcia, nigdzie nie wychodził, a przynajmniej nigdy o tym nie wspominał.

Ale jak już mówiłem, nie mogłem narzekać. Przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu stało się trochę łatwiejsze, a moje umiejętności z chemii zdecydowanie się poprawiły i wreszcie zacząłem mieć nadzieję, że uda mi się zdać w sierpniu egzamin, tym samym przechodząc do następnej klasy. Dzięki Louisowi wizja mnie samego uwięzionego w poprawczaku lub w wariatkowie na oddziale dla mających problem z narkotykami, stawała się coraz bardziej odległa i powoli zaczynałem myśleć, że naprawdę byłoby lepiej, gdybym nigdy więcej nie dotykał pigułek.

Cóż, nie na tyle, abym odmówił Liamowi, kiedy jego samochód zatrzymał się przy krawędzi chodnika, po którym akurat szedłem na korepetycje.

-Podwieźć cię, Harry?- krzyknął, dając mi znak ręką, żebym wsiadał do środka. Zawahałem się, wiedząc doskonale, czym to się może skończyć, ale ostatecznie otworzyłem drzwi i opadłem na siedzenie pasażera. Liam ruszył z piskiem opon, chociaż w dalszej jeździe wskaźnik prędkościomierzu ani razu nie przekroczył dozwolonej liczby.

-Co się z tobą działo przez ostatnie tygodnie? Nie widziałem cię na żadnej z imprez nad rzeką.

-Musiałem poświęcić trochę czasu nauce- odparłem z nadzieją, że nie będzie drążył tematu i nie pomyliłem się, bo Payne ze zrozumieniem pokiwał głową.

-No tak, masz egzamin warunkowy. Cieszę się, że potraktowałeś to poważnie i nie zostawiłeś wszystkiego na ostatnią chwilę. Mądra decyzja.

Liam był przewodniczącym szkolnego samorządu oraz jednym z najzdolniejszych uczniów w naszym liceum i prawdopodobnie nie miał problemów z żadnym przedmiotem, a wiedza sama pchała się do jego mózgu, dlatego poczułem się mile połechtany, gdy to powiedział. Dobrze od czasu do czasu usłyszeć pochwałę z ust postronnej osoby, która nie jest twoją mamą lub najlepszym przyjacielem.

-Cóż, zależy mi na zaliczeniu- powiedziałem, wyglądają przez boczną szybę, żeby odczytać nazwę ulicy. –Dokąd jedziesz? Bo, mówiąc szczerze, szedłem w całkiem przeciwnym kierunku.

-Och, muszę tylko odebrać dostawę towaru.- Skręciliśmy w drogę prowadzącą do ogródków działkowych na peryferiach Londynu. Igła zdenerwowania przebiła moje wnętrzności, ponieważ przy całej sympatii, którą darzyłem Liama, nie miałem ochoty towarzyszyć mu podczas zawiązywania nielegalnych interesów na totalnym pustkowiu, gdzie nie było żywej duszy. Bóg jeden wie, z kim ten chłopak się zadawał i czy nie będę miał przez to problemów.

-I wziąłeś mnie ze sobą? – zawołałem niedowierzająco, wlepiając wzrok w jego twarz. -Chyba zwariowałeś!

-Spokojnie, Harry, nie będziesz nawet wysiadał. –Wjechaliśmy na pusty plac przed bramą jakiegoś dawno zamkniętego przedsiębiorstwa i Liam zgasił silnik. Przełknąłem ślinę, widząc dwóch dorosłych mężczyzn, którzy dotychczas spacerowali spokojnie po betonie, a na nasz widok stanęli w miejscu. –Przepraszam cię, ale wolę mieć kogoś przy sobie, a pech chciał, że akurat nie miałem nikogo innego. Mają po prostu widzieć, że nie jestem sam. Zaraz wracam.

Zanim zdążyłem zaprotestować, Payne opuścił samochód, pewnym siebie krokiem zmierzając w stronę podejrzanych typów. Zdenerwowany, zakląłem głośno, przyrzekając sobie już nigdy więcej nie wsiadać do auta Liama Payne. Jeden z mężczyzn odwrócił głowę w moją stronę i zaczął mi się przyglądać, ale odetchnąłem z ulgą, gdy zaraz potem się odwrócił. Patrzyłem z daleka, jak trójka szybko wymienia coś między sobą i już po chwili Liam był z powrotem w środku.

Byłem na niego autentycznie wkurzony.

-Nigdy więcej mi tego nie rób- warknąłem, siadając na siedzeniu niemal bokiem, by móc widzieć całą jego sylwetkę. W tym samym czasie pojazd ruszył i musiałem oprzeć dłoń na szybie, żeby nie uderzyć o nią głową. –Co jeżeli zapamiętali moją twarz i zaczną mnie szukać? Pomyślałeś o tym? Mogę zginąć!

Liam rzucił mi rozbawione spojrzenie.

-Jeżeli boisz się o życie, to usiądź prosto i zapnij pas. Serio, zrób to- dodał poważnie, gdy nie zareagowałem, a ja sapnąłem i spełniłem jego polecenie, niemal wyrywając pas z uchwytu. –Poza tym, dostaniesz w podziękowaniu coś, co z nawiązką zrekompensuje ci cały stres. Spójrz na to.

Zwolnił, dostosowując się do tempa jazdy samochodów w korku, a następnie wygrzebał z kieszeni woreczek z setką maleńkich, pomarańczowych tabletek. Każda miała wytłoczoną na wierzchu jakąś literkę, albo uśmiechniętą buzię. Wiedziałem co to jest, chociaż od dawna nie można było tego nigdzie kupić.

Uniosłem brwi, czując rosnące podekscytowanie i po całym oburzeniu nie było już śladu.

-Widzę, że je rozpoznałeś- Liam mrugnął do mnie zadowolony i rzucił mi torebkę na kolana. –Tak, Tabletki Szczęścia wreszcie powróciły do Londynu, a ty jako jeden z pierwszych będziesz mógł ich spróbować. Weź sobie trzy. –Sznur samochodów toczył się niespiesznie do przodu. - Aha, i gdzie szedłeś zanim cię zwinąłem?

-Jedź w stronę mniejszego parku- odpowiedziałem, uśmiechnięty się od ucha do ucha, turlając między palcami drobne pastylki.

***

Klatka schodowa w kamienicy Louisa była zalana promieniami słonecznymi, które ogrzały powietrze do jakiejś niebotycznej temperatury. Praktycznie nie było czym oddychać i z każdym kolejnym pokonanym stopniem moja koszulka była coraz bardziej przepocona, nie mówiąc o włosach. Dowlokłem się jakoś na odpowiednie piętro i bez pukania wszedłem do mieszkania, nie przejmując się nieuniknioną reprymendą ze strony mojego korepetytora. W tamtym momencie mógłby mi wykrzyczeć w twarz dosłownie wszystko, aby tylko pozwolił mi zanurzyć twarz pod strumieniem zimnej wody.

-Louis, gdzie jesteś?- krzyknąłem, obracając się wokół własnej osi na środku przedpokoju, jakbym spodziewał się go zastać czającego się za moimi plecami. –Mogę skorzystać z łazienki?

Odpowiedziała mi cisza, ale z jakiegoś powodu uznałem to za pozwolenie i szybkim krokiem przeszedłem korytarz, aby dostać się w końcu do umywalki. Wpadłem do łazienki, gdzie od razu odkręciłem kran i wsadziłem głowę pod lodowatą wodę, niemal pogrążając się w ekstazie. Tego właśnie potrzebowałem; zimno było cudowne.

-Przepraszam cię, Styles, ale co ty, do cholery, wyprawiasz?

Roześmiałem się, słysząc pytanie Louisa. Na Boga, czy to nie było oczywiste?

-Zapobiegam roztopieniu się. Na dworze jest chyba milion stopni i prawie czułem, jak moja skóra zaczyna ze mnie spływać, niczym plastik w kontakcie z ogniem- wyjaśniłem mu, wciąż pochylony nad umywalką. Powoli przyzwyczajałem się do zimna, a samo zmoczenie włosów i twarzy przestawało wystarczać…

-Będziesz miał coś przeciwko, jeżeli wejdę do wanny?- powiedziałem, szukając na oślep kranu, aby go zakręcić. Gdy woda przestała lecieć, wyprostowałem się i odgarnąłem z twarzy lepiące się kosmyki.

-Tak, będę miał, ty idioto! W razie, gdybyś nie zauważył, właśnie biorę kąpiel!

Obróciłem się w jego stronę, zdziwiony. Wydawało mi się, że chłopak wszedł do łazienki dopiero po mnie, ale myliłem się- siedział w wannie, zanurzony po pachy w pianie, a jego oczy chyba nigdy wcześniej nie ciskały takich gromów.

Machnąłem na to ręką.

-Nie przeszkadza mi to- zapewniłem go, zdejmując po kolei buty, a potem skarpetki. Od strony wanny dobiegło chlupnięcie, jakby Louis chciał z niej wyskoczyć, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie. –Zmieścimy się razem.

-Nawet nie waż się tu wcho- zanurzyłem jedną stopę w wodzie, następnie dołączyłem do niej drugą i w ubraniu usiadłem na dnie wanny –dzić. Styles!

Otworzyłem oczy i popatrzyłem na Louisa. Jego twarz była ściągnięta szokiem, a nagie kolana podciągniętych nóg wystawały ponad spienioną powierzchnię, aby zrobić mi miejsce na drugim końcu wanny. Na rozluźnienie posłałem mu uśmiech i oparłem plecy o ścianę, rozkoszując się dotykiem mokrych ubrań na skórze. Woda może nie była dostatecznie zimna, ale skutecznie chłodziła i w końcu poczułem się absolutnie przeszczęśliwy.

Cholera, tabletki Liama były naprawdę mocne.

-Czyś ty kompletnie postradał rozum?- Kontynuował gorączkowo Louis, poruszając w zabawny sposób nosem, na widok czego zacząłem się trząść ze śmiechu. –Nie można wchodzić komuś do wanny, gdy ten ktoś akurat się w niej kąpie!

-A co, tak jest napisane w Oficjalnym Kodeksie Kąpielowym? – wysapałem słabym głosem, nie spuszczając z niego wzroku. Zauważyłem, że zamoczone końcówki włosów przykleiły się do jego szyi i policzka, co w innych okolicznościach mógłbym uznać za pociągające. –A jeżeli naprawdę ci to przeszkadza, to możesz przecież wyjść, nie będę cię zatrzymywał.

-Nie mogę, jestem NAGI!- Głos Louisa niebezpiecznie się obniżył, a oczy zwęziły się w szparki. –Zaraz, zaraz… Brałeś coś?

Tylko lekko się uśmiechnąłem, śledząc grę emocji odbywającą się na twarzy starszego chłopaka. Oburzenie zmieniło się w złość, następnie w podejrzliwość, a na końcu w wyraz kompletnego zrezygnowania i wyglądało na to, że Louis wreszcie podjął jakąś decyzję.

-Dobrze- westchnął, pocierając nasadę nosa i przymykając powieki. –Zrobimy tak: wyjdziesz z wanny pierwszy i pójdziesz do mojego pokoju, gdzie znajdziesz sobie jakieś suche rzeczy do przebrania, a ja za chwilę do ciebie dołączę i spokojnie porozmawiamy.

Osunąłem się po ściance, żeby bardziej zanurzyć się w wodzie i niechcący dotknąłem stopą nogi Louisa, który syknął jak oparzony.

-Styles, ja nie żartuję!

Westchnąłem.

-W porządku, już idę.

Wygramoliłem się z wanny i stanąłem na pokrytej płytkami podłodze, czując niespodziewanie duży ciężar przemoczonej odzieży. Spływająca ze mnie woda utworzyła niedużą kałużę i nawet ja wiedziałem, że nie powinienem tak stąd wychodzić.

-Lepiej zdejmę to z siebie- powiedziałam w przypływie geniuszu, odpinając klamrę paska i zzuwając spodnie, a następnie pozbyłem się koszulki, zostając w samej bieliźnie.

Odwróciłem się w stronę Louisa.

-Gdzie mam położyć ubrania?

Z głową przekręconą w bok i spojrzeniem wbitym w butelkę z szamponem, Louis wyglądał jak osoba, która bardzo by chciała być w tym momencie gdzie indziej.

-Nie przejmuj się, zajmę się nimi- rzucił dziwnym głosem, wciąż odwrócony. –Idź się ubrać. Tylko błagam, omijaj dywany, bo moje współlokatorki urwą mi głowę, jeżeli je zniszczysz. Zaraz do ciebie przyjdę.

-Okej, w takim razie będę czekał- rzekłem pogodnie i zadowolony udałem się do jego pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz