~*~*~
- Liam, jestem już w domu! – krzyknąłem, przekraczając próg mieszkania, które dzieliłem ze swoim współlokatorem i najlepszym przyjacielem, Liamem Paynem, który jak ja, był biednym studentem poszukującym sposobu, by móc żyć jak najtaniej. Mieszkaliśmy także z Niallem, jednak on całymi dniami pracował, zaś studiował wieczorami, więc nie widywaliśmy się z nim zbyt często. Ponadto większość wolnego czasu spędzał u swojej dziewczyny, którą ostatecznie spotkał zaledwie kilka miesięcy temu, niemalże od razu się w niej zakochując. Przerażający był fakt, iż cała ta rzecz z bratnimi duszami czasami przynosiła pozytywne skutki.
Liam i ja poznaliśmy się pierwszego dnia studiów, obaj spóźnieni na pierwsze wykłady, kręcący się wkoło korytarza, zastanawiając się, czy chodzenie w te i z powrotem było choć odrobinę stosowne. Ostatecznie postanowiliśmy uciec i zamiast siedzieć na nudnych zajęciach, udaliśmy się na kawę i właściwie od tego wszystko się zaczęło. Oczywiście, że się pieprzyliśmy. Wciąż to robimy, pomimo że mieszkamy razem już dobre kilka lat. Stawało się to wtedy, gdy czuliśmy się samotni, wiedząc, iż to nigdy niczego nie zmieni. Obojgu nam zostało jeszcze kilka lat do odnalezienia naszych bratnich dusz. Kiedy mój czasomierz wskazywał jeszcze 03:04:14:12:54, on musiał czekać co najmniej pięć lat do spotkania miłości swojego życia. Myślę, że przyzwyczailiśmy się do tego, wiedząc, że musimy znosić tę samotność, dopóki nie odnajdziemy upragnionej miłości. Tak łatwo było wpaść w sieć nic nieznaczącego seksu, ale przynajmniej ze mną i Liamem było inaczej, ponieważ troszczyliśmy się o siebie nawzajem i dzięki temu nie raniło to tak bardzo. To było takie proste. Kiedy pragnęliśmy poczuć się chciani i kochani, mieliśmy siebie.
Liam wyszedł z pokoju, nakładając na siebie wygniecioną koszulkę, szeroko się przy tym uśmiechając. – Co słychać, Lou?
- Jestem potwornie zmęczony. Zbyt dużo zajęć jak na dzisiaj i na dodatek jeszcze ta praca. Nowy szef jest skończonym kutasem. Nie bierze pod uwagę potrzeby snu oraz jakiegokolwiek odpoczynku, nie mając najmniejszego pojęcia, iż niektórzy z nas są tylko i wyłącznie zwykłymi śmiertelnikami.
Liam zachichotał, sięgając do lodówki po sok, sącząc słodki napój prosto z butelki. Zmarszczyłem czoło, nie siląc się na jakąkolwiek uwagę z mojej strony. Nie było nawet warto. Niall był dziesięć razy gorszy od Liama, jeśli chodziło o kwestię jedzenia.
- Wychodzę za godzinę, wezmę tylko krótki prysznic. W międzyczasie postaraj się nie zdemolować kuchni – odparłem szorstko, ściągając koszulkę i rzucając ją na kanapę w drodze do łazienki.
~*~
Dotarcie to pracy zajęło mi pół godziny. Miło było przechodzić tą drogą, gdy słońce właśnie zaczynało powoli zachodzić, a rażąco-pomarańczowe światło przebłyskiwało wśród liści, pokrywając całą moją twarz, sprawiając tym samym zjawisko niejakiego kamuflażu. Lubiłem obserwować ludzi i udawać, że oni nie mogą mnie widzieć, tak, jakbym był niewidzialny, niezwyciężony. Byli ludzie trzymający się za ręce, idący w dół ulicy, dostatecznie szczęśliwi w odnalezionej miłości. Cała ta miłość w naszym społeczeństwie była ciężka do zrozumienia. Wszystko było określone z góry i wyliczone co do sekundy. Nie mieliśmy wyboru w kim się zakochujemy, a w tym czasie oczekiwania być może straciliśmy okazję na prawdziwe szczęście. Często zastanawiałem się, czy w przeciągu tych trzech lat, podczas których miałem czekać na swą bratnią duszę, otrzymałbym szansę zakochania się z samego siebie w kimś, by potem powiedzieć zwyczajne do widzenia, gdy nadszedłby mój czas. To nie wydawało się być sprawiedliwe, czym zresztą nikt oprócz mnie się zbytnio nie przejmował.
~*~
Przypuszczam, że spieszył się gdzieś, niespodziewanie na mnie wpadając. Dosłownie wpadając i zrównując mnie z ziemią. Byłem w drodze do domu, wracając z restauracji, gdzie pracowałem jako kelner serwujący talerz za talerzem zbyt drogich dań, żyjąc z nędznych napiwków. Kroczył tak szybko, prawie biegnąc, popychając mnie w dół, nieomal nie zatrzymując się, jednak zauważyłem ja coś zabłyszczało w jego niewiarygodnie zielonych tęczówkach, tak jakby poczucie winy i po chwili odwrócił się, wyciągając rękę w moją stronę.
- Tak bardzo przepraszam – odparł prędko, pomagając mi wstać i wycierając zabrudzone dłonie o nogawki ciemnych spodni.
- Jest w porządku, naprawdę.
- Nie, pchnąłem cię w sam środek ogromnej kałuży – rzekł, wskazując na wodę za mną, jakiej nie zauważyłem, skupiając całą moją uwagę na jego pięknych oczach.
- A więc, tak – opowiedziałem, znacząco się uśmiechając.
- Moje mieszkanie znajduje się tuż za rogiem. Może zechcesz się przebrać w coś czystszego? – zapytał, uśmiechając się z zakłopotaniem i spuszczając wzrok. – Swoją drogą, jestem Harry – odparł, wyciągając do mnie dłoń. Gdy nasze palce się zetknęły, poczułem przyjemne ciepło biegnące przez moją dłoń, wzdłuż ręki aż do klatki piersiowej, gdzie ostało się blisko serca pulsującego wzdłuż ciała z każdym kolejnym jego biciem.
- Louis. – westchnąłem. – Nie spieszy ci się?
- To może zaczekać – odpowiedział, wskazując bym podążył za nim w kierunku jego mieszkania. – Jesteśmy już niedaleko.
- W porządku. Przy okazji, dziękuję. Na zewnątrz jest cholernie zimno.
Kiedy dotarliśmy do bloku, skrzywiłem się na widok krętych schodów, zdających się ciągnąć w nieskończoność. – Co do licha podkusiło cię, by zamieszkać w miejscu bez windy?
- Zdrowiej dla mnie, mieszkając samemu, całkowicie bez grosza. Przynajmniej jest taniej.
- Bez bratniej duszy? – spytałem ostrożnie, nie będąc pewien, dlaczego miałem tak wielką nadzieję. Nie było to coś, co mogło przerodzić się w związek z przystojnym i tajemniczym chłopakiem, stojącym tuż przede mną.
Odwrócił się w moją stronę i szeroko uśmiechnął. – Jeszcze bez, jednak pozostały mi już jedynie cztery miesiące.
~*~*~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz