niedziela, 1 grudnia 2013

156

-Koniec tego- powiedział Harry, dysząc wściekle i zaciskając dłonie w pięści, jakby miał zamiar z ich pomocą zetrzeć przeciwnika na proch. Następnie odwrócił się na pięcie i wypadł z salonu, zostawiając na krześle swoją torbę. Do uszu Louisa dotarło głośne trzaśnięcie drzwiami, kiedy chłopak w pośpiechu opuścił mieszkanie i przez moment panowała absolutna cisza, przerwana w końcu skrzypnięciem odsuwanego krzesła.

Louis powoli wstał od stołu, zgarnął wszystkie rzeczy Harry’ego do jego torby, którą następnie zaniósł do swojej sypialni, gdzie spoczęła bezpieczna na dnie szafy. Jej właściciel niewątpliwie wkrótce się po nią zgłosi i Tomlinson chciał mieć pewność, że zdąży z nim porozmawiać zanim Styles złapie zgubę i już na zawsze zniknie z jego życia, co absolutnie nie byłoby niczym zaskakującym po ich dzisiejszej rozmowie, która przebiegła… interesująco. Tak, to było odpowiednie słowo, chociaż Harry z pewnością by się z nim nie zgodził, używając innego, dużo mniej pochlebnego i bardziej w stylu „kurewskiej katastrofy”. Dla Louisa stanowiła ona jednak niezaprzeczalny dowód na to, że pod skorupą obojętnego i zimnego, Harry jest tylko zagubionym, wrażliwym i łaknącym aprobaty rodziców dzieciakiem, a Tomlinson postawił sobie za zadanie wyciągnąć tę ukrytą część na powierzchnię, mimo że byłoby dla niego lepiej, gdyby pozwolił chłopakowi odejść.

Sęk w tym, że nieważne jak bardzo tego chciał, nie potrafił wyrzucić go z pamięci, a od tamtej nocy w klubie, bezwładnie osuwające się po ścianie ciało Stylesa regularnie nawiedzało Louisa w snach, zmieniając je w koszmary. I nie tylko. Na początku twarz otoczona burzą ciemnych loków po prostu od czasu do czasu pojawiała się w oknach witryn sklepowych, za szybami mijających go samochodów, na fotografiach w gazecie i w tłumie za reporterem z porannych wiadomości lokalnych, lecz Louis nie zwracał na to zbytniej uwagi. Później jednak, zaczął kątem oka widywać całą postać chłopaka; raz stał w mijanej właśnie alejce pomiędzy półkami w sklepie, kiedy indziej przechodził gdzieś w oddali przez ulicę lub po prostu opierał się o przystanek autobusowy, ale gdy tylko Tomlinson patrzył ponownie w jego kierunku, postać okazywała się być zwykłą staruszką, bądź dziewczyną wyprowadzającą na spacer swojego psa i nigdy go nawet nie przypominały. Jednak to również potrafił w racjonalny sposób sobie wyjaśnić, tłumacząc owe zjawisko zwykłym złudzeniem optycznym.

A potem wszystko przybrało na sile i było dużo, dużo gorzej. Chłopak już nie znikał, ale chodził w pobliżu Louisa, często zagadując go i robiąc niewinne uwagi na temat pogody lub komentując wygląd ludzi, których akurat mijali na chodniku, a Louis nigdy nie był pewny, czy to kolejny wytwór jego wyobraźni, czy może brunet w jakiś sposób go odnalazł. To był moment, kiedy Tomlinson zdał sobie wreszcie sprawę, że coś naprawdę jest nie w porządku, ponieważ normalni ludzie nie widzą takich rzeczy. Po kilku tygodniach zdołał też wypracować sprawdzony sposób na zdemaskowanie zjawy: wystarczyło poprosić ją o jakąkolwiek osobistą rzecz, na przykład o dokumenty, a widmo, owszem, wyciągało je z kieszeni, ale po dotknięciu ich ręką, Louis napotykał pod palcami jedynie pustkę.

Któregoś dnia zadzwoniła do niego pewna kobieta i poprosiła o udzielenie jej synowi korepetycji z chemii. Dlaczego nie, pomyślał wtedy, notując w pamięci nazwisko „Harold Styles” i umawiając spotkanie na najbliższą środę na dwunastą w południe, licząc na to, że uda mu się wrócić na czas ze sklepu, do którego wychodził zawsze chwilę po jedenastej. Prawie zdążył. Wszedł do kamienicy zaledwie kilka minut po wyznaczonym czasie, spodziewając się zastać pod drzwiami owego Harry’ego, ale zamiast niego zobaczył widmo chłopaka z dyskoteki, który akurat dzwonił dzwonkiem do jego mieszkania i najwyraźniej nie zamierzał tym razem z nim rozmawiać. Louis przystanął tuż za nim, przyglądając się jego poczynaniom z uczuciem zaniepokojenia i gniewu, że ośmielał się pokazywać nawet tutaj, a wtedy chłopak zerwał się z miejsca i na niego wpadł.

-Odbiło ci?- Warknęła zjawa, pocierając szybko nos, jakby rzeczywiście mógł ją boleć, a Tomlinson był pewny, że całe zderzenie odbyło się tylko w jego głowie. Łatwo przecież wyobrazić sobie dotyk, gdy dana osoba już kiedyś nas dotknęła. –Nie można się tak skradać!

Louis nigdy wcześniej nie odpowiadał na zaczepki, ale tym razem wszystko zaszło za daleko i obawiał się, że jeżeli pozwoli mu wejść za sobą do środka, to chłopak zacznie pojawiać się również w jego mieszkaniu, które dotąd stanowiło jedyne bezpieczne miejsce. Dlatego zdecydował się odezwać.

-Czemu stałeś pod moimi drzwiami?- Zapytał, nadając swojemu głosowi odpowiednio ostre brzmienie. Nie chciał pokazać, że jest zdenerwowany.

Chłopak-duch zrobił krok do tyłu, rzucając mu zaskoczone spojrzenie.

-Byłem umówiony- odparł, szybko zmieniając wyraz twarzy na pełen niechęci. –Przyszedłem na korepetycje z chemii.

Słysząc to, Louis wytrzeszczył na niego oczy. Zjawy zwykle mówiły o banalnych sprawach, nigdy nie wymyślały aż tak osobistych. Przecież to było niemożliwe, aby tamten chłopak z klubu i jego nowy uczeń byli tą samą osobą! Takie rzeczy się nie zdarzają.

-Harold Styles?- Louis rzucił na próbę, opuszczając w połowie ruchu rękę, którą bezwiednie uniósł, aby potrzeć skroń. Chłopak przytaknął. Wydawał się być jak nigdy wcześniej prawdziwy, ale to nic nie znaczyło. Potrzebny był namacalny dowód na jego istnienie, a dopóki Louis nie poczuje w dłoni dokumentów, powinien udawać. -Przepraszam, najwyraźniej… zapomniałem, że byliśmy na dzisiaj umówieni. Czy mógłbym zobaczyć dowód twojej tożsamości?

Widmo nie zareagowało od razu i Louis był już prawie pewny, że to jednak jest wytwór jego wyobraźni, gdy chłopak podał mu kartę biblioteczną.

Prawdziwą kartę biblioteczną, chłodną i twardą w dotyku. To rzeczywiście Harold Styles, osoba z krwi i kości, a nie przywidzenie. Louis nie mógł oderwać wzroku od maleńkich literek i cyferek, a potem w nagłym impulsie schował plakietkę za pasek od spodni.

-Oddam ci ją po zajęciach- oświadczył, nadal w wielkim szoku i otworzył kluczem drzwi. Chciał mieć dowód na realność Harry’ego cały czas przy sobie. Na poczekaniu wymyślił zwinne kłamstwo, wyjaśniające takie a nie inne zachowanie. –Muszę ją mieć na wypadek gdyby stało ci się coś złego, a ja potrzebowałbym twoich danych. Wejdź.

Louis otrząsnął się ze wspomnień, powracając do rzeczywistości. Zerknął na zegarek, rejestrując, że od nagłego wyjścia Harry’ego minęła godzina i ruszył do kuchni. Na miejscu podpalił gaz pod czajnikiem, jednocześnie wyjmując z szafki pojemnik z herbatą. Uwielbiał ten gatunek i nie pijał w domu żadnego innego, rozkoszując się bogatym aromatem palonych liści oraz lekko cierpkim smakiem naparu.

Kiedy woda się zagotowała, zalał nią fusy i skierował się z powrotem do salonu, gdzie usiadł wygodnie na kanapie, którą wybrały jego współlokatorki- Eleanor i Danielle. Pociągnąwszy pierwszy łyk herbaty, ponownie zagłębił się w rozmyślaniach na temat Harry’ego. Ostatnio w ogóle często o nim myślał, może nawet zbyt często.

Znowu się spóźnił, ale tym razem przez całą drogę towarzyszył mu Harry-duch. Mówił do niego bardzo dużo niepokojących rzeczy i Louis specjalnie już w sklepie się ociągał, aby prawdziwy Styles zrezygnował z czekania na niego pod drzwiami. Niestety, nie zrobił tego i na klatce schodowej, ale tylko w głowie Tomlinsona, patrzyły niego dwie identycznie wyglądające osoby, przez co Louis stracił rachubę, która jest która.

Pierwszy Harry narzekał na rodziców i szkołę, komentując także zachowanie samego Louisa.

Drugi Harry kazał Louisowi kupić sobie zegarek, aby więcej się nie spóźniał i to właśnie od tego Stylesa Tomlinson zażądał legitymacji. Dostał ją, a wtedy zjawa stojąca obok nich rozprysnęła się jak bańka mydlana. Później nastąpiła rozmowa, po której Harry wybiegł z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami.

Louis zdawał sobie sprawę, że młodszy chłopak prawdopodobnie uważał go za wariata, który w dodatku jest w stosunku do niego opryskliwy i niemiły, ale nic nie mógł na to poradzić. Nie potrafił traktować go inaczej niż na dystans i z rezerwą, ponieważ ciągle miał w głowie to, co zdarzyło się w klubie… tylną uliczkę, pełne pożądania pocałunki, wrażenia, jakich doznawał przejeżdżając dłonią po rozgrzanej skórze Stylesa i wyraz jego twarzy, gdy doprowadził go do szczytowania, a potem uczucie przerażenia na widok kredowobiałej skóry i krwi, niebieskie światło karetki… Harry nie mógł tego pamiętać, ale Louis był świadomy każdego pieprzonego szczegółu tamtej nocy, a w dodatku widział te, z braku lepszej nazwy, zjawy i wszystko było tak poplątane…

Na początku myślał, że byłoby lepiej, gdyby zmienił zdanie i kazał Stylesowi znaleźć sobie innego korepetytora, dzięki czemu oszczędziłby sobie nerwów oraz całego tego zakłopotania. Potem jednak wpadło mu do głowy, że być może nie bez powodu miał halucynacje. Może to jego sumienie próbowało przekazać mu jakąś wiadomość? Może miał za zadanie pomóc Harry’emu i sprawić, aby chłopak nigdy więcej nie sięgnął po narkotyki i nie doprowadził do powtórnego przedawkowania, a kiedy tego dokona, zjawy znikną i jego życie wróci w końcu do normy? W takim wypadku, Louis był gotowy podjąć wszelkie próby wyciągnięcia Stylesa z powrotem na prostą, a po dzisiejszej rozmowie zyskał dodatkowo pewność, że jest to możliwe.

Dopił herbatę, a pustą szklankę odstawił na stolik przed kanapą i wstał, ruszając w stronę drzwi drugiej sypialni w mieszkaniu, która wychodziła prosto na salon. Zapukał i, nie czekając na pozwolenie, nacisnął na klamkę, otwierając drzwi na oścież. W środku, na podwójnym łóżku, leżała Danielle i przeglądała notatki z wykładów, od których oderwała teraz wzrok, spoglądając ciekawie na Louisa.

-Coś się stało, Lou?

-Potrzebuję twojej pomocy- powiedział, opierając biodro o futrynę -w związku z pewnym dzieciakiem, który przychodzi do mnie na korepetycje. Możesz na chwilę porzucić te bzdury i pójść ze mną do mojego pokoju? Tam wyjaśnię ci plan działania.

***

Nakazałem sobie zachować całkowity spokój. Żadnych wrzasków, krzyków i awantur, załatwię wszystko w sposób cywilizowany, jak osoba dorosła, a potem wyjdę z mieszkania Louisa i z przyjemnością wyrzucę go na zawsze z pamięci. Poprzednio zareagowałem zbyt gwałtownie, a przecież Zayn miał rację- jestem osobą, która nie przejmuje się opinią innych, co właśnie miałem zamiar udowodnić Louisowi.

Zadzwoniłem do drzwi, mimowolnie myśląc o dwóch poprzednich razach, kiedy nikt mi nie otwierał, i zrobiłem krok w tył, gdy usłyszałem trzask przekręcanego zamka. Jednak to nie głowę Louisa ujrzałem a całkiem nieznanej mi dziewczyny, której mocno kręcone włosy zdawały się wypełniać całą dostępną przestrzeń.

Do tej pory byłem przekonany, że mój, były już, korepetytor mieszka sam, najwyraźniej jednak miał współlokatorkę.

-Cześć. Przyszedłem do…

-…Louisa, odebrać swoje rzeczy. Wiem, powiedział mi. Chodź.

Zmarszczyłem lekko brwi, przechodząc nad progiem, i podążyłem za nią do środka. Zdziwiłem się, gdy zamiast do salonu, gdzie teoretycznie powinna być moja torba, zaprowadziła mnie do kuchni i kazała usiąść przy stole.

-Lou bierze akurat kąpiel- poinformowała mnie, przysiadając na blacie kuchennym kilka metrów dalej. Skrzyżowała nogi w kostkach i zaczęła nimi machać, jak to często robią małe dziewczynki, chociaż ta musiała już mieć ponad dwadzieścia lat. –Za chwilę powinien skończyć. Mam nadzieję, że to nie jest dla ciebie problem?

-Właściwie…

-Pewnie, że nie jest, po co ja w ogóle pytam? –Kontynuowała, nieświadoma tego, że próbowałem coś powiedzieć. -Przecież masz wakacje i nigdzie nie musisz się spieszyć. Chciałabym wrócić do liceum i znowu mieć dwa miesiące wolnego, ponieważ teraz muszę pracować. Pamiętaj, kochanie, ciesz się każdą chwilą dzieciństwa! Później wcale nie jest tak fajnie, jak wszystkim nastolatkom się wydaje. Studia, praca, dom… Z roku na rok jest coraz… -urwała raptownie, jakby nagle sobie o czymś przypomniała. –Przepraszam, czasami mówię za dużo, zwłaszcza wtedy, gdy zapomnę, że rozmawiam z nieznajomym. Możesz mnie nazywać Danielle Gaduła.

Uśmiechnęła się nieco niezręcznie, a ja odpowiedziałem czymś, co przy dużej dozie wyobraźni, można było nazwać bladym uśmiechem i poprawiłem się na oparciu fotela.

-Miło mi cię poznać, Danielle- rzuciłem, widząc szansę na wykorzystanie dziewczyny do odzyskania swoich rzeczy bez konieczności widzenia się z Louisem. –A może po prostu ty mogłabyś mi dać moją torbę? Wbrew temu, co powiedziałaś, mam coś ważnego do załatwienia i bardzo zależy mi na czasie…

-Jesteś uroczy- roześmiała się, zaciskając dłonie na udach. –Nawet, kiedy kłamiesz. Doskonale jednak rozumiem twoją niechęć do rozmowy z Lou, w końcu powiedział ci parę przykrych słów i zachowywał się w stosunku do ciebie jak palant. Nie mogę jednak tego zrobić, ponieważ wszystkie twoje rzeczy są w pokoju Louisa, a ja nie zamierzam do niego wchodzić i grzebać w jego bałaganie. Bo, jeżeli jeszcze tego nie zauważyłeś, jest strasznie nieporządny. W zasadzie to zwykły flejtuch.

-Na pewno leżą gdzieś na wierzchu…- westchnąłem na widok przepraszającej miny Danielle. –Nieważne.

Dziewczyna nawinęła na palec jeden lok i przyglądała mi się uważnie, aż poczułem się nieswojo. Wolałbym, aby patrzyła w jakimś innym kierunku, albo chociaż nie przeszywała mnie na wskroś swoimi czekoladowymi oczami.

-Nie zawsze taki był- odezwała się znienacka, a ja przez chwilę nie wiedziałem, o kim mówi. –Bardzo się zmienił po pewnym wypadku w kwietniu i od tamtej pory zrobił się nerwowy. Możliwe, że nadal nie pozbierał się do końca.

Zmarszczyłem czoło.

-Masz na myśli, że przedtem po sobie sprzątał?

Danielle zaprzeczyła ruchem głowy.

-Nie. Mówię o jego arogancji i niemiłym usposobieniu.

Mimowolnie poczułem ciekawość. Co takiego mógł przeżyć Louis, że wpłynęło to na jego zachowanie, czyniąc z niego kompletnego dupka i wariata? Udając obojętność, podparłem brodę na łokciu i zapytałem: -Co to był za wypadek?

Postawa Danielle jasno wskazywała na to, że dziewczyna wolałaby o tym nie mówić, ale mógłbym się założyć, że wrodzona gadatliwość rozwiąże jej język. Nie pomyliłem się i już po minucie wszystko mi wyjaśniła.

-Którejś nocy poszedł do klubu i poznał tam jakiegoś dzieciaka. Wyszli na chwilę odetchnąć świeżym powietrzem, a wtedy chłopak nagle zaczął dziwnie się zachowywać. Zbladł, nie mógł ustać na własnych nogach, chwiał się strasznie i gdyby Louis go nie podtrzymał, upadłby na chodnik- zaalarmowany, uniosłem głowę. –Pijany, pomyślałbyś, ale potem jak opętany tarł wierzchem dłoni o ścianę klubu, aż zdarł sobie skórę. Wszędzie była jego krew… na ścianie, ich ubraniach, nawet na ulicy… a on dalej to robił, dopóki Louis siłą go stamtąd nie odciągnął i nie położył na ziemi. Musiał wziąć coś mocniejszego.- Przełknąłem ciężko ślinę, zerkając ukradkiem na swoją rękę, na której widniała mała blizna po czymś, co sobie zrobiłem pół roku wcześniej podczas zapaści. Niczego nie pamiętam, ale lekarze mówili później, że rana była silnie zanieczyszczona zaprawą tynkarską. –A kiedy chłopak już leżał, jego skóra zaczęła dosłownie parzyć. Cały czas bełkotał coś o aniołach, ale poza tym nie było z nim żadnego kontaktu i Louis zadzwonił po pogotowie. Ratownik stwierdził duże przedawkowanie narkotyków i natychmiast zabrali go do szpitala. Lou do tej pory nie wie, czy dzieciak przeżył.

Spokojnie, bez paniki. To, że historia Louisa była niepokojąco podobna do mojej wcale nie znaczyło, iż zdarzyły się w tym samym miejscu o tym samym czasie. Przecież mnóstwo osób zaliczało mocniejszy odlot, mój przypadek nie był jedyny. Lekko zakręciło mi się w głowie i dla równowagi złapałem się blatu stołu, a po chwili wszystko minęło.

-Danielle- ton mojego głosu był napięty. –Jak nazywał się ten klub?

-Fabric. -Jednak to nie Danielle odpowiedziała a Louis, który pojawił się nie wiadomo kiedy w kuchni. Błyskawicznie odwróciłem ku niemu twarz, czując nieprzyjemny ucisk w dołku na dźwięk nazwy klubu. Chłopak stał nonszalancko oparty o ścianę, chowając ręce w kieszeniach i dmuchając na niesforne, wciąż mokre po kąpieli włosy, które opadały mu na oczy. Wydawał się być wściekły, że poznałem prawdę. –Tak, Styles, to dzięki mnie dzisiaj możesz tutaj siedzieć i prowadzić tę szalenie interesującą rozmowę. Cieszysz się?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz