niedziela, 1 grudnia 2013

147

Wpuść mnie,

na całe miasto, z całych sił - wołam.

Wpuść mnie,

wpuść mnie, bo skonam.

Przecież na piętrze licho światło się tli

jak kot będę czekał uchylonych okien czy drzwi.

- Dzień dobry, Lou. Jak ci minął poranek?

- Tak jak każdy inny, doktorze. Wstałem, ubrałem się, zjadłem śniadanie, a potem przyszedłem tutaj.

- Optymistyczna myśl?

Chwila zastanowienia.

- Kiedy się obudziłem, nie padało. To rzadkie w tej części kraju.

- Istotnie. - Lekarz uśmiechnął się nieznacznie, kartkując plik dokumentów. - Mam dla ciebie niespodziankę, ale zanim ci ją pokażę, muszę wcześniej usłyszeć nasze hasło. Możesz mi je przypomnieć?

Louis pociągnął nosem i potarł zmarznięte ramiona. W gabinecie panował dokuczliwy chłód.

- Ludzie są kluczem do sukcesu - wyrecytował beznamiętnie, patrząc na obrazy odbijające się w szkłach okularów mężczyzny siedzącego po drugiej stronie biurka.

- Otóż to, otóż to! Louis, jesteś gotowy zrobić następny krok w terapii - powiedział lekarz, przybijając pieczątkę u dołu pierwszego dokumentu. - Możesz wyjść na przepustkę i spędzić tydzień w towarzystwie rodziny i przyjaciół. Co ty na to?

- Od dawna nie marzyłem o niczym innym.

***

Tydzień to za mało, aby zdążyć nacieszyć się rodziną, której nie widziało się od przeszło trzech lat, ale Louis nie narzekał. Wykorzystywał dokładnie każdą cenną minutę, próbując nadrobić stracony czas. Pomagał siostrom w lekcjach, robił z mamą zakupy w pobliskim supermarkecie i oglądał mecze futbolu z tatą, a wieczorami spacerował po ulicach Doncaster, aby móc oderwać się od aury niezręczności, która panowała w domu. Wszyscy udawali, że jest w porządku, ale przecież wcale nie było, chociaż Louis nie za bardzo się tym przejmował, bo większość jego myśli zaprzątała chłopięca twarz otoczona burzą brązowych loków.

Każdego dnia rano, kiedy słońce dopiero wychylało się zza horyzontu, Louis wymykał się z domu i jechał do Londynu, aby przez kolejne cztery godziny siedzieć na przednim siedzeniu samochodu zabranego z garażu taty i obserwować spokojny ogród Harry’ego. Osiedle było uśpione jeszcze przez długi czas i dopiero kwadrans po siódmej przez drzwi wejściowe wybiegał gruby mężczyzna, o którym Louis wiedział tylko tyle, że był ojczymem młodszego chłopaka. Później, prawdopodobnie po porannych wiadomościach, na ganku pojawiała się Anne i zabierała do środka gazetę oraz butelkę z mlekiem, którą zostawiał tam pryszczaty wyrostek pracujący jako mleczarz, a wtedy Louis zawsze miał nadzieję, że zamiast kobiety na werandzie pojawi się Harry. Jednak nigdy nic podobnego nie miało miejsca i Tomlinson wracał w końcu do domu, ciesząc się i smucąc jednocześnie.

Dopiero w sobotę, ostatniego dnia swojej przepustki, Louis ujrzał znajomą sylwetkę wyłaniającą się zza budynku. Na chwilę zapomniał jak się oddycha, chłonąc wzrokiem każdą najmniejszą zmianę w wyglądzie Harry’ego. Kręcone włosy były trochę dłuższe niż zapamiętał, a jego twarz, choć nadal nieco chłopięca, nabrała ostrzejszych rysów, ale szeroki uśmiech pozostał ten sam; ciało nie należało już do nastolatka, lecz do mężczyzny, co tylko podkreślał obcisły podkoszulek i spodnie od piżamy wiszące luźno wokół jego bioder. Zrelaksowany, mówił coś do wysokiego blondyna, który dreptał obok niego i każdy człowiek bez trudu by poznał, że mężczyźni nie byli wyłącznie przyjaciółmi - świadczyły o tym bliźniacze gesty, zharmonizowany krok oraz intymne spojrzenia typowe dla par, które od dawna ze sobą były. Wielka ulga na widok Harry’ego w tak dobrej formie została zastąpiona przez przejmujące uczucie tęsknoty i głowę Louisa zalały wspomnienia, wyrywając mu dziurę w piersi. Gdyby nie choroba, mógłby być na miejscu nieznanego blondyna. Gdyby nie choroba, to Louis uszczęśliwiałby Harry’ego i sprawiał, że te zielone oczy migotały. Gdyby nie choroba… jednak podobne myśli nie miały najmniejszego sensu. Przecież nie można cofnąć czasu.

Harry sobie poradził, zostawiając przeszłość za sobą i rozpoczynając całkiem nowe życie, w którym nie było miejsca na chorych psychicznie, dawnych kochanków. Od dawna nie potrzebował już Louisa, z czego Tomlinson doskonale zdawał sobie sprawę, dlatego nie zamierzał ujawniać swojej obecności i pozostał w samochodzie. Wkrótce Harry i jego partner zniknęli w budynku, nieświadomi obecności osób trzecich, a Louis po prostu uruchomił silnik.

Wiedział wszystko, co musiał wiedzieć by móc bez wyrzutów sumienia po raz ostatni opuścić Londyn. Harry pozbierał się po ich krótkiej przygodzie, znajdując szczęście u boku kogoś innego, i Louis nie zamierzał tego niszczyć, zamiast tego zostawiając go w spokoju. Kilka pojedynczych łez spłynęło po jego policzku, kiedy z uśmiechem na ustach utrwalał w pamięci obraz najpiękniejszego mężczyzny, jakiego spotkał w swoim całym życiu i jedynego, którego kiedykolwiek pokochał.

***

- Chłopcy, pospieszcie się! - W otwartych drzwiach mojego starego pokoju pojawiła się mama. W swojej eleganckiej sukience z jasnego materiału, która przy każdym ruchu pobłyskiwała w promieniach czerwcowego słońca, oraz z twarzą rozświetlaną ogromnym wewnętrznym szczęściem wyglądała o wiele młodziej niż zwykle. - Za dziesięć minut widzę was w samochodzie.

- Zaraz będziemy - rzuciłem, odwracając się od lustra, przy którym starałem się wygładzić ostatnie zmarszczki na koszuli, jednak Anne już zniknęła. Westchnąłem, dla odmiany szarpiąc muszkę przy kołnierzyku, ale duże dłonie odciągnęły od niej moje palce.

- Zostaw, jest idealnie - powiedział Jake, przejeżdżając pełnym aprobaty spojrzeniem po mojej sylwetce. - Zdenerwowany?

- Trochę - odpowiedziałem i wzruszyłem ramionami, odwdzięczając mu się uśmiechem. - W końcu nie codziennie twoja jedyna siostra wychodzi za mąż. Wydaje mi się, że dopiero wczoraj przyjęła oświadczyny.

Jasne włosy Jake’a otaczały miękko jego twarz, komponując się z szarobłękitnym garniturem, który włożył, kiedy chłopak przyciągnął mnie do siebie za poły marynarki.

- Cóż, minęło trochę więcej czasu - rzekł z rozbawieniem.

- Trzy lata i dziesięć miesięcy - powiedziałem bez zastanowienia, a po twarzy Jake’a przebiegł ledwo widoczny cień.

- Masz doskonałą pamięć do dat, Harry. To wtedy tamten chłopak odszedł, tak?

Drgnąłem niespokojnie, ganiąc w myślach samego siebie za brak rozwagi. Jake nie powinien martwić się tym, że wciąż liczyłem dni upływające od chwili, gdy widziałem Louisa po raz ostatni, i że gdzieś w środku czekałem na jego powrót.

- Jake… - zacząłem, ale blondyn potrząsnął szybko głową.

- Wiem, że nadal coś do niego czujesz - oświadczył z wymuszonym uśmiechem i położył jedną z dłoni na moim ramieniu, kciukiem kreśląc na nim okręgi. - Ale jest nam ze sobą dobrze i dopóki budzisz się rano obok mnie wszystko jest w porządku. Jasne, boję się, że któregoś dnia Louis pojawi się na naszym progu, a ty bez zastanowienia spakujesz walizki i pójdziesz za nim, ale… Kocham cię. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, nawet jeżeli ty nie kochasz mnie w taki sam sposób.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Podobne wyznanie nigdy wcześniej nie wypłynęło z ust stojącego przede mną chłopaka, więc w odpowiedzi po prostu pocałowałem go mocno, chcąc dać mu do zrozumienia, jak ważny dla mnie jest. Moje uczucia do Jake’a nie mogły równać się temu, którym przed laty obdarzyłem Louisa, i które wciąż dawało o sobie znać podczas bezsennych nocy, ale blondyn mimo wszystko był kimś wyjątkowym i zasługiwał na coś więcej, niż byłem zdolny mu zaofiarować.

- Oczywiście, że też cię kocham. - Robiąc nieduży krok w tył, wyswobodziłem się delikatnie z jego uścisku. - Nigdy o tym nie zapominaj. A teraz chodźmy już lepiej na dół, bo inaczej moja mama nas zabije.

Jake rozpromienił się i ruszył w stronę drzwi, a ja poszedłem za nim. Kiedy znaleźliśmy się na podjeździe, mamy nie było jeszcze w pobliżu, za to Robin siedział już na miejscu kierowcy i ze zniecierpliwieniem bębnił palcami w kierownicę swojego Volvo.

- Pamiętajcie, żeby ominąć centrum! - huknął do nas przez okno, aż jego wąsy zatrzęsły się nad górną wargą. - Jakob, ufam ci całkowicie, więc to ty prowadź, bo nie możecie się spóźnić! Harry, masz obrączki?

- Tak, Robin. Wyluzuj - powiedziałem, wywracając oczami i wymownie poklepałem się po piersi, gdzie bezpiecznie spoczywało granatowe pudełeczko z dwiema obrączkami. - Lepiej popędź mamę, bo inaczej to wy się spóźnicie.

- Święta racja - zawołał mężczyzna i pospiesznie wyskoczył z wozu. Razem z Jake’iem obserwowaliśmy jak biegnie po ścieżce przez ogród z marynarką ciasno opinającą jego pokaźny brzuch, a potem wsiedliśmy do naszego samochodu, żeby wyruszyć w drogę. Przez te trzy lata naprawdę wiele rzeczy się zmieniło, ale chyba najbardziej podejście Robina do mojej orientacji - traktował Jake’a jak własnego syna i przestał przejmować się opinią sąsiadów. Czasami zastanawiałem się, czy sprawy przyjęłyby podobny obrót, gdyby Louis nie odszedł, ale zaraz potem odganiałem od siebie te myśli, bo wspominanie starszego chłopaka zawsze przywoływało straszne uczucie osamotnienia. Louis, gdziekolwiek teraz był, nie chciał być odnaleziony, a i ja w końcu zrezygnowałem z szukania, ponieważ w rzeczywistości nikt nie wiedział, gdzie chłopak mógł przebywać.

Nie pozostało mi nic, jak po prostu czekać na niego i nie ważne, czy powrót zajmie mu cztery lata, czy dwadzieścia - w moim życiu nigdy nie będzie nikogo innego. Owszem, w międzyczasie pojawiało się i jeszcze pojawi wielu mężczyzn, ale tak naprawdę nigdy nie będę chciał żadnego z nich. Ta przeklęta chemia, która połączyła mnie z Louisem na trzech różnych płaszczyznach życia - narkotyki, korepetycje i miłość* - nadal była najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić.

* wiecie, o co chodzi: mówi się, że pomiędzy dwiema osobami “wytworzyła się chemia” :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz