niedziela, 1 grudnia 2013

148

Pogoda była fatalna. Niebo zakrywały ciemne chmury, z których nieustannie padał deszcz, zalewając miarowo trawnik, chodnik i jezdnię, kiedy razem z Louisem piechotą staraliśmy się dotrzeć do mojego domu. To nie był najlepszy pomysł; ubrania już dawno nam przemokły, a w butach przy każdym kroku chlupotała woda.

- Przypomnij mi, dlaczego nie wzięliśmy twojego samochodu albo nie zamówiliśmy taksówki - poprosiłem Louisa, przekrzykując ryk wiatru rozbijającego się o okoliczne drzewa.

- Ponieważ - odgarnął sobie mokre włosy z czoła - jesteś nieznośnym uparciuchem i zażyczyłeś sobie spaceru nad Tamizę. - A po chwili zastanowienia dodał: - Pewnie uważasz także, że pocałunek w deszczu jest niezwykle romantyczny i zawsze chciałeś to zrobić.

- Wcale nie!

- O, a ja myślę, że jak najbardziej.

Louis, zajęty osłanianiem twarzy przed powiewami zimnego powietrza, niestety nie widział jak wywracam oczami, podobnie zresztą jak nie zauważył pełnego nadziei uśmiechu, który zaczął wyginać do góry moje usta.

- Cóż, może - przyznałem w końcu i zwolniłem tempo marszu, by móc się z nim zrównać. - Więc… co powiesz na sprawdzenie tej teorii? Mamy idealną okazję.

Tomlinson wymruczał pod nosem coś, co brzmiało dziwnie podobnie do „niemożliwy dzieciak”, ale zatrzymał się na środku chodnika i złapał mnie za rękę, splatając ze sobą nasze palce. Powiedziałem to bardziej dla żartu, więc nie spodziewałem się, że potraktuje to poważnie, ale już po chwili poczułem gwałtowne trzepotanie w żołądku, bo zziębnięte usta nakryły moje własne w powolnym, słodkim pocałunku i cały świat zniknął. Nie liczyło się nic innego, tylko niespieszny ruch warg i miłe łaskotanie w miejscu, gdzie nasza skóra stykała się pomiędzy fałdami mokrych ubrań.

- Hmm, coś w tym jest - stwierdził krótko Louis jakiś czas później, kiedy pocałunek dobiegł końca i ruszyliśmy dalej. - Może jednak nie powinienem śmiać się z filmów, które ogląda Danielle.

- Zgadzam się - tylko tyle zdołałem z siebie wykrzesać, wciąż oszołomiony łatwością, z jaką przyszło mu pocałowanie mnie na środku mojego osiedla. Od mojej ulicy dzieliło nad kilkanaście metrów.

- Louis? - zagadnąłem go niepewnie, mrużąc oczy przed natrętnymi kroplami deszczu.

- Tak?

- Wiesz, nadal trzymamy się za ręce - powiedziałem szybko w obawie, że chłopak natychmiast zabierze swoją dłoń, jednak nic takiego się nie stało. - Czy to znaczy, że… co to właściwie znaczy? - zapytałem, marszcząc brwi.

Louis ścisnął mocniej moje palce, sprawiając wrażenie zakłopotanego.

- Cokolwiek to jest - zaczął, ostrożnie dobierając słowa - nie musi być w żaden sposób nazwane. Po prostu… cieszmy się tym, Harry, dopóki możemy, dobrze?

Popatrzyłem na niego w zdumieniu.

- Co powiedziałeś?

- Żeby nie próbować na siłę niczego…

- Nie to - przerwałem mu niecierpliwie. - Później.

- Eee…

- Podpowiem ci: Harry. Zwróciłeś się do mnie po imieniu!

Może to tylko moja wyobraźnia, ale wydawało mi się, że w tym momencie deszcz przestał tak bardzo padać, a spomiędzy chmur wydostało się troszeczkę więcej słońca. Natomiast Louis miał taką minę, jakby poważnie rozważał ucieczkę z krzykiem.

- Uspokój się - nakazał mi grobowym głosem, odciągając mnie na bok, by mógł nas wyminąć rowerzysta opatulony w długi płaszcz moro.

- Przepraszam, ja tylko… pierwszy raz użyłeś mojego imienia - zatoczyłem koło ręką, uśmiechając się szeroko. - To musi znaczyć, że choć trochę mnie lubisz.

- Gdybym cię nie lubił, to wierz mi, nie zgadzałbym się na taką męczarnię - wskazał wymownie na niebo, potem na mnie. - Więc proszę cię, Harry, chodźmy już! Zaraz zamarznę.

- Dobrze - zgodziłem się. - Tylko… ja też cię lubię.

Louis zmarszczył czoło strapiony, a potem pokręcił głową, wzdychając przesadnie głośno, ale tym razem wiedziałem, co tak naprawdę myśli. Cień uśmiechu i zadowolenie, które przez resztę drogi odbijało na jego twarzy tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły.

W przyjaznej ciszy dotarliśmy do mojego domu.

***

Po zjedzeniu ugotowanego przez Gemmę obiadu, Louis wrócił do siebie, a ja postanowiłem zmusić swoją siostrę do rozmowy. Od kilki dni nie była sobą. Zwykle wesoła i bezkonfliktowa, teraz patrzyła na wszystkich wilkiem, złoszcząc się o byle co i snując się po domu z niezadowoloną miną. Podszedłem do blatu kuchennego, który z zacięciem czyściła i założyłem ręce na piersi.

- Gem, co się dzieje? - zapytałem, obierając się o krawędź zmywarki. - Dlaczego jesteś ostatnio taką suką?

Zmywak został mocniej przyciśnięty do podłoża.

- Przeszkadzasz mi, Harry. Idź sobie - warknęła z rozdrażnieniem i wyjęła z ust zabłąkany kosmyk włosów, brudząc sobie przy tym policzek pianą.

- Nie - odpowiedziałem hardo. Dziewczyna posłała mi złe spojrzenie i przeniosła się na drugi koniec kuchni, mrucząc do siebie przekleństwa. Obserwowałem jak mięśnie na jej ramionach napinają się z wysiłku, kiedy próbowała nad sobą zapanować. - Nie rozumiesz? Martwię się o ciebie! Jeżeli pokłóciliście się z Liamem, to…

Ręka Gemmy obsunęła się z blatu, a sama dziewczyna zastygła w bezruchu.

- Nie pokłóciliśmy się - zaprzeczyła. - On tylko…oświadczyłmisię. To znaczy, o-oświadczył się. Mnie.

Zamrugałem kilkakrotnie słysząc tę rewelację, która jednak nie zdziwiła mnie tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. W końcu Gemma i Liam poznali się w liceum i byli od tamtego czasu nierozłączni.

- To chyba dobrze? - zaryzykowałem, zerkając na jej spanikowaną twarz. - Nie chcesz za niego wyjść?

- A skąd mam wiedzieć? -zawołała, tracąc w końcu nerwy. - Mam dwadzieścia jeden lat, do cholery! Całe życie przede mną, skąd mam w-wiedzieć, czy Liam… czy my… Dlaczego mu się tak spieszy?

Otarła nos przedramieniem, przy okazji nakładając na twarz jeszcze więcej mydlin, pomiędzy którymi pojawiły się dwie gładkie smugi łez. Wyglądała jak kupka nieszczęścia. Stanąłem obok niej, przygarniając do siebie jej szczupłą sylwetkę, a Gemma objęła mnie ramionami i złożyła głowę na mojej piersi.

- Jestem beznadziejna.

Pogłaskałem ją po włosach.

- Wcale nie. Nie wiem, czy to cię pocieszy, ale kilka dni temu wylądowałem z Louisem w łóżku i zamiast wielkiego finału skończyło się na tym, że leżałem spanikowany, a on starał się mnie uspokajać. W rezultacie do niczego nie doszło. - Do tej pory czułem zażenowanie na wspomnienie tamtego wydarzenia, ale gdyby miało jej to w jakiś sposób pomóc… - Więc jeżeli ktoś tu jest beznadziejny, to raczej ja.

Gemma pociągnęła nosem, parskając śmiechem.

- Wolę nie myśleć o tym, że mój mały braciszek uprawia już seks - powiedziała, odzyskując swój zwykły, lekko dokuczliwy ton. Przycisnąłem ją mocniej do siebie. - Przepraszam, przepraszam! - zaśmiała się cicho. -Czyli ty i Louis jesteście razem?

- Ciężko stwierdzić. Chyba tak. - Odsunęliśmy się od siebie i Gemma wytarła dłonie w ścierkę, najwyraźniej rezygnując z dalszego czyszczenia blatu. - Po prostu powiedz Liamowi, że nie jesteś gotowa, w końcu to twój chłopak i powinien zrozumieć. Wszystko już jest w porządku?

- Nie, Harry, ale sama muszę sobie z tym poradzić - westchnęła. - Chyba pojadę do Liama do pracy i rzeczywiście przeprowadzę z nim poważną rozmowę. Dzięki, że się zainteresowałeś.

- Jesteś moją siostrą i… Gem? Gdyby Liam okazał się dupkiem to dzwoń, a zaraz się zjawię!

- To kulturysta, Haz. Wolałabym widzieć cię jeszcze przez jakiś czas żywego - posłała mi uśmiech, który był identyczny do mojego, a potem wyszła.

Prychnąłem, kręcąc głową.

***

Następnego dnia Gemma poprosiła mnie uprzejmie o zniknięcie z domu na kilka godzin, więc postanowiłem wpaść do Louisa, ponieważ tego dnia chłopak kończył zajęcia na uczelni wcześniej i z pewnością był w swoim mieszkaniu. Wysłałem mu wiadomość, aby nie czuł się zaskoczony, kiedy nagle pojawię się w drzwiach, a następnie złapałem kurtkę i wyszedłem na dwór.

Kwadrans później wysiadłem z autobusu, który zatrzymywał się niedaleko kamienicy Tomlinsona. Znowu zaczęło padać, więc starałem się jak najszybciej dotrzeć na miejsce, ale nie udało mi się uniknąć ochlapania przez pędzący obok po drodze samochód. Lewy bok miałem cały ubłocony.

- Louis, to ja! - zawołałem głośno, wchodząc do białego przedpokoju, gdzie odwiesiłem mokrą kurtkę na wieszak, a następnie rozpocząłem wędrówkę po pomieszczeniach by odnaleźć przyjaciela. Nie było go w kuchni ani w jego sypialni, łazienka także była pusta, a całe mieszkanie sprawiało wrażenie opuszczonego. Zmarszczyłem brwi, lekko zaniepokojony przejmującą ciszą i jeszcze raz obszedłem każdy pokój, tym razem badając dokładnie wszystkie kąty. Odważyłem się nawet zajrzeć do Danielle i Eleanor, chociaż nie przekroczyłem linii wejścia.

Po upływie kilku długich minut, w czasie których mój żołądek zdążył zawiązać się w supeł, znalazłem Louisa skulonego pod ścianą w salonie. Wcześniej go nie zauważyłem, ponieważ całą jego sylwetkę zasłaniała skórzana czerwona kanapa.

- Dlaczego nie odpowiedziałeś na moje wołania? - zapytałem ze zdenerwowaniem, stając nad Louisem i zaplatając ramiona na piersi. - Bałem się, że ktoś cię porwał! I co ty w ogóle wyprawiasz na tej podłodze?

Chłopak w najmniejszym stopniu nie zareagował, wciąż wciskając głowę pomiędzy kolana. Jego pozycja przywołała mi wspomnienie kursu pierwszej pomocy, który każdy musiał zaliczyć na początku liceum, i gdzie wspominano, że podobne ułożenie ciała może wskazywać na głęboki szok u poszkodowanego. Może chłopak potknął się o coś i uderzył potylicą w kant stołu? Nigdy nic nie wiadomo. Ukucnąłem przed nim, próbując dojrzeć jego twarz, ale nie dałem rady odciągnąć otaczających jej ramion.

- Co ci się stało? Ktoś cię skrzywdził? - powiedziałem roztrzęsionym głosem, głaszcząc go po włosach w poszukiwaniu ran lub guzów, na co Louis wzdrygnął się i z niesamowitą szybkością odepchnął mnie od siebie.

- Nie dotykaj mnie! - syknął, patrząc na mnie z obrzydzeniem, a potem jego wzrok przetoczył się po salonie i chłopak jęknął do siebie. - Zostawcie mnie wreszcie wszyscy w spokoju!

Nie miałem pojęcia co się dzieje, ze strachu oddech uwiązł mi w płucach. Wtedy ramiona starszego chłopaka zaczęły drżeć w bezgłośnym szlochu, a sam Louis kiwał się w przód i w tył, powtarzając ciągle „odejdź”, aż całkowicie zachrypnął i zaczął się krztusić.

- Lou - szepnąłem błagalnie, natychmiast opadając przy nim na kolana. Zdusiłem w sobie chęć otoczenia go ramionami i przyciśnięcia do siebie, zamiast tego łapiąc go za nadgarstki, żeby uniemożliwić mu ponowne odepchnięcie mnie do tyłu. - Źle się czujesz? Proszę, odezwij się… n-nie mogę ci pomóc, dopóki mi nie powiesz!

Tomlinson zaśmiał się histerycznie, choć trudno było to nawet nazwać śmiechem, bardziej ochrypłym rechotem.

- Wystarczy, że znikniesz, a wszystko będzie dobrze! - Oparł głowę o ścianę, wlepiając spojrzenie w sufit. - Ale nie zrobisz tego, prawda? Oczywiście, że nie! Wciąż będziecie się tu pokazywać, ty i te twoje cholerne klony, dopóki do końca nie zwariuję! Nie dam dłużej… ZABIERAJ SIĘ STĄD!

Przełknąłem łzy, nic z tego nie rozumiejąc. Jego słowa przebijały moje serce niczym srebrne sztylety.

- Przestań, przecież wcale tak nie myślisz! W dodatku k-klony… o kim ty do diabła mówisz?

Louis sapnął gniewnie.

- Nie drwij sobie ze mnie. - Zatoczył koło ręką, wskazując palcem na puste wnętrze pokoju.

- Jesteśmy tu tylko my dwaj - powiedziałem, rozglądając się na boki. - Louis, czy ty mnie w ogóle poznajesz? To ja, Harry.

- Nie. Jego tutaj nie ma, a ty nie jesteś prawdziwy.

Spojrzałem na niego beznamiętnie. Co to niby miało znaczyć? Chłopak był blady, jego oczy rozszerzyły się znacznie, a klatka piersiowa poruszała się szybko do góry i w dół. Zaskakująca prawda zaczęła powoli kształtować się w moim mózgu - Louis wcale nie żartował. On naprawdę był przekonany, że jestem tylko wytworem jego wyobraźni i wokół nas znajduje się więcej podobnych do mnie zjaw, które musiały go już męczyć od dłuższego czasu, skoro stracił cierpliwość. Sama ten pomysł wydał mi się o tyle śmieszny, o ile wręcz niemożliwy.

- Lou - zacząłem jeszcze raz, starając się wzmocnić ton głosu, aby nadać mu pewności. Nie zwracając uwagi na grymas niezadowolenia na twarzy Louisa, uchwyciłem jego dłoń i przycisnąłem ją mocno do swojej klatki piersiowej tam, gdzie najwyraźniej było czuć szybkie bicie serca. - To naprawdę ja. Jestem tutaj i… nie wiem, co się z tobą dzieje, ale nie zostawię cię.

Tomlinson zamknął oczy.

- To niemożliwe. Harry jest teraz u siebie w domu, a to wszystko dzieje się wyłącznie w mojej głowie. Odejdź.

- Nie! Jak mam cię przekonać? - krzyknąłem, wbijając paznokcie w jego dłoń. - Czujesz ból? Nie mógłbyś sobie tego wyobrazić!

- Owszem.

- No dobrze, ale nie zaprzeczysz, że wczoraj poszliśmy nad rzekę i złapała nas burza, a w drodze powrotnej całowaliśmy się w deszczu - mówiłem dalej, gorączkowo starając się go przekonać, że ma przed sobą żywego człowieka. - Kiedy poszedłeś do domu, rozmawiałem z Gemmą. Liam chce się z nią ożenić, wiedziałeś? Nie. Widzisz? Gdybym powstał w twojej głowie nie mógłbym powiedzieć czegoś, czego ty sam nie wiesz!

Louis otworzył usta, rozważając ostatnie zdanie, a potem wolno zbliżył drugą rękę do mojego policzka i delikatnie przejechał po nim opuszkami palców. Czekałem w bezruchu, choć całe moje ciało rwało się do tego zagubionego w sprzecznych myślach chłopaka, który niczego już nie był pewny.

- Boże, to naprawdę ty - bardziej wyczytałem z jego twarzy, niż usłyszałem - Harry… potrzebuję cię teraz tak bardzo…

- Chodź - odpowiedziałem natychmiast, biorąc go w ramiona i ciągnąc nas obu do góry. Bez wahania poprowadziłem go do jego sypialni, w której szare światło dnia uwydatniło wycieńczenie oraz ciemne półkola pod oczami starszego chłopaka. Kilka dni temu nie dałem rady, ale dzisiaj wszystko uległo zmianie, a po tym, co przed chwilą się wydarzyło, pozwoliłbym mu na cokolwiek. Już się nie bałem, ale Louis… Louis potrzebował namacalnego dowodu, że ma przed sobą istotę z krwi i kości. - Jeśli tylko chcesz, możesz mnie pieprzyć.

- Nie - rzekł poważnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jedna z jego dłoni powędrowała do moich loków, pieszcząc delikatnie skórę nad karkiem. - Ale jeżeli jesteś gotowy się ze mną kochać, Harry, to moja odpowiedź brzmi tak.

- Ja… - wtedy zrezygnowałem z używania słów, przekazując mu wszystkie swoje uczucia za pomocą dotyku. Upadliśmy na łóżko, ale nie było jak za pierwszym razem. Każdy pocałunek, każde muśnięcie nagiej skóry kryło za sobą coś większego, czego nie odzwierciedliłby nawet najpiękniejszy wiersz ułożony przez najwybitniejszego poetę. Nasze ciała poruszały się w zgodnym rytmie; oddechy mieszały się w jeden urywany oddech oraz w szeptane błagania o więcej, bo wciąż nie byliśmy wystarczająco blisko siebie, wciąż coś nas rozdzielało.

A kiedy Louis wyszeptał do mojego ucha „zrób to, Harry”, rozchylając przede mną uda, nie wahałem się nawet przez ułamek sekundy. Kierowany cichymi instrukcjami, wypowiadanymi pełnym pożądania głosem, przygotowałem starszego chłopaka na przyjęcie mnie wewnątrz siebie i ostrożnie zanurzyłem się w cudownym cieple, które ciasno mnie otoczyło, wyrywając z mojego gardła okrzyk przyjemności.

Spleceni w jedność, jeszcze nie raz przekroczyliśmy tego popołudnia granice świadomości.

***

Obudził mnie powiew ciepłego powietrza na policzku. Miałem zamiar przekręcić się na drugi bok i z powrotem zapaść w sen, kiedy coś mi się przypomniało - Ja i Louis w łóżku, kochający się do utraty sił przez długie godziny. Zarumieniony i czujący rozlewające się po moim wnętrzu szczęście, natychmiast uniosłem powieki, spodziewając się ujrzeć na poduszce obok twarz starszego chłopaka, ale nikogo tam nie było. Z rozczarowaniem przejechałem dłonią po zmiętej pościeli na drugim końcu łóżka, która okazała się zimna, jakby Louis od wielu godzin przebywał gdzie indziej, i niemrawo rozejrzałem się po pokoju, rejestrując powysuwane szuflady w komodzie oraz otwarte na oścież drzwi szafy; zawartość obu mebli została opróżniona.

Wyskoczyłem z łóżka, ledwo zauważając ból mięśni w wielu partiach ciała, szczególnie tych dolnych, i zarzuciłem na siebie ubrania, aby następnie skierować się do kuchni, skąd dobiegało niewyraźne pobrzękiwanie talerzy ustawianych na półkach.

- Cześć, Dan. Widziałaś może Louisa? - zapytałem, wchodząc do środka. Danielle przerwała wykonywaną czynność i odwróciła się do mnie przodem, ukazując mi swoją twarz. Na widok jej współczującej miny, coś ciężkiego opadło mi na dno żołądka.

- Tak - westchnęła, zagryzając krótko wargi przed kontynuowaniem wypowiedzi. - On… wyszedł.

- Dokąd?

- Cóż, nie wiem dokładnie - schyliła się, by wyjąć spod spodu gruby magazyn o sztuce, który wydał mi się dziwnie znajomy - jednak zostawił coś dla ciebie. Proszę.

Patrząc na mnie czujnie spod grzywy brązowych loków, włożyła mi w ręce książkę, a ja ze zdezorientowaniem otworzyłem ją na pierwszej stronie. Pomiędzy kartkami natknąłem się na niedużą kopertę oznaczoną moim imieniem. Odłożywszy katalog na stół, rozerwałem papier. W środku była krótka notatka zapisana pospiesznie odręcznym pismem.


Harry- zaczął Louis. -Nigdy Ci tego nie powiedziałem, ale uważam Cię za bardzo inteligentną osobę i dlatego jestem pewny, że już wiesz, co się stało. Wczorajszy dzień był jednym z najpiękniejszych, a zarazem najgorszych dni mojego życia. Najpiękniejszy ze względu na Ciebie i to co razem przeżyliśmy, z kolei najgorszy z powodu mnie samego, a dokładniej mojej chorej psychiki. Proszę, przeczytaj to do końca, potem możesz spalić ten list lub zrobić z nim cokolwiek innego, ale nie przerywaj teraz czytania. To bardzo ważne.

Kiedy u mojej młodszej siostry zdiagnozowano chorobę umysłową, lekarze byli pewni, że prędzej czy później dosięgnie ona także mnie. Mieli rację, zachorowałem zaraz po naszym pierwszym spotkaniu, Harry, dawno temu w klubie. Początkowo nie byłem świadomy tego, co się dzieje, bo wszystko rozwijało się bardzo powoli. Po jakimś czasie zacząłem Cię widywać w różnych nieprawdopodobnych miejscach i już wtedy powinna mi się zapalić w głowie czerwona lampka, ale niestety, potrafiłem łatwo zagłuszyć głos rozsądku. Nikt nie chce być chory, Harry, ja także nie chciałem. Oglądałeś kiedyś film Szósty zmysł? Tamten chłopiec widział duchy, mógł z nimi rozmawiać, dotykać ich. Mnie też coś takiego spotkało, ale zjawy zawsze przybierały jedną postać - Ciebie. Pamiętaj, że przez długi czas nie miałem pojęcia, czy chociaż przeżyłeś zapaść, więc Twój widok… To było straszne, ale nadal uparcie sobie wmawiałem, że to minie i jakoś żyłem dalej.

A wtedy prawdziwy Ty pojawiłeś się na mojej klatce schodowej i wszystko stało się sto razy trudniejsze. Skąd miałem wiedzieć, kiedy mam do czynienia z duchem, a kiedy z normalnym człowiekiem? W obu przypadkach mogłem ‘Was’ dotknąć lub porozmawiać, ponieważ ludzki mózg potrafi naprawdę wiele. Wymyśliłem więc prostą sztuczkę, która miała mi to zadanie ułatwić: prosiłem Cię o okazywanie mi legitymacji. Namacalny, w pełni materialny dowód na Twoje istnienie, rozumiesz? Pewnie nazywałeś mnie wariatem, co w sumie okazało się w ostateczności bardzo trafnym określeniem, ale przejdźmy dalej.

Prawdopodobnie najmądrzej byłoby, gdybym w ogóle nie zgodził się na korepetycje, zamiast tego zgłaszając się na terapię. Tylko widzisz, ja nadal nie dopuszczałem do siebie myśli, że mógłbym być chory. Zrzuciłem więc całą winę na swoje sumienie, tłumacząc halucynacje potrzebą pomocy Tobie. Taką formą zadośćuczynienia, rehabilitacji. Powiedziałem sobie, że jeżeli uda mi się wyciągnąć Cię z narkotyków, wszystko wróci do normy. Przez jakiś czas wydawało mi się nawet, że plan działa- w Twoim towarzystwie ‘duchy’ znikały, a ja miałem spokój; jednak w pewnym momencie nabrałem tak dużej pewności siebie, że złamałem podstawową zasadę i Cię pocałowałem. Harry, musisz wiedzieć, że nigdy nie spotkałem osoby, która byłaby dla mnie tak atrakcyjna jak Ty. Dosłownie wszystko mnie w Tobie pociągało, a że dodatkowo wiedziałem, iż jesteś gejem, było mi naprawdę ciężko trzymać ręce przy sobie.

Wiesz jak potoczyła się reszta. Kolejny pocałunek, kolejna utrata przytomności, nasze ‘koleżeństwo’, a potem seks. W międzyczasie choroba nasiliła się i wreszcie musiałem stanąć w oczy z prawdą, przed którą uciekałem przez ostatnie pół roku. Moment kulminacyjny nastąpił w dniu Twojego egzaminu poprawkowego z chemii, kiedy praktycznie nie mogłem wyjść z łóżka, bo ‘duchy’ otoczyły mnie wielkim tłumem, nie pozwalając się ruszyć. Udało mi się powiadomić mamę, która wiedziała, co w tej sytuacji zrobić, ale poprosiłem ją o kilka dodatkowych dni…

Harry, to jest moment, w którym masz pełne prawo mnie znienawidzić. Wiedziałem, że powoli nasze koleżeństwo przeradza się w coś, co nie miałoby żadnej przyszłości. Gdybym był silny, zerwałbym z Tobą wszelkie kontakty, wyjeżdżając, ale prawda jest taka, że nie mogłem. Tak jak wspomniałem, NIGDY nie spotkałem kogoś takiego. Sądzę, że mogłem się w Tobie zakochać, a pamiętając o wczorajszej nocy, Ty też prawdopodobnie zakochałeś się we mnie, dlatego przepraszam. Przepraszam Cię z całego serca za to, że pozwoliłem, aby sprawy wymknęły się spod kontroli, chociaż doskonale widziałem, że ostatecznie wyląduję w szpitalu i możliwe, że przez długi czas go nie opuszczę.

Lottie, moja siostra, spędziła trzy lata na oddziale psychiatrycznym. Wróżę sobie podobny los.

Zdecydowałem się zakończyć nasz związek (o ile mogę to tak nazwać) dzisiaj, ponieważ zostając z Tobą dłużej, nie umiałbym Cię zostawić, a z kolei moja choroba zniszczyłaby nas obu. Oprócz mojej mamy nikt nie zna adresu szpitala, do którego wyjechałem. Nie szukaj mnie, zacznij żyć od nowa i najlepiej zapomnij o wszystkim, co się między nami wydarzyło. Ja zawsze będę pamiętał, jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak wpłynie na mnie leczenie. Nie chcę być dla Ciebie ciężarem, ani zmuszać cię do samotnego czekania na dzień, w którym będę mógł z powrotem wyjść do prawdziwego świata.

Żałuję, że wyrządziłem Ci tyle zła, ale gdybym miał wybór, nie zawahałbym się zrobić tego ponownie. Nazwij mnie słabym człowiekiem, a będziesz miał rację. Mimo wszystko dałeś mi powód by walczyć i jeżeli kiedykolwiek jeszcze się spotkamy, zaproszę Cię na prawdziwą randkę. Oczywiście będziesz mógł odmówić i nie zdziwiłbym się, gdybyś to właśnie zrobił.

Twój Louis

PS. Poznajesz ten katalog? Dałem Ci go do obejrzenia na jednej z naszych pierwszych lekcji. To moja praca zaliczeniowa z filozofii sztuki, mieliśmy w niej w dowolny sposób zdefiniować pojęcie „piękna”. Wiem, że się tym nie interesujesz, ale jeżeli otworzysz go na ostatniej stronie, powinieneś znaleźć coś ciekawego.


Ledwo widząc przez łzy, przekręciłem katalog trzęsącymi się dłońmi i odsłoniłem pierwszą kartkę od końca. W centralnym punkcie został przyklejony taśmą kwadratowy polaroid, który przedstawiał mnie samego leżącego półnago we własnej pościeli i uśmiechającego się szeroko do obiektywu. Podpis pod fotografią głosił: Dla mnie Harry jest i zawsze będzie prawdziwym uosobieniem piękna.

Wypuściłem wszystko z rąk, pierwszy raz płacząc tak mocno, że obraz autentycznie rozmazał mi się przed oczami. Poczułem jak drobne ramiona Danielle otaczają mnie uspokajająco, a dziewczyna pozwala mi wtulić twarz w swoją koszulę, nie zwracając uwagi na mokre plamy, które na niej zostawiłem.

- Już nigdy go nie zobaczę, prawda? - wyjąkałem, trzymając się jej kurczowo jak ostatniej deski ratunku. Miałem nadzieję, że zaprzeczy, mówiąc jeden z tych utartych banałów w stylu „Nie wygaduj głupot, na pewno się spotkacie!”, ale Danielle nie mogłaby mnie oszukać. Cisza była na tyle wymowna, że nie miałem co do tego wątpliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz