Kamienica, w której miał mieszkać mój korepetytor, stała tuż przy parku. Na parterze budynku znajdował się sklep oraz nieduża kawiarnia, a ruch samochodowy ograniczono ze wszystkich stron jednokierunkowymi ulicami. Taka okolica była rajem dla rodzin z małymi dziećmi, dlatego spodziewałem się, że będę pobierać lekcje u mężczyzny lub kobiety po czterdziestce. Wspiąłem się po wygodnych schodach na drugie piętro i zapukałem do drzwi, poprawiając na ramieniu torbę z książkami. Zza ściany po drugiej stronie klatki schodowej dobiegało ciche popłakiwanie niemowlęcia.
Nikt nie otwierał. Może pomyliłem godzinę? Czasem mi się to zdarzało. Sprawdziłem notatkę w telefonie, ale wyraźnie wskazywała na dwunastą. Zmarszczyłem brwi i powtórnie zapukałem, używając jednocześnie dzwonka. Zero odzewu. Zakląłem, zbyt łatwo odrzucając myśl o zaczekaniu pod drzwiami i odwróciłem się na pięcie, aby odejść. Natychmiast zderzyłem się z kimś, kto najwyraźniej przystanął tuż za moimi plecami.
Odskoczyłem do tyłu, rozmasowując bolący nos.
-Odbiło ci? –warknąłem w stronę nieznanego mi chłopaka, który trzymał w ręce reklamówkę z zakupami. –Nie można się tak skradać!
Popatrzył na mnie wrogo.
-Czemu stałeś pod moimi drzwiami?- Zapytał ostro, ignorując moją wcześniejszą wypowiedź. Mimowolnie wzdrygnąłem się i dla bezpieczeństwa oddaliłem jeszcze dalej. Co za dziwak, a jeżeli rzeczywiście tutaj mieszkał, to miałem nadzieję, że jego rodzice byli normalniejsi.
-Byłem umówiony- Zdecydowanie nie robił im też zbyt dobrej reklamy, a gdybym nie znajdował się w podbramkowej sytuacji, znalazłbym kogoś innego. –Przyszedłem na korepetycje z chemii.
Szatyn otworzył szerzej oczy. Patrzyłem, jak jego twarz przechodzi błyskawiczną przemianę z agresywnie zaczepnej w autentycznie zaskoczoną, a potem poruszył się niespokojnie.
-Harold Styles?- Odezwał się, robiąc jakiś niezrozumiały ruch ręką. Potwierdziłem, wyprostowując plecy i nie bez satysfakcji zauważyłem, że był ode mnie niższy, co trochę poprawiło mi humor. –Przepraszam, najwyraźniej… zapomniałem, że byliśmy na dzisiaj umówieni. Czy mógłbym zobaczyć dowód twojej tożsamości?
Cholera, mogłem się tego spodziewać. Najwyraźniej to właśnie on miał mnie przygotowywać do egzaminu poprawkowego i, szczerze powiedziawszy, nie wiem, co mnie bardziej zdziwiło: że korepetytor o najlepszej reputacji w Londynie jest niedużo ode mnie starszy, czy może to, że zażądał ode mnie legitymacji. Gdyby nie poważny ton, pomyślałbym, że stroi sobie ze mnie żarty.
W dodatku patrzył na mnie wyczekująco, jakby każda sekunda zwłoki bardzo dużo go kosztowała.
-Mam kartę biblioteczną- rzuciłem w końcu, wygrzebując z kieszeni plastikowy prostokąt. –Może być?
Jego mina wyraźnie mówiła, co sądzi o tak wątpliwym źródle informacji, ale wziął plakietkę z mojej ręki i przestudiował każde wypisane na niej słowo. Brwi podleciały mi do góry, kiedy schował ją za paskiem swoich spodni.
-Oddam ci ją po zajęciach- oświadczył, otwierając kluczem drzwi. –Muszę ją mieć na wypadek gdyby stało ci się coś złego, a ja potrzebowałbym twoich danych. Wejdź.
Ogarnął mnie niepokój. Słowa „gdyby stało ci się coś złego” zabrzmiały tak, jakby chłopak naprawdę oczekiwał jakiegoś nieszczęścia, przez co wcale nie chciałem siedzieć z nim sam na sam w jego mieszkaniu. Kto wie, co może się wydarzyć, gdy nie będę umiał zrobić prostego zadania? Może wybuchnie gniewem i ze złości wbije mi długopis w tętnicę szyjną? Pal licho kartę, najlepiej czmychnąć dopóki stoi odwrócony do mnie tyłem…
-Styles, pospiesz się!- Zawołał zniecierpliwiony, a ja niechętnie porzuciłem swój plan i przestąpiłem próg, rozglądając się po wnętrzu w poszukiwaniu krwawych znaków na ścianach lub czegoś podobnego, ale wszystkie były pomalowane na ten sam odcień bieli. Poprowadził mnie do drewnianego stołu w kącie salonu i kazał na siebie zaczekać. Patrzyłem jak znika w sąsiednim pomieszczeniu i postanowiłem w tym czasie wyciągnąć wszystkie wypożyczone podręczniki na blat. Potem rzuciłem na sam wierzch zeszyt z zapisanymi notatkami z lekcji, który dała mi dziewczyna z mojej grupy na zajęciach chemii. Nie znałem jej imienia, ale powiedziała, że nie muszę go oddawać, bo jej nie będzie już więcej potrzebny. Sądzę, że musiałem jej się podobać, w przeciwnym razie nie zapisałby swojego numeru po wewnętrznej stronie okładki, chociaż i tak nie zamierzałem dzwonić.
-Już jestem.- Podskoczyłem na krześle, kiedy chłopak znowu mnie zaskoczył, bezszelestnie pojawiając się po drugiej stronie stołu. Oszalałbym, gdybym musiał z nim mieszkać, a on poruszałby się po domu w taki sposób. –Zacznijmy od początku… Co potrafisz z zadanego materiału?
Teraz zachowywał się całkiem normalnie, nawet lekko się uśmiechał, chociaż uśmiech nie obejmował jego oczu. Wzruszyłem ramionami, opadając na oparcie krzesła.
-Nic- powiedziałem szczerze, wytrzymując jego spojrzenie. –W zeszłym roku szło mi całkiem dobrze, ale pierwszą klasę liceum sobie odpuściłem. Chemia nie była moim priorytetem.
Skinął głową, niewzruszony. Widocznie nie byłem jedynym beznadziejnym przypadkiem z jakim miał do czynienia.
-W takim razie mamy półtorej miesiąca na nadrobienie zaległości z całego roku. Będziesz musiał przychodzić tu co najmniej trzy razy w tygodniu i dodatkowo pracować w domu, a ja potem sprawdzę, czy dobrze…
-Zaczekaj- przerwałem mu. –Mam tylko zaliczyć, nie muszę tego naprawdę umieć. Na dopuszczający spokojnie wystarczy kilka…
-Rozmawiałem z twoja matką- teraz to on mi przerwał, a ja wydąłem usta w irytacji. –Powiedziała, że twój nauczyciel zrobi wszystko, abyś i tym razem oblał. Nie mam zamiaru marnować czasu dla osoby, która przez głupi błąd może zawalić egzamin, dlatego albo będziesz się uczył na najwyższą ocenę, albo możemy od razu się pożegnać.
Gdybym zrezygnował, mama by mnie zabiła. Wiem, ile trudu włożyła w załatwienie mi tych korepetycji oraz ile pokładała w nich nadziei. Co z tego, że ten chłopak zachowywał się jak wariat, skoro jego uczniowie zawsze zdawali? Jakoś dałbym radę, najwyżej odbiłbym to sobie wieczorami…
-Mam rozumieć, że rezygnujesz? Wspaniale.
Wstał, ale ja nie ruszałem się z miejsca. Z drugiej strony, jeżeli nie zdam, to mnie zamkną, a wtedy stracę coś więcej niż kilka popołudni- wolność.
-Dobrze, będę się uczył- oświadczyłem z rezygnacją, patrząc na jego twarz, która wyraźnie spochmurniała.
-Jesteś pewny?
-Tak! Możemy iść dalej?
Wrócił powoli na swoje krzesło, szurając po podłodze bosymi stopami. Z jakichś przyczyn to także mnie denerwowało, zresztą jak wszystko w tym chłopaku i jego mieszkaniu. Otworzył mój zeszyt i założył okulary na nos, uważnie przeglądając kartki. Uświadomiłem sobie nagle, że nawet nie wiem , jak on się nazywa. Pewnie nosił jedno z tym starych imion, jak na przykład Edward lub Charles, a w dzieciństwie uczył się gry na fortepianie.
-Jak mam się do ciebie zwracać?- Zapytałem po chwili, gdy cisza w salonie wreszcie zaczęła mi przeszkadzać. Miałem nadzieję, że mimo wszystko uda mi się nawiązać z nim kontakt, który zmieniłby tę katorgę w coś łatwiejszego do zniesienia.
Chłopak nawet nie podniósł głowy znad zeszytu.
-Louis- powiedział z roztargnieniem.
-Louis- powtórzyłem na głos, a brzmienie tego imienia niespodziewanie przypadło mi do gustu. –Jest francuskie, prawda?
-Nie wiem, być może.
-Ja jestem Harry.
-Przecież wiem- Louis ostentacyjnie zamknął wszystkie książki, przesuwając je na drugi koniec stołu. Tyle w kwestii ocieplenia naszych relacji. Nie był zbyt miły, nie grzeszył empatią i widać było, że z jakiegoś powodu jest zdenerwowany, ale w końcu nie przyszedłem tu w poszukiwaniu przyjaciół. Zerknąłem w stronę podręczników, na które wskazał głową. –Na razie nie będziemy tego potrzebować, wytłumaczę ci podstawy na własnych przykładach.
Westchnąłem ciężko, zaplatając dłonie na stole i zaczęliśmy lekcję.
***
Późnym wieczorem, gdy leżałem już na łóżku we własnej sypialni i otępiale wpatrywałem się w sufit, zadzwonił do mnie Horan. Od naszego wymuszonego pocałunku w trakcie gry w butelkę, podczas którego blondyn zdał sobie nagle sprawę, że całowanie chłopców jest równie przyjemne co całowanie dziewczyn, minęło prawie pół roku i czasami spotykaliśmy się za szkolnym parkanem na małą sesję obściskiwania się z dala od wścibskich oczu kolegów. Ale dotąd nigdy do mnie nie dzwonił. Zazwyczaj pisaliśmy do siebie po prostu krótkie liściki z godziną spotkania, które wtykaliśmy potem przez szparę do szafki na korytarzu należącej do tego drugiego.
Odliczyłem kilka sekund i odebrałem.
-Jesteś zajęty?
Żadnego powitania, ani pytania, czy wszystko u mnie w porządku- tak właśnie wyglądały nasze stosunki. Zero gadania, czyste działanie nastawione na fizyczną przyjemność.
A mimo to moje serce drgnęło zdradziecko na dźwięk jego głosu.
-Nie, siedzę w domu- odpowiedziałem, słysząc w słuchawce jakieś śmiechy i dobiegającą z daleka muzykę.
-To dobrze. Rozkręcamy imprezę u Payne’a… Kojarzysz gościa?- Liam Payne, jak mógłbym go nie kojarzyć? Był przewodniczącym samorządu uczniowskiego, a jednocześnie rozprowadzał po szkole najlepsze pigułki, które czasami przed weekendem od niego kupowałem. Mało kto o tym wiedział, ponieważ chłopak robił interesy tylko z zaufanymi ludźmi, dzięki czemu doskonale krył się przed nauczycielami. Mruknąłem do mikrofonu, że owszem, znam go. –Świetnie, w takim razie przyślę ci wiadomość z jego adresem. Bo chyba przyjdziesz, prawda?
Chciałbym, żeby jego głos wyrażał nadzieję, albo chociaż głupią prośbę, jednak był tylko uprzejmie obojętny. Pomyślałem, że uprzejma obojętność to nie jest uczucie, którym powinien mnie po tym wszystkim darzyć, ale natychmiast nakazałem sobie skończyć z użalaniem nad tym, czego i tak nigdy nie było.
Podniosłem się z łóżka, podchodząc do uchylonych drzwi.
-Moja mama jeszcze nie śpi- powiedziałem, nasłuchując dochodzących z dołu odgłosów ostatniego zmywania i postukiwania talerzy. Doskonale wiedział, że po tym, co stało się ze mną w klubie nie mogę wychodzić nocą z domu, co nie znaczyło, że czasami tego nie robiłem.
-To wyjdź oknem- padła zdawkowa odpowiedź, a krzyki w tle nasiliły się. –Słuchaj, muszę kończyć, bo właśnie przywieźli beczki z piwem. Znajdę cię potem.
Rozłączył się zanim zdążyłem wypowiedzieć chociaż słowo. Zamknąłem usta i odrzuciłem od siebie telefon, jakby to była jego wina, że Horan jest takim nieczułym głupkiem, a potem ruszyłem w stronę kuchni, aby odegrać odpowiednie przedstawienie przed mamą.
***
Znowu czułem się cudownie. Myśli o Niallu, szkole i przeklętych korepetycjach uciekły z mojej głowy, zastąpione przyjemnymi rozważaniami o niczym. Siedząc w głębokim fotelu, toczyłem leniwie wzrokiem po bawiącym się tłumie, a głośna muzyka dudniła mi w uszach, przesyłając przez komórki mojego ciała wibracje i miałem wrażenie, że tej nocy mógłbym zrobić wszystko. W tamtym momencie nie było dla mnie rzeczy niemożliwych.
Wpadłem na pewien pomysł, dlatego szturchnąłem łokciem przysypiającego na sąsiedniej pufie Zayna, mojego starszego kolegę.
-Co?- Zdołał powiedzieć, oblizując jak szalony wyschnięte usta, które były efektem ubocznym zjedzonych przez niego grzybów. Prawdopodobnie był już gdzieś daleko.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko, wiedząc, że spodoba mu się to, co chciałem zrobić, ale musi mnie najpierw dobrze usłyszeć. Wstałem więc i pociągnąłem go za sobą na piętro, gdzie znajdowało się wyjście na balkon. Poniżej balkonu, niemal dokładnie pod nim, rozciągał się basen, w którym kąpało się kilka dziewczyn.
-Chcę skoczyć stąd do wody, Zayn- zwróciłem się do niego, wychylając górną połowę ciała przez balustradę i wskazując palcem podświetlony na niebiesko basen. –Zrobisz to ze mną?
Chłopak wbił mętne spojrzenie w oddaloną o dobre pięć metrów ziemię.
-No nie wiem, to chyba trochę za wysoko- odparł w ostatnim przypływie trzeźwości, ale jednocześnie ściągnął przez głowę swoją koszulkę, jakby już podjął decyzję. –Możemy się zabić.
-Nie, bo wpadniemy do wody- wyjaśniłem mu, a mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, prawdopodobnie upodabniając mnie do kota z Cheshire*. Wziąłem przykład z przyjaciela i również się rozebrałem. –Rozumiesz? Nikt tego jeszcze nie robił, będziemy jak Krzysztof Kolumb, gdy odkrywał Amerykę! Krzysztof Kolumb nie zginął, więc my też nie zginiemy!
Taki tok rozumowania, choć dla trzeźwej osoby nie miał sensu, najwyraźniej trafił do Zayna, gdyż chłopak pokiwał powoli głową i przeszedł przez barierkę, stając na krawędzi balkonu. Poszedłem w jego ślady, a ludzie na dole zaczęli do nas krzyczeć.
-Będą skakać!- Ktoś biegał po trawniku, inni zwoływali znajomych, aby wyszli do ogrodu i popatrzyli na dwóch samobójców, a dziewczyny w bikini wyszły z basenu i głośno nas dopingowały.
Ostatni raz zerknąłem na Zayna, który wreszcie szczerzył się głupkowato, patrząc na migoczące oświetlenie rozwieszone na drzewach.
-Teraz to widzę, Harry- powiedział pełnym uwielbienia tonem, rozszerzając oczy by nie stracić ani sekundy na mruganie. –Moglibyśmy tam sfrunąć…
-Zrobimy to. Na trzy. Raz!… dwa!…
-Nie sądzę.- Zza naszych pleców dobiegł poważny, męski głos. -Jake i Josh, wciągnijcie ich z powrotem.
Poczułem jak obce ramiona oplatają moją klatkę piersiową, a potem unoszą w górę i przenoszą na bezpieczne podłoże balkonu. Nie protestowałem. Właściwie bardziej chciało mi się śmiać. Natomiast Zayn chyba nawet niczego nie zauważył, bo wciąż rozkładał szeroko ręce i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Tłum gapiów ryknął, zawiedziony.
Przede mną, z trudną do odgadnięcia miną, stał Payne. Skinął na Jake’a lub Josha, nie wiedziałem, który był którym, i potężnie zbudowany chłopak zabrał Malika do pokoju. Zostaliśmy sami.
-Harry- rzekł zaskakująco łagodnie, kładąc mi rękę na ramieniu. –Co to miało być?
-Mieliśmy odkryć Amerykę, Liam- odparłem. Właśnie to planowaliśmy z Zaynem zrobić, prawda?
Następnym razem się uda, pomyślałem jednocześnie.
-Nie będzie następnego razu, Harry.- Widocznie powiedziałem ostatnią myśl na głos. –Znamy się od dłuższego czasu, dlatego wybaczę ci ten pomysł ze skakaniem- nachylił się do mnie i gdyby świeciło słońce, mógłbym policzyć piegi na jego nosie, które zawsze mi się podobały. –Jednak musisz mi przyrzec, że nigdy więcej nie kupisz pigułek od nieznajomego, dobrze? I przyznam, że czuję się dotknięty, iż na mojej własnej imprezie wziąłeś towar konkurencji.
Poczułem się winny, chociaż nie na tyle, aby przestać się uśmiechać.
-Widzisz, co one z tobą zrobiły? Musieli je z czymś zmieszać i to cud, że nic poważnego ci się nie stało. Najlepiej będzie, jeżeli wrócisz już do domu. Znajdę kogoś, kto cię odwiezie.
Zaprowadził mnie do środka, a ja bez słowa poddałem się jego ruchom. Byłem przyjemnie znieczulony na wszelkie bodźce z zewnątrz i najchętniej gdzieś bym się położył, żeby porozkoszować się tym stanem.
-Malik już jest u siebie. To na wypadek, gdybyś się martwił- usłyszałem w pewnej chwili głos Liama, czym wyrwał mnie z zamyślenia. Rozejrzałem się wokół, dziwnie rozbudzony, co było zapewne skutkiem zanikającego działania narkotyku i ujrzałem ostatnią osobę, z którą miałbym ochotę wracać do domu. Zayn był mi w tym momencie kompletnie obojętny.
-Szukałem cię, Harry. –Horan przejął mnie z rąk Liama, jakbym był szmacianą lalką. –Czy to ty próbowałeś skoczyć? Stałem przy basenie, ale nie widziałem waszych twarzy. Dzięki, Payne, zajmę się nim.
Uświadomiłem sobie nagle, na jakie pośmiewisko byłbym wystawiony, gdyby nie było ciemno i ludzie nas rozpoznali. Potrząsnąłem głową, zatrwożony własną głupotą.
-Co za wstyd- wymamrotałem bardziej do siebie niż do Nialla. Zatrzymałem się w miejscu, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na blondyna, jakby jego obecność dopiero teraz do mnie dotarła. Wróciło do mnie pytanie, które nie dawało mi spokoju kilka godzin temu. –Słuchaj, muszę wiedzieć… Kim dla ciebie jestem?
Chłopak uniósł brwi.
-Jak to: kim?
-Normalnie. Co czujesz, gdy o mnie myślisz?
Śledziłem pociemniały od mroku nocy błękit jego tęczówek.
-Kilka razy obciągaliśmy sobie za szkołą, Harry, i kiedy o tobie myślę, właśnie te obrazy stają mi przed oczami. Pytasz, bo ty coś…?
-Nie- odpowiedziałem natychmiast, ruszając w stronę jego auta. Horan szybko mnie dogonił i złapał za ramiona, obracając w swoją stronę. To musiał być śmieszny widok, bo górowałem nad nim przynajmniej o głowę.
-Seks z tobą był dobry, ale to Demi jest moją dziewczyną. –Pokiwałem głową, czując gorycz rozlewającą się po moim wnętrzu. –Nie bierz tego do siebie.
W zasadzie, nigdy sobie niczego nie obiecywaliśmy i nie powinienem mieć do niego pretensji o to, że wolał jakąś dziewczynę ode mnie.
Cóż, wszystko wskazywało na to, że jednak miałem.
-Chcę jechać do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz