Zanim ostatecznie wróciłem do domu, spędziłem trochę czasu u Zayna, który w typowy dla siebie sposób starał się mnie odstresować przed nadchodzącym egzaminem - zaproponował mi skręta.
- Nie chcę - powiedziałem, wyciągając się na jego łóżku, podczas gdy starszy chłopak siedział po turecku na podłodze i bawił się talią kart. - Narkotyki to zamknięty rozdział w moim życiu.
Zayn parsknął śmiechem, oddzielając piki od kierów, by posegregować karty według kolorów.
- Ile razy już tak mówiłeś? - zapytał retorycznie, uśmiechając się pod nosem. - Harry, nie obraź się, ale nie przestałeś ćpać po zapaści, więc i teraz tego nie zrobisz. Po prostu za bardzo to lubisz.
- Już nie - zaprzeczyłem, śledząc wzrokiem linie na suficie. Zayn nie wiedział o tym, co stało się dzisiaj w nocy, dlatego nie miałem mu za złe myślenia w ten sposób. W zasadzie, do niedawna sam uważałem dokładnie tak samo. - Wczorajsza impreza niezbyt dobrze się dla mnie skończyła - dodałem po chwili. - Znowu miałem… pecha - Malik podniósł głowę, a ironiczny uśmiech spełzł z jego twarz - i postanowiłem potraktować to jako znak, żeby nigdy więcej nie brać.
- Niezbyt dobrze się dla mnie skończyła? - podchwycił, patrząc na mnie rozszerzonymi ze zdenerwowania oczami. - Rozwiń to, z łaski swojej!
- Nie ma o czym mówić, po prostu… Niall załatwił nie do końca czysty towar - zacząłem, krzywiąc się nieznacznie, gdy Zayn wydał z siebie zduszony okrzyk. - Uspokój się! Louis zabrał mnie do swojego mieszkania, a jego współlokatorka załatwiła lekarza i nic mi się nie stało. Żyję, nie widać?
Chłopak wyrzucił z rąk karty, które chaotycznie rozsypały się po dywanie.
- Co ci w ogóle strzeliło do głowy, żeby brać cokolwiek od Horana? - syknął wściekle i wreszcie pojąłem, że to musiał być jeden z tych rzadkich dni, kiedy Zayn był całkowicie sobą, zrezygnowawszy z rozpoczęcia dnia od nabicia lufki. Nie byłem do tego przyzwyczajony, a określenie „trzeźwy Malik” od dawna stanowiło dla mnie sprzeczność. - Och, czekaj, niech zgadnę. Miałeś nadzieję go przelecieć?
Skoro obaj zdawaliśmy sobie sprawę, że tak właśnie było, zdecydowałem się nie odpowiadać. Zamiast tego przekręciłem się na brzuch, przewieszając prawe ramię przez krawędź łóżka i podniosłem z podłogi pierwszą lepszą kartę, od niechcenia obracając ją w palcach.
- Że też musiałeś sobie upatrzeć właśnie jego - mruknął z rozdrażnieniem Zayn, przebiegając dłonią po swoich sterczących do góry włosach. Potem jego wzrok padł na trzymaną przeze mnie kartę. - Ósemka kier. Symbol skrywanej miłości, zdrady i porzucenia, a niektórzy mówią, że także trójkąta małżeńskiego. Pasuje jak ulał.
Uniosłem do góry brew.
- Na litość boską, znowu zaczynasz? Co za bzdury - oświadczyłem, z niechęcią przyglądając się jaskrawoczerwonym zawijasom, które zdawały się mienić na tle białego kartonika. - Ile razy mam ci powtarzać, że tarot został wymyślony przez stare naciągaczki w celu wyłudzania łatwej kasy od naiwnych głupców? Idioci, wierzyli w zapewnienia, że da się wyczytać przyszłość z przypadkowego ułożenia kilku obrazków. Faktem jest, Zayn, że te wszystkie wróżby specjalnie są tak ogólnikowo sformułowane, aby ludzie mogli je bez trudu dopasować do wydarzeń ze swojego życia, co skłoni ich do ponownej, entuzjastycznej zapłaty za „przepowiedzenie przyszłości” i interes będzie się kręcił.
Odrzuciłem od siebie kartę, patrząc na swojego przyjaciela.
- Możesz się śmiać - odparł wyniośle Malik, zbierając talię do pudełka i odkładając je na biurko. - Ale najpierw się zastanów, czy coś z tego, co powiedziałem, przypadkiem do ciebie nie pasuje.
- Och, pomyślmy - zawołałem przesadnie głośno, łapiąc się za brodę w geście udawanego zamyślenia, na widok czego Zayn wywrócił oczami. - Skrywana miłość… pudło. - Popatrzyłem na niego krzywo. - Zdrada…nie byłem w związku od ponad roku, więc odpada. Jak to szło dalej? Ach, tak, porzucenie. Znowu nie pasu…
- Horan w pewnym sensie cię porzucił - wtrącił niewinnym tonem Zayn. Posłałem mu gniewne spojrzenie, ale nie mogłem się nie zgodzić, więc ostatecznie machnąłem lekceważąco ręką.
- Może. Zwykły przypadek. Ale trójkąt małżeński? Nie mam i raczej nigdy nie będę miał, eee… męża.
- Tu nie musi chodzić o małżeństwo w sensie dosłownym, głupku. Czy w czasie spotykania się z Horanem miałeś kogoś innego?
Słowo „nie” już prawie ześlizgnęło się z końca mojego języka, lecz nagle oczyma wyobraźni ujrzałem rozczochrane brązowe włosy oraz delikatne, zawsze bose stopy i zamknąłem usta, strapiony. Zayn uśmiechnął się szeroko.
- Aha! - wykrzyknął triumfalnie. - Karty nigdy nie kłamią. No, kto to jest?
Przekręciłem się z powrotem na plecy, czując poirytowanie i lekkie rumieńce na policzkach.
- Zapytaj te swoje karty - fuknąłem. - Przecież one nie kłamią i wiedzą wszystko.
- Nie bądź kutasem, Styles. Mów!
- Dobra, ty wróżko za pensa. Mój korepetytor. Ma na imię Louis.
- Louis? Ten sam, przy którym w kwietniu o mały włos nie przedawkowałeś? - zdziwił się Malik, przysuwając bliżej łóżka. Wyglądał jakby głęboko się nad czymś zastanawiał, a po chwili jego oblicze rozświetliło zrozumienie zmieszane z niedowierzaniem. - Zaraz, zaraz… Czy to on pomógł ci też wczoraj?
- Taa -przytaknąłem cicho.
Zayn oparł plecy o ramę łóżka, kręcąc głową.
- Wow, ale to popieprzone. Lubisz sobie komplikować życie, Harry.
- To nic poważnego, jesteśmy tylko kumplami i on nie chce… to znaczy, żaden z nas nie chce się w to pakować, rozumiesz? Właściwie nawet specjalnie za nim nie przepadałem, dopiero ostatnio… coś się zmieniło.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie.
Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w kompletnej ciszy, każdy pogrążony we własnych myślach. Zastanawiałem się, co będzie ze mną i Louisem po tym, jak zaproponowałem mu kontynuowanie znajomości po zakończeniu korepetycji, a on przyjął tę ofertę, mimo że nasze kontakty nie należały do najprostszych i z całą pewnością nie można ich było uznać za normalne. Bycie znajomymi wydawało się dziwne, oderwane od rzeczywistości, a przede wszystkim niezadowalające, bo chociaż nic nas nie łączyło, to los tak nami pokierował, że zawdzięczałem Tomlinsonowi naprawdę wiele.
No i chciałem go znowu pocałować, a nawet robić z nim rzeczy, do których z Niallem nigdy nie udało nam się dojść. Nie chodziło tu o żadne głębokie uczucie, jakim mógłbym obdarzyć Louisa, po prostu pragnąłem jego bliskości, dotyku i tej oszałamiającej namiętności, której ułamka pozwolił mi posmakować zaledwie dwanaście godzin wcześniej na parkingu pod starym magazynem. A chociaż Tomlinson powiedział, że jemu także się podobało, to jednak nie zapowiadało się na to, abym kiedykolwiek jeszcze miał możliwość robienia z nim czegokolwiek
Z westchnięciem podniosłem się do pozycji siedzącej, opierając stopy o podłogę kilka centymetrów od uda mojego przyjaciela.
- Wiesz, Zayn, kiedy nie jesteś na haju całkiem dobrze się z tobą rozmawia - powiedziałem, chcąc zmienić temat i na koniec nieco rozweselić atmosferę. Nie chciałem jeszcze wracać do domu, gdzie niechybnie będę musiał przebrnąć przez kłótnię z mamą i Robinem, ale z drugiej strony, im wcześniej ich spotkam, tym prędzej będę miał to piekło za sobą.
- Ramadan, stary - odpowiedział mulat, wzruszając ramionami. - Muszę poczekać, aż zapadnie noc. Idziesz już?
- Tak, rodzice na mnie czekają.
- Dobra. Harry… cholera, to takie dziewczęce, ale… jestem pewny, że wszystko będzie dobrze. To znaczy, z tym Louisem.
Uśmiechnąłem się niezręcznie, tym samym dając mu do zrozumienia, że doceniam jego starania, ale sprawa jest raczej beznadziejna. A potem wyszedłem z pokoju.
***
W domu, zamiast wielkiej awantury, zastałem kompletny chaos.
Już w przedpokoju omal nie wywróciłem się na porozrzucanych wszędzie walizkach i pootwieranych torbach podróżnych, a kiedy lawirując pomiędzy bagażami, udało mi się bezkolizyjnie dotrzeć do salonu, ujrzałem całą moją rodzinę w komplecie, siedzącą wśród stert ubrań oraz różnego rodzaju przedmiotów i dyskutującą nad paczką ciastek.
Największym szokiem była obecność Gemmy i jej chłopaka, Liama, którzy poza najważniejszymi świętami, prawie nas nie odwiedzali.
- Co tu się do diabła dzieje? - zawołałem, przechodząc nad sprzętem do nurkowania, który z niewiadomych przyczyn leżał w drzwiach. - Przeprowadzamy się?
- Harry, kochanie, wreszcie wróciłeś! - ucieszyła się mama, robiąc obok siebie miejsce na kanapie, które zignorowałem, pozostając na nogach. - Właśnie na ciebie czekaliśmy.
- Tak? - zapytałem, zerkając ostrożnie na Robina, który… czesał swoje krzaczaste wąsy szczoteczką do zębów i wydawał się być całkowicie pochłonięty tą czynnością. W obawie o swoje zdrowie psychiczne, czym prędzej odwróciłem od niego wzrok, łapiąc się mentalnie za głowę. Czy nagle wszyscy poszaleli?
- Tak. Wyobraź sobie, że kilka godzin temu zadzwoniła do Robina jego daleka ciotka i zaprosiła nas do siebie na wczasy, a mieszka… na Malediwach! - Gdyby mama była trąbką, właśnie wydałaby z siebie jakiś wysoki, raniący uszy dźwięk radości. - Całe szczęście, że oboje mamy właśnie urlop, więc nie ma problemu z wyjazdem. Wylatujemy dzisiaj w nocy, bo to jedyny samolot w najbliższym czasie.
Zamrugałem, niepewny tego, czy rodzina przypadkiem nie robi sobie ze mnie żartów. Daleka ciotka? Malediwy?
- Jak to? - udało mi się w końcu powiedzieć. - To niemożliwe.
- A jednak, a jednak! - zanucił wesoło Robin niczym bohater starego musicalu. - Wszystko jest prawie spakowane i tylko czeka na transport na lotnisko! Ty, z powodu jutrzejszego egzaminu, nie możesz jechać, więc zostaniesz pod opieką swojej siostry. - Spojrzał z uwielbieniem na Gemmę, która uśmiechnęła się do niego szeroko. -Gemcia i Liam zgodzili się przenieść do nas na parę dni, abyś pod naszą nieobecność nie rozniósł domu.
To akurat było interesujące. Podróż na jakąś tropikalną wyspę byłaby spełnieniem marzeń, gdybym nie musiał tam jechać z rodzicami, więc w obecnych okolicznościach dziękowałem Bogu, że najwyraźniej wszystko było już ustalone i nie byłem zmuszony szukać wymówek, aby zostać w Anglii.
Mama i Robin wyjeżdżają, ja zostanę w domu z Gemmą i jej głupim chłopakiem, którzy teoretycznie mają na mnie uważać, a w praktyce i tak całe noce spędzą w londyńskich klubach, nie zawracając sobie mną głowy. Brzmiało świetnie.
- A nie mówiłam, że się ucieszy? - odezwała się Gemma, rzucając mamie zadowolone spojrzenie. - Dobrze znam mojego małego braciszka. Nie musicie się martwić, wszystko będzie w porządku.
- Co ty na to, Harry? Zgadzasz się? - nie dawała za wygraną mama, chociaż tak naprawdę nikt by nie wziął pod uwagę mojego ewentualnego sprzeciwu. Odpowiadając, starałem się nie brzmieć na przesadnie podekscytowanego.
- Jakoś to przeżyję. Zawołajcie mnie, gdy trzeba będzie zanieść bagaże do samochodu i bawcie się dobrze w towarzystwie starej ciotki niewiadomego pochodzenia.
I z ręką w kieszeni, zaciśniętą na telefonie, wyfrunąłem z salonu, kierując się na piętro, gdzie znajdowała się moja sypialnia. Musiałem zadzwonić do Louisa i dowiedzieć się, co takiego im powiedział, że nie zrobili afery przez moją, niemal dwudziestoczterogodzinną, nieobecność.
***
- Jesteś geniuszem - powtórzyłem do słuchawki, krążąc po pokoju. - Nie powiedzieli na ten temat nawet słowa!
- Pewnie są zbyt przejęcie wyjazdem - usłyszałem opanowany głos Louisa, który nieco ostudził moje podniecenie wywołane uniknięciem kary i dobrym zakończeniem całej „przygody”. - Nawiasem mówiąc, nie brzmisz jak ktoś, kogo właśnie omijają wakacje życia.
- Cieszę się, że tu zostaję -wyjaśniłem, szczerząc się do siebie. - Mama i Robin są już na lotnisku, a moja siostra i jej chłopak zamknęli się w dawnej sypialni Gemmy. Od teraz mogę robić, co tylko chcę.
W słuchawce zapadła cisza.
- Czyli co dokładnie? - zapytał wreszcie Louis i może mi się tylko wydawało, ale brzmiał podejrzliwie.
Nie miałem mu za złe braku zaufania. W końcu ostatnimi czasy udowodniłem, jak ciężko na mnie polegać.
- Cóż - rzekłem, specjalnie przeciągając samogłoskę, aby go podrażnić. - Na początku miałem zamiar unieszkodliwić Gemmę w łazience, zaprosić wszystkich znajomych i zrobić domówkę, jaką byłoby słychać na drugim końcu miasta, ale wtedy sobie przypomniałem, że obiecałem jutro do ciebie przyjść, a impreza bez gospodarza nie miałaby sensu.
- Przykro mi, że popsułem tak pięknie zapowiadający się wieczór - odpowiedział cierpko Louis, pomijając w swojej wypowiedzi fakt, że sam się do niego wprosiłem.
- Wybaczę ci, jeżeli zapewnisz mi rozrywkę na podobnym poziomie. Co powiesz na maraton filmowy?
- U mnie? Tylko jeżeli masz ochotę oglądać Pretty Woman w towarzystwie dwóch lesbijek, które przez pół filmu ryczą. Ja z góry uprzedzam, że nie dam się na to namówić.
- W takim razie ty przyjdź do mnie. Robin ma niezłą kolekcję filmów z Nicholsonem, a ja dawno nie widziałem Lśnienia i na pewno nikt na nim nie płacze. Chyba, że ze strachu - a słysząc, że brzmi to trochę jak propozycja randki, dodałem: - Jak chcesz, to zaproszę jeszcze Zayna.
Po drugiej stronie linii rozległy się jakieś trzaski, jednak już po sekundzie ustały.
- Brzmi dobrze. Przyjdę o dwudziestej.
- Świetnie.
- To do jutra, Styles. I kładź się już, do cholery, bo dochodzi pierwsza, a ty za siedem godzin masz być wypoczęty w szkole!
Po tych słowach Louis się rozłączył, a ja próbowałem nie interpretować ostatniego zdania jako przejawu jego troski o mnie. Zapowiadało się sześć pięknych dni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz