niedziela, 1 grudnia 2013

162

Pierwszy dzień po odejściu Harry’ego był niemalże normalny. Nie odzywał się do mnie ani słowem, co było dość dziwne, ponieważ w swoim towarzystwie spędzaliśmy długie miesiące. Powrót do sypialni stał się całkiem obcy, widząc puste łóżko, bez kędzierzawej czupryny, zwisającej w dół materaca, bez tego uśmiechu, bez cudownych dołeczków. Jednakże prawie było tak, jak gdyby znajdował się w drugim pokoju, jakby zaraz miał pojawić się z powrotem albo zadzwonić w najmniej spodziewanym momencie, zapraszając mnie na lunch. Sądzę, iż do mojej świadomości nie doszedł jeszcze fakt, iż tak naprawdę odszedł… Czułem, jakby miał za chwilę wrócić, a ja wciąż nie potrafiłem za nim prawdziwie tęsknić.

To był pierwszy dzień. Uległ całkowitej zmianie, gdy tylko czas ruszył się do przodu. Jednym z najgorszych i najboleśniejszych był drugi. To właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, iż Harry jest w drodze do spotkania swej bratniej duszy. Nie wiem dlaczego to robiliśmy, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu sądziliśmy, że byłoby ciekawie używać licznika Harry’ego do wyliczania dokładnej godziny spotkania jego „przeznaczenia”. Stanowczo wyliczaliśmy do ostatniej sekundy i nawet nie myśleliśmy o tym w tamtym momencie, lecz aktualnie oczywisty był fakt, że będę siedział naprzeciw dużego zegara, odliczającego ostatnie minuty, dopóki ostatecznie nie należał już tylko i wyłącznie do mnie.

Stało się to o 10:13:47 tego ranka. Siedziałem przy stole kuchennym z komórką i zegarkiem naprzeciw mnie. Zastanawiałem się, co mógł robić Harry. Mogłoby to być cokolwiek. Mógł zwyczajnie wybrać się na spacer z myślą, iż szanse na spotkanie bratniej duszy w jego mieszkaniu były dość nieprawdopodobne. Wszystko było określone z góry, prawda? Próby zrozumienia tego powoli doprowadzały mnie do szaleństwa, lecz podobno system nigdy nie zawiódł i wszyscy kończyli niesamowicie szczęśliwi. Mógł być w drodze do pobliskiego supermarketu, mając na celu kupienie soku… ale nie pomarańczowego, przecież nigdy go nie miał. Prawdopodobnie jabłkowego, a może jabłkowo-gruszkowego, kupował go na specjalne okazje. Czułem się dziwnie, wiedząc, iż znałem nawet najbardziej intymne szczegóły tego, co lubił, a czego nie, kiedy jego bratniej duszy rozpracowanie wszystkiego zapewne zajęłoby kilka miesięcy, miesięcy uważnych obserwacji, dotykania i poznawania siebie nawzajem…. miesięcy, które spędziłem z Harrym, po czym musiałem o nich zapomnieć, jeśli kiedykolwiek jeszcze pragnąłem być szczęśliwy.

Gdy Harry spotkał swą bratnią duszę, ja siedziałem samotnie przy blacie kuchennym, w dłoniach trzymając małą komórkę. Nic się we mnie nie zmieniło, kiedy mijały sekundy i wybiła 10:14. Czułem się dokładnie tak samo, poza chorym uczuciem, narastającym w dole brzucha. Zastanawiałem się, jak mogła wyglądać ich pierwsza rozmowa… Jaka była jego pierwsza myśl, gdy ujrzał jej twarz… Czy myślał o mnie, gdy przedstawiali się sobie nawzajem. Po godzinie znalazł mnie Liam, cicho szlochającego i kiedy poczułem jego silną dłoń, spoczywającą na moim ramieniu, zwyczajnie przegrałem.

- On już nie jest mój, Li.



~*~



Obiecałem Harry’emu, że nie pozwolę, by strata po nim mnie zabiła, kompletnie odcięła mnie od świata, lecz jaką ja kiedykolwiek miałem nadzieję? Stał się wszystkim, co było dla mnie najważniejsze w przeciągu tych kilku krótkich miesięcy, podczas których poznaliśmy siebie nawzajem, a ja zostałem z niczym, poza cudownie bolesnymi wspomnieniami. Dlatego też zamknąłem się w ciemnym pokoju i owinąłem wspomnieniami całe moje ciało. Była to wręcz idealna forma męczarni, przyciągająca mnie ze wszelkich możliwych stron. Wspomnienia podnosiły mnie na duchu, a zarazem rozdzierały od środka, a ja przyjmowałem każdą najmniejszą falę bólu, gdyż przynajmniej oznaczało to, iż wciąż jestem w stanie coś poczuć.

Wiedziałem, że to, co robię, było złe, oderwanie się od rzeczywistego świata i udawanie, że nigdy nie istniałem, lecz nawet nie mogłem pojąć innego postępowania… Niemożliwe było myślenie o czym innym, niżeli o tym, jak bardzo za nim tęskniłem i jak moje serce powoli pęka w głębi piersi. Po prostu chciałem być sam, a ciemność sprawiała, że wszystko zdawało się być mniej realne. To tak, jakbym śnił i obudził się, a on leżałby tuż obok mnie, słodko się uśmiechając, spoglądając na mnie swymi oczami, opowiadającymi historię naszej miłości, zaś ja mógłbym przeturlać się na drugą stronę łóżka i pocałować jego miękkie wargi, a wtedy znów byłoby idealnie. Lecz teraz wszystko było zbyt dalekie od ideału. Byłem zniszczony.

Liam był zmartwiony. Mogłem to zrozumieć. Też byłbym zmartwiony, gdyby mój najlepszy przyjaciel zamknął się w pokoju i za wszelką cenę odmawiał wyjścia i robienia czegokolwiek, jedzenia, picia… szczerej rozmowy. Sądzę, że Niall starał się nie przejmować, lecz nawet i jego wszystko zaczęło powoli przytłaczać, co często zauważałem, przekręcając się na łóżku i widząc talerz ze starannie przygotowanym posiłkiem, pozostawionym na stoliku nocnym i małą karteczką od blondyna, mówiącą, że ma nadzieję, iż niedługo poczuję się lepiej. Czasami zastanawiałem się, jak to dostało się do sypialni, ponieważ nigdy nie dostrzegłem nikogo, kto by wchodził do pomieszczenia, lecz również nie pamiętam tego, żebym zasypiał. Kiedy ponownie spojrzałem w stronę stolika, stare, nienaruszone jedzenie zostało zastąpione nowym. Starali się dla mnie, a ja nawet nie potrafiłem tego docenić.

Jednej nocy, Liam wszedł do pokoju i zapytał, czy byłem samotny i czy nie potrzebuję znów poczuć się pełny, przez co ostatecznie się rozpłakałem, ponieważ to było oczywiste, że byłaby to najgorsza rzecz, jakiej mógłbym dopuścić się w tej sytuacji, lecz chłopak w każdym razie nie zawahał się zapytać, wiedząc, że to prawdopodobnie doprowadziłoby do kompletnego załamania. Brunet rozpaczliwie poszukiwał pewnego rodzaju reakcji z mojej strony, na co również się rozpłakał, dzięki czemu odczułem ulgę, iż w końcu w jakimś stopniu potrafiłem pokazać emocje. Po wszystkim powiedziałem mu, że postaram się być silniejszy, zaś Liam na to, że żaden z nich nie oczekuje ode mnie bycia silnym, lecz te starania będą wystarczające, a ja nie wiedziałem, o czym, do cholery, mówił, ale potem zrozumiałem, że mógłbym choć odrobinę spróbować, dla Harry’ego.



~*~



Harry zadzwonił dokładnie tydzień po spotkaniu swojej bratniej duszy. Był to prywatny numer, a ja leżałem na łóżku i przekręciłem się, odbierając bez zbędnego zastanowienia.

- Cześć, to ja – odparł, zaś ja przerażony upuściłem telefon na drewnianą podłogę, w skutek czego został poważnie uszkodzony. Ze zdenerwowania rozpłakałem się jak małe dziecko, to była jedyna szansa na rozmowę z Harrym, od czasu, gdy postanowiliśmy zerwać ze sobą wszelki możliwy kontakt, a teraz wszystko się spieprzyło. Nigdy nie dowiem się, dlaczego jego głos był taki pusty i bojaźliwy i to doprowadzało mnie do szału przez kilka kolejnych godzin, zanim nie uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie będzie lepiej niczego nie wiedząc, a próba skontaktowania się ze mną sama w sobie była okrutna, gdyż wiedział, że to sprawi, iż o milion razy ciężej będzie mi o nim zapomnieć.

Drugi raz nastąpił tydzień po poprzedniej próbie, gdy znajdowałem się poza domem, ponieważ Niall zaciągnął mnie z sobą do supermarketu, usiłując za wszelką cenę wyciągnąć mnie z mieszkania. To był pierwszy raz, kiedy opuściłem budynek, zaś Harry postanowił zadzwonić na nasz numer domowy. Liam również wyszedł, więc zostawił wiadomość na automatycznej sekretarce.

„Cześć Louis… i Liam oraz Niall, tak sądzę. Rozumiem, dlaczego rozłączyłeś się w zeszłym tygodniu. Zasłużyłem na to, ale naprawdę muszę z tobą porozmawiać, Lou. Czy mógłbyś do mnie oddzwonić, proszę? W porządku… na razie.” I to było to. Liam odrzekł, że nie powinienem oddzwaniać, ponieważ to wszystko może wyrządzić o wiele więcej krzywd, niżeli dobra i uwierzyłem mu, naprawdę. Liam miał zawsze rację. Opiekował się mną, za co byłem mu dozgonnie wdzięczny.

Kolejnym razem spałem i to Liam odebrał telefon. Pomyślałem, iż powinienem więcej spać, gdyż oznaczało to, iż będę mniej czasu spędzał na tęsknieniu za Harrym, zaś więcej z nim w moich snach. Liam stwierdził, że była to najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszał i budził mnie co kilka godzin w obawie, bym nie zatracił się we własnych fantazjach. Na początku byłem wkurzony, ale z czasem nawet go zrozumiałem. Kiedy ja nie byłem w stanie zająć się samym sobą, ktoś inny musiał wciąć odpowiedzialność za stan mojej psychiki.

- Lou – odparł, lekko mną potrząsając. – Louis, Harry chce z tobą rozmawiać.

- Jest tutaj? – spytałem, wciąż będąc półprzytomnym.

- Na linii, tak.

- Myślałem, że nie jesteś po jego stronie…

- Sądzę, że powinieneś z nim porozmawiać, Lou – odrzekł brunet, podając telefon.

Powoli chwyciłem przedmiot i przemówiłem do słuchawki. – Pragnę, żebyś nareszcie dał mi spokój. Nie chcę już więcej cierpieć – szepnąłem i usłyszałem drążący oddech po drugiej stronie aparatu.

- W porządku – odpowiedział, a ja mógłbym przysiąc, że brzmiało to, jakby miał się za moment rozpłakać. – Chcesz, żebym się rozłączył?

- Tak, proszę. – była to najtrudniejsza rzecz, jaką w życiu powiedziałem, przez co moje serce rozpadło się na miliony drobnych kawałeczków, ale w tym momencie mogłem przysiąc, że zrobiłem dobrze. A cholernie śmieszne było to, jak bardzo się myliłem.



~*~



Byłem sam w mieszkaniu, kiedy usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Rozważyłem sytuację pozostania w łóżku i nie otworzenia, lecz Niall wspomniał, że dzisiaj miała zjawić się Leanne i zabrać kilka par butów, które zostawiła kilka tygodni temu, ale następnie pomyślałem, że zapewne zapomniała swojego klucza. Prędko wyskoczyłem z łóżka, narzucając wczorajszą koszulkę i udałem się w stronę drzwi. Spojrzałem w dół na niewielką plamę po herbacie, zdobiącą biały materiał koszulki, na co zwyczajnie wzruszyłem ramionami. Leanne widziała mnie w o wiele gorszym stanie, szczególnie w czasie ostatnich kilku tygodni. Szybko otworzyłem zamek, gotowy by odwrócić się i z powrotem udać do pokoju, lecz po chwili zamarłem.

- Wyglądasz jak gówno – odrzekł Harry, a pode mną natychmiast ugięły się kolana. Zacisnąłem dłoń na futrynie, chroniąc się przed upadkiem i tym samym zatrzymując go w pół kroku. Wyglądał na kompletnie zrujnowanego. Jego włosy były skryte pod granatową beanie, na co zmarszczyłem brew, będąc przyzwyczajonym do miękkich i lśniących loków, uroczo opadających na jego twarz, lecz teraz sprawiały widok zaniedbania, zaś zawsze delikatnie wyrysowane kości policzkowe wyraźnie wyróżniały się na tle poszczególnych elementów. Widocznie schudł, co było wręcz przerażające. Jego twarz pobladła jeszcze bardziej, a ciemne worki pod oczami odznaczały się od jego czystej, porcelanowej skóry.

- O tobie mógłbym powiedzieć to samo – odpowiedziałem, zaś ten jedynie uśmiechnął się ironicznie, malutki błysk powrócił w jego przygasłych, zielonych oczach, na co również miałem ochotę się uśmiechnąć, wiedząc, iż byłem jedyną osobą, która potrafi przywrócić blask jego cudownym oczom, lecz byłem zbyt zajęty próbując trzymać serce na uwięzi, tak, jakby za moment miało się rozpaść na sam widok Harry’ego będącego tak blisko, a zarazem tak daleko.

- Mogę wejść? – spytał, a ja nie byłem zdolny mu odmówić, więc zwyczajnie odsunąłem się, tym samym z powrotem pozwalając mu zająć miejsce w moim życiu. Usiadł przy stole kuchennym i spojrzał na mnie. – Możemy potrzebować kubka ciepłej herbaty na czas naszej rozmowy, Lou – odrzekł, po czym przytaknąłem, znikając za ladą i nastawiając czajnik. Kiedy znalazłem się poza zasięgiem jego wzroku, mocno chwyciłem się szafki, zaciskając powieki i przypominając sobie o tym, iż był to zwyczajny Harry i nie miałem się czego obawiać. Niestety to nie pomogło i wciąż trząsłem się, wrzucając kostkę cukru do gorącego napoju, następnie niosąc kubki z powrotem do stołu.

- Powinienem cię zapytać, jak to jest? – spytałem i siadłem naprzeciwko Harry’ego. Potrząsnął głową, sięgając po herbatę i biorąc łyk.

- Moja bratnia dusza nie żyje.

Świat zdawał się na chwilę zatrzymać i poczułem jakiś przypływ emocji, jakbym został dotknięty prądem i następną rzeczą byłem ja znajdujący się za zimnej, łazienkowej podłodze, sięgający w stronę sedesu, wyrzucający z siebie całą zawartość znajdującą się w niemalże pustym żołądku. Poczułem ciepłą dłoń, spoczywającą na moich plecach, kreślącą malutkie kółka, co pragnąłem zlekceważyć, ledwo będąc w stanie uwierzyć, iż ten kojący gest stał się tak obcy w przeciągu tak krótkiego czasu, lecz zdołałem nad sobą zapanować, dopóki nie przestałem drżeć i nie usiadłem, wierzchem dłoni wycierając usta.

Spojrzałem na niego i dostrzegłem wyraźny ból, wymalowany na jego twarzy, jakby nigdy nie chciał, by zabrzmiało to tak otwarcie, jakby nigdy nie zamierzał zaskoczyć mnie w sposób tak dramatyczny, wywołujący tego typu reakcję. – Tak bardzo mi przykro, Louis – szepnął, a ja pokręciłem głową.

- Po prostu… mów.

Harry zawahał się przez moment, biorąc głęboki wdech, po czym zaczął. – Nigdy nie było przeznaczone mi go spotkać – odrzekł spokojnie, zaś ja sapnąłem, moje serce wyrywało się do Harry’ego, który nawet nigdy nie dowie się, jak wyglądała jego bratnia dusza. – Ja… Stało się to tego ranka, kiedy cię opuściłem. Przekręciłem się na łóżku, by spojrzeć na licznik, lecz ten zwyczajnie… zniknął. – wziął kolejny oddech i spojrzał mi prosto w oczy. – Nie miałem pojęcia, co, do cholery, się działo, dlaczego licznik zniknął w taki sposób, dlatego więc udałem się do rady miasta. Odpowiedzieli, że bardzo im przykro, ale pusty licznik oznacza to, że moja bratnia dusza zginęła w dziwnym wypadku, zanim miałem szansę ją poznać, coś, czego poprzez głupie przeznaczenie nie mogli przewidzieć.

Spojrzałem na chłopca i mógłbym przysiąc, że w samym środku jego duszy znajdował się pokład czystego bólu i cierpienia. – Dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytałem, niespodziewanie zły, ponieważ to on doprowadził mnie do stanu kompletnego zniszczenia, to przez niego przez tyle tygodni nie mogliśmy być razem.

- Ponieważ byłem, kurwa, załamany, Louis – wykrztusił z siebie, a łzy powoli wypełniały jego zielone oczy. – Powiedziano mi wprost, że będę sam to końca życia, że nigdy nie spotkam osoby, z którą miałem być na zawsze… Moim przeznaczeniem jest samotność, mam umrzeć w zimnym i pustym łóżku, rozumiesz? Ja… Rozpaczałem nad stratą swojej kolorowej przyszłości.

Sięgnąłem dłonią do dłoni Harry’ego, ciasno splatając ze sobą nasze palce, tak, że nasze kciuki pobladły z nadmiernego wysiłku. – Ja… Ja nie wiem, co powiedzieć – rzuciłem, szukając w jego oczach jakiejś wskazówki, czegoś, czego oczekiwał ode mnie, czego potrzebowałem mu dać.

- Zadzwoniłem do ciebie, ponieważ jesteś jedynym, który potrafi trzymać mnie na ziemi, kiedy gubię się, a ja nigdy nie byłem zgubiony tak, jak jestem teraz, Louis.

- Przepraszam – szepnąłem, wina oblała mnie całego, gdyż nie zważałem na niego wtedy, gdy najbardziej mnie potrzebował.

- Jest w porządku – wymamrotał.

- Po prostu… Harry, dokąd to nas prowadzi? – oczekiwałem odpowiedzi na pytanie, które dręczyło mnie od samego początku. Bałem się.

- Sądzę, że potrzebowałem czasu, Lou, czasu, by wszystko sobie przemyśleć. I doszedłem do wniosku. Już wszystko zrozumiałem. I myślę, że zniknięcie licznika nie jest największym problemem, ponieważ… Ja już spotkałem swoją bratnią duszę.

- Co chcesz przez to po- zacząłem, jednak przerwał mi w pół słowa.

- Próbuję wyznać, że resztę swojego życia pragnę spędzić z tobą – odrzekł, a ja wydałem z siebie cichy szloch.

- Ale ja wciąż mam swój licznik – szepnąłem. Nie chciałem. Nie chciałem protestować. Z całego serca pragnąłem z powrotem móc trzymać go w ramionach i już nigdy nie puścić, lecz to była rzeczywistość i nigdy nie chciałem zostawiać go zranionego, tak jak on uczynił to mi.

- Poradzimy sobie z tym, kiedy tylko nadejdzie twój czas, Louis… Potrzebuję cię. Tak bardzo cię kocham, Lou, proszę. Proszę, powiedz, że wciąż chcesz być ze mną, że wciąż mnie kochasz. – załkał, a ja pokręciłem głową, nie będąc w stanie uwierzyć, że w ogóle mógł o tym pomyśleć, że nie potrafiłbym go znów pokochać.

- Oczywiście, że cię kocham, głupku – odpowiedziałem i nie wiem, który z nas się pierwszy poruszył, ale wnet znaleźliśmy się w swoich ramionach, a jego usta badały każdy skrawek mnie i gdzieś po drodze pozbył się także mojej koszulki, aktualnie dłońmi paląc całe moje ciało.

- Louis, jesteś miłością mojego życia – wymamrotał o moją szyję. – Chcę się z tobą kochać.

Popchnąłem go na stopy i przewłóczyłem nas w kierunku sypialni, bojąc się, że każdy niespodziewany ruch może zniszczyć upragniony stan, jaki wytworzył się między nami. Kiedy stanęliśmy w samym progu drzwi, sięgnąłem w jego stronę i prędko zrzuciłem koszulkę, jedynie na sekundę zrywając kontakt wzrokowy. Moje oczy nie zwróciły się od niego, podczas gdy w pośpiechu zrzucaliśmy swoje spodnie wraz z bokserkami, po czym stanęliśmy na moment, wpatrując się w siebie nawzajem. Przede mną stał Harry, mój Harry i wreszcie mogłem poczuć się jak w prawdziwym domu.

Zrobił krok w przód i nagle nasze nagie ciała przywarły do siebie z taką perfekcją, jakby były dla siebie stworzone. Ciepło naszych ciał mieszające się z chłodem panującym wokół nas, panująca w pokoju cisza, mieszająca się z naszymi odgłosami. Żaden z nas nie chciał burzyć spokojnej atmosfery, lecz ostatecznie Harry pochylił się, złączając nasze spragnione dotyku wargi, tak, że poczułem, jakbym rozpływał się w jego silnych ramionach, jakbym za moment miał się rozpaść. Delikatnie popchnął mnie w stronę łóżka, po czym ułożył na miękkim materacu, spoglądając wprost w moje tęczówki z tak ogromną dozą miłości, że byłem niepewny, czy dam radę pomieścić ją w moim niewielkim sercu.

Ostatniego razu, gdy się kochaliśmy, przepełniało nas uczucie cierpienia, nasze łzy boleśnie mieszały się z kropelkami potu, kiedy żegnaliśmy się ze sobą, jak mogło się wydawać, raz na zawsze. Tym razem, gdy spytałem Harry’ego, dlaczego samotna łza spłynęła po krzywiźnie jego nosa, uśmiechnął się czule, odgarniając opadającą grzywkę z czoła i odparł: „Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, Lou.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz