niedziela, 1 grudnia 2013

153

Louis pół nocy przeleżał sztywno na swoim łóżku, z marnym skutkiem próbując uporządkować w głowie wydarzenia z poprzedniego dnia, a kiedy w końcu udało mu się zasnąć, śnił o Harrym. Młodszy chłopak z zachęcającym uśmiechem wyciągał do niego dłoń, wyglądając przy tym tak niewinnie, jakim żywy Styles od dawna nie był i prawdopodobnie już nigdy nie będzie. Czując przyspieszające bicie serca, Louis splótł razem ich palce, lecz zanim zdołali zrobić choć jeden krok naprzód, nastolatek zmalał, zgrubiał, jego twarz poczerwieniała, a włosy wyprostowały się i na jego miejscu pojawił się dorosły mężczyzna.

-Pedały!- Wrzasnął, a Louis odskoczył w przerażeniu do tyłu, potykając się o korzeń i upadając na ziemię. –Już ja was tego oduczę, wy wybryki natury! Kilka dobrze wymierzonych ciosów i wyjdziecie na prostą, mogę to wam obiecać!

Potężna pięść wystrzeliła w kierunku Louisa i chłopak w ostatniej chwili zrobił unik. Przeturlał się na bok, a potem błyskawicznie zerwał na nogi, okręcając się w miejscu, by zlokalizować przeciwnika i wtedy coś twardego zderzyło się z jego nosem. Jęknął z bólu, zginając się w pół, gdy po jego brodzie zaczęła skapywać ciepła ciecz. Usłyszał świst ponawianego ataku, więc otworzył szeroko oczy i…

Ujrzał sufit. Biały sufit w jego własnej sypialni, co oznaczało, że musiał leżeć w swoim łóżku i żaden fanatyczny homofob nie mógł go uderzyć. Wymacał palcami nos, który był nietknięty i suchy.

Zamknął powieki, uspokajając oddech, ale szybko uniósł je z powrotem, gdy powróciły do niego obrazy ze snu. Czy tego popołudnia Harry przeżył coś takiego naprawdę i leżał teraz, podobnie jak Louis, na łóżku w swoim pokoju, liżąc rany i próbując o wszystkim zapomnieć? Może to się zdarza częściej, ale mężczyzna inteligentnie uderza w miejsca, które łatwo zasłonić ubraniem i dlatego nikt do tej pory niczego nie zauważył?

Rozumiejąc, że nie uśnie już więcej tej nocy, chłopak podźwignął się do pozycji siedzącej, przecierając twarz rękoma.

-Znowu o mnie śniłeś.- Pełen samozadowolenia głos Harry’ego przeciął ciszę i Louis zamarł, powoli opuszczając dłonie. Był tam, siedzący po turecku na brzegu łóżka i przyglądający mu się z przekrzywioną głową otoczoną burzą loków, jakby Tomlinson był ostatnim przedstawicielem wymierającego gatunku strusia i była to ostatnia okazja, by go zobaczyć. –Który to już raz? Powoli gubię się w rachunkach.

Louis przełknął ślinę, siląc się na spokój, i czym prędzej wyczołgał się ze skotłowanej pościeli, stając na zimnej podłodze i kierując się do kuchni. Harry niczym cień podążył za nim.

-Powinieneś zacząć o siebie dbać- kontynuował po chwili chłopak z kręconymi włosami, stając przy szafce obok Louisa, który wyjął z lodówki mleko i napił się prosto z kartonu, nie zawracając sobie głowy szukaniem kubka. -Nigdy mnie nie przelecisz, jeżeli będziesz tak wyglądał. Zapisz się na siłownię, albo na basen, to pomoże ci nabrać mięśni, a dodatkowo zmęczy cię na tyle, że skończą się twoje problemy z zaśnięciem. Te podkrążone oczy są straszne!

Czując skurcze żołądka, Louis przeszedł przez kuchnię, wymijając Harry’ego, i usiadł na stołku przy stole. Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach, pragnąc, aby to wszystko się skończyło, a omamy na zawsze ustały. Harry pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach i niedługo ktoś zauważy, że Tomlinson niepokojąco często zawiesza wzrok w powietrzu lub, co było dużo gorsze, mówi coś półgębkiem, jakby miał towarzystwo, którego nie widać.

-Kiedy wreszcie przed sobą przyznasz, że na mnie lecisz? Wczoraj mnie pocałowałeś, na litość boską!

-To był błąd, nie chciałem tego… -szepnął z rezygnacją poprzez rozwarte palce. Poczuł przymus wytłumaczenia się, usprawiedliwienia swojego zachowania.

-Pieprzysz. Odkąd poznaliśmy się w klubie, nie możesz przestać o mnie myśleć. Zastanawiasz się, co by było, gdybym wtedy nie przedawkował i nie odjechał w karetce, zostawiając cię na środku ciemnej uliczki… Skończyłoby się na szybkim numerku pod ścianą, czy może zaczęlibyśmy się regularnie widywać? Dowiesz się, gdy mi…

-Zamknij się- przerwał mu ostro Louis, wyprostowując się na stołku. Zielone oczy Harry’ego zamigotały w sączącym się przez okno szarym świetle, które zwiastowało nadchodzący wschód słońca. –Nie będę z tobą rozmawiał i nie chcę tego słuchać. Ty nawet nie jesteś prawdziwy!

-Jeżeli nie jestem prawdziwy, to dlaczego tu stoję?

-Bo… -Louis zawahał się, czując opuszczające go emocje. –Nie wiem… nie wiem, dlaczego ciągle mi się pokazujesz. Jedno jest jednak pewne, istniejesz tylko w mojej głowie i wygląda na to, że dyskutuję sam ze sobą. Na szczęście nikogo oprócz nas tutaj nie ma.

Harry parsknął kpiąco.

-Skoro tak, to na pewno możesz się mnie pozbyć. Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś?

W tym momencie podłoga na korytarzu zaskrzypiała. Louis zamknął usta, rezygnując z odpowiedzi i wstrzymał oddech, mając nadzieję, że któraś z dziewczyn po prostu szła do łazienki i nie wstąpi do kuchni. Niestety, nie miał tego szczęścia.

-Louis?- Danielle pojawiła się w drzwiach, ubrana w spodnie i koszulkę z nazwą baru, w którym pracowała. –Z kim rozmawiasz?

Harry-duch zaplótł ramiona na piersi, patrząc na niego rozbawionym wzrokiem.

-Ja… Lottie dzwoniła. Rozmawiałem z Lottie.

-O czwartej nad ranem?- Uniosła brwi, siadając na swoim ulubionym miejscu nad zmywarką.

-Taaa… Wiesz jakie są dziewczyny w jej wieku… - Zakreślił ręką łuk na znak, że on też tego nie rozumie i lepiej porzucić ten temat. Nie zdziwił się zbytnio, gdy nie odpuściła.

-A telefon rozpłynął się w powietrzu? –Pokręciła głową. –Niepokoję się o ciebie, Lou. W ostatnim czasie bardzo się zmieniłeś, zacząłeś unikać ludzi, przestałeś imprezować… Kiedyś nie było dnia bez wyjścia do centrum, pamiętasz? –Czuł na sobie palące spojrzenie jej brązowych oczu, ale uparcie milczał. -Cały wolny czas spędzasz w domu i czasami myślę, że to z powodu… no wiesz, Harry’ego. Nie sądzisz, że ten chłopak ma na ciebie zbyt duży wpływ?

-Widzisz? Nawet Danielle zauważyła, że wariujesz na moim punkcie- zawołał Styles, sadowiąc się na blacie kuchennym tuż obok dziewczyny, która nie była świadoma jego obecności i wciąż zaniepokojona przypatrywała się Louisowi.

To wszystko zahaczało o groteskę i Tomlinson poczuł mdłości.

-Dan- powiedział zmęczonym głosem. -Jest naprawdę późno. Czy nie moglibyśmy odłożyć tej rozmowy do rana? Albo najlepiej nigdy do niej nie wracać?

-Zgodziłabym się, gdybym tak dobrze cię nie znała i nie wiedziała, że zrobisz wszystko, aby się wykręcić. No, dalej, mów!

-Ale… Jest w porządku, naprawdę.

Harry i Danielle prychnęli w tym samym momencie. Louis przebiegł spojrzeniem od jednego do drugiego, marszcząc brwi i próbując dyskretnie spiorunować Stylesa wzrokiem, co nie uszło uwadze dziewczyny.

Zeskoczyła sprężyście na podłogę, podchodząc do stołu. Zatrzymała się dokładnie przed Louisem i opadła na kolana, opierając brodę na jego podołku, jak to robiła, gdy byli dziećmi. Jeżeli dotąd sądził, że uda mu się coś przed nią ukryć, grubo się pomylił.

-Cokolwiek to jest, Lou, zrozumiem i zaakceptuję. Jesteśmy przyjaciółmi.

Zaczęła delikatnie głaskać jedną z jego dłoni, a Louis zacisnął powieki, rozdarty. Tak bardzo chciał się z kimś podzielić swoim strachem i nie musieć dźwigać go już w pojedynkę, a jednocześnie nie mógł jej powiedzieć o halucynacjach. Pomimo swoich zapewnień, nie zrozumiałaby, że Harry to jedyne lekarstwo i wszystko wróci do normy, gdy tylko Louis pomoże mu wyjść z nałogu i przestanie mieć wyrzuty sumiania. Musiało tak być.

A Danielle najprawdopodobniej zmusiłaby go do skorzystania z pomocy profesjonalisty, której Louis przecież nie potrzebował.

-Ja… -zaczął i natychmiast urwał, słysząc rozpacz w swoim głosie. Odetchnął i spróbował jeszcze raz, tym razem nad sobą panując. –Nie wiem jak mam się w stosunku do niego zachowywać. On… nie wie wszystkiego i chyba myśli, że po prostu rozmawialiśmy na zewnątrz klubu, ale ja pamiętam każdy szczegół!- Przełknął ślinę, wyrzucając z myśli obraz Harry’ego wijącego się z rozkoszy pod jego dotykiem. -Wiem, że byłoby najlepiej, gdybym kazał mu spadać i nigdy więcej nie pokazywać mi się na oczy, co Harry z przyjemnością by zrobił, bo uważa mnie za dupka, ale nie potrafię znieść myśli, że nikt nie będzie go pilnował i znowu sobie coś zrobi. Już raz prawie umarł na moich oczach.

Danielle spojrzała na niego od dołu, zdmuchując z czoła spiralkę czekoladowych włosów.

-Przecież to nie twoja wina- powiedziała łagodnie, ściskając go za rękę. –Uratowałeś go i nic więcej nie jesteś mu winny. Czy to dlatego ze wszystkiego zrezygnowałeś? Bo nie chcesz znaleźć się w podobnej sytuacji, gdy jakiś nieznajomy przy tobie przeholuje? To czyste szaleństwo! Nie rezygnuj ze swojego życia na rzecz bezpiecznego gnicia w domu. Kiedy ostatni raz z kimś spałeś?

Louis otworzył szerzej oczy, słysząc ostatnie pytanie. Czuł, że się zaczerwienił, a od strony szafek dobiegło gwizdnięcie z uciechy.

-Ostatnio naprawdę nie byłem w nastroju…

-Och, czyli od kwietnia. Wspaniale, Lou. Umrzesz tu jako samotny, zdewociały frustrat, który po kryjomu robi sobie dobrze w publicznej komunikacji. Naprawdę tego chcesz?

Mimowolnie uśmiechnął się i rozejrzał po kuchni, a kiedy okazało się, że Harry-duch zniknął, jego humor uległ natychmiastowej poprawie.

-Wolałbym tego uniknąć- przyznał, a Danielle z zadowoleniem poklepała go po kolanie.

-To dobrze, jest jeszcze dla ciebie nadzieja. Tylko nie sądzę, aby to Harry był odpowiednią osobą.

Louis natychmiast stał się czujny.

-Wiem, on… w końcu to jeszcze dzieciak.

-Nie chodzi o jego wiek, jest od ciebie trzy lata młodszy, a ty spotykałeś się już z jego rówieśnikiem. Przy okazji, jak on się nazywał? Stan?

-Steve- poprawił ją Tomlinson, wypuszczając powietrze przez zęby. –I doskonale wiesz, że między nami do niczego nigdy nie doszło, kilka razy się całowaliśmy, to wszystko. A Harry prędzej zje swoje własne spodnie niż pozwoli mi się dotknąć, więc nie ma o czym mówić.

-Ale ty byś chciał, prawda?

Popatrzył na nią z niedowierzaniem, wytrącony z równowagi, a dziewczyna zachichotała i wstała.

-Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać- poczochrała jego włosy, wciąż się uśmiechając. –Po prostu… bądź ostrożny. Harry to nie jest osoba, przy której będziesz się czuł bezpiecznie, a chyba tego ci teraz trzeba. –Przygryzła wargi, zastanawiając się nad czymś. Po sekundzie potrząsnęła glową, zmieniając najwyraźniej zdanie. –Cóż, to wszystko. Miałam dzisiaj nocną zmianę i jestem wykończona. Nie obrazisz się, jeżeli pójdę już spać?

Westchnął, kręcąc głową, a Danielle ruszyła w stronę wyjścia.

-Czasami jesteś okropna, Dan. Serio. Nie mam pojęcia, jak ja z tobą wytrzymałem przez te wszystkie lata.

Danielle zatrzymała się w progu i z niewinnym uśmieszkiem odpowiedziała mu przez ramię.

-Też cię kocham, Lou. I wiesz, jeżeli tak bardzo chcesz, to możesz go pieprzyć, jakoś to przełknę. Tylko proszę cię, spróbuj się w nim nie zakochać.

Wyszła, zostawiając Louisa z głupim wyrazem twarzy, podczas gdy różowe promienie wschodzącego słońca zaczęły zalewać kuchnię delikatnym blaskiem.

***

Od kiedy Robin wrócił ze swojej zagranicznej delegacji, starałem się przebywać w domu najrzadziej jak to było możliwe, ponieważ mężczyzna zdecydował się wykorzystać zaległy urlop i przez dwa tygodnie nie musiał wychodzić rano do biura. W zasadzie nawet go lubiłem, a czasami był naprawdę w porządku i udawało nam się nawiązać nić porozumienia, ale dostawał białej gorączki, gdy coś nawiązywało do mojego homoseksualizmu.

Nie był uprzedzony, nigdy nie dyskryminował nikogo za jego poglądy lub orientację i dopóki nie mówiłem o sobie głośno, wszystko było dobrze. Schody zaczynały się dopiero wtedy, gdy ktoś z naszych sąsiadów dziwnie się na mnie spojrzał lub jakaś niewinna uwaga wyrwała mi się w towarzystwie jego kolegów z pracy. Wtedy Robin popadał w szał.

W domu możesz być kim chcesz, ale wśród ludzi zachowuj się jak normalny człowiek, zrozumiałeś?!

Nie byłem głupi, więc szybko zrozumiałem, że najlepiej schodzić mu z oczu i milczeć, gdyż w moim ojczymie największy lęk wzbudzała możliwość zszargania przeze mnie dobrego imienia naszej rodziny i był gotowy zrobić wiele, aby mnie przed tym powstrzymać.

Dlatego też wychodziłem z domu zaraz po śniadaniu, włócząc się po ulicach Londynu, albo przesiadując u Zayna, skąd następnie udawałem się do mieszkania Louisa, aby uczyć się chemii. Do egzaminu poprawkowego pozostał tydzień i właściwie byłem pewny, że zdam go bez najmniejszego trudu, ponieważ miałem najlepszego korepetytora w mieście, który już się o to postarał, choć każdego z nas kosztowało to mnóstwo nerwów.

No i wczoraj prawie bym go pocałował, gdyby Louis nie zrobił tego pierwszy.

Stojąc po raz setny pod drzwiami jego mieszkania nie miałem pojęcia, co się stanie, gdy przekroczę próg. Jedyne, czego byłem w stu procentach pewien, to tego, że będzie cholernie niezręcznie i prawdopodobnie wszystko zakończy się katastrofą, gdyż żaden z nas nie zachowa się tak, jak powinien w tej sytuacji.

Nacisnąłem dzwonek, trzymając w drugiej ręce naszykowaną legitymację szkolną, a po minucie Louis otworzył, stając przede mną ze zmęczeniem wypisanym na twarzy. Wyglądał, jakby całą noc nie spał.

Podałem mu dokument, który bez słowa przyjął i przepuścił mnie w drzwiach, zamykając je za nami, by następnie poprowadzić nas do salonu. Usiedliśmy przy naszym zwykłym miejscu pracy, jakim był duży dębowy stół, i to Louis przerwał ciszę.

-Nie zostało nam wiele do przerobienia- oświadczył, przysuwając do siebie stary podręcznik od chemii i otwierając go prawie na samym końcu. –Jakieś dwa tematy, które powinniśmy skończyć w czasie dzisiejszych zajęć, a potem pozostało już tylko szybkie powtórzenie całego materiału.

Z ulgą podchwyciłem temat nauki, pochylając się nad blatem i otwierając swój notatnik. Czekałem aż Louis podyktuje mi zadania, które później będziemy wspólnie rozwiązywać, ale jak na złość milczał. Strzeliłem kilka razy długopisem, dając mu do zrozumienia, że czekam, aż w końcu się poddałem i uniosłem na niego wzrok.

-O co chodzi?

Nie chciałem rozmawiać o tym, co między nami zaszło, ponieważ zdołałem sobie wmówić, że kompletnie nie miało to dla mnie znaczenia oraz wszystkie uczucia, które mnie w tamtym momencie zalały, były wywołane wyłącznie prochami.

Louis natomiast uważnie przyjrzał się mojej twarzy, a później jego wzrok prześlizgnął się niżej, na szyję i odsłonięte ramiona. Zmarszczyłem brwi, nie całkiem pewny tego, co się dzieje.

-Ten facet, który zatrzymał cię wczoraj w ogrodzie… to twój tata?- Zapytał, gdy skończył wreszcie swoje dziwaczne oględziny i najwyraźniej niczego ciekawego nie dojrzał.

-Nie, to mój ojczym- odparłem, opierając łokcie na stole i obracając długopis w palcach.

Z jakiegoś powodu, Louis nie wydawał się być ucieszony tą informacją.

-Nie wyglądał na zadowolonego z twojego przyjścia. Macie ze sobą dobre stosunki?

Wzruszyłem ramionami.

-Jest w porządku, po prostu nie spodobało mu się to, jak wyglądałem w twoich ubraniach. Zbyt pedalsko, jak to określił. – Nie miałem ochoty rozmawiać o Robinie, a już na pewno nie z Louisem. Czemu w ogóle się tym interesował?

-Nie podoba mu się, że jesteś gejem.- Louis bardziej stwierdził niż zapytał, a ja nie zamierzałem wyprowadzać go z błędu, aby jak najszybciej zakończyć tę farsę. –Bije cię?

Długopis wypadł z moich rąk i poturlał się po stole, znikając poza krawędzią blatu. Może Louis jednak był szalony i moje początkowe podejrzenia nie odbiegały daleko od prawdy.

-Nie- odparłem, patrząc na niego z niedowierzaniem. –To nie jest ten typ człowieka, Louis!

-A jednak sam wczoraj widziałem, że groził ci pięścią.

-Tak, ale… -Czując, że nerwowe rozbawienie powoli wypiera początkowy szok, usilnie starałem się nie wybuchnąć śmiechem na widok skonsternowanej miny Louisa. –Robin nie skrzywdziłby muchy. Wątpię, czy kiedykolwiek kogoś uderzył, on woli krzyczeć. Co ci w ogóle strzeliło do głowy?

Teraz Louis wzruszył ramionami.

-Rodzice różnie reagują, wolałem się upewnić, że nic złego się z tobą nie dzieje.

Skwitowałem to kiwnięciem głowy i powróciłem do zeszytu, podnosząc uprzednio długopis z podłogi. Westchnąłem ze zniecierpliwienia, gdy i tym razem Louis nie podyktował mi zadań.

-Boże, co znowu?- Huknąłem otwartą dłonią w stół. -Myślałem, że mamy się uczyć, a nie gadać o głupotach!

Louis wywrócił oczami, wskazując na moją torbę, która wisiała przewieszona przez oparcie sąsiedniego krzesła.

-Twój telefon wibruje. Nie odbierzesz?

Zamrugałem, lekko zawstydzony swoim wybuchem i szybko wyjąłem komórkę, zerkając na wyświetlacz. Nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. Niall.

Wahając się, nacisnąłem zieloną słuchawkę.

-Cześć, Harry.- Zamknąłem oczy, słysząc jego głos, który zawsze wyprawiał dziwne rzeczy z moim żołądkiem, chociaż tym razem efekt był na szczęście słabszy, co mogło się wiązać z faktem, że nie widziałem blondyna od dobrych kilku tygodni, a podczas ostatniego razu wyznał, iż woli ode mnie swoją dziewczynę. –Co robisz?

-Jestem u Louisa- odpowiedziałem z pozornym spokojem, aby pokazać mu, że nie tylko on może kogoś mieć. Niall oczywiście nie wiedział, kim tak naprawdę był Louis, co zbiło go na moment z tropu.

-U kogo…? –mruknął ze zdziwieniem, a potem odchrząknął. –Nieważne. Chciałem cię zaprosić na imprezę, ale w takim wypadku chyba…

-Nie, czekaj, przyjdę- przerwałem mu natychmiast, otwierając oczy. W mojej głowie wykiełkował pewien pomysł. –To znaczy, przyjdziemy. Ja i Louis. Gdzie to będzie?

-Przy starej stoczni, dzisiaj wieczorem.- Powiedział niechętnie i doskonale słyszałem w słuchawce zazdrość, ale zamierzałem potraktować go tak, jak on potraktował mnie. Niech się trochę pomęczy myśląc, że jestem z Louisem, może to go otrzeźwi i głupek w końcu zrozumie, że Demi nie jest dla niego. –Muszę kończyć. Cześć.

Zakończył połączenie, a ja schowałem telefon do kieszeni, uśmiechając się do siebie. Jeżeli mój plan wypali, Niall przejrzy na oczy i może wreszcie będziemy mogli… Stać się sobie bliżsi.

Pozostało tylko przekonać jedną osobę, aby zgodziła się mi pomóc.

-Masz jakieś plany na wieczór, Louis? –Zapytałem pogodnie, przeczesując włosy.

-Nie.

-W takim razie… Może pójdziesz ze mną na imprezę? Przyda ci się trochę rozrywki.

Louis uniósł do góry brew, wykrzywiając usta.

-Nie sądzę, Styles. O co tak naprawdę chodziło z tym „ja i Louis”?

Słyszał, co powiedziałem Niallowi, więc postanowiłem nie owijać w bawełnę.

-Chcę, żebyś przez jedną noc udawał mojego chłopaka- wypaliłem, patrząc prosto w niebieskie tęczówki Louisa. -Niall myśli… to właśnie z nim przed chwilą rozmawiałem… że będę jego brudnym sekretem, podczas gdy oficjalnie pieprzy się z dziewczyną. Ale mam już tego serdecznie dosyć i chciałbym, żebyś mi pomógł wzbudzić w nim zazdrość i dać mu do zrozumienia, że można mieć, albo ptaszka, albo gniazdko, ale nie obie te rzeczy na raz.

Tomlinson roześmiał się, kręcąc głową.

-Dlaczego sądzisz, że się na to zgodzę? –parsknął.

Nachyliłem się do przodu, posiadając w zanadrzu doskonały argument.

-Ponieważ będziesz mógł mieć na mnie oko i pilnować, abym się nie zaćpał. Wiem, że z jakiegoś powodu bardzo ci na tym zależy, a kto wie, czy jeżeli przez Nialla poczuję się przybity, nie rozejrzę się za czymś, co poprawiłoby mi humor?

Uśmiech spełzł z ust Tomlinsona i wyglądało na to, że chłopakiem targają sprzeczne uczucia.

-To jest dobry powód- rzekł po chwili cicho, kapitulując. –Na którą mam zamówić taksówkę?

-Na jedenastą. Przyjedź po mnie pod dom. I… nie zakładaj ubrań, które lubisz, bo mogą się zniszczyć. Będziemy się bawić nad rzeką, dokładniej w starej stoczni, a tam nie jest zbyt czysto.

-To dosyć daleko- mruknął Louis, pocierając skronie. –Chyba lepiej będzie, jeżeli pojedziemy moim wozem.

-Świetnie. A teraz wróćmy do nauki, bo za tydzień mam egzamin i, do cholery, chciałbym go zdać!

Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowałem przed opuszczeniem głowy nad książką, był lekki uśmiech Louisa, który sprawił, że mimowolnie także się uśmiechnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz