niedziela, 1 grudnia 2013

149

- Mama? Cześć, to ja, Louis. Dzwonię, bo…co? Nie, nie gniewam się na tatę, ale nie o to cho… dobrze, porozmawiam z nim później… tak. Tak. W porządku, jeżeli tego właśnie chce, nie dbam o jego… Już mówiłem, nie… Mamo! Czy dasz mi wreszcie dojść do słowa? Po prostu nie mów przez chwilę. Pamiętasz, co lekarze mówili o przypadku Lottie? Że to może być dziedziczne i wszyscy jesteśmy objęci ryzykiem? No więc mieli rację i ja chyba… też… Tak jak ona widzę różne rzeczy, mamo… Nie dzwoniłem wcześniej, bo myślałem, że się mylę! Tak, wiem, tylko nie krzycz… Nie płacz, nie ma powodu… Nie jest ze mną jeszcze tak źle jak z Lottie, ale chciałem, żebyś wiedziała i gdy przyjdzie odpowiednia chwila, zrobiła co trzeba. Daj mi kilka dni na załatwienie pewnej sprawy i zawiadom szpital, dobrze? Dziękuję.

***

Kiedyś Louis powiedział, że nie robi nic połowicznie i jeżeli mam zamiar się z nim uczyć, muszę się do tego przyłożyć, jakbym nie chciał po prostu zaliczyć egzaminu, lecz zdać z najwyższą oceną. Z trudem zaakceptowałem ten warunek, a nasza współpraca przebiegała opornie i zarówno mnie, jak i Louisa, kosztowała ogromną ilość nadszarpniętych nerwów. Ale ostatecznie opłaciło się męczyć przez półtora miesiąca. Zdałem, otrzymując na potwierdzenie dokument opatrzony czerwonym znaczkiem WYNIK POZYTYWNY, który od razu zaniosłem do domu.

Gemma już od progu zaczęła piszczeć, jakbym co najmniej obronił doktorat z medycyny, podobnie jak jej chłopak Liam, z zamiłowania kulturysta, a z zawodu trener fitness, który poklepał mnie entuzjastycznie po plecach, wbijając przy okazji w podłogę.

- Ugotuję coś dobrego - zapowiedziała moja siostra, zacierając ręce i ciągnąc za sobą Liama do kuchni, dzięki czemu mogłem spokojnie udać się do swojego pokoju, aby powiadomić o wszystkim osobę, bez której z pewnością nie osiągnąłbym tak dobrego wyniku. Niestety, telefon Louisa nie odpowiadał, będąc prawdopodobnie wyłączonym, więc ignorując uczucie zawodu, wybrałem numer Zayna i kazałem mu jak najszybciej przytaszczyć do mnie swój tyłek.

Zanim udało mu się dotrzeć na miejsce, minęły dwie godziny, a przygotowana przez Gemmę zapiekanka z kurczakiem (Liam przestrzegał diety o podwyższonej zawartości białka) została zjedzona i młoda para zdążyła wyjść do kina na popołudniowy maraton komedii. Musiałem jednak przyznać, że Zayn wyglądał tego dnia wyjątkowo porządnie, zrezygnował nawet z uwielbianego przez siebie „seksownego, trzydniowego zarostu, na który lecą dziewczyny” i włożył dokładnie uprasowaną koszulę. Wiedziałem, że to wszystko ze względu na Gemmę, w której potajemnie durzył się od czasów podstawówki, więc od razu uczciwie go poinformowałem, że nie ma jej w domu i do wieczora prawdopodobnie nie będzie. Jego mina lekko zrzedła i z większą siłą, niż była do tego celu potrzebna, rzucił przyniesiony przez siebie sześciopak piwa na stolik w salonie.

- Nie ruszaj, alkohol dopiero po zmroku - upomniał mnie, kiedy sięgnąłem po puszkę, a następnie podszedł do nowej plazmy, którą trzy tygodnie wcześniej sprawił sobie Robin w prezencie na czterdzieste piąte urodziny. Przyjrzał się długiemu rządkowi przeróżnych wejść dla wtyczek na obudowie telewizora. - Masz gdzieś instrukcję, jak podłączyć do tego DVD?

Wzruszyłem ramionami, obchodząc stolik, i również spojrzałem na urządzenie.

- Musimy po prostu każdego po kolei spróbować - powiedziałem, ujmując w rękę kabel od odtwarzacza, który następnie podłączyłem do pierwszego gniazda z brzegu. Nie zdziwiłem się, gdy nie zadziałało. Po kwadransie, metodą prób i błędów, udało się nam jednak uruchomić sprzęt, po czym wyszliśmy do ogródka za domem, gdzie kiedyś, ku utrapieniu mojej mamy, spędzaliśmy całe dnie na kopaniu piłki. Zayn rozsiadł się na leżaku, a ja, nie mając nic innego do roboty, usiadłem na sąsiednim, wyciągając z kieszeni komórkę, by sprawdzić na wyświetlaczu godzinę. Było dopiero kilka minut po trzeciej i nie miałem pojęcia, jak przeżyję czas pozostały do dwudziestej, bo o tej właśnie porze miał przyjść Louis.

Malik podłożył dłonie pod głowę, rzucając mi badawcze spojrzenie, zanim jego powieki nie przysłoniły oczu.

- Chcesz, żebym w połowie filmu dyskretnie sobie poszedł? - odezwał się neutralnym tonem, wystawiając twarz do słońca. Schowałem telefon i popatrzyłem na niego zmieszany.

- Nie widzę powodu, dla którego miałbyś to robić - odpowiedziałem, udając zaskoczenie. Było mi głupio, że moje podenerwowanie dzisiejszą wizytą Louisa jest tak oczywiste.

- Och, proszę cię. Siedzisz jak na szpilkach i bez przerwy patrzysz na zegarek. To jasne, że nie możesz się doczekać, aż on przyjdzie.

Przekląłem w duchu, czując lekkie rumieńce na policzkach.

-Mówiłem ci już, że jesteśmy…

- …tylko kumplami - dokończył za mnie ze znudzeniem, wciąż nie otwierając oczu. - Tak, pamiętam. To mam was zostawić samych, czy nie?

- Nie! Zayn, nie bądź kretynem. Zaprosiłem cię i chcę, żebyś został do końca.

- Doceniam to, Harry, naprawdę, ale nie mam zamiaru być piątym kołem u wozu. Lepiej powiedz mi teraz, czy planujesz coś z nim robić, bo jeżeli nagle zobaczę, że obściskujecie się obok mnie na kanapie, to mogę tego emocjonalnie nie wytrzymać.

- Cóż, nie planuję - uciąłem, opadając plecami na leżak. - Możesz być spokojny o swoją nieistniejącą niewinność, nie będziesz świadkiem żadnej gejowskiej sceny.

- To dobrze - powiedział z zadowoleniem, a potem uchylił jedną powiekę, żeby mrugnąć do mnie swoim okiem. - Opowiadałem ci już o dziewczynie, którą ostatnio poznałem?

Ucieszyłem się ze zmiany tematu i pozwoliłem Zaynowi snuć opowieść o pewnej pięknej blondynce imieniem Perrie, w nadziei, że choć trochę odciągnie tym moją uwagę od Louisa.

***

Równo o dwudziestej wstałem z kanapy, ale Zayn natychmiast pociągnął mnie z powrotem w dół.

- Jeszcze nie przyszedł - mruknął, przytrzymując mnie za ramię w miejscu. - Nie zachowuj się jak rozdygotana cnotka, poczekaj na dzwonek.

Wyswobodziłem się z uścisku, rzucając mu ostrzegające spojrzenie, jednak posłuchałem jego rady i zrezygnowałem z czajenia się pod drzwiami, czekając, aż Louis sam obwieści swoje nadejście. Właściwie powinienem być wdzięczny Malikowi, że ratował moją reputację, ale nerwy już dawno zjadły mnie od środka, i czułem tylko irytację. Choć przecież nie było ku temu najmniejszego powodu. To miał być zwykły wieczór przy piwie i dobrym filmie, czyli nic, czego bym już wcześniej nie robił. Kazałem sobie wyluzować, zaciskając ręce na pudełku od filmu, który tkwił w odtwarzaczu.

Minuty powoli mijały, najpierw zamieniając się w kwadrans, później w połowę godziny, aż w końcu wskazówki zegara w przedpokoju ustawiły się na dwunastce i dobiegł nas dźwięk obwieszczający dziewiątą. Louis się nie pojawił ani nie dał znaku życia. Jego komórka nadal była poza zasięgiem, co kilkakrotnie sprawdziłem, próbując się do niego dodzwonić.

- No dobra, to może zaczniemy bez niego? - zapytał niepewnie Zayn, podnosząc ze stołu pilota, gotowy do naciśnięcia guzika play.

- Tak… chyba tak będzie najlepiej - odparłem, czując kompletną pustkę. - Włączaj.

- Jestem pewny, że miał konkretny powód…

- Zayn, to nieważne. Wciskaj ten cholerny guzik!

Kiedy na ekranie pojawił się obraz, nie mogłem skupić się na akcji filmu. Dlaczego Louis nie przyszedł? Przecież jeszcze wczoraj, a właściwie dzisiaj rano, gdy rozmawialiśmy przez telefon, wyraźnie powiedział „ to do jutra, Styles” i nie brzmiał wtedy jak ktoś, kto mówi coś takiego wyłącznie w celu pozbycia się niechcianego rozmówcy. Zresztą to nie byłoby w jego stylu, ponieważ Tomlinson zawsze był szczery, nikomu przy tym nie oszczędzając kąśliwych uwag, więc chyba nie mógłby tego zrobić…

Jednak prawda była taka, że Louis potrafił kłamać i robił to świetnie, o czym sam przekonałem się poprzedniego dnia, gdy dzięki niemu ominęła mnie kara za spędzenie całej nocy poza domem. Myślałem jednak, że chciał spędzić ze mną trochę czasu, ale najwyraźniej było inaczej. Poczucie niezrozumienia odebrało mi mowę i już do końca filmu, ani ja, ani Zayn nie poruszaliśmy tego tematu.

***

Następnego dnia mój humor wcale się nie polepszył, a wręcz się pogorszył, bo już z samego rana zostałem bezceremonialnie obudzony przez Gemmę i wysłany do sklepu po zakupy.

- Tylko mleko musi być z lodówki! - krzyknęła za mną, kiedy wypadłem skrzywiony na ulicę i bez słowa ruszyłem chodnikiem, przeklinając ją oraz jej chłopaka, a najbardziej siebie. Gdybym z jakiegoś powodu nie starał się nawiązać przyjacielskich stosunków z Louisem, nie zostałbym wystawiony do wiatru i nie czułbym się jak ostatni głupek, który ślepo zaufał, a potem został oszukany. Byłem jednak sam sobie winny, bo to ja naciskałem na spotkanie, chociaż sto razy bardziej wolałbym, żeby Tomlinson powiedział mi w twarz, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, zamiast tak po prostu zniknąć bez słowa.

Zapomniałem połowy rzeczy, które Gemma kazała mi kupić, więc po prostu wrzucałem do koszyka produkty, jakie zwykle jedliśmy na śniadanie, mając nadzieję, że choć część okaże się właściwa. Potem zataszczyłem wszystko do kasy i opuściłem sklep, uginając się pod ciężarem wypełnionych po brzegi toreb. Już w połowie parkingu musiałem przystanąć, aby poprawić pakunki w rękach i odsapnąć, a samochody innych klientów omijały mnie leniwie, gdy ich właściciele szukali dogodnych miejsc do parkowania. Jeden z nic zatrzymał się tak blisko mnie, że niemal najechał na reklamówki.

Wyprostowałem się, żeby ubliżyć kierowcy, a tym samym dać upust skumulowanym we mnie negatywnym emocjom, ale zamarłem, widząc tak bardzo znajomą twarz za kierownicą.

- Styles - przywitał się niemal prosząco Louis, patrząc na mnie przez odsuniętą szybę po stronie pasażera. Nie był zaskoczony, musiał mnie już wcześniej rozpoznać po włosach i specjalnie do mnie podjechał. - Wsiądziesz? Chcę porozmawiać.

Spojrzałem na liczne (oraz ciężkie) zakupy, a potem jeszcze raz na Louisa i skinąłem wolno głową. Wrzuciłem wszystko na tylne siedzenie, a następnie zająłem miejsce z przodu, zapinając pas bezpieczeństwa. Nie chciałem, aby zauważył jak bardzo bolało mnie to, co wydarzyło się poprzedniego wieczora, więc udawałem całkowitą obojętność, czekając aż odezwie się pierwszy. Ruszyliśmy.

- Byłem u ciebie w domu, ale Gemma powiedziała, że wyszedłeś do sklepu - powiedział, wyjeżdżając na ulicę. Wyjaśniło się przynajmniej, skąd wiedział, gdzie mnie szukać. Ton jego głosu stał się bardziej miękki, gdy dokończył: - Przepraszam, nie mogłem przyjść.

- To trzeba było wysłać tego pieprzonego SMS-a! - warknąłem, tracąc w jednej chwili całe opanowanie. Zacisnąłem mocno dłoń na uchwycie na drzwiach. - Jedna głupia wiadomość i przynajmniej miałbym pewność, że mnie nie olałeś!

- Nie olałbym cię - mruknął w odpowiedzi, zatrzymując się na światłach. - Ja po prostu… wczoraj nie czułem się najlepiej i nie dałem rady cię powiadomić. Jeszcze raz przepraszam.

Wypuściłem powietrze z płuc, walcząc ze sprzecznymi emocjami. Część mnie chciała dalej wykłócać się z Louisem, ale druga połowa kazała mi odpuścić i dać mu jeszcze jedną szansę, bo przecież powiedział, że nie mógł przyjść. W dodatku wyglądał na autentycznie skruszonego. Taka mina z pewnością nie gościła zbyt często na jego twarzy, a ja… rzeczywiście nie pomyślałem nawet, że przyczyną jego nieobecności mógłby być jakiś wypadek, albo choroba, uznając za pewnik co innego. W ułamku sekundy złość opuściła moje ciało, zastąpiona bezsilnym zrezygnowaniem.

- W porządku. Ale nie rób tego więcej.

Chwilę później byliśmy na miejscu i Tomlinson zatrzymał się pod moim domem, gasząc silnik.

- Szykujecie śniadanie dla wojska? - zapytał, patrząc wymownie na obszerne torby, z którymi mocowałem się na tylnym siedzeniu. - Zaczekaj, pomogę ci je zanieść.

We dwóch bez trudu zabraliśmy wszystko do domu, odstawiając zakupy w kuchni, gdzie Gemma zajęła się rozkładaniem poszczególnych produktów na półkach, a ja starałem się nie analizować nagłej zmiany w zachowaniu Louisa. Starszy chłopak wydawał się być nieco bardziej zamyślony oraz mniej zgryźliwy niż zwykle. Dodatkowo przez większość czasu po prostu stał z rękami w kieszeniach i wodził wzrokiem po pomieszczeniu, nie skupiając się jednak na żadnym punkcie, jakby obserwował spacerującą osobę, której nie widział nikt poza nim samym.

- Harry, wyszedłeś do sklepu po mleko i płatki, a nie kupiłeś żadnego z nich - przerwała moje rozmyślania Gemma. Właśnie skończyła ugniatać papierowe torby w koszu na śmieci i wyglądała na zniecierpliwioną. - Wszystko trzeba robić za ciebie?

Cholera, rzeczywiście. Ale przecież kupiłem mnóstwo innych rzeczy.

- Nie możesz zjeść czegoś innego?

- Nie - powiedziała z przekąsem, chwytając z oparcia krzesła swoją torebkę. - Nieważne. Sama to załatwię.

Wyszła z kuchni, trzaskając za sobą drzwiami. To było do niej niepodobne, zwykle nie miewała takich wahań nastroju. Mimowolnie zmarszczyłem brwi, patrząc przez chwilę w kierunku, w którym odeszła. Potem przypomniałem sobie, że mam gościa.

- Przepraszam za to - zwróciłem się do Louisa, mając na myśli siostrę. - Chcesz coś do picia?

Tomlinson pokręcił przecząco głową, milcząc. Między nami pojawiło się niewygodne napięcie, ciążąc strasznie każdemu z nas, gdy staliśmy naprzeciwko siebie, nie wiedząc, co powiedzieć lub zrobić. To było niedorzeczne. W końcu wykonałem jakiś nieporadny gest ręką, wskazując na przejście do salonu.

- To możemy obejrzeć jakiś film, albo pograć na konsoli - zaproponowałem, siląc się na swobodny ton. Starałem się patrzeć chłopakowi w oczy, a nie na jego usta.

- Może następnym razem, teraz muszę już iść - odpowiedział, pocierając szczękę palcami.

- Och. - Znowu poczułem ogromne rozczarowanie. - A co powiesz na to, aby wyskoczyć gdzieś jutro?

- Jutro mam do późna wykłady i powinienem być na uczelni - rzekł i uniósł kąciki ust, widząc moją minę. - Zauważ, że to nie znaczy „nie”, Styles. Muszę ci przecież jakoś zrekompensować wczorajszą wpadkę.

Głupia nadzieja odżyła w moim wnętrzu.

- Racja, musisz.

Louis przygryzł wargi, powstrzymując się od uśmiechnięcia zbyt szeroko, lecz jego starania spaliły na panewce i już po chwili ujrzałem szereg białych zębów wyszczerzonych w moim kierunku. Ten uśmiech był przeznaczony tylko i wyłącznie dla mnie.

Usiłując uspokoić szaleńczo bijące serce, odprowadziłem Louisa do drzwi. Idąc za nim, powtarzałem sobie w duchu, że to nic nie znaczy, bo jesteśmy tylko kumplami, a przecież kumple uśmiechają się do siebie od czasu do czasu, nawet gdy nie ma ku temu większego powodu. Jak zwykle wszystko wyolbrzymiałem. Jednak jedna myśl uparcie nie chciała zniknąć z mojej głowy: to był pierwszy raz, gdy radość obejmowała zarówno usta, jak i oczy Tomlinsona, a zdarzyło się do właśnie w mojej kuchni, gdy stałem obok niego.

Przytrzymałem drzwi, wypuszczając go na werandę i przez moment patrzyliśmy na siebie niezręcznie, dopóki jednym ruchem nie zamknąłem wejścia, by mógł w końcu iść. Oparłem czoło o futrynę, odliczając upływający od jego wyjścia czas według uderzeń własnego serca, które nadal wariowało, rozbijając się po wnętrzu klatki piersiowej. To było coś nowego i nie wiedziałem, czego spodziewać się po nieznanym mi do tej pory uczuciu, które zaczynało we mnie kiełkować. Louis nie tylko ocalił mi życie, ale też wywrócił je do góry nogami, zmieniając na lepsze oraz, jeżeli spojrzeć na to z pewnej strony, dużo cięższe.

Minęły wieki zanim udało mi się oderwać od ściany, ale nadal tkwiłem w przedpokoju, uważnie nasłuchując. Coś się nie zgadzało, samochód nie mógł odjechać bez zapalenia silnika. Tchnięty instynktem, otworzyłem z powrotem drzwi i zobaczyłem, że Louis cały czas stał w tym samym miejscu, nie zmieniając pozycji nawet o centymetr, a jego mina wyrażała czystą sprzeczność.

Złapałem niebieskie spojrzenie i chyba wiedziałem, co zaraz nastąpi, ale jeżeli miałbym być szczery, nie obchodziło mnie, czy Louis wciąż ma jakieś opory, czy może już nie.

- Naprawdę nie powinienem zosta… Och, pieprzyć to. Nici z koleżeństwa, Styles - wypowiedział niemal przepraszającym głosem, wracając do przedpokoju, gdzie zatrzymał się tuż przede mną.

Uśmiechnąłem się głupkowato.

- Strasznie mi z tego powodu wszystko jedno - odparłem, składając dłoń na jego karku. Drugą ręką uniosłem jego podbródek, a kiedy błękit w jego oczach zamigotał z aprobatą, pochyliłem się, by móc go wreszcie pocałować. Po raz pierwszy, nie licząc przelotnego muśnięcia na korytarzu jego kamienicy, robiłem to jako prawdziwy ja, nie wspomagany żadną chemią w postaci pigułek lub białego proszku, ale jeżeli to możliwe, było jeszcze lepiej. Pod naporem moich ust jego wargi rozchyliły się zapraszająco, a język wyszedł na spotkanie mojego języka i nagle wszystkie elementy układanki znalazły się na właściwym miejscu. Właśnie tu, w objęciach Louisa i z jego rękami błądzącymi gorączkowo po moich plecach zrozumiałem, że nie chcę nikogo innego, jak tylko niego; dziwaka, który zatrzymywał moją legitymację szkolną i przez większość czasu był nieznośnym palantem. Z wrażenia zabrakło mi powietrza.

- Chodźmy na górę - wydyszałem, pocierając nosem jego policzek.

- Jest dziesiąta rano, napaleńcu - sprzeciwił się, głaszcząc odsłonięty pas skóry na moim biodrze, ale zaraz potem dokończył: - Prowadź.

Niezgrabnie, wciąż spleceni w uścisku, dotarliśmy jakoś do mojego pokoju na piętrze, gdzie opadliśmy razem na łóżko, wznawiając przerwane pocałunki, które stały się głębsze, szybsze i miały potęgować podniecenie. W międzyczasie pozbyliśmy się koszulek oraz spodni, pozostawiając na sobie tylko bieliznę, dzięki czemu mogłem wyraźnie poczuć, jak bardzo Louis mnie pragnął. Wypychał do góry biodra, rozpaczliwie łaknąc uwagi i chciałem, tak bardzo chciałem, doprowadzić go do stanu, gdy jęcząc w swoje ramię, zapomni jak się nazywa.

Przerwałem pocałunek, słysząc cichy protest Louisa, który jednak ustał, kiedy zsunąłem z niego ostatnią część garderoby. Całe moje doświadczenie ograniczało się do Nialla oraz kilku sesji wzajemnego obciągania sobie pospiesznie za szkołą, więc mając pod sobą dorosłego i całkiem nagiego mężczyznę, gotowego na wszystko, co będę w stanie mu zaoferować, straciłem na moment wiarę we własne umiejętności. Jednak już w następnej chwili otaczałem go w całości ustami, a ślina ciekła mi po brodzie, skapując na pościel. Chyba nie było najgorzej, bo Louis jęknął głucho i wczepił palce w moje włosy, narzucając mi tym samym szybsze tempo ruchów. Przytrzymałem jego miednicę, żeby uniemożliwić mu wykonywanie niekontrolowanych pchnięć, kiedy podświadomie chciał wsunąć się głębiej, i poczułem, że chłopak jest już naprawdę blisko końca. Aby spotęgować jego doznania, zassałem mocniej, ale wtedy Louis dał mi do zrozumienia, że mam się odsunąć.

Zaskoczony, uniosłem do góry wzrok, gdzie napotkałem pociemniałe tęczówki, w których błyszczało czyste pożądanie. Niemal szaleństwo.

- Nie chcę dojść w ten sposób - wychrypiał gardłowo, a jego policzki, szyję i część klatki piersiowej pokrywał głęboki rumieniec.

Zamrugałem, nie rozumiejąc.

- Dobrze, to w takim razie jak?

Louis wciągnął mnie na siebie, a potem obrócił nas w taki sposób, że znalazłem się pomiędzy nim a materacem.

- Proszę, pozwól mi skończyć w tobie - usłyszałem, choć sens tego zdania nie od razu do mnie dotarł, bo rozgrzana skóra Louisa przylegała całą powierzchnią do mojej, a jego wargi pieściły wrażliwe zagłębienie szyi i to było zbyt niesamowite, by przejmować się słowami. Jakby na to nie patrzeć, gardło było we mnie. Skupiałem uwagę na zwykłym odczuwaniu, chłonięciu zalewających mnie niewiarygodnych doznań i dopiero kiedy ściągnął ze mnie bokserki, a jego ręka zamiast zatrzymać się na członku, powędrowała dalej, mijając jądra i zbliżając się do miejsca, w którym nikt wcześniej mnie nie dotykał, zrozumiałem do czego dążył.

I natychmiast zacząłem panikować, bo jeden z jego palców wniknął do środka, naruszając psychiczną granicę, o istnieniu której do tej pory nie miałem pojęcia, a ja nie mogłem zrobić niczego, aby go przed tym powstrzymać. Oddech uwiązł mi w krtani, zwiastując nadchodzący szloch, całe ciało spięło się, próbując zapobiec niechcianej inwazji.

- Styles, musisz się rozluźnić - powiedział Louis, nieświadomy stanu, w jakim się znalazłem. Przełyk zacisnął mi się boleśnie, uniemożliwiając wydobywanie jakichkolwiek dźwięków, więc mogłem tylko leżeć, obezwładniony mackami przerażenia, i z całych sił powstrzymywać płacz. - No dobra, przecież widzę, że to ci się w ogóle nie podoba…

Jedno jego spojrzenie na moją twarz, a palce błyskawicznie zostały zabrane i chłopak podniósł się do góry. Pozbawiony jego bliskości, paradoksalnie poczułem się jeszcze gorzej.

- Co się dzieje? -zapytał zdezorientowany, siadając pomiędzy moimi udami. - Myślałem, że chcesz to zrobić.

Z trudem, ale udało mi sie przełknąć ślinę.

- N-nie to. To znaczy… sądziłem, że na razie wystarczy obciąganie.

- Słucham? - Louis uniósł brwi. - Chwileczkę… Czy ty chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie uprawiałeś prawdziwego seksu?

Zacisnąłem mocno powieki, przytakując. Atak paniki przechodził, wypierany przez wstyd i upokorzenie tym, jak musiałem teraz wyglądać w jego oczach, ale najbardziej bałem się tego, że mnie wyśmieje, a potem odrzuci. Cisza, kiedy Louis przyswajał do siebie tę informację, przedłużała się i nie mogłem tego już dłużej znieść. Najlepszym wyjściem wydawało się po prostu stąd uciec.

Uniosłem się na łokciach, szykując do szybkiego opuszczenia łóżka, lecz Louis oparł dłonie na mojej klatce piersiowej i popchnął z powrotem w dół, zawisając nade mną.

- Wybierasz się dokądś? - Jego głos był miękki, zabarwiony spokojem i czymś jeszcze, czego nie umiałem określić. - Nie powinienem był tego mówić, ale do głowy by mi nie przyszło, że Harry Styles może być dziewicą. Sądziłem, że pierwszy raz już od dawna masz za sobą.

- Nie z innym chłopakiem - wyjaśniłem drżącym od wstrząsających mną, niekontrolowanych spazmów tonem. Louis błądził wzrokiem po mojej twarzy, uśmiechając się nieznacznie. Potem powoli położył się na mnie, a jego ciężar niespodziewanie ukoił moje nerwy, stateczny i w pełni bezpieczny niczym cuma utrzymująca mnie w kontakcie ze światem. Po niedawnym podnieceniu nie został ślad, ale chyba żaden z nas się tym nie przejął.

- Przepraszam, że zniszczyłem nastrój - wydukałem, odchylając do tyłu głowę, by Louis mógł podjąć ustami niespieszną wędrówkę wzdłuż mojej szczęki. - Zaskoczyłeś mnie, a ja… sam nie wiem. Bałem się, że nie będę miał żadnej kontroli nad rozwojem sytuacji. I że będę zdany wyłącznie na twoją wolę.

- Nie skrzywdziłbym cię. Nie skrzywdzę. - Pocałował mnie, wolno i delikatnie, niemal rozrywając na kawałki moje serce. Czułem, że jego własne bije podobnym rytmem i to wrażenie spójności było zbyt wspaniale, by móc je opisać. - Boże, nawet nie wiesz, jakie to niesamowite, że nikt przede mną… Jest tyle rzeczy, które mógłbym ci pokazać.

- Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś to zrobił… kiedyś.

- Tak - w jego głosie pojawił się ledwo słyszalny smutek, który jednak zaraz zniknął. - Wyglądasz… - jego spojrzenie przemknęło po moim ciele, jakby nigdy wcześniej nie widział czegoś tak pięknego. - Mogę ci zrobić zdjęcie? Widziałem, że na biurku leżał polaroid.

Zaskoczył mnie, ale nie miałem nic przeciwko, o ile zaraz potem wróci z powrotem do łóżka. Zakryłem prześcieradłem strategiczne miejsca i uśmiechnąłem się do obiektywu, a Louis chwycił w palce fotografię, która wysunęła się z wąskiego otworu na spodzie urządzenia.

- Po co ci ona? - zapytałem.

- Wkrótce zobaczysz. - Zerknął na drzwi, zza których dobiegło przytłumione trzaśnięcie drzwi wejściowych. - Gemma wróciła. Powinniśmy zejść na dół.

Miał rację. Ubraliśmy się, a ja na razie wyrzuciłem z głowy pytania o to, kim właśnie się dla siebie staliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz