Kolejne trzy miesiące minęły nam bardzo szybko. Zima w tym roku trwała dłużej, niż zwykle. Jeszcze w połowie marca był śnieg, a temperatura utrzymywała się na poziomie zera. Przynajmniej w pierwszych tygodniach kwietna przywitała nas ładna pogoda. Przygotowania do ślubu Lottie były coraz bliżej końca, zaproszenia były rozesłane i tylko kilkanaście na około trzysta osób poinformowało, ze nie da rady przyjść. Spore wesele, dlatego sporo przygotowań. Chciałem dołożyć jej trochę ze swoich pieniędzy, ale uparła się, że nie przyjmie ich ode mnie. A przecież po dziadku miałem dużo, prawda? I czułem się głupio z tym wszystkim… Nie byłem zdania, że należały mi się, ale nie wdawałem się w dyskusję z Anne, a tym bardziej z Harrym, który zawsze przerywał to pocałunkiem.
Był piątek, do wesela został zaledwie dzień. Lottie była zajęta ostatnimi przymiarkami welonu i dodatku do niego. Miała mieć we włosach ładny diadem, który dopiero dzisiaj miał przyjść do sklepu, gdyż poprzedni odsyłali. Grunt, że będzie na czas. Ja za to byłem w sali, którą wynajęła Lottie wraz z Chrisem.
Właśnie kończyliśmy dekorować pomieszczenie na zabawę. Razem z kilkoma kolegami pana młodego, Niallem i Libby, jego dziewczyną, oraz paroma przyjaciółkami Lottie. Trzeba nam było kobiet, które nadzorowałaby wszystko. Byłem właśnie z moim przyjacielem w sali tanecznej, gdzie przygotowywaliśmy nagłośnienie.
- Może trzeba to podłączyć tutaj obok? – zapytałem, nachylając się nad głośnikiem, który nie chciał działać.
- Tamte wpinaliśmy tutaj, Lou. Także nie sądzę. Może głośnik w ogóle nie działa? – Zastanowił się na chwilę, przyglądając się sprzętowi.
Byliśmy już sami. Chris pojechał coś załatwić i przy okazji odebrać Lottie, a cała brygada zmyła się razem z nim. Oznajmiłem przyjacielowi, że idę sprawdzić, czy wszystko wygląda należycie, i że będę niebawem. Wyszedłem po schodach na piętro, gdzie stoły były już ustawione i nakryte białymi obrusami. Spojrzałem na małe, szklane wazoniki, w których było po kilka sztucznych kwiatków. Nie chciałem nawet myśleć, jak jutro będzie trzeba biegać i układać talerze, sztućce, szklanki, napoje… Uśmiechnąłem się do siebie, myśląc o tym, jak czas szybko mija. Jeszcze niedawno razem z Lottie byliśmy młodzi, wygłupialiśmy się, dokuczaliśmy sobie.. a teraz? Ona wychodzi za mąż, a ja, chociaż wypierałem się tego, naprawdę się zakochałem. Nie myślałem już o chorobie. Co miało być, to miało być. Chciałem cieszyć się tym, co jest.
I udawało się to nam obojgu.
Z perspektywy osób trzecich nasze życie mogło wydawać się ciągłą rutyną. Harry pracował, nawiasem mówiąc, gotowanie szło mu coraz lepiej, zaś ja w wolnych chwilach zajmowałem się siostrami i poświęcałem im coraz więcej uwagi. Najbardziej w tym wszystkim lubiłem wieczory. Kiedy mój Harry wracał, kiedy zawsze tulił mnie mocno do siebie i pozwolił trwać w tym uścisku parę dłuższych chwil. Miałem wtedy wrażenie, jakby chciał wynagrodzić mi tym skromnym gestem cały czas, kiedy nie było go przy mnie. To było naprawdę miłe.
Niespodziewanie poczułem, jak ktoś obejmuje mnie od tyłu, przylegając do mnie całym ciałem. Doskonale wiedziałem, że to Harry. Miał skończyć dzisiaj wcześniej, jednak nie sądziłem, że pofatyguje się i przyjedzie do mnie aż do lokalu. Odchyliłem głowę w tył, opierając na jego ramieniu. Musnąłem wargami jego żuchwę, uśmiechając się szeroko.
- Podoba ci się? Sądzę, że nie najgorzej sobie z tym poradziliśmy.
- Dobrze, że były przyjaciółki Lottie. Bo bez nich to na pewno wyglądałoby to komicznie – odparł, na co szturchnąłem go lekko ramieniem.
- Ja bym wszystkiego dopilnował! – zawołałem, śmiejąc się razem z nim.
Wypuścił mnie, pozwalając odwrócić się przodem do niego. Musnąłem przelotnie jego wargi, informując, że jeszcze Niall został. Zeszliśmy do sali tanecznej, gdzie mój kochany przyjaciel ciągle użerał się z nagłośnieniem. Ale niecałe pół godziny później razem z Harrym udało im się wszystko doprowadzić do porządku.
*
W sobotę obudziłem się bardziej zmęczony, niż zwykle. Nie byłem śpiący, ale jednak byłem zmęczony. Mimo tego już o ósmej byliśmy z Harrym w wynajętym lokalu i pomagaliśmy reszcie druhen ustawiać talerze na stołach. Uwinęliśmy się z tym bardzo szybko i byliśmy niezwykle zadowoleni z efektów.
Za piętnaście czwarta wszyscy zebraliśmy się przed kościołem, czekając na przyjazd panny młodej. Stałem obok Stelli, młodszej siostry Chrisa. Wyglądała niesamowicie. Chociaż wszystkie druhny miały na sobie liliowe sukienki, a w kok we włosach miały wpięte kwiatki w tym kolorze, siostra pana młodego wyglądała specyficznie. Miała jasnobłękitne oczy, które w całym tym otoczeniu fioletu przybierały takiego samego koloru. Gdybym tylko ja tak twierdził, pomyślałbym, że mam omamy, ale każdy jej to powtarzał.
- Dlaczego mi się tak przyglądasz? – zapytała w pewnym momencie dziewczyna. – Jestem czymś ubrudzona?
- Nie, nie – zaprzeczyłem szybko z uśmiechem. – Wyglądasz po prostu prześlicznie, dlatego tak ci się przyglądam.
- Naprawdę? – zapytała, nieśmiało unosząc kąciki ust ku górze.
Może i była młodsze ode mnie o te pięć lat, ale przebywając z nią, miałem wrażenie, że jesteśmy z jednego wieku. Czasem mogłem się z nią pośmiać z błahych rzeczy, ale także mogłem porozmawiać z nią na poważne tematy. Lottie i Chris znali się od kilkunastu lat. Razem chodzili do podstawówki, do liceum, a nawet na studia poszli do tej samej okolicy. Dzięki temu znałem Stellę od dłuższego czasu. Pamiętam, jak Lottie powiedziała mi, że podobam się dziewczynie. Ale ona miała wtedy dwanaście lat, po prostu się mną zauroczyła i chyba z czasem jej to przeszło. A już na pewno wtedy, kiedy dowiedziała się, że jestem homoseksualny. Powiedziałem jej to osobiście jakiś rok temu. Przyjęła to z zaskoczeniem, ale powiedziała, że mimo wszystko nadal będzie traktować mnie jak bliską osobę. Często pomagałem jej w sprawach z chłopakami, pocieszałem, kiedy była załamana. Można powiedzieć, że tylko mi ufała na tyle, żeby zwierzać się ze wszystkich sekretów. Nie miała bliskiej przyjaciółki, za to stado koleżanek.
Z uśmiechem skinąłem twierdząco głową, potwierdzając swój komplement.
- Dziękuję, miło mi to słyszeć, szczególnie od ciebie – odparła, przytulając się do mnie. - Ty również. Aż cały promieniejesz – dodała, zerkając znacząco w stronę Harry’ego.
To, że zakochałem się w tym dupku, także jej powiedziałem. Nie widziałem sensu ukrywania tego przed osobą, która sama powierza mi swoje sekrety. Spojrzałem w stronę chłopaka, który dostrzegł, że oboje przyglądamy mu się. Najpierw myślał, że się czymś ubrudził, dlatego dyskretnie rozejrzał się po garniturze. Ale kiedy oboje ze Stellą roześmialiśmy się, zrozumiał, że wcale nie o to chodziło. Bezgłośnie powiedział, że mnie kocha, co ja odwzajemniłem najszerszym uśmiechem, na jaki było mnie stać w tamtym momencie.
*
Przyjęcie weselne trwało w najlepsze. Wchodząc do lokalu i wznosząc toast za parę młodą, obiecałem sobie, że tego wieczoru będę bawił się jak nigdy dotąd. W końcu nie miałem pewności, czy jeszcze kiedyś będę miał okazję pójść na wesele którejś z moich ukochanych sióstr. A raczej byłem niemal pewien, że to będzie niemożliwe, jednak nie chciałem o tym myśleć.
Zbliżała się druga w nocy, niektórzy goście już poszli do domu. Właśnie zszedłem z parkietu, zostawiając Fizzy, która dołączyła do bliźniaczek. Mała poprosiła mnie, żebym z nią potańczył, a ja nie miałem serca odmówić. Chociaż czułem, że nogi już mnie bolą od tych wszystkich szaleństw. Poszedłem na piętro, szukając wśród gości czupryny mojego chłopaka, ale jak na złość nigdzie nie mogłem go dostrzec. Wyszedłem na zewnątrz, chcąc nieco odetchnąć.
Było dość chłodno. Czułem zimny wiatr, rozwiewający moje włosy. Zacząłem zastanawiać się nad tym, gdzie podział się Harry. Postanowiłem przejść się wokół lokalu. Ku mojemu zaskoczeniu za budynkiem dojrzałem postać, kucającą przy ścianie.
- Szukałem cię – powiedziałem, tym samym zwracając na siebie uwagę chłopaka. Dzięki bezchmurnemu niebu i księżycu w pełni dostrzegłem uśmiech na jego twarzy.
- A ja miałem nadzieję, że tutaj przyjdziesz.
Wstał, spotykając się ze mną w połowie drogi. Zbliżył powoli twarz do mojej. Przymknąłem powieki, oczekując pocałunku, ale kiedy ta chwila zaczęła się ciągnąć, otworzyłem oczy. Czułem oddech chłopaka na skórze, a jego błyszczące oczy mówiły same za siebie.
- Harry…
- Proszę – wyszeptał.
Po wpływem jego głosu nogi mi zmiękły. Zapomniałem o świecie otaczającym nas. Ująłem twarz chłopaka w dłonie, wpijając się zachłannie w jego wargi. Przycisnął mnie do chropowatej powierzchni budynku. Jego dłonie zaczęły powoli rozpinać guziki mojej marynarki, ale szybko powstrzymałem go przed tym.
- Przecież w każdej chwili ktoś tu może przyjść, Harry – upomniałem go, odchylając głowę, gdyż chłopak ani na chwilę nie chciał przestać mnie całować. Czułem narastające pożądanie, ale przecież nie mogłem pozwolić mu do niczego na zewnątrz! – Harry!
- To nie wiem – mruknął pomiędzy pocałunkami. – Jedźmy gdzieś na odludzie i zróbmy to w samochodzie. Jestem gotowy na wszystko, mogę być nawet uległy wobec ciebie i pozwolić zrobić ze sobą wszystko, czego tylko zapragniesz, ale nie każ mi teraz rezygnować z chwili przyjemności. Nie teraz…
Moje serce od razu szybciej zabiło, kiedy usłyszałem jego słowa. Właściwie od zawsze o tym pragnąłem, a teraz Harry daje mi wolną rękę, żebym to chociaż raz ja jego posiadał. Aczkolwiek nie przeczę, że lubię być uległy, jeśli chodzi o sprawy łóżkowe.
- Piłeś – zauważyłem, ostatkiem sił powstrzymując się od głośnego jęku, kiedy chłopak przygryzł skórę na mojej szyi.
- Szampana i drinka, też mi coś. I dla twojej wiadomości mam mocną głowę. Poza tym, jestem w pełni świadomy wszystkiego, o czym mówię, Lou – odparł pewnie, wpatrując się w moje oczy.
Wziąłem głęboki oddech, pewnie chwytając go za dłoń. Udaliśmy się na parking, gdzie wśród dziesiątek samochodów odnalazłem swój. Wsiadłem za kierownicę, chociaż byłem cały roztrzęsiony i podniecony.
*
Stałem przed samochodem, oparty o jego maskę i wdychałem chłodne, kwietniowe powietrze. Lou wciąż siedział w samochodzie i próbował zawiązać krawat, co nie wychodziło mu zbyt dobrze. Przyznał mi się, że nie lubi ich zakładać, dlatego tym bardziej nigdy nie uczył się ich wiązać. Odwróciłem się, pukając w maskę samochodu. Chłopak wyjrzał zza lusterka, a wtedy skinąłem głową, aby podszedł do mnie. Wysiadł z auta, a gdy tylko się zbliżył poczułem gorąco bijące od jego ciała.
- Jeszcze mi powiedz, że umiesz krawaty wiązać – rzekł z przekąsem.
Wzruszyłem ramionami, wytężając wzrok. Chwyciłem purpurowy krawacik, zawiązując go. Nie wierzyłem, że w ciemności mi się to uda, ale jednak. Mój chłopak był pod wrażeniem, ale ja skwitowałem to uśmiechem i krótkim pocałunkiem w usta.
- Wracamy? – zapytałem, wplatając dłoń w jego miękkie włosy. Westchnął głęboko, opierając głowę na moim ramieniu. Zaniepokoiło mnie jego zachowanie. – Co jest?
- Zmęczony jestem – odparł, trącąc nosem moją szyję.
- Wsiadaj, ja poprowadzę.
- Nie, Harry. Piłeś przecież – przypomniał mi, odpychając się delikatnie od mojego torsu.
- No przecież nie spowoduję wypadku po drinku, który z pewnością wyparował z mojego organizmu w czasie tego, co chwilę temu ze mną robiłeś – zapewniłem go, słysząc jego cichy śmiech.
*
Od wesela minęły trzy tygodnie. Zbliżał się maj, a na zewnątrz było coraz cieplej. Wykorzystałem więc ten czas na spacery z Louisem. Czasem także braliśmy siostry i razem z nimi wygłupialiśmy się. Cieszyłem się, że wyniki zdrowia chłopaka nie pogarszały się na tyle, że znów musiałby leżeć w szpitalu. Na dodatek we wtorek zadzwonił do domu lekarz i powiedział coś, co sprawiło, że na chwilę zapomniałem, jak się oddycha. Wiecie już? Podejrzewacie? Tak, znaleźli dawcę dla Louisa! Nie powstrzymałem się od przytulenia go z całej siły. Już w piątek wieczorem udaliśmy się do Londynu do szpitala, gdzie Louis miał zaufanego lekarza. Był to daleki znajomy jego mamy, także byliśmy pewni, że wszystko pójdzie po naszej myśli.
W sobotę z samego rana przyjechałem z hotelu, aby porozmawiać z Louisem i dodać mu otuchy. Bardzo się tym denerwował. Za to ja wiedziałem, że wszystko będzie dobrze. Lekarz wspominał o powikłaniach, jakie mogą wystąpić po operacji, ale byłem pewien, że się uda. Nie mogło być inaczej.
- Obiecaj mi, że za te parę, ciągnących się w nieskończoność godzin, kiedy otworzę oczy, ty będziesz pierwszą osobą, którą ujrzę – szepnął, chwytając moją dłoń.
- Oczywiście, Lou – odparłem, składając na jego ustach długi pocałunek. – Będę tu bez względu na wszystko.
Wraz z pielęgniarką, która zawiozła Louisa na wózku inwalidzkim do sali operacyjnej, aby się nie przemęczał, szedłem obok, ani na chwilę nie poluzowując uścisku naszych dłoni. Nie chciałem nawet myśleć, co by było, gdyby jednak operacja się nie powiodła. Myślałem zatem optymistycznie i próbowałem Lou zarazić tym, choć w głębi ducha zapewne bałem się bardziej, niż on sam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz