środa, 4 grudnia 2013

189

Harry jest pewien, że wie wszystko o aferze w Krainie Czarów. Nazywają go ‘Cheshire Cat’ z powodu jego uszu i ogona, które są jedynymi kocimi cechami, jakie posiada i czasem myśli, że wolałby być w pełni kotem, niż czymś dziwnym pomiędzy. Jednak w gruncie rzeczy wcale mu to nie przeszkadza. Jego ludzkie ciało ma wiele zalet.

Jego uszy drgają, kiedy słyszy jakieś szelesty w krzakach za nim i po chwili widzi wyskakującego z nich Białego Królika. –A oto chłopiec w Krainie Czarów! –woła.

Harry przewraca oczami i odpowiada znudzonym tonem. –W Krainie Czarów istnieje wielu chłopców. –Macha ogonem, ale nie podnosi się z gałęzi na której leży.

-Tak, ale… ale –Biały Królik jest speszony. –Ale on nie jest stąd!

To przyciąga uwagę Harry’ego. Każdy nowy przybysz napotkany w Krainie Czarów jest uważany za wyłączny przypadek, ale widok rekcji mieszkańców jest znacznie lepszy.

-Gdzie go widziałeś? –pyta.

-W lesie od strony morza –odpowiada Biały Królik. –Masz zamiar z nim porozmawiać? A co, jeśli jest niebezpieczny?

Harry drwi. –Nie bądź głupi, Króliku. To jest Kraina Czarów. A tutaj nikt nie jest bardziej niebezpieczny ode mnie.

~*~

Dostanie się na wybrzeże nie zajmuje mu zbyt dużo czasu. Harry zastanawia się czy jakikolwiek inny mieszkaniec Krainy Czarów widział już przybyłego chłopca. Siada na gałęzi i obserwuje przez liście. W końcu dostrzega obcego.

Chłopiec nie wygląda na przestraszonego. W rzeczywistości wygląda bardziej na zaintrygowanego niż przestraszonego. Jest ubrany na zielono od stóp do głów i ma na sobie czapkę z czerwonym piórkiem. Harry chcę się mu bliżej przyjrzeć, więc decyduje, że narobi trochę hałasu, by przyciągnąć uwagę chłopaka. I tak się dzieje. Chłopiec patrzy w górę.

-Kim jesteś? –pyta.

Harry zaczepia swoje długie nogi o gałąź i pozwala sobie zawisnąć do góry nogami. –Kim jesteś? To nie twój dom, więc to ja powinienem zapytać… Kim ty jesteś?

-Jestem Louis! -chłopka prostuje się i kładzie ręce na biodrach, przybierając odważną pozę. –Z Nibylandii.

-Jesteś daleko od domu, Louisie z Nibylandii –Harry schodzi z łatwością z drzewa i podchodzi trochę bliżej. Louis ma kilka ostrych elfich cech, a jego oczy są niebieskie, jak szalejące odmęty morza i wyglądają po prostu, jak z bajki. Są ciepłe i dzikie, i Harry jest bardzo ciekaw historii chłopca. –Co cię tu sprowadza?

Louis wygląda na czujnego i trochę niepewnego. –Opuściłem Nibylandię, więc mogę po prostu kręcić się po innych miastach, zasiadać przy sklepowych oknach i opowiadać moją historię. Ale byłem zajęty zwiedzaniem króliczej nory…

Harry uśmiecha się. To, jak zawsze ten cholerny Królik. –Rozumiem, że chcesz znaleźć drogę do domu?

Louis wzrusza ramionami. –Jeszcze nie. Nie zwiedziłem wystarczająco dużo. Co to za miejsce tak w ogóle? A ty nigdy nie powiedziałeś mi, kim jesteś.

-Jesteś w Krainie Czarów –odpowiada Harry i decydując, że chce się popisać, znika nagle w chmurze dymu, by sekundę później pojawić się za Louisem. Chłopak wstrzymuje zaskoczony oddech, a Harry uśmiecha się z zadowoleniem. –A ja jestem Harry. Czasami jestem nazywany Cheshire Cat.

-Masz śmiesznie wglądające uszy, Harry. I zabawny ogon. To dlatego jesteś nazywany Cheshire Cat? –Louis nie czeka na odpowiedź, tylko kontynuuje. –Chcesz zobaczyć, co ja potrafię? –chłopak nagle wyskakuje w górę i unosi się. Triumfalny uśmiech widnieje na jego twarzy. –Potrafię latać.

Harry ponownie znika i Louis jest zaskoczony, więc odwraca głowę we wszystkie strony, szukając chłopca w lokach. Pojawia się on nagle na gałęzi, tuż przed głową Louisa. –I ty oczekujesz, że będę pod wrażeniem twojego… -kręci swoimi palcami. –Latania?

Louis patrzy na niego i krzyżuje ręce na piersi. –Och, więc możesz znikać. Nieźle. Ja mogę walczyć z piratami.

-Nie mam czasu na walkę –Harry kładzie się na gałęzi i pozwala, by jedna z jego długich nóg swobodnie z niej zwisała. –Każdy tutaj jest tak cholernie szalony, że nie można nawet myśleć o walce z logicznego powodu –jego oczy migoczą ponad głową Louisa. –Wszyscy tutaj jesteśmy cholernie szaleni.

Louis zbliża się do Harry’ego i teraz unosi się tuż nad gałęzią, na której leży chłopak. –Tak, myślę, że jesteś trochę szalony –uśmiecha się. –Mam w domu małą wróżkę, nazywa się Dzwoneczek. Najbardziej szalona istotka, jaką kiedykolwiek spotkałem.

Harry wzdycha i podnosi się do pozycji siedzącej. –Chodź –zeskakuje z powrotem na ziemię.

-Gdzie idziemy? –pyta Louis, podążając za nim.

-Na herbaciane przyjęcie.

~*~

Latający czajniczek przelatuje nad głową Harry’ego, ale on nawet nie drgnie. –Dzień dobry, chłopcy. Co mamy dzisiaj w menu?

Harry i Louis zbliżają się do długiego stołu, który obfituje w przeróżne dzbanki, filiżanki i ciasta. Wygląda, jak stół przygotowany na pokaźnych rozmiarów imprezę, tymczasem znajdują się przy nim miejsca tylko dla dwóch osób. Cóż, trzech, jeśli liczyć popielice* śpiącą w jednym z czajników. Harry odwraca się do Louisa i widzi ciekawość w jego oczach. Oczywiście, każdy byłyby ciekaw Kapelusznika* i Marcowego Zająca*.

-Goście! –woła Kapelusznik i wskazuje na puste miejsca.

-Żadnej herbaty! –krzyczy Zając.

Louis prycha. –Ale tu jest mnóstwo herbaty! –wskazuje na filiżanki wypełnione ciepłym płynem.

-Nie –mówi stanowczo Zając. –Żadnej herbaty.

-Ale-

Harry kładzie rękę na ramieniu Louisa. –Najlepiej się nie sprzeczać, albo –przerywa nagle, gdy inny czajnik przelatuje znienacka przed jego czołem. –Widzisz, wiesz o co chodzi. –Siada na jednym z krzeseł, bierze filiżankę z herbatą i upija łyk, nie bardzo zainteresowany chaosem po drugiej stronie stołu. Louis jest nieco niepewny, ale ostatecznie zajmuje miejsce obok Harry’ego i łapie za herbatnik.

-Dlaczego oni tacy są? –pyta Louis, wskazując na Kapelusznika i Zająca.

Harry wzrusza ramionami. –Dlaczego tacy są? A dlaczego ty to ty? Dlaczego ja to ja? Bo tak po prostu jest.

Louis mruga i kiwa głową. –Ja jestem mną, ponieważ jestem mną i nie wiem, jak być kimś innym. Więc myślę, że oni są sobą, bo nie potrafią być kimś innym.

Usta Harry’ego drgają w górę na odpowiedź chłopca. Nagle wyciąga rękę i łapie go za nadgarstek, kiedy ten sięga po kawałek ciasta.

~*~

Czas w Krainie Czarów mija dziwnie i nikt nie jest w stanie tego pojąć. Ale z drugiej strony, to samo dzieje się w Nibylandii. Wiecznie młody chłopiec nigdy nie martwi się czasem, ale czuje się dziwnie zwiedzając miasto ponad chmurami. Louis nigdy nie czuł tutaj ciężaru czasu, tak jak w prawdziwym świecie, ale uważa, że nie ma zbyt dużych różnic między Krainą Czarów i Nibylandią.

Lubi także Harry’ego.

Podróżują przez Krainę Czarów. Louis rozmawia z kwiatami, które są dość niegrzeczne mówiąc mu, że jest niczym więcej, jak zwykłym chwastem. Harry grozi wyrwaniem ich z ziemi, więc milkną. Idą przez duży las pełen grzybów i Louis przez cały czas musi pamiętać, że nie może ich jeść. Przechodzą również przez różany ogród należący do królowej Kier* i Louis ratuje wszystkie jeże używane do gry w krykieta. Potem kierują się do jej sypialnianej komnaty. Louis dostrzega srebrny łańcuszek i jest nim zachwycony. Harry łapie go i zapina wokół jego szyi podkreślając, że Królowa nigdy go nie zdejmowała, ale jest zbyt zdemoralizowaną osobą w każdym razie i nie zasługuje na rzecz taką, jak ta.

Nie jest pewien, ile czasu mija. Czy to dzień? Lub nawet tydzień? Zastanawia się, jak radzą sobie zagubieni chłopcy i czy z Dzwoneczkiem jest wszystko w porządku. Ale Louis naprawdę nie myśli jeszcze o powrocie tylko dlatego, że jest tu jeszcze tak dużo do zobaczenia. Ustawia w lesie hamak, który robi za jego tymczasowy, mały dom. Harry śpi na gałęzi tuż nad nim i to sprawia, że Louis czuje się bezpiecznie. Nie to, żeby potrzebował ochrony. Jest najodważniejszym chłopcem w Nibylandii i bardzo możliwe, że najodważniejszym również w Krainie Czarów.

Wracają do niekończących się herbacianych schadzek. Louis smaruje swoją kromkę chleba dżemem, podczas gdy Harry wrzuca dwie kostki cukru do zaparzonej herbaty. Kapelusznik i Zając dyskutują głośno o zastosowaniu musztardy, a popielica dalej drzemie w dzbanku. Typowy dzień w Krainie Czarów.

Louis bawi się naszyjnikiem dyndającym na jego szyi i zerka na Harry’ego. Początkowo, oczy chłopca były zimne i jakby dalekie. Przyznaje się sam sobie, że te oczy go przerażały. Wszystko, co związane z Harrym go przerażało. Jakby był całkowicie inną istotą żywą, chociaż wygląda wystarczająco ludzko. Był dziki, nieokiełznany i zupełnie niepodobny do czegokolwiek, co Louis widział w swoim życiu. Postawa mocno kontrolowana mimo chaotycznego umysłu.

Ale teraz…

Teraz jest inny. Kiedy się uśmiecha -bardziej miękko. Kiedy się porusza, zwłaszcza wokół Louisa, wolniej. Nie tak ostro. Jest zrelaksowany, ale nie defensywny. Kiedy Louis draska palcami jego skórę, nie czuje, by Harry jeżył się pod tym dotykiem. To wygodne i Louis czasem nawet się nie hamuje. To sprawia, że czuje się śmiesznie.

Harry patrzy na niego. –Tarcze w twojej głowie się obracają. Praktycznie mogę je zobaczyć.

Policzki Louisa szkarłatnieją, więc chłopak szybko odwraca wzrok, nadal zajęty rozsmarowywaniem dżemu. –Nie mam pojęcia, jak długo tu jestem.

-Właśnie przyszliśmy.

-Nie, Harry, nie chodzi o to. Mam na myśli tutaj, w Krainie Czarów.

Kiedy Harry nie odpowiada, Louis patrzy na niego i widzi, jak te zielone oczy ciemnieją. –Ach –mówi w końcu. –Myślisz o powrocie, prawda? Cóż, jak wszyscy. Nikt tak naprawdę nie chce tu pozostać. Przypuszczam, że większość ludzi po prostu z tego wyrasta. –Kiedy mruga, ciemność odchodzi, a jego oczy znowu mają barwę jasnej zieleni. –Nie potrafię powiedzieć ci, jak długo, czas tutaj nie istnieje.

I Louis czuje, jakby powiedział coś złego, więc decyduje się pozostać cicho cały ranek.

~*~

Następnego dnia podczas śniadania Kapelusznik i Marcowy Zając, jak zwykle prowadzą bezcelową paplaninę o tym czy konieczne jest picie z filiżanek, czy też lepiej od razu pić z dzbanka.

Włosy Louisa są jednym wielkim bałaganem ukrytym pod czapką, a jego oczy zamglone, pozbawione zwykłego sobie blasku. Serce Harry’ego boli na ten widok, a on sam wmawia sobie, że nie wie dlaczego, kiedy faktycznie wie i to za dobrze. Czuje ciążącą mu w kieszeni fiolkę, która może wszystko zmienić i jego serce równie dobrze może się połamać na maluteńkie kawałeczki tu i teraz.

-Nie wiem, czy ktokolwiek w Krainie Czarów rozumie ideę miłości –mówi Harry, a Louis unosi zaskoczony głowę. –Czy szaleni ludzie mogą poczuć miłość?

Louis przez chwilę się nie odzywa, ale potem odpowiada powoli, z wahaniem. –Myślę, że każdy może. Myślę, że nawet piraci mogą. Więc jeśli oni mogą, to szaleni ludzie też.

-A skąd wiesz, że to co czujesz, to właśnie to, miłość?

-Nie sądzę, że rzeczywiście można to wiedzieć od razu –Louis marszczy brwi, myśląc. –Myślę, że dowiesz się, jeśli zrobisz coś dla tej osoby. Bo miłość nie powinna być tylko uczuciem, prawda? To także czyny?

I to ma dla Harry’ego sens. Więc kiedy Louis odwraca wzrok, on odkręca korek fiolki i wlewa jej zawartość do filiżanki chłopaka. Paplanina zamiera, a Harry patrzy na drugą stronę stołu, gdzie Kapelusznik i Zając przyglądają mu się z szeroko otwartymi oczami, prawie z niedowierzaniem. Mogą być szaleni, ale z pewnością nie są głupi. Tak jest zawsze, najbardziej szaleni, którzy są najinteligentniejsi. Harry patrzy na nich, kładzie palec na usta i kręci głową.

Kiedy Louis łapie za filiżankę i podnosi ją do ust, wnętrzności Harry’ego zamieniają się w lód, a on po prostu czeka. Brwi Louisa marszczą się, kiedy odkłada naczynie.

-Harry, nie czuję się za dobrze –mówi. Drży nieznacznie, kiedy podnosi się nagle z fotela. –Harry? –Brzmi na przestraszonego i potyka się do tyłu.

-Lou… -Harry także wstaje i robi krok w jego kierunku. –Lou, tak mi przykro. Musiałem.

-Co zrobiłeś?

-Tak mi przykro-

-Co zrobiłeś?!

Harry wzdryga się na podniesiony głos Louisa, ale próbuje zachować względny spokój, chociaż jego wnętrzności szaleją. –Nie możesz zostać. Masz obowiązki, ludzi, którzy cię potrzebują. Muszę wysłać cię do domu.

Oczy Louisa wypełniają się łzami, kiedy zaciska ręce w pięści. –JESTEM w domu! –woła i szybko przesuwa się do przodu, łapiąc Harry’ego za ramiona. –Czy ty tego nie widzisz? Jestem w domu! –Jego ręce zjeżdżają na pierś Harry’ego, chwytając za materiał jego koszulki. –Harry, ty jesteś moim dom-

Słowa Louisa nigdy nie zostają wypowiedziane, a on sam znika, zanim może dokończyć zdanie. Harry patrzy na pustą przestrzeń przed sobą, w której Louis stał jeszcze kilka sekund temu i prawie, że oczekuje, że zaraz znowu się tu pojawi i do niego wróci. Ale Harry wie, że tak się nie stanie. Magia Krainy Czarów działa szybko i sprawnie, i Louis został na dobre odesłany do domu.

Chichot ucieka z gardła Harry’ego, który nie może go stłumić. Szybko przechodzi to w histeryczny śmiech i chłopak ledwie zauważa łzy spływające po jego policzkach, zastanawiając się, kiedy właściwie jego rechot przeszedł w szloch. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Nigdy nie płakał. Ale tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie kochał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz