Zayn był pewny czego pragnie. Prawdopodobnie w całym swoim życiu nie odczuwał tego tak silnie jak teraz, co tylko upewniało go w słuszności swojej decyzji oraz czynów, jakie miały lada moment nastąpić. Nie wahał się i nawet nie przyszło mu to do głowy, lecz patrzył na dom Harry’ego, stojąc na chodniku przy samochodzie i studiował po kolei wszelkie scenariusze. Musiał obmyślić jakiś plan albo jego namiastkę, bo przecież… nie mógł tam po prostu wejść. Jak miało to niby wyglądać pod czujną kontrolą wszystkich? A co gorsza – przy Gemmie, która zdecydowanie za Zaynem nie przepadała, ale absolutnie nie powinien jej za to winić. Przesłanki do antypatii wobec Malika stały się oczywistą oczywistością i sam zainteresowany nie zamierzał walczyć z jej nastawieniem; jeśli to dziewczyna mu otworzy to może stanowić problem, ale nie istniała teraz rzecz, której by nie dokonał.
Tylko za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta cała pewność uleciała, gdy chcąc ruszyć ku drzwiom znikąd pojawił się jakiś młody chłopak, podbiegając do domu Harry’ego. Zayna zamurowało na miejscu i jedyne do czego był zdolny, to po prostu stać i patrzeć, oczekując, że czarny scenariusz właśnie kreujący się w jego wyobraźni jest wyłącznie tylko jej dziełem nie mającym z rzeczywistością nic wspólnego. Nieznajomy parokrotnie wcisnął dzwonek nie zauważając zabijającego go wzrokiem Zayna, który cofnął się aż w końcu plecami oparł się o samochód Tomlinsona.
Odwrócił się i spojrzał na Louisa, jakby wierzył, że on jest w stanie mu wszystko logicznie wyjaśnić, ale ten ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w tajemniczego jegomościa. I Zayn, po prostu, wsiadł z powrotem do samochodu. Wewnętrzny tchórz szybko wykorzystał tę okazję i nie było to dla Zayna specjalnym zaskoczeniem. Cały się trząsł próbując pojąć czego właśnie jest świadkiem, ale wrodzony pesymizm podsuwał mu tylko jedną odpowiedź, która w tym momencie nie była dopuszczalna.
Nie tak miało być.
— Możesz mi wyjaśnić co ty robisz? — zawarczał Louis wbijając w Zayna swoje złowrogie spojrzenie. Malik na niego nawet nie zerknął, starając się kontrolować niespodziewany zwrot akcji przed drzwiami Stylesa. Jego głowa wręcz puchła od teorii spiskowych i wszystkich pesymistycznych rzeczy, których zdążył uzbierać już sporą kolekcję.
— A ty możesz mi wyjaśnić co widzę? — wymamrotał wciąż nie spuszczając wzroku z chłopaka, który wciąż czekał pod drzwiami. Ta sytuacja była po prostu komiczna.
— To, co widzisz. — Louis wzruszył ramionami, najwidoczniej uznając swoją odpowiedź za w pełni wystarczającą.
— Nie znasz tego chłopaka? — Zayn obrócił głowę i popatrzył z nadzieją na Louisa, ale jego mimika mówiła sama za siebie, co mężczyznę tylko bardziej zirytowało. I najwidoczniej było to bardzo dostrzegalne, bo Louis zaraz wywrócił oczami
— Och, Zayn! Naprawdę myślisz, że Harry byłby zdolny do czegoś takiego?
Wymowny wzrok Malika mówił prawdopodobnie wszystko.
— Cóż, to faktycznie było pytanie retoryczne, ale ja wiem, że Harry nie zrobiłby tego tobie. Chyba.
— Louis! — jęknął Zayn; jaki ruch miał teraz wykonać? Co miał, do cholery, teraz uczynić?!
— Dlaczego od razu zakładasz, że ten chłopak przyszedł do Harry’ego? Myślisz, że Styles ma takie niezłe obroty w towarzystwie? Równie dobrze mógł… — Tomlinson przerwał gapiąc się w punkt za Zaynem, co od razu zmusiło tego drugiego do odkręcenia głowy w tym kierunku.
Przed otwartymi drzwiami stał Harry konwersując z tamtym młodym chłopakiem, którego Zayn darzył niesamowitą nienawiścią.
Zayn wpatrywał się w Harry’ego jak w obrazek, choć sylwetka Stylesa ledwo co wychylała się zza drzwi, ale to Zaynowi wystarczyło, by stwierdzić, iż widzi go przed sobą. Harry nie zwrócił uwagi na samochód, ani tym bardziej nie dojrzał w nim Zayna i to ostatnie szczególnie Malika zabolało, bo chciał chociaż wyczytać coś w jego oczach, gdyby ten na niego spojrzał. Ale nic takiego nie nastąpiło, Zayn odchodził od zmysłów, a tajemniczy gość wszedł do środka.
I byłoby ‘w porządku’, o ile Zayn nie byłby pewny, że Harry przelotnie zerknął na zaparkowane dość blisko jego domu auto.
On wiedział, że Zayn siedzi w samochodzie. I nie zrobił kompletnie nic, dodatkowo wpuszczając jakiegoś, obcego Zaynowi, typa do środka, co rozwścieczyło go do granic możliwości. Czy Harry faktycznie z nim igrał? Czy to wszystko było tylko i wyłącznie grą? Wcześniej uwierzyłby w to bez namysłu, ale teraz po prostu nie chciał. Albo bał się tego poczucia poniżenia kroczącego już za nim i powoli wgryzającego się do ciała.
— Harry nas widział — mruknął sucho nie oczekując od Louisa żadnej reakcji. Cieszył się, że przynajmniej jego głos nie brzmi tą żałosną nutą zawodu i rozgoryczenia, ale wcale nie musiał. Tomlinson i tak rozgryzł Zayna wpatrując się w niego z litością. Zayn po prostu czuł tę litość unoszącą się w samochodzie i zaczął nienawidzić się jeszcze bardziej.
Jak mógł być tak naiwny i głupi?
— Ale to, że otworzył nie znaczy…
— Nie — uciszył go Malik. — Nie zostawię tak tego.
Nie zamierzał, choć nie posiadał żadnego planu, pod którym ukrywała się jego ‘groźba’. Wiedział jedynie, że nie pozostanie na to bierny. Pójdzie tam. Wyjaśni to. Może zrobi awanturę. Wykrzyczy się. Wróci do domu. Uprzednio wykupi cały monopolowy. A potem będzie po prostu pił. I pluł w brodę swojej łatwowierności. Marzeniom. Wszystkiemu.
— Co zamierzasz zrobić? — Ta stanowczość Zayna zbiła Louisa z tropu i wręcz z napięciem oczekiwał, że mężczyzna powie coś więcej, ale nadaremno. Zayn po prostu wpatrywał się w dom Stylesów.
— Nie wiem. Pójdę tam i zrobię… coś zrobię. Tylko się upewnię. — Malik pokiwał głową przekonany o genialności swojego planu. Cokolwiek się wydarzy, Zayn da sobie radę. Zawsze dawał, więc dlaczego miałby teraz nie dać? Po prostu, jeśli nic nie pójdzie po jego myśli to wszystko stanie się… mnie skomplikowane, co jest nawet lepsze. Zdecydowanie lepsze.
Nieważne, ile razy Zayn powtarzał to w głowie – każdą cząstką siebie pragnął tych komplikacji i bałaganu.
— On naprawdę sprawia, że wariujesz.
Zayn zmarszczył brwi zerkając na Louisa.
— Tak — potwierdził nie podejmując nawet próby zaprzeczenia. Zresztą, jaki miałoby to sens w tym momencie? Zayn bez przerwy balansował na krawędzi, przechodząc z depresji w kompletny euforyczny amok, a wszystkiemu winna była tylko jedna osoba.
— Jednak pasujecie do siebie.
— Co? Czemu?
— Obaj niszczycie mi życie i obu was wysłałbym do terapeuty.
Zayn postarał się nie wybuchnąć śmiechem prosto w twarz Tomlinsona, więc nie skomentował w ogóle tego wyznania. Może nawet lepiej, że Louis nie wiedział o wszystkim, bo na dobrą sprawę to mogłoby go jeszcze bardziej dobić, a kolejnych ofiar spowodowanych swoim związkiem z Harrym nie planował. Wystarczyła Eleanor wypłakująca sobie oczy w swoim kuchennym kącie wstydu. Jakby nie patrzeć, Louis naprawdę był poszkodowany.
Tak czy owak atmosfera w samochodzie nieco się rozluźniła, choć czarne myśli wciąż nie opuszczały Zayna. W napięciu gapił się na budynek czekając na odpowiedni moment, ale problem leżał w tym, że Zayn zwyczajnie nie miał pojęcia, który moment będzie najodpowiedniejszy. Mógł równie dobrze opuścić auto Louisa teraz, lecz mężczyzna go nie poganiał, co Zayn postanowił wykorzystać na swoją korzyść. Zdawał sobie sprawę, że celowo to wszystko przedłuża, jak zwykle z winy strachu i nie podobało mu się to, jednak w żaden sposób nie starał się tego od siebie odepchnąć.
— Możesz mi wyjaśnić co robisz?
— Ja… czekam.
— Na co?
— Nie wiem.
— Och. Całkowicie się nie spodziewałem — mruknął ironicznie Tomlinson. Widząc, że nie zrobił na Zaynie żadnego wrażenia, kontynuował: — Zayn, nie możesz tego tak przedłużać. Nie wiem, co jest między wami, do czego zmierzasz ty i w co gra Harry, ale, do jasnej ciasnej, nie możesz siedzieć w moim samochodzie i zmuszać mnie do czatowania pod jego domem. To trochę niepokojące. Załatw to w końcu między wami i dajcie sobie żyć!
— Jeszcze chwila.
— Zayn!
— Minuta!
Louis miał już użyć siły, jednak jego brutalne odruchy przerwało otworzenie się drzwi, z których wyszedł tamten gość. Zayn zaraz pochwycił wzrok Louisa i ujrzał chłopaka ze sporym stosem kartek oraz zeszytów, a ktoś zamknął za nim drzwi, gdy chłopak tylko machnął na pożegnanie. Zayn gapił się na niego z niedowierzaniem, a razem z nim Louis, dopóki ten nie zniknął im z oczu za rogiem ulicy, dość pokracznie radząc sobie z takim ciężarem w dłoniach. Obaj mężczyźni od razu pochwycili, że jegomość zachowywał się dość… nienaturalnie, nie spoglądając w stronę samochodu, jakby wiedział. Malik bardzo starał się zrozumieć czego był świadkiem, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że jest idiotą. Nie musiał patrzeć na Louisa, by wiedzieć, iż ten w tej chwili uważa dokładnie tak samo.
To się wyczuwało w powietrzu.
— A teraz spadaj albo zaraz ruszę, wywiozę cię do lasu i zakopię, jak Boga kocham — rzekł względnie spokojnym głosem Tomlinson.
Zayn zerknął na niego z lekkim strachem.
— Wynocha, geju! — zawołał groźnie Louis, a Zayn po prostu wypadł z powrotem na chodnik, tym razem o mało nie ładując się w potężną zaspę śniegu w ogródku przed domem sąsiada Stylesa.
To nie tak, że Zaynowi zrobiło się nagle wszystko jedno, ale wiedział, że musi to wszystko wyjaśnić. Nawet jeśli będzie potem cierpiał, ale przecież cierpiałby bardziej, gdyby nie spróbował.
Louis siedział w samochodzie przed domem i najwidoczniej ani myślał odjeżdżać, co irytowało Zayna jeszcze bardziej niż cała jego postawa, ale jednocześnie wiedział, iż tak postępował dobry przyjaciel, którym Tomlinson był dla Harry’ego. Jakkolwiek nienormalnie to teraz wyglądało.
Zayn stanął przed drzwiami. Zamknął oczy. Wciągnął mocno powietrze nosem. Wypuścił je ustami. Podniósł powoli powieki i wcisnął dzwonek, podczas gdy jego serce robiło niemalże samobójcze salta w ciasnej klatce żeber. Brzęczący dźwięk jeszcze raz rozległ się zza drzwiami, przy ponownym wciśnięciu guzika obok nich. Po chwili usłyszał tupot stóp przemieszany z rosnącym natężeniem wysokich tonów.
— Będzie tak samo jak z… — Zayn wpatrywał się tępo w kawałek drewna, zza którego piskliwy ton Gemmy brzmiał jeszcze bardziej groźnie niż przez telefon. Po prostu stał wsłuchując się w kłótnię i próbując zrozumieć cokolwiek, lecz ‘rozmowa’ ta była zbyt chaotyczna, by nawet rodzeństwo Stylesów się zrozumiało, a co dopiero naoczny świadek znajdujący się za drzwiami w postaci przerażonego Zayna.
W każdym razie – nie był zbyt wyczekiwanym gościem.
— TO MOJE ŻYCIE! — wrzasnął Harry przerywając siostrze monolog; Malik nie miał pojęcia ile czasu minęło zanim klamka poruszyła się, a Styles zamaszystym ruchem otworzył mu, ale świat zwolnił w momencie, gdy ujrzał chłopaka. Krew przestała krążyć w żyłach, serce wykonywać akrobacje i zdawać by się mogło, że nic poza Harrym nie istnieje. Ujrzał go i tak po prostu wiedział, iż ten chłopak był wszystkim czego kiedykolwiek Zayn potrzebował. Jego własną nieskończoną niemożliwością w rozciągniętych dresach i wymiętolonym podkoszulku kapeli The Strokes. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie i Zayn podczas niej podziwiałby w Harrym każdy detal oraz szczegół, padł na kolana nad genialnością stworzenia tego pięknego bachora, a potem ucałowałby każdy milimetr kwadratowy jego mlecznej skóry, napawając się jej fakturą oraz ciepłem. Zanurzył nos w zgłębieniu jego szyi rozkoszując się jego zapachem. I powtarzałby to wszystko do końca świata, i jeden dzień dłużej, bo właśnie do tego czuł się w tym momencie stworzony. Do delektowania się Harrym, kochania go i nie wypuszczania ze swoich objęć.
I jeśli to była miłość – Zayn Malik już kompletnie utonął w tym szaleństwie.
Harry chrząknął przerywając ciszę między nimi.
— Zayn.
— Harry.
— Cześć.
— Cześć. — Ponownie powtórzył za chłopakiem, a kącik ust Harry’ego zadrżał.
Gemma zdążyła się gdzieś ulotnić, ponieważ za pleców Harry’ego nie wystawała żadna przerażająca wiedźma. Stali tylko oni – obaj targani zimowym wiatrem i narastającymi uczuciami. Zayn kompletnie nie miał pojęcia, jak zacząć, co powiedzieć czy powinien w ogóle wejść do środka, czy czekać na ruch Harry’ego. Ta sytuacja należała do tych tak cholernie niecodziennych, że mogła się wydarzyć tylko i wyłącznie jemu oraz Stylesowi. A padanie na kolana było mimo wszystko niestosowne, gdyż był pewien, iż w tym momencie Tomlinson zdaje relację na żywo swojej żonie i niebiosa raczą wiedzieć, czy nie robi tego drogą kamerki internetowej.
Oby nie.
— Więc jednak przyszedłeś. Sądziłem…
— Twój znajomy odrobinę mnie zdezorientował.
Żaden z nich nie wydawał się być zaskoczony takim kierunkiem rozmowy, a Harry pozwolił sobie na mały uśmieszek czający się pod nosem.
— Przyszedł po notatki, to wszystko.
— Nadal mam ochotę go zabić — przyznał Malik z czarującą szczerością.
Chłopak zachichotał.
— Miał przyjść wczoraj… starałem się go pozbyć jak najszybciej, więc właściwie dałem mu wszystko co mam — Harry wzruszył ramionami, a potem skrzyżował je na piersi. — Hm, dobrze, więc… hm. Chodź do środka?…
— Kocham cię — wypalił Zayn, a Harry wytrzeszczył swoje zielone oczy i zamarł, dosłownie zamarł. Tylko powiewy wiatru bawiły się jego brązowymi kosmykami, a sam zainteresowany wpatrywał się w Zayna. I Zayn zrobił to, co uznał za jedyną słuszność w tamtym momencie.
Postawił krok do przodu, złapał Stylesa w pasie przyciągając do siebie i przywłaszczył sobie jego usta w pocałunku; szok Harry’ego trwał krótko, ponieważ po chwili Zayn poczuł, jak rozluźnia się w jego ramionach oddając się całkowicie. Brakowało mu tego słodkiego ciepła Harry’ego, a prawdziwy ból tej rozłąki poczuł właśnie teraz, lecz trwał on krótko całkowicie przytłumiony oszałamiającym smakiem wspólnej bliskości ich warg.
— Też cię kocham, idioto — wyszeptał Harry z lekką zadyszką, gdy w końcu zdołali się oderwać od siebie i oparli wspólnie czołami.
Zayn musnął jeszcze jego usta. A potem jeszcze raz i potem znów, aż Harry zaczął chichotać, kołysany w jego ramionach. Malika uderzył nagły wniosek, że na dobrą sprawę mógłby tak stać z zamkniętymi oczami i całkowicie umarłby szczęśliwy zasmakowawszy tej czystej, idealnej miłości.
A to przecież dopiero początek.
— Przepraszam, że musiało to tyle trwać…
— Ciiii… — zamruczał Harry. — Jest idealnie.
Więc stali kołysząc się i napawając swoją obecnością, dopóki Harry nie zaczął drżeć. Zayn otworzył oczy napotykając się już z elektryzującą zielenią tęczówek chłopaka.
— Nie spodziewałem się… sądziłem, że wejdziemy do środka… wypijemy herbatę… a potem… — Styles uśmiechnął się nagle głupio oparłszy dłoń o tors Zayna i ten zmarszczył brwi zastanawiając się na co tym teraz ten dzieciak wpadł.
Och.
— Jesteś niemożliwy.
— Niemożliwy jest Louis, który zastawił wjazd sąsiada i patrzy się na nas. — Harry uniósł rękę i pomachał Tomlinsonowi z uroczym uśmiechem, po czym po chwili tą samą dłonią pokazał mu środkowy palec. Zayn w końcu się odwrócił się ujrzawszy postać Tomlinsona za przyciemnionymi szybami auta.
— Trochę jak na pierwszej randce pod czujnym okiem rodziców… — mruknął Zayn spoglądając z powrotem na chłopaka, a ten zaśmiał się.
— Wypraszam sobie. Nie jestem na tyle puszczalski, by zapraszać kogoś do domu na pierwszej randce. I to na oczach matki, i siostry, które podglądają nas przez okno.
Zayn pokręcił głową w rozbawieniu – jak to się stało, że odnaleźli się tak naturalnie w tej sytuacji? Spodziewał się nadmiaru patosu, dramatycznych wystąpień bądź rzewnych łez, a nic takiego do tej pory nie nastąpiło. Nadal byli zwykłymi, zakochanymi w sobie idiotami, a nie bohaterami jakiejś wzniosłej i płaczliwej historii miłosnej. Stojąc naprzeciwko Harry’ego nabył całkowitą pewność co do tego, że oczekiwali po sobie wyłącznie szczerości oraz czynów.
— To jak? Herbata? — Cień perwersji, który przyozdobił wygięte ku górze usta Harry’ego spowodował tylko podobny gest u Zayna.
*
Najchętniej wszystko by wyjaśnił, a potem posłał wszelką stosowność w diabły rzucając się na Harry’ego kolejny raz z całą swoją pasją, ale nie mógł tego ziścić z prostej przyczyny.
Czuł się obserwowany.
Nigdzie nie widział ani Gemmy, ani tym bardziej Anne, ale wiedział, że są w domu, co tworzyło tę sytuację jeszcze dziwniejszą niż była. Malik zastanawiał się nawet czy przypadkiem Louis dalej nie koczuje pod domem i tym razem naprawdę poczuł, że każdy jego krok jest kontrolowany i analizowany. Najchętniej wolałby, aby byli sami, ale raczej nie miał co liczyć w najbliższym czasie na ten komfort; życie nie jest serialem, a przynajmniej nie życie Zayna, ale wcale nie musiało.
Wystarczyło, że udała mu się ta jedna rzecz, która właśnie nalewała wrzątku do dużych, czerwonych kubków.
— Zacząłeś trochę nie po kolei, Zayn — powiedział nagle Harry, przerywając ciszę w kuchni. Gdy tylko wszedł, pokierowali kroki do tego pomieszczenia i Zaynowi odjęło mowę. Nie tak sobie to wyobrażał, a Harry nie odzywał się przez dłuższy czas. Cały dramatyzm szlag strzelił i teraz naprawdę dotarło do niego to, że tak po prostu usiądą przy herbacie i będą mówić. Dzielić się myślami, uczuciami i obawami. Będą patrzyć sobie w oczy i wyrzucać z siebie szczerość.
Skłamałby mówiąc, iż nie przeraziła go ta wizja. ‘Emocjonalne kalectwo’ w dalszym ciągu było częścią jego osobowości, i tak po prostu nie potrafił się tego pozbyć. Prawda bolała, ale łaknął tego bólu, nawet jeśli strach paraliżował go w jakimś stopniu.
— Wiem.
Harry po raz kolejny przełamał milczenie swoim barytonem.
— Chcę, żebyś wiedział, iż w żaden sposób się nad tobą nie pastwiłem przez te ostatnie dni. Jestem na tyle beznadziejny, że chciałem oddzwonić od razu, gdy zobaczyłem, że dzwonisz, ale… moja siostra… cóż, zacząłem wierzyć, że naprawdę się mną bawisz.
— Nigdy się tobą nie bawiłem, Harry — zaprzeczył stanowczo Malik; wiele potrafiłby sobie teraz zarzucić, ale nigdy nie bawił się Harrym, a sama ta idea napawała go obrzydzeniem.
— Wiem. — Styles pokiwał głową stawiając przed Zaynem naczynie z parującą herbatą; sam zaś usiadł naprzeciwko mężczyzny. — Ale naprawdę myślałem, że mogę być dla ciebie kłopotem. Dla ciebie i twojego życia.
— Chcę, byś był moim kłopotem. — Zayn odruchowo sięgnął po dłoń Harry’ego, opuszkami palców delikatnie przejeżdżając po jej wierzchu. Zaskoczył tą niespodziewaną reakcją samego siebie, ale nie zamierzał przestawać. — Moim jedynym, absurdalnym kłopotem. Kocham, gdy jesteś moim kłopotem. Tylko i wyłącznie moim.
Harry zauroczony tą przemową i spuścił wzrok na kubek zagryzając z uśmiechu dolną wargę.
— Jak bardzo dziwne jest to, że podnieca mnie myśl o tej formie niewolnictwa? — zachichotał Styles, a Zayn wywrócił tylko oczami.
— I właśnie dlatego cię… — urwał i westchnął przymykając oczy. Ścisnął mocniej rękę chłopaka. Po chwili podniósł powieki i drżącym głosem dodał: — Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłem.
— Niektóre z tych rzeczy miło wspominam, na przyk…
— Harry, zraniłem cię na poważnie. Nie możesz z tego żartować!
— Było, minęło… nie musimy o tym rozmawiać, Zayn.
— Ale ja chcę o tym rozmawiać! — odparł twardo Zayn, czym z pewnością zaskoczył Stylesa, ale ten nawet nie ważył się mu przerwać zauważając ten stanowczy wyraz twarzy. — Chcę, żebyś wiedział, jak bardzo nienawidzę się, gdy pomyślę o tym, jak przeze mnie cierpiałeś. Nie możemy udawać, że nic się nie stało, ale jednocześnie pragnę byś wiedział, iż wynagrodzę ci to wszystko najlepiej jak umiem.
— Tylko trochę dramatyzowałem…
— Nie. Byłem chujem — przerwał mu Zayn i pokręcił głową; nie pojmował tego, że Harry go bronił. Chłopak oddychał niespokojnie, a Malik odchrząknął, by jego głos nie załamał się w nieodpowiednim momencie. Wciąż trzymał rękę Harry’ego. — Nie dostrzegałem, a raczej nie chciałem dostrzec tego, jak wyjątkową osobę przy sobie mam. Cały czas tchórzyłem, bo… bo jesteś taki… nadal nie mogę uwierzyć, że mi się przydarzyłeś.
— Fajnie, że obaj się sobie przydarzyliśmy. — Na wargach Stylesa błąkał się uśmiech. — Rozumiem, że potrzebujesz jakieś formy rozgrzeszenia, ale niepotrzebnie. Obaj staliśmy się ofiarami mojej marnej manipulacji. To nie było tak, że zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia. Przynajmniej nie ‘wewnętrznie’. — Tutaj Harry znacząco zerknął na Zayna; mężczyzna wzniósł oczy ku górze. — Zayn, nie zamierzam robić z tego ślicznej historii, gdzie każde działanie miało jakiś sens i było czysto bezinteresowne. Nie. Nie podążajmy tą drogą, skoro jesteśmy już tu, gdzie jesteśmy.
— Co masz na myśli? — Jeśli Zayn powiedziałby, że te słowa ani trochę go nie zmartwiły – skłamałby. Ostrożnie cofnął rękę, co wcale nie umknęło Harry’emu, ale na razie nie planował tego komentować.
— Mam na myśli to, że od początku manipulowałem naszą znajomością — wytłumaczył spokojnie Styles i upił kolejnego łyka napoju.
— Coś podobnego — wymruczał Zayn z ironią, ale odetchnął z wyraźną ulgą. — Powiesz mi jeszcze coś równie oczywistego?
— Ale ja mówię całkowicie poważnie. Spotkanie w muzeum wcale nie było przypadkowe. — Harry pokiwał głową i siorbnął z kubka. Zayn zamrugał kilkakrotnie powiekami analizując to, co właśnie przekazał mu chłopak. — Nie patrz tak. Gdy dowiedziałem się, że Louis zamierza zeswatać cię z tą całą cholerną Joey…
— Louis zamierzał zeswatać mnie z Joey?
Harry bardzo starał się nie parsknąć śmiechem.
— Czemu z całej historii zainteresowała cię ta obleśna, cycata dziewucha? — Styles wcale nie zamierzał ukrywać niechęci do dziewczyny, z pozoru wydającej się niczym konkretnym nieuzasadnioną. Malik westchnął.
— Jesteś zazdrosny? — uniósł brew.
Harry posłał Zaynowi spojrzenie, po którym jakiekolwiek słowa wydawały się już zbędne – wszystko stało się nad wyraz oczywiste.
— No dobrze… abstrahując od tego wszystkiego… nadal nie wiem, do czego teraz zmierzasz.
— Widzisz, zrzucanie na kogokolwiek winy nie ma sensu. Obaj trochę spieprzyliśmy sprawę. Zapomnijmy o tym. — Harry wzruszył ramionami. — Chcę, żebyśmy zaczęli od początku nie komplikując tej sytuacji. To nie jest już ważne – liczmy się tylko my. Po prostu bądźmy razem, jak myślisz?
— Ale… nie wiesz o mnie wszystkiego. — Zayn zdawał się coraz bardziej przekonywać do racji Harry’ego, ale pewne wątpliwości wciąż w nim tkwiły. Nie mógł ich tak sobie odpuścić, ale jednocześnie pragnął, by Harry wszystkie je rozwiał, co do ostatniej.
— A ty o mnie. Naprawdę myślisz, że wiesz o mnie wszystko?
Zayn milczał. Nie przemyślał tego z tej strony.
— Widzisz. Mamy dużo czasu przed sobą, wiesz? Nie myśl nawet, że mógłbym cię opuścić z powodu twojej przeszłości. Nie zamierzam tego nigdy robić, kiedy w końcu cię tutaj mam. Całego dla mnie — zamruczał Harry z nutą perwersji, której nie potrafił sobie odpuścić, a która spowodowała w Zaynie falę dreszczy.
Nie mógł się nie zgodzić z tym, co powiedział Harry, a ostatnie zdanie napełniło go niewysłowionym szczęściem. Nie umiał powstrzymać szerokiego wyszczerzu, który wystąpił na jego wargach, a który spowodował w Stylesie dokładnie to samo. Po prostu siedzieli tam szczerząc się do siebie od ucha do ucha i nie liczyło się dosłownie nic, nawet jeśli w tej chwili wyglądali jak para nie do końca normalnych ludzi, jednak to była ostatnia rzecz o jakiej myślał którykolwiek z nich. W końcu nigdy normalni nie byli.
— Znowu nie wypijesz mojej herbaty, Malik. — Harry nagle wskazał ruchem podbródka na bursztynową ciecz parującą w naczyniu przed Zaynem; ten zagryzł wargi w uśmiechu, kręcąc głową i już miał chwytać za ucho kubka, gdy zerknął jeszcze na Harry’ego znowu. Tak cudownie było powiedzieć mu to wszystko, zobaczyć w jego oczach zaufanie oraz ciepło i posiadać tę pewność, iż wszystko naprawdę zmierza w dobrym kierunku i to nie jest żaden sen tylko rzeczywistość, na której ziszczenie prawdopodobnie czekał całe życie.
Tak po prostu, bez żadnych fajerwerków i długich monologów wiedział już wszystko, co powinien.
— A co z resztą? — zapytał nagle zdając sobie sprawę z istnienia reszty świata. Nie umknęło mu, że nie zaskarbił sobie sympatii zbyt wielu osób.
— Gemma jak zwykle przesadza. Mama wierzy, że jesteś dobrym chłopakiem i gdy tylko zobaczy nas razem, w końcu też się przekona. Louis to samo.
— A twój ojciec?
Styles zmarszczył brwi.
— Cóż. Znowu będzie musiał się przyzwyczaić do tego, że jestem pełnoetatowym gejem.
— A… — Zayn zaczął, lecz urwał i pokiwał głową. Harry posiadał słuszność; nie było powodu, dla którego mieliby komplikować tę sprawę jeszcze bardziej. To, co miał teraz z Harrym wystarczało mu całkowicie. Z pewnością będą mieli sporo czasu, by nauczyć się siebie od nowa, jeszcze raz, lecz jeszcze lepiej. Zayn pragnął poznać Harry’ego tak naprawdę i poczynając od teraz spędzać z nim każdą możliwą chwilę. Być może brzmiało to tandetnie, ale Zayn wiedział, iż takie nie jest.
Tym razem to Harry ujął dłoń bruneta w swoją. Zayn podniósł wzrok napotykając się z dobrze znaną mu błyszczącą zielenią.
— Kocham cię, Zayn.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko i nie zwlekał z odpowiedzią ani sekundy dłużej.
— Też cię kocham, Harry.
Patrząc sobie w oczy ostatecznie przypieczętowali niemą ‘umowę’ między nimi. Czemu Zayn miałby się teraz obawiać czegokolwiek, skoro kochał i był kochany? Wszystko w końcu zmierzało w dobrym kierunku. Najlepszym z możliwych.
— Gemma, jesteś żenująca jeśli myślisz, że nie widzę twojego tlenionego łba za ściany — mruknął nagle z rozbawieniem Harry, a Zayn wytrzeszczył oczy bojąc się odwrócić, co Styles od razu pochwycił i zignorował, choć musiał się powstrzymywać od śmiechu.
— Ja chciałam tylko do…
— MAMOOO!!! ZABIERZ JĄ! — wrzasnął nagle Harry, wstając i opierając ręce o biodra. Zayn intensywnie mrugał oczami nie mogąc uwierzyć, w to co widzi i czego jest świadkiem, i sam do końca nie wiedział czy bardziej chce mu się śmiać czy woli po prostu schować się pod stołem i udawać, że go nie ma.
— Przestań dramatyzować! Chciałam go po prostu zobaczyć! — Gemma wywróciła oczami stanąwszy na samym środku kuchni. Jej bezpośredniość od razu uderzyła Malika.
— Mój chłopak nie jest zwierzakiem w zoo!
Mój chłopak.
Zayn odwrócił się lekko i z nieco nieśmiałym uśmiechem krótko pomachał ręką w stronę Gemmy; od razu uderzyło go podobieństwo tej dwójki nie tylko wynikający tylko z podobnego kształtu i koloru oczu czy dołeczków w policzkach. Posiadała nawet podobną ‘aurę’ do Harry’ego, a także milion innych detali, które skłaniały Zayna do myślenia, że właśnie ma do czynienia ze starszą siostrą Harry’ego. I jeśli miał być szczery – gdyby kiedykolwiek wyobrażał sobie damską wersję Harry’ego, jego siostra stanowiłaby idealne odzwierciedlenie.
— A więc to ty… — Gemma wcale nie wyglądała na wściekłą, ani też nie emanowała nienawiścią w stronę Zayna, a wręcz przeciwnie – uśmiechała się do niego z pewną dozą tajemniczości, której Malik nie umiał zinterpretować, ale to nie było ważne. Cieszył się, że nie było między nimi tak tragicznie, jak przypuszczał.
— To ja. — Wstał i postawił parę kroków, by po chwili wyciągnąć w kierunku blondynki rękę. Harry przyglądał się podejrzliwie, gdy Gemma uścisnęła dłoń Zayna, lecz nie puściła jej tak szybko. — Zayn Malik, naprawdę miło cię poznać.
— Naprawdę miło? — zapytała wyraźnie rozbawiona, ale pokiwała głową. — Tak czy inaczej, będę miała cię na oku, Zayn.
Zayn uśmiechnął się tylko interpretując to jako pełnowymiarową groźbę z mnóstwem konsekwencji w zapasie. I Gemma nie pozwoliła mu w to zwątpić wpatrując się w jego tęczówki bardzo uważnie, nawet nie spuszczając wzroku, przez co Malik czuł się zobowiązany podtrzymywać ten dziwny kontakt wzrokowy, wciąż trzymając jej dłoń.
— O nie! — Przerwał nagle donośny krzyk Harry’ego, co natychmiast spowodowało, że Gemma i Zayn spojrzeli na niego przestając się trzymać za ręce. — Nie patrzcie się na siebie!
— O co ci chodzi?! — Gemma po raz wtóry wywróciła oczami krzyżując ręce na piersi, a Zayn po prostu stał próbując pojąć, co tu się, do cholery, wyprawia. Już całkiem się pogubił w zachowaniu Gemmy i oskarżeniach Harry’ego.
— Rozpoznaję ten wzrok!
— Jaki wzrok?!
— MAMO?! Czy ty to widzisz?!
Mógłby równie dobrze umrzeć ze śmiechu, ale postanowił jeszcze chwilę pożyć tylko i wyłącznie dlatego, by obejrzeć do końca przedstawienie ze Stylesami w roli głównej, gdzie moment później dołączyła jeszcze wystraszona i odrobinkę zadyszana Anne. Zayn zdecydowanie potrafiłby przyzwyczaić się do szaleństwa Harry’ego oraz takich sytuacji, które zdawały się być jego przyszłą rutyną. Może nieco przerażającą, ale…
Całkowicie mu to odpowiadało.
*
— W końcu poszły, dziękować niebiosom! — zawołał Harry wchodząc do salonu, gdzie Zayn siedział na kanapie wpatrując się w płonący kominek. Drzewo trzasnęło pod wpływem ognia i Malik westchnął cicho podciągając kolana bardziej pod brodę. Za oknem zaczęło prószyć kolejną porcją białego puchu.
Anne wzięła ze sobą Gemmę na zakupy pozostawiając Zayna i Harry’ego samego w domu, co Zayn uznał za niejaką akceptację i kredyt zaufania ze strony matki Stylesa. Rzecz jasna, Zayn nie zamierzał zaprzepaścić szansy i był prawdziwie wdzięczny kobiecie za tę namiastkę zrozumienia. Gemma wydawała się sceptycznie nastawiona, ale nie miała wyboru, gdyż Harry osobiście zadbał, by obie panie poszły do centrum handlowego i to za pomocą pewnej łapówki.
Potrzebowali z Harrym tej prawdziwej chwili sam na sam, gdzie mógłby po prostu przytulić się do niego i zwyczajnie leżeć w szczelnym uścisku. Bez tych całych wariactw, które choć zabawne i pełne wrażeń, to jednak stanowczo nie były tym samym, co przytulne objęcia Harry’ego.
— Nie mogę uwierzyć, że jesteś zazdrosny nawet o własną siostrę — mruknął Zayn z rozbawieniem, gdy Harry usiadł ściśle obok niego rękę kładąc na oparciu kanapy, by w ten sposób otoczyć Zayna swoim ramieniem. Zayn czuł się trochę nienaturalnie, jakby jeszcze nie przyzwyczajony do tego stanu rzeczy. Teraz naprawdę było całkowicie inaczej. I wcale nie trapiło go to, że przez długi czas nie był w związku, ani tym bardziej to, iż nie był w związku z mężczyzną kiedykolwiek. Po prostu te rzeczy były nowe, ale Zayn pragnął je oswoić i przyjąć całym sobą. Pragnął czułych odruchów Harry’ego – uwielbiał w chłopaku tę jego potrzebę ciągłego kontaktu, bo sam miał dokładnie takie same zachowanie, które teraz niczym niehamowane rozkwitały w najlepsze. ‘Problem’ polegał na tym, że Zayn pragnął zrobić wszystko po kolei, tak jak być powinno.
I tak, Zayn wciąż się bał, że nieobliczalna siostry Harry’ego zaraz wpadnie do salonu.
— Dobrze widziałem, jak na nią patrzyłeś.
Harry wyrwał mężczyznę za zamyślenia i gdy ten zdał sobie sprawę z idiotyczności oskarżenia – wywrócił ostentacyjnie oczami.
— Tylko patrzyłem — rzekł obronnym tonem, choć wyraz twarzy Harry’ego zbyt bardzo go bawił, by utrzymał całkowitą powagę. — Co prawda, jest bardzo ładna i oboje jesteście do siebie podobni…
— Wyobraziłeś sobie, że to damska wersja mnie, prawda?
Zayn nie odpowiedział i wzruszył niepewnie ramionami. Harry znał go zbyt dobrze, aby zaprzeczać czemukolwiek.
— Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! Najpierw moja mama, teraz siostra! — zawołał z oburzeniem chłopak, lecz nie trwało to długo, zanim obaj nie zaczęli się głupkowato śmiać.
— Jesteś świetnym dramaturgiem, Styles… i do tego kompletnym wariatem. — Zayn delikatnie pstryknął palcami nos Harry’ego uśmiechając się do niego wesoło. Naprawdę nie wierzył w swoje szczęście, a on po prostu tu był razem ze swoim ciepłem, urokiem i miłością.
— A ty nie jesteś o mnie zazdrosny? — Harry zmarszczył brwi, jakby bał się kolejnego pstryczka.
— Oczywiście, że jestem — odparł z udawaną złością i oburzeniem; ręką tym razem sięgnął do włosów chłopaka, delikatnie zaplątując sobie kosmyk wokół palca, a na jego ustach majaczył się uśmieszek, który Harry określał mianem ‘szatańskiego’. — Zabiję każdego pedzia, który nieodpowiednio się na ciebie spojrzy.
— A podobno ja jestem wariatem… — zamruczał Harry przybliżając swoją twarzy do twarzy Zayna tak, iż niemal stykali się swoimi nosami. Ciepły oddech chłopaka drażnił policzek Zayna, a bliskość ich ust zdawała się być niemal parząca.
— Bardzo staram ci się dorównać — wyszeptał Zayn prosto do jego warg i musnął delikatnie ich kącik odsuwając się odrobinę od chłopaka, by dobrze widzieć jego twarz. Z pewnością zaskoczył go takim „skromnym” gestem i jeśli faktycznie tak było – Harry nie dał po sobie niczego poznać. Powoli podniósł powieki wpatrując się w Zayna z tą samą czułością, co zawsze, ale w jego spojrzeniu tkwiło coś więcej. Coś, co totalnie rozbrajało Zayna i rozmiękczało go jeszcze bardziej, i to tak, iż czuł wobec chłopaka ten specyficzny rodzaj uległości i całkowitego oddania. Kochał to, jak oddziaływali na siebie i sposób w jaki odczuwał każdy kontakt z Harrym.
Zamrugał kilkakrotnie oczami, gdy świat przed nim zaczął się rozmazywać.
— Zayn? — Harry otworzył szeroko oczy nie wierząc w to, co widzi. Chwilowy szok jednak szybko przesłoniła troska i strach. — Czy ty płaczesz?… Czemu? Kochanie, coś jest nie tak? Czy ja zrobiłem coś nie tak?
— Ja… nie płaczę, tylko…
— Tylko co?… Skarbie, powiedz mi co się dzieje.
Zayn pokręcił głową będąc nieco rozbawionym tym przejęciem Harry’ego.
— Po prostu zdałem sobie sprawę z tego, że pierwszy raz od przeszło czterech lat jestem szczęśliwy. Tak naprawdę, szczerze szczęśliwy. Dzięki tobie.
Harry przez parę sekund zamarł słysząc te słowa, lecz po chwili gwałtownie chwycił go za poły jego koszuli i przyciągnął go do siebie zatapiając ich usta w pocałunku. W tym momencie Zayn Malik był najszczęśliwszym człowiekiem we wszechświecie i dosłownie nic nie mogło zastąpić tego rozlewającego się w klatce piersiowej ciepła będącego żywą definicją jego radości.
A jego radość mieszkała w zielonych, błyszczących oczach, mając smak jego ust i było to dokładnie tym, czego kiedykolwiek potrzebował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz