- Okej, szybka powtórka. Jaki jest plan?
Liam odetchnął, strzepując z głowy biały puch, który opadł na niego z pobliskiego krzewu magnolii.
- Sprawdzimy, czy Zayn będzie o ciebie zazdrosny - zaczął recytować powtarzaną do znudzenia formułkę. - Odprowadzisz mnie do drzwi, a kiedy zauważy nas przez okno, pocałujesz mnie na pożegnanie i pójdziesz dalej. Ja wejdę do środka i zobaczę, co zrobi.
- Zgadza się. A potem?
- Jeżeli Zayn nie zareaguje, będzie jasne, że ma nas gdzieś, więc usiądę za ladą i będę pracował jak zawsze.
- To ta mało optymistyczna wersja. Co z drugą?
- Jeżeli… - Liam wbrew sobie uśmiechnął się lekko pod nosem. - Jeżeli jednak masz rację i Zayn będzie zazdrosny, wtedy… hmm… - nie wiedział, jak dokończyć.
Niall poklepał go po łopatce, odwzorowując uśmiech.
- Wtedy świat będzie piękny, a ty znowu zaczniesz śpiewać - podpowiedział. Jego irlandzki akcent był swojski i dużo bliższy Liamowi niż amerykański bełkot reszty znajomych ze szkoły. Przypominał mu bajki o złocie leprechaunów ukrytym na końcu tęczy, które tata opowiadał mu w dzieciństwie przed snem, beztroskę oraz urok tamtego czasu. - Chcę, żebyś wreszcie był szczęśliwy i oto twoja szansa. Jesteś gotowy wziąć sprawy w swoje ręce?
Liam spojrzał w błękitne oczy przyjaciela, gdzie odnalazł bezgraniczną wiarę w pomyślność ich szalonego planu. Sam chciałby mieć choć ułamek tej pewności, ale z doświadczenia wiedział, że życie nie jest takie proste i nie potrafił w całości pozbyć się czarnych myśli.
Zayn go nie kocha i woli dziewczyny.
Idąc tam we dwóch tylko się wygłupią.
To się nie uda. Lepiej się wycofać, dopóki istnieje jeszcze taka możliwość.
Ale z drugiej strony… co ci szkodzi?, zwrócił się do samego siebie. I tak wyjeżdżasz, równie dobrze możesz spróbować. Chociaż ten jeden raz pomyśl o sobie.
- Tak. Możemy iść - odpowiedział w końcu, rozświetlając twarz Nialla czystą dumą. Widać, naprawdę zależało mu na powrocie Liama do pełnej formy przed ich występem zaliczeniowym w przyszłym tygodniu, który decydował o ocenie semestralnej.
Minęli róg przecznicy, powoli zbliżając się do Malik Tattoos. Tego popołudnia na ulicach panował mniejszy ruch, ludzie odpoczywali po sylwestrowym szaleństwie i większość z nich decydowała się na szybki przejazd taksówką, niż dłuższy spacer na mroźnym powietrzu, więc chłopcy nie musieli obawiać się zasłonięcia przez tłum przechodniów. Gdy tylko znajdą się przed oknem salonu, powinni automatycznie rzucić się w oczy osobom przebywającym w środku.
- Wiesz, Liam - odezwał się Niall, drepcząc po lewej stronie wyższego chłopaka - wyróżniasz się.
Payne zmarszczył czoło, nie bardzo rozumiejąc, o czym tamten mówi.
- W jakim sensie? - zapytał. Inni uczniowie Szkoły Juliarda wielokrotnie udowodnili, że jest wręcz przeciwnie i cichy Liam równie dobrze mógłby nie istnieć, ponieważ i tak nikt go nie zauważał. Zdecydowanie niczym się nie wyróżniał na ich tle, tym bardziej teraz, gdy szli chodnikiem.
- Jesteś prawdziwy. Nikogo nie udajesz - wyjaśnił Irlandczyk swoim pogodnym głosem. - Uosabiasz każdą z cech, o których mało kto pamięta w naszych czasach, jak niewinność i skromność. Za to właśnie cię polubiłem.
Słysząc to, Liam nieoczekiwanie spochmurniał.
- Wolałbym być jednym z nich - wyznał, a mówiąc „ich” miał na myśli pewne siebie dzieciaki ze szkoły, którym wszystko przychodziło tak łatwo. - Może wtedy Zayn by się nie wahał.
- Zayn ma cię wziąć takim, jakim jesteś, Liam. I weźmie - dodał pewnie Niall, zwalniając przed właściwymi drzwiami. Zajrzał dyskretnie przez szybę, ponieważ Payne był zbyt przejęty, by zrobić to w sposób niewzbudzający podejrzeń. - Wygląda na to, że plan idzie po naszej myśli. Obiekt X stoi na swoim miejscu i najwyraźniej czeka na ciebie.
- Co? Skąd wiesz? - Liam automatycznie przekręcił głowę w prawo. Dzięki temu, że na zewnątrz było ciemno, a w środku budynku paliły się lampy, bez problemu ujrzał sylwetkę Zayna opartą o kant lady recepcji. Jego twarz była zwrócona prosto w ich kierunku. Niall znowu miał rację. - O Boże - jęknął ze zdenerwowania, szybko wracając do poprzedniej pozycji. - Zmieniłem zdanie!
Chciał schować się za winklem, ale uchwyt na ramieniu zatrzymał go w miejscu. Opuścił spanikowany wzrok na swojego tylko odrobinę niższego towarzysza, który uśmiechnął się radośnie, jakby dokładnie takiej reakcji się po nim spodziewał.
- O tym właśnie mówiłem - mruknął Niall, a potem złączył ich usta w delikatnym pocałunku, kreśląc kciukami kojące kręgi na barkach Liama. Było całkiem inaczej niż z Zaynem. Brakowało jego niecierpliwych dłoni i podniecenia, drżących oddechów oraz zwinnego języka pomiędzy wargami. Ten rodzaj pocałunku obiecywał bowiem, że wszystko będzie dobrze, i że Liam nie musi się niczego obawiać, ponieważ jego przyjaciel jest obok. Niósł ze sobą spokój, którego Payne tak potrzebował i zdawał się mówić „odpręż się”. - Nie pozwól, aby ktoś zniszczył twoją wyjątkowość - powiedział Niall cicho, kończąc pocałunek i odsuwając się do tyłu. - To twój największy atut.
Tymi słowami dał Liamowi znak, że pora się rozejść, bo dalszą część planu musi on wykonać w pojedynkę.
- Dzięki, Niall - rzucił jeszcze za oddalającym się blondynem, po czym jednym zdecydowanym ruchem otworzył drzwi studia.
***
Kiedy drzwi się otworzyły, dzwonek zwieszony pod sufitem zabrzęczał metalicznie. Liam przekroczył próg, wnosząc ze sobą do ciepłego pomieszczenia śnieg i chłodne powietrze. Czuł się podniesiony na duchu. Nie wiedział, czy to ze względu na oczekującego go Zayna, czy dlatego, że wreszcie znalazł przyjaciela, który naprawdę był przy nim na dobre i złe, ale zdecydowanie podobało mu się to uczucie i chciałby je zatrzymać jak najdłużej. Otrzepał buty, a następnie skierował się w stronę recepcji.
- Spóźniłeś się - powitał go Malik, krzyżując ręce na piersi.
Liam zerknął na wiszący nieopodal zegar, który wskazywał zaledwie osiem minut po piątej. Wszystko szło tak, jak przewidział Niall.
- Przepraszam, musiałem się jeszcze pożegnać - odpowiedział, grając dalej swoją rolę. Zdjął z siebie kurtkę i z pozorną obojętnością minął chłopaka, by zanieść swoje rzeczy na zaplecze. Ku jego niedowierzaniu, Zayn podążył za nim.
- Nigdy wcześniej się nie spóźniłeś - ciągnął z uporem tamten, gdy weszli do gabinetu na końcu korytarza, gdzie kiedyś się całowali. - Raczej wolałeś przyjść wcześniej, żeby tylko zdążyć na czas. Co się z tobą dzieje?
Liam rzucił kurtkę na wieszak i odstawił plecak na podłogę pod jedną ze ścian, a jego mózg analizował błyskawicznie każde zdanie wypowiadane przez drugiego chłopaka. Czy są to już oznaki zazdrości, czy Zayn po prostu zaczął się w końcu zachowywać jak na pracodawcę przystało?
- To był pierwszy i ostatni raz - zdecydował się wreszcie powiedzieć. - Obiecuję, że już więcej się nie spóźnię.
- Ten blondas - warknął Zayn ze złością, jak gdyby go nie dosłyszał. - Kto to w ogóle jest, co?
Jednak jest zazdrosny, przemknęło przez oszołomiony umysł Liama.
- Mój przy… - zawahał się. Niall zaproponował, że jeżeli Liam chce, może na potrzeby planu nazwać ich parą, ale Payne nie był pewny, czy powinien. Skoro jednak odstawili całe to przedstawienie z pocałunkiem, może powinien. - … chłopak. To znaczy… nie wiem, spotykamy się od niedawna. Kilka randek i takie tam. D-dlaczego pytasz?
Zayn ściągnął swoje ciemne brwi, tworząc pomiędzy nimi głęboką zmarszczkę.
- Bo… Ugh. Jak dobrze go znasz? Skąd wiesz, czego on od ciebie chce? Może to jakiś psychol!
Liam wybałuszył na niego oczy, kompletnie zbity z tropu.
- Niall nie jest psycholem - wykrztusił, czując mrowienie na twarzy, gdy jego wargi usiłowały wygiąć się w uśmiech. - Znamy się ze szkoły.
- Aha i co, tak nagle cię polubił? - zadrwił Zayn i natychmiast zaklął pod nosem, gdy mina Liama zrzedła. - Cholera, to nie tak miało zabrzmieć. Martwię się. Przeze mnie zacząłeś się umawiać z niewiadomo kim, więc to będzie tylko i wyłącznie moja wina, jeśli ten palant cię skrzywdzi.
- Dlaczego myślisz, że to przez ciebie… - próbował wybrnąć z sytuacji Payne, ale chłopak uciszył go ruchem ręki.
- Trochę ponad tydzień temu powiedziałeś, że mnie kochasz - wyrzucił z siebie. - A ja spanikowałem i dziwnie wyszło. Tak samo jak wczoraj, gdy przyszedłeś… i był z tobą ten blo… Niall. Nie było go, a nagle się pojawił. To musi mieć związek ze mną, nie jestem taki głupi.
Liam czuł, że jego policzki płoną soczystą czerwienią. Nie był przygotowany na taką okoliczność, spodziewał się raczej, że wszystko potoczy się samo: żadnych wyjaśnień, po prostu padną sobie w ramiona. Teraz już wiedział, jaką naiwnością się wykazał.
Na szczęście Zayn zdawał się wpaść w coś w rodzaju transu, który nakazywał mu mówić i mówić, i mówić, nie zwracając uwagi na reakcje Liama.
- Chodzi mi głównie o to - mówił więc dalej - że nie chcę, abyś spotykał się z kimś innym, bo powiedziałem, że wolę Perrie. To nieprawda. To znaczy, tak, coś do niej czuję, ale do ciebie… też i po prostu wiem, że pocieszasz się Niallem. Nie mogłeś tak nagle się odkochać. Jestem muzułmaninem - podniósł głos, jakby to usprawiedliwiało całe jego dotychczasowe postępowanie. - Nie mogę być jednocześnie gejem czy bi. Rodzina by się mnie wyrzekła i musiałbym zmienić nazwisko.
Zayn przebiegł dłonią po włosach, sfrustrowany. Rozłożył bezradnie ręce, patrząc na Liama z mieszaniną zmęczenia i zdeterminowania w ciemnych tęczówkach, jakby miał nadzieję, że młodszy chłopak zrozumie jego trudne położenie.
Zrozumiał. Ale to nie zmieniało faktu, że nadal nie wiedział, co z tym fantem zrobić, a mętlik w głowie wcale nie pomagał.
- Więc czego ode mnie oczekujesz, Zayn? - zapytał, zagryzając policzek.
Patrzył, jak Malik bierze głęboki oddech i zdziwił się, gdy zdał sobie sprawę, że sam nie ma z tym problemu. Był nadzwyczaj opanowany.
- Próbowałem wyrzucić cię z głowy - przyznał niechętnie, a serce Liama zabiło mocniej - ale wciąż się pojawiałeś, nie dając mi spokoju. Moi rodzice uwielbiają Perrie, więc gdybym oficjalnie się z nią związał, przestaliby patrzeć mi na ręce i moglibyśmy spotykać się w ukryciu. Chcę spróbować.
Między nimi zapadła cisza. Serce Liama, które jeszcze przed sekundą tłukło się jak oszalałe, teraz praktycznie stanęło. Coś ciężkiego i nieprzyjemnego wypełniło jego wnętrze, ściskając krtań i uniemożliwiając wytworzenie dźwięku. W końcu udało mu się odkaszlnąć i powiedzieć:
- Mam być twoim brudnym sekretem?
Zayn wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko.
- To jedyne wyjście, Liam, moi rodzice nie mogą się dowiedzieć. Kochasz mnie - przypomniał mu, podchodząc bliżej.
Był o tym całkowicie przekonany. Wyciągnął rękę do twarzy Liama, ale ten odsunął się jak oparzony, krzywiąc się z obrzydzenia. Może i nie miał doświadczenia w tych sprawach, może na ogół sprawiał wrażenie uległego, ale nie miał zamiaru dać się w taki sposób poniżyć. Nie chciał być zabawką, którą wyjmuje się tylko wtedy, gdy nie patrzą inni, ponieważ nie spełnia ona ogólnie przyjętych standardów. Zasługiwał na coś więcej.
- Doprawdy, nie mam pojęcia, co w tobie widziałem - rzekł trzęsącym się głosem, idąc tyłem w stronę wieszaka na ubrania. Miał w sobie wystarczająco dużo godności, by patrzeć Malikowi prosto w oczy. - Nie wierzę, że zaproponowałeś coś takiego!
Dotknąwszy plecami zimnego tynku, schylił się po plecak, jednocześnie ściągając kurtkę z haczyka. Zayn rzucił mu zdziwione spojrzenie, nie rozumiejąc kompletnie, w czym tkwił problem.
- Liam… - zaczął, ale Payne już go wyminął, zatrzymując się na chwilę w drzwiach.
- Louis przyniesie jutro moje wymówienie - poinformował go, po raz ostatni opuszczając Malik Tattoos. Paradoksalnie poczuł się wolny, jakby jakiś wyjątkowo ciężki etap jego życia właśnie się zakończył. Nie mógł uwierzyć, że zmarnował prawie sześć miesięcy na marzenia o takim palancie.
***
Doprowadzenie domu do porządku po imprezie nigdy nie jest łatwe, a kiedy gości jest dużo i w dodatku zwlekają z wyjściem do popołudnia następnego dnia, zadanie to staje się o wiele trudniejsze. Nawet ze sztabem pokojówek ogarnięcie całego bałaganu po hucznym Sylwestrze okazało się zajęciem żmudnym i czasochłonnym, dlatego o dwudziestej Harry z Louisem wsiedli we dwóch do czarnej terenówki Grimmy’ego, kierowani instrukcjami Nicka, jak mają jechać.
- … i ostrożnie na zakrętach, Haz, najlepiej trzymaj się sześćdziesiątki, albo jedź wolniej. Niech inni cię wymijają, pieprzyć ich. Jest ślisko i nadchodzi śnieżyca. Czy to w ogóle konieczne, żebyście dzisiaj jechali? Jutro w dzień możemy wrócić całą trójką.
Harry wywrócił oczami, odpalając silnik samochodu. Szyba po jego stronie była opuszczona i to właśnie przez nią starszy mężczyzna zaglądał do środka.
- Wiesz, że tak. Louis musi być rano w pracy - powtórzył ze znużeniem nastolatek. - To dwie godziny drogi, Grimm, dam sobie radę. Nie zrobiłem prawa jazdy wczoraj.
- Ale masz je od niedawna. Zapięliście pasy? Zabraliście telefony? Gdyby coś się działo, dzwońcie - nakazał im Nick, zanim ścisnął nasadę nosa w rezygnacji. - Cholera, mówię jak własna matka.
- Dobra, koniec gadania, pora na nas - zadecydował Harry, opierając łokieć o drzwi, żeby wystawić głowę przez okno i pozwolić się krótko pocałować swojemu chłopakowi. Louis odwrócił twarz w drugą stronę, nie chcąc patrzeć na tę demonstrację uczuć, ponieważ zarówno Harry, jak i Grimmy chcieli mu tym udowodnić, że ich związek wcale nie chylił się ku upadkowi. A może tylko się żegnali. Cóż, cokolwiek to było, nie miał zamiaru dręczyć się ich widokiem. Potwór w jego wnętrzu już i tak wył z zazdrości, nie musiał go jeszcze dodatkowo dokarmiać.
- Louis, miej na niego oko - odezwał się Nick chwilę później, wskazując palcem na chłopaka ściskającego kierownicę.
- Jasne - powiedział Tomlinson, mimo wszystko doceniając jego troskę o Harry’ego. - Śpij spokojnie, nie spuszczę go z oczu.
- Bardzo dobrze, najlepiej traktuj go jak oczko w głowie…
- Do chuja pana - warknął Harry, piorunując spojrzeniem najpierw Nicka, a potem Louisa, choć kąciki jego ust drgnęły podejrzanie w pomarańczowym świetle lampki nad lusterkiem. - Możecie z łaski swojej przestać? Nie jestem dzieckiem!
Nick parsknął śmiechem i wyprostował plecy, bębniąc dłonią o dach swojego samochodu.
- W porządku, jedźcie. Ale jak Boga kocham, potrzebne mi będzie podwójne martini.
I odsunął się, umożliwiając Harry’emu ruszenie z podjazdu.
Gdy wyjechali na drogę, Louis nie mógł przestać zerkać na profil Harry’ego, choć bardzo się starał tego nie robić. Na szczęście młodszy chłopak był tak skupiony na prowadzeniu pojazdu po ośnieżonej jezdni, że zdawał się niczego nie zauważać lub udawał, że nie widzi, a ponieważ atmosfera pomiędzy nimi była dosyć napięta, Tomlinson po raz pierwszy był zadowolony z ciszy, która ich otaczała. Obiecał dać Harry’emu czas na podjęcie decyzji i zamierzał dotrzymać słowa, zostawiając mu tyle wolnej przestrzeni, ile potrzebował. A jeżeli to oznaczało, że na razie ich stosunki miały ulec ochłodzeniu, był gotowy się na to zgodzić, gdyż gra była warta świeczki. Teraz wszystko zależało od Harry’ego.
Opuścili nieduże miasteczko, włączając się w ruch na jednej z głównych dróg dojazdowych do Nowego Jorku, a w międzyczasie śnieg zaczął mocniej padać. Duże, białe płatki lądowały na szybie, prawie natychmiast topniejąc pod wpływem ciepłego powietrza, które ją ogrzewało, i spływały wąskimi strugami na wycieraczki, zamazując widoczność. Harry nucił pod nosem piosenkę Abby lecącą w radiu, aż antena straciła zasięg i z głośników zaczął się wydobywać nieprzyjemny szum.
- Co jest… - mruknął Styles, naciskając po kolei wszystkie guziki na desce rozdzielczej. - Musiało się wyłączyć akurat przy Dancing queen?
- Harry, patrz na drogę - upomniał go Louis, gdy nastolatek dalej majstrował przy radiu, pochylając głowę nisko nad kierownicą. Sam prawie niczego nie widział przez coraz szybciej nagromadzającą się warstwę śniegu, której wycieraczki nie nadążały zbierać.
- Ty i Nick jesteście siebie warci - odgryzł się Harry, wracając jednak do poprzedniej pozycji. - Powinniście wziąć ślub. Jestem pewny, że wiedlibyście długie i bardzo bezpieczne życie.
- Na pewno bezpieczniejsze od twoje… Uważaj, tam coś leży! - zawołał przerażonym głosem, gdy tuż przed maską wyrosła przeszkoda.
Harry szarpnął kierownicą, w ostatniej chwili omijając zalegający na autostradzie potężny konar, który musiał oderwać się od któregoś z drzew pod naciskiem silnego wiatru lub zwyczajnie ze starości. Terenówka wpadła w poślizg, ryjąc oponami w zaspach, ale nic poważnego się nie wydarzyło i po kilku sekundach znowu jechali swoim pasem, lekko wstrząśnięci.
- Louis, nigdy więcej mi tego nie rób - odezwał się Harry. Kłykcie jego rąk pobielały od siły, z jaką ściskał kierownicę. - Nie krzycz jak opętany, o mało nie dostałem zawału. Widziałem tą gałąź, okej? Niepotrzebnie od razu panikujesz.
Tomlinson odgarnął sobie grzywkę z twarzy. Nie chciał się kłócić, więc zadecydował, że tego nie skomentuje. W zamian przetarł swoją szybę rękawiczką i zbliżył do niej twarz, praktycznie rozpłaszczając nos na zimnym szkle.
- Może po prostu się zatrzymamy i poczekamy, aż pogoda trochę się uspokoi? - zaproponował, wypatrując na poboczu jakiegokolwiek znaku wskazującego parking, ale śnieg padał zbyt gęsto, by cokolwiek zobaczyć. Tam, gdzie jego usta dotykały okna, powstało kółko z pary wodnej. - Stań gdzieś na poboczu. I tak nikt oprócz nas tędy nie jedzie.
- Nie wiemy, ile czasu będzie jeszcze padało. Może tak sypać do rana - zaoponował Styles, zwalniając do zawrotnej prędkości dwudziestu kilometrów na godzinę, gdy zaczęli ślizgać się na świeżej warstwie lodu.
- Wolisz wpaść do rowu? Nawet nie widać, gdzie kończy się ulica. Hazza - poprosił go Louis, specjalnie używając tonu, który zawsze działał na młodszego chłopaka. Harry westchnął, zjechał na bok i ustawił samochód w miejscu, gdzie teoretycznie powinno być pobocze, a następnie włączył światła pozycyjne i zgasił silnik. Gdy wycieraczki całkiem przestały pracować, śnieg szybko przysypał całą przednią szybę, oblepiając także boczne okienka oraz, najprawdopodobniej, karoserię. Zrobiło się dziwnie cicho, jakby znaleźli się nagle wewnątrz sporego iglo.
- Świetnie, teraz stąd nie wyjdziemy - powiedział Harry, bezskutecznie pchając swoje drzwi, które nawet nie drgnęły. - Zasięgu pewnie też nie ma.
Jak na komendę wyjęli telefony, rejestrując brak pionowych kreseczek w rogach obu aparatów. Louis odrzucił od siebie bezużyteczną komórkę, opadając plecami na skórzany fotel. Wyciągnął nogi i zdjął czapkę z głowy. Przynajmniej było wygodnie.
- Co my zrobimy? - zapytał tymczasem Harry, kręcąc się na swoim miejscu, jakby nie mógł znieść myśli o siedzeniu w bezruchu. - Niedługo skończy nam się tlen i obaj umrzemy! Nie powinienem był się zatrzymywać.
- O tak, bo śmierć po uderzeniu w drzewo jest dużo atrakcyjniejsza - parsknął Louis, obserwując ruchy nastolatka spod półprzymkniętych powiek. - Uspokój się, nic nam nie będzie.
- Skąd wiesz? - prawie krzyknął Harry, szarpiąc za klamkę. - Skąd to, u diabła, wiesz?
- Bo… To są otwory wentylacyjne - odpowiedział zbity z tropu, wskazując kratki w centralnym punkcie kokpitu. - Przez nie cały czas zachodzi wymiana powietrza. Nie udusimy się, obiecuję. I kto tu niby panikuje - dodał półgębkiem.
Harry znieruchomiał i przyłożył dłoń do jednej z czarnych kratek. Z jego ust wydobyło się ciche jęknięcie ulgi, gdy poczuł na skórze delikatny ruch zimniejszego powietrza i oparł głowę o zagłówek, uspokojony, że nie przyjdzie im umrzeć pośrodku burzy śnieżnej. Louis ani na chwilę nie odwracał od niego spojrzenia, analizując jego zachowanie.
- Masz klaustrofobię? - zapytał, przekręcając się na bok, by być zwróconym do niego twarzą.
- Co? Nie - odparł ze zdziwieniem Harry.
- Więc co to było to przed chwilą?
- Nic.
- Dla mnie to nie wyglądało jak nic - drążył Louis uparcie.
Od strony nastolatka dobiegło westchnięcie.
- Po prostu… Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym i jestem trochę przewrażliwiony na tym punkcie. To wszystko, Lou, naprawdę, ale nie chcę o tym więcej rozmawiać - wyrzucił z siebie, bawiąc się dźwignią od zmiany biegów. - Nie mów też, że ci przykro - ostrzegł ostro.
- Nie zamierzałem - powiedział Tomlinson i poprawił się na fotelu. Nie wiedział, czy tylko mu się zdawało, czy w samochodzie zrobiło się nagle zimniej. Dotknął do miejsca, skąd powinien wydobywać się ciepły nadmuch. - Wiesz, chyba wysiadło też ogrzewanie.
Harry zaklął, ale tym razem nie zaczął obawiać się zamarznięcia.
- Na tylnym siedzeniu leżą koce. W razie czego możemy je sobie wziąć.
Louis skinął głową, czując, że jego zęby zaczynają powoli o siebie stukać. Zawsze tak się działo; wystarczała drobna zmiana temperatury na niższą, a on już trząsł się jak galareta. Założył z powrotem swoją czapkę i podjął decyzję o przemieszczeniu się na tył samochodu.
- Idę się przykryć - poinformował Harry’ego, po czym odpiął pas i przełożył nogę na drugą stronę fotela. Z trudem, ale udało mu się dotrzeć na szeroką kanapę luksusowego samochodu Grimmy’ego, gdzie zawinął się w gruby koc. Miał cichą nadzieję, że Styles do niego dołączy, ale chłopak został za kierownicą i nie sprawiał wrażenia, jakby miał prędko się zza niej ruszyć. W pewnym momencie, gdy jemu także zaczęło dokuczać zimno, po prostu wziął do przodu jeden z koców i tam się nim opatulił, przykrywając się po samą brodę.
Nie mając co ze sobą zrobić, a także chcąc przegonić z głowy kosmate myśli, Louis zajął się graniem w jedną ze standardowych gier, w które została wyposażona jego komórka. Sterowanie postacią przy pomocy skostniałych palców nie było proste. Jego pingwin wciąż zahaczał o wierzchołki gór lodowych, przegapiał ryby pozwalające latać o wiele wyżej i uderzał w skały, zwalniając prawie do zera, przez co goniący go niedźwiedź był coraz bliżej. Przeszedł kilka pierwszych poziomów, ale z każdym kolejnym było coraz trudniej. Mimo to zbliżał się do pobicia rekordu. Gdyby tylko zdobył jeszcze jedną gwiazdkę…
- Dobra, posuń się trochę, idę do ciebie na tył.
Palec Louisa omsknął się po ekranie, w wyniku czego pingwin uderzył w górę lodową i wyskoczyło powiadomienie o przegranej. Chłopak podniósł głowę i zobaczył, że Harry przerzucił koc przez oparcie, gramoląc się samemu pomiędzy fotelami. Był wyższy od Tomlinsona, więc trudniej mu było zmieścić się w niewielkiej przestrzeni, ale po paru próbach znalazł odpowiedni kąt i udało mu się przejść. Zdjąwszy buty, usiadł na wolnym miejscu i schował bose stopy pod przykryciem.
- Nudzę się. Co robisz? - zapytał, przekrzywiając śmiesznie głowę na lewo. W słabym świetle rysy jego twarzy wyostrzyły się, nadając mu poważniejszego wyglądu. Oprócz oczu, te nadal były wielkie w niemal dziecinny sposób.
- Właśnie przegrałem grę - odpowiedział Louis, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że znowu bezwstydnie się gapił. Nic nie mógł na to poradzić. - To przez te palce. - Wzniósł do góry ręce, pokazując je przyjacielowi. - Praktycznie nie mogę ich zgiąć.
- Taaak, wiem coś o tym. Robi się coraz zimniej.
Kiedy mówili, z ich ust wydobywały się obłoczki pary, których jeszcze niedawno nie było, a teraz pojawiały się nawet przy oddychaniu przez nos. Jeżeli tak dalej pójdzie, koce nie pomogą im przetrwać spokojnie nocy. Chyba że znajdą dodatkowe źródło ciepła.
Louis zastanowił się i doszedł do wniosku, że nie mają innego wyjścia: muszą się do siebie zbliżyć. I nie było sensu ukrywać, że ta wizja nie napełniła go ekscytacją.
- Harry, musimy złączyć nasze koce. Jedna warstwa to za mało, żeby się ogrzać - powiedział. - O ile chcemy dotrwać do rana.
Styles rzucił mu uważne spojrzenie i powoli skinął głową. Widząc to, Louis podniósł zachęcająco róg swojego koca, a młodszy chłopak przybliżył się i wszedł pod gruby materiał, jednocześnie zarzucając na nich drugie przykrycie. Różnica nie była kolosalna, ale odczuwalna i już wkrótce obaj przestali się trząść. Nie dotykali się. Harry uważał, aby pomiędzy ich ciałami zawsze była przerwa, a Louis nie próbował zmniejszać dystansu, pomimo ogromnej ochoty. Wiedział, że to nie byłoby właściwe.
Ale nikt nie mógł mu zabronić patrzenia. Na długi nos Stylesa, gładkie czoło, gęste rzęsy, loki wywinięte nad uchem, kształt żuchwy. Usta. Na usta zwracał szczególną uwagę, ponieważ w lekkim półmroku odcinały się one od reszty twarzy wyraźną linią, która kończyła się wygiętymi w górę kącikami, co oznaczało cień uśmiechu. Gdyby nie znajdowali się tak blisko, Louis z pewnością by tego nie zauważył, ale w sytuacji, gdy dzieliły ich centymetry, chłopak był łatwy do odczytania. Jak książka.
- Zastanawiałeś się - zaczął Harry, ledwo poruszając ustami, które stały się małą obsesją Tomlinsona - skąd będziemy wiedzieć, czy burza się skończyła? Nic nie słychać, nic nie widać…
- Nie - odpowiedział szczerze Louis. Prawda była taka, że jego myśli zajmowało kompletnie co innego.
- A ja tak. Myślę, że moglibyśmy spróbować otworzyć też inne drzwi. Nawet jeśli moje się zacięły, reszta może działać normalnie. To idiotyczne, że od razu tego nie sprawdziliśmy.
Louis przyznał mu w duchu rację, ale kto by się tym przejmował. To by nic nie zmieniało. Wyszliby z samochodu i co potem? Wokół był tylko las, a ich komórki nie łapały tu zasięgu.
- Musisz teraz o tym mówić? - odezwał się, wytrącony z równowagi bliskością drugiego chłopaka. Boże, ile by dał, by móc go dotknąć, chociaż tak przelotnie przez kurtkę.
- Tak - odrzekł krótko Styles. - Muszę. W przeciwnym razie przestaniesz mnie pożerać wzrokiem, a zaczniesz robić to naprawdę.
Może miał nadzieję, że tymi słowami zawstydzi Louisa, a jeżeli tak, tym razem mu nie wyszło.
- Cóż, nie do końca. Pamiętasz nasz zakład? Dawno temu na lodowisku, gdy pierwszy raz wyszliśmy gdzieś razem, założyłeś się ze mną, że nie ustoję na łyżwach nawet pięciu minut. Przegrałeś - Harry zamknął oczy, domyślając się końcówki - i jesteś mi winny życzenie.
{Chciałam podziękować serdecznie Vianoxowi za podsunięcie pomysłu na rozwinięcie wątku Liama. Nie wiem, czy spodziewałeś się akurat takiego obrotu sprawy, ale mam nadzieję, że jest okej. Dziękuję:)}
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz