Najgorsze we wczesnym wstawaniu zimą było to, że mieszkanie zawsze tonęło w ciemnościach. Brakowało ożywczych promieni wschodzącego słońca, które mogłyby rozświetlić mroczne kąty pokojów, dlatego każdy mebel zdawał się być czym innym, niż za dnia. Lampa z przepaloną żarówką, stojąca przy łóżku, zamieniała się w podejrzany obiekt o ostrych krawędziach. Wysoka roślina doniczkowa pod ścianą stawała się potworem o dziesiątkach oczu, które błyskały co jakiś czas, gdy w oddali za oknem przejeżdżał samochód, a w czeluściach za niedomkniętymi drzwiami szafy czaiły się czarne kształty. Liam wiedział, że strach przed ciemnością to domena małych dzieci i dziewiętnastoletni chłopak powinien już dawno z niego wyrosnąć, ale wyobraźnia wciąż podsuwała mu niechciane myśli „a co jeżeli jednak coś tam jest?”, dlatego po przebudzeniu, pierwszą wykonywaną przez niego rzeczą, było wyjście spod kołdry i doskoczenie do włącznika światła przy drzwiach. Przejście przez pokój zajmowało w przybliżeniu czas, z jakim jego serce wykonywało trzy przyspieszone uderzenia, jednak wystarczał, by poczuć ten charakterystyczny dreszcz niepokoju. Na szczęście jedno pstryknięcie plastikowym włącznikiem, a wszystkie cienie znikały z pola widzenia, przywracając sprzętom ich normalny charakter. Przyjazne światło zalewało sypialnię i chłopak mógł odetchnąć z ulgą. Moment pobudki miał za sobą.
Bez dalszego ociągania, wyjmował z szafy ubrania (teraz nie były już czarnymi kształtami, ale zwyczajnymi jeansami, flanelową koszulą w kratę i bielizną), szedł pod prysznic, a na koniec siadał w kuchni i czekał, aż woda w czajniku się zagotuje. Kiedy ostry dźwięk gwizdka przecinał ciszę mieszkania, Liam podchodził do kuchenki i szybko gasił niebieski płomień, uważając na rozgrzaną rączkę czajnika, który domagał się wymiany na nowszy model. Lub porządnego czyszczenia. Potem, żując powoli kanapkę, zastanawiał się nad różnymi rzeczami, ważnymi lub całkiem błahymi, to zależało od jego nastroju, i choć zwykle były to jednak luźne spostrzeżenia na temat sposobu, w jaki poprzedniego wieczora układały się włosy Zayna, tego ranka jego głowę zaprzątało coś zupełnie innego. Podniósł do ust kubek z herbatą, cofając się pamięcią do wydarzeń sprzed zaledwie kilku godzin.
Był środek nocy, a może już zbliżał się ranek, Liam nie był wstanie w stu procentach tego stwierdzić, kiedy coś wyrwało go ze snu i kazało usiąść na łóżku. Zamrugał szybko powiekami, jakby mogło mu to pomóc w przejrzeniu ciemności, a lekki dreszcz strachu jak zwykle przebiegł mu po plecach, gdy mrok zaczął naciskać na niego ze wszystkich stron. Nic się jednak nie działo, sypialnia wciąż tonęła w zwyczajnej nocnej ciszy. Liam zdusił w sobie niepokój i opadł z powrotem na poduszkę. Cokolwiek go obudziło, musiało pochodzić z zewnątrz budynku, a teraz odeszło. Przekręcił się na brzuch, na wszelki wypadek zagrzebując głowę pod kołdrą, gdyby jakiś potwór miał ochotę jednak go dopaść, i spróbował wrócić do całkiem miłej wizji o wylegiwaniu się na plaży. Ale zanim zdążył to zrobić, wszystkie włoski na jego karku stanęły dęba, ponieważ za drzwiami coś głośno huknęło. W ułamku sekundy powrócił do pozycji siedzącej, zaciskając palce na pościeli i nasłuchując. Widmo snu rozwiało się całkowicie, zastąpione realistyczną jawą. Hałas się powtórzył, ale tym razem towarzyszyły mu odgłosy szurania i niewyraźne szepty, jakby w przedpokoju było kilka osób i Liam wahał się przez moment, aż w końcu przełknął strach i ześlizgnął się z łóżka, żeby na palcach podkraść się do drzwi. Uchylił je na tyle, by przez powstałą szparę dojrzeć dwie ludzkie sylwetki, dosyć mocno ze sobą splecione i poruszające się chwiejnie przy blasku wyświetlacza komórki.
- Ciiii, nie możemy obudzić Liama - wybełkotała jedna z osób, niższa i pozbawiona kurtki, która zdawała się niezdolna do podjęcia trudu samodzielnego poruszania nogami, ponieważ cały ciężar ciała opierała na swoim towarzyszu. Payne zamrugał skonsternowany, kiedy rozpoznał jej głos. Louis. W dodatku bardzo, bardzo pijany Louis. - Musimy iść powoli i cicho. Patrz, jak ja to robię.
Louis wyprostował się i odsunął na bok, demonstrując wyjątkowo niezgrabny chód, który nie miał nic wspólnego z poruszaniem się po linii prostej. Udało mu się przejść bezkolizyjnie kilka kroków, ale potem potknął się nagle o niewidoczną parę butów i runął przed siebie, machając rękami w poszukiwaniu czegoś, czego mógłby się przytrzymać. Jego dłonie odnalazły wieszak na płaszcze, zaciskając się na wiszących ubraniach, jednak stojak nie wytrzymał dodatkowego ciężaru, przewracając się z okropnym zgrzytem na podłogę. Wyższy chłopak schylił się w pół i pomógł zdezorientowanemu Louisowi wstać, chichocząc cicho pod nosem.
- Jeżeli do tej pory spał, to dzięki tobie właśnie się obudził, tak samo jak pół kamienicy - powiedział nieznajomy, a Liam wsparł się mocniej o drzwi, rezygnując z ujawnienia się na korytarzu. Harry Styles. Mógł się tego spodziewać. - Który pokój jest twój?
Louis, mamrocząc pod nosem „Nigdy nie lubiłem tego cholernego wieszaka, to El go wybrała!”, starał się zachować resztki godności i stać nieruchomo, ale chociaż w słabym świetle telefonu niewiele było widać, Liam mógł dojrzeć, jak nogi chłopaka drżą.
- Mój pokój… - zastanowił się Tomlinson, a kiedy znów się zachwiał i Harry dla bezpieczeństwa objął go ramieniem, schował twarz w kołnierzu jego płaszcza . W ciemnościach wyglądali tak, jakby Louis po prostu leżał na młodszym chłopaku i żaden z nich nic sobie z tego nie robił, co zdecydowanie nie spodobało się Liamowi. - …jest gdzieś tam - dokończył słabo słyszalnym głosem, nie wskazując jednak żadnego kierunku. - Muszę się położyć, Harry. Jest mi niedobrze, a ziemia wiruje…
- Gdzieś tam - powtórzył do siebie Styles, wzdychając. - Jesteś bardzo pomocny, Lou, naprawdę. Co w takim razie powiesz na kanapę w salonie?
Jeżeli nawet Louis coś odpowiedział, słowa nie dotarły do uszu Liama. Chłopcy, prowadzeni przez Harry’ego, zniknęli w wejściu do salonu i któryś z nich (w porządku, wszyscy wiemy, który) musiał w końcu znaleźć włącznik światła, ponieważ jasna smuga padła na część podłogi w przedpokoju oraz przeciwległej do wejścia ściany. Po dłuższej chwili, w ciągu której Payne bił się z myślami, nie wiedząc, co dzieje się w sąsiednim pomieszczeniu, Harry wrócił na korytarz. Teraz był już sam, ale nie od razu opuścił mieszkanie. Wcześniej przystanął przy futrynie i przez długie minuty patrzył w głąb salonu, pocierając bezwiednie policzek. Na jego twarzy malował się szereg sprzecznych uczuć, jakby sam nie był pewny, czy oglądany widok mu się podoba, czy wręcz przeciwnie. Ale może chodziło zupełnie o co innego, bo nagle jego usta wygięły się w drwiącym, nieprzyjemnym uśmiechu i chłopak potrząsnął głową, rozbawiony. Zgasił światło, pogrążając wszystko dookoła w nieprzeniknionych ciemnościach i wyszedł.
Liam natychmiast opuścił swoją sypialnię i podbiegł z bijącym sercem do salonu. Czy Harry uśmiechał się w taki sposób, bo zrobił coś Louisowi? Wyglądał, jakby zależało mu na dobru chłopaka, ale przecież Payne doskonale wiedział, jaki Styles był naprawdę. Amoralny, arogancki i pozbawiony wszelkich hamulców, te trzy określenia pasowały do niego jak ulał, a stanowiły tylko czubek długiej listy niepochlebnych przymiotników, jakimi można by go było nazwać. Nie zawahałby się przed wykorzystaniem Louisa w takim stanie.
Jednak kiedy salon na powrót rozświetlił żółty blask, Liam odetchnął z ulgą. Louis spał spokojnie na kanapie, opatulony szczelnie granatowym kocem, a jego włosy były rozrzucone w nieładzie na oparciu. Był zarumieniony, co pewnie stanowiło pozostałość po wypitym alkoholu i wyglądał… no cóż, prawdę mówiąc jak Louis, tylko dużo spokojniej, niż zwykle. Nie było powodu, dla którego Harry miałby się uśmiechać w tamten sposób, jakby był świadkiem czyjegoś poniżenia, a jednak zrobił to i Liam nie miał pojęcia, co o tym sądzić. Wrócił do siebie, po drodze porządkując pobieżnie wieszak na ubrania.
Teraz, siedząc przy stole w kuchni i pijąc gorącą herbatę, wciąż nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czym mógł się kierować Harry Styles. A im dłużej o tym myślał, sprawa wydawała mu się coraz bardziej podejrzana, choć jedną opcję mógł już na wstępie skreślić: nie chodziło o seks. Owszem, Harry był gejem, ale od ponad roku spotykał się z Nickiem Grimshawem i jakkolwiek wydawało się to dziwne, byli całkiem dobrze dobraną parą (pomijając różnicę wieku). Natomiast Louis był hetero, od początku liceum związany z Eleanor Calder, najładniejszą dziewczyną w Manchesterze i, o ile Liam dobrze się orientował, nigdy nie kwestionował swojej orientacji. Musiało więc chodzić o coś zupełnie innego. O coś, co skończy się dla Louisa źle, jeżeli ten nadal będzie tak ślepo brnął w tę znajomość.
Liam dokończył jeść śniadanie, wstawił naczynia do zlewu, założył kurtkę i wyszedł z domu. Wysłał smsa do Perrie, że Louis nie da rady przyjść dzisiaj do pracy, przepraszając gorąco dziewczynę za powstałe problemy, a potem skierował się na uczelnię. Tego dnia nie miał wykładów, tylko zajęcia praktyczne, na których od jakiegoś czasu szlifowali śpiewanie w duetach i mogli wybrać dowolne piosenki, co stanowiło miłą odmianę po niekończących się treningach tylko określonych dźwięków gamy. Liam był w parze z miłym i bezkonfliktowym Niallem Horanem, który przez większość czasu uśmiechał się nieprzytomnie i patrzył gdzieś w przestrzeń, jakby dopiero co wypalił blanta, ale kiedy przychodził czas śpiewania, jego oczy dosłownie płonęły ze skupienia. Był jedną z niewielu osób, przy których Liam od początku czuł się swobodnie, co było po prostu słychać, kiedy przy refrenie ich głosy zlewały się w jedną spójną całość, połączone miłością do muzyki.
W towarzystwie Nialla wszystko wydawało się prostsze. Z jego myśli znikał na moment Zayn, Louis i Harry Styles przestawali być ważni, pozostawała sama radość ze śpiewania. A Liam bardzo lubił to poczucie osobliwej wolności.
***
Zza drzwi gabinetu Perrie dobiegały podniesione głosy; męski i damski. Nie ulegało wątpliwości, kto jest w środku, tym bardziej, że Malik Tattoos od dwudziestu minut było zamknięte, zawężając grono możliwych osób do samej Perrie, Liama i Zayna. A skoro Liam stał niepewnie pod gabinetem, mieląc w dłoniach swoją koszulkę, wewnątrz znajdować musiała się para byłych przyjaciół-kochanków. Razem z kurtką i plecakiem Payne’a, bez których chłopak nie mógł wrócić do domu w taki mróz. Nie chciał im jednak przeszkadzać, więc postanowił spokojnie zaczekać. W końcu, ile czasu można się kłócić?
Na początku próbował zabić czas, porządkując długopisy w szufladzie swojego biurka według kolorów oraz ponownie wycierając z kurzu ogromną rzeźbę buddy przy dystrybutorze wody, ale gdy kłótnia się przedłużała, a wskazówki zegara w recepcji coraz bardziej zbliżały się do północy, postanowił jednak coś z tym zrobić. Zamierzał wejść, przeprosić, zabrać swoje rzeczy i wyjść stamtąd szybciej, niż zdążą go przekląć.
Dlatego właśnie znalazł się pod drzwiami Edwards, czując się wyjątkowo niezręcznie, kiedy słuchał odgłosu płaczu.
Bo najwyraźniej silna, wiecznie uśmiechnięta Perrie płakała.
Z tego względu już niemal zrezygnował z wtargnięcia do pokoju, gotowy jednak poczekać, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając o ścianę, w której były osadzone. Perrie bez słowa minęła Liama, biegnąc korytarzem do tylnych drzwi, za którymi znajdowały się boczne schody do jej mieszkania nad studiem. Chłopak odprowadził ją wzrokiem, rozdarty pomiędzy współczuciem a szczęściem, że między nią a Zaynem się nie układało, przez co poczuł obrzydzenie do samego siebie. Był taki samolubny, powinien wykazać trochę więcej empatii, zamiast skupiać się na tym, że Malik wciąż pozostawał singlem i żadna dziewczyna nie wisiała u jego boku.
Wygładził nieco swoją pomiętą koszulę, wahając się przed wejściem do gabinetu. W końcu odetchnął głęboko i energicznie przekroczył próg, zastając Zayna opierającego się dłońmi o jedną z szafek, z głową pochyloną w stronę blatu. Na ten widok serce Liama ścisnęło się boleśnie, ponieważ chłopak, który mu się podobał, do którego od pierwszego wejrzenia skrycie wzdychał, i o którym niemal bez przerwy myślał, stał przed nim wrażliwszy i bardziej odsłonięty, niż kiedykolwiek wcześniej. Oczywiste było, że gdyby Zayn zdawał sobie sprawę, że nie jest sam, nigdy nie pozwoliłby sobie okazać słabości, ale w tej sytuacji Liam miał okazję widzieć go kompletnie szczerym względem tego, co czuł. Opuszczona głowa oraz napięte mięśnie ramion jasno mówiły, że chłopak nie radził sobie z tym wszystkim i postawa nieczułego drania, którą prezentował w stosunku do Perrie, nie była prawdziwa.
Liam miał ochotę podejść do niego, przytulić i nigdy nie wypuszczać, ale nie mógł zrobić żadnej z tych rzeczy. Nie był tym, czego chciał Zayn. Nigdy nie będzie.
Z trudem oderwał wzrok od szczupłej sylwetki chłopaka, lokalizując swoją kurtkę i plecak. Przeprosi i wyjdzie, tak jak zaplanował. Już miał dyskretnie odchrząknąć, kiedy Zayn zaklął pod nosem i gwałtownie odepchnął się od szafki, zwracając twarzą prosto w stronę Liama. Zamarł, widząc nieoczekiwane towarzystwo. Jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, a dłonie automatycznie powędrowały do włosów, przeczesując ciemne pasma z jaśniejszym pasemkiem nad czołem.
- Przepraszam, przyszedłem tylko po swoje rzeczy - wyjąkał Liam, kiedy niewygodna cisza się przedłużała. - Nie chciałem wam przerywać, ale zrobiło się późno i kiedy Perrie wyszła… ja… przepraszam - powtórzył, jakby to jedno słowo mogło sprawić, że Zayn przestanie wyglądać jak chłopak ze złamanym sercem. A że właśnie tak wyglądał, Liam przekonał się w chwili, w której spojrzał w jego oczy. Wiedział, jak rozpoznać to uczucie. Od dawna dostrzegał je w swoim odbiciu w lustrze, a teraz ujrzał identyczne w ciemnych tęczówkach Malika. - Tak mi przykro. Wezmę kurtkę i już mnie nie ma - dokończył pospiesznie.
Z wrażeniem, jakby świat rozpadł się na pół, zaczął iść w stronę ściany, pod którą leżał jego plecak, lecz w połowie drogi zatrzymał go cichy głos. Zamarł, niemal pewny, że tylko to sobie wyobraził.
- Ona nie rozumie, że nie chcę żadnych zobowiązań - mówił jednak Zayn, całkowicie rzeczywisty, gdzieś za jego plecami. - Zna mnie od lat, wie jaki jestem, a mimo to… dlaczego dziewczyny takie są? Dlaczego tak nalegają na związek?
Liam przełknął ślinę, powoli się obracając.
- Ja… nie wiem. Jestem gejem i zawsze nim byłem. Nie mam pojęcia o dziewczynach - a także o chłopakach, dokończył w myślach, rumieniąc się lekko. Przestąpił z nogi na nogę, czując się coraz gorzej. Chciał tylko wziąć swoje rzeczy i odejść jak najdalej, aż ten ból w piersiach zniknie, pozwalając mu znów popatrzeć na świat w kolorach, które stracił, gdy Zayn nieświadomie przyznał się do tego, że Perrie nie jest mu obojętna.
- Z chłopakami wszystko musi być łatwiejsze - stwierdził Malik gorzkim tonem. Być może to była właśnie ta faza, w której złość zmienia się w rozgoryczenia, a potem w rezygnację. - Proste odpowiedzi, żadnych oczekiwań. „Tak” oznacza „tak”, a nie „myślę inaczej, ale sam musisz się domyślić”. Może bycie gejem to najmądrzejszy wybór, jaki można podjąć.
- To nie jest wybór - powiedział od razu Liam, dziwiąc się samemu sobie za odwagę, z jaką się wysławiał. - Gejem się jest lub nie.
Zayn uniósł głowę, krzyżując ze sobą ich spojrzenia.
- A co, jeżeli nie jest się pewnym? Co, jeżeli… jeżeli czuje się to samo przy obu płciach? - zapytał z dziwnym wyrazem twarzy, jakby nie był pewny, czy rzeczywiście chce o tym rozmawiać, ale chęć usłyszenia odpowiedzi była silniejsza.
- Zayn - zaczął Liam miękko, całkowicie wykończony emocjonalnie. Lubił moment, w którym to imię ześlizgiwało się z jego języka. - To też się zdarza i jest normalne. Czy ty myślisz, że mógłbyś…?
- Nie wiem - rzekł Malik, ściągając brwi. - W tym tkwi problem. Nie wiem. Może dlatego nie mogę się z nikim związać i podświadomość daje mi sygnał, że to się zmieni, gdy się tego dowiem.
Znowu nastąpiła chwila ciszy, w czasie której bolące serce Liama o mało nie wyskoczyło z piersi, bo Zayn właśnie powiedział, że czuje coś przy chłopcach. Co prawda nie przy Liamie, ale przy mężczyznach, a to samo w sobie było już czymś, o czym Payne nawet nie śmiał marzyć.
Ale póki co, Zayn był załamany sprawą z Perrie, przypomniał sobie Liam.
- Muszę już iść - powiedział, a spojrzenie Malika błysnęło zaniepokojeniem.
- Zaczekaj! - rzucił gorączkowo, robiąc kilka kroków naprzód. - Jesteś jedyną osobą, z którą mogę o tym porozmawiać, nie mam nikogo innego. - Zbliżył się jeszcze bardziej, błądząc wzrokiem po twarzy Liama, który zamarł w miejscu, niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu. - Pomóż mi się dowiedzieć.
- Przepraszam, ale… o-obawiam się, że n-nie wiem, jak… - wyjąkał Liam. Zayn był tak blisko niego, bliżej niż tamtego wieczora, kiedy Liam zemdlał na widok krwi i chłopak dotknął jego twarzy, by pokazać zadrapanie, które powstało na skutek upadku.
Malik zamknął na moment oczy, myśląc o czymś usilnie, a kiedy je otworzył, wyrażały czyste zdecydowanie.
- Pierwszy raz coś podobnego poczułem właśnie przy tobie - powiedział po prostu. - Więc jeżeli nie ty, kto będzie w stanie mi pomóc?
I tak, jak poprzednim razem, ciepłe opuszki spoczęły na skroni Liama, obrysowując czerwoną linię nad jedną z jego brwi. Ten delikatny dotyk i wcześniejsze słowa wyzwoliły stado motyli w żołądku szatyna, który miał ochotę rozpłakać się i roześmiać jednocześnie, przytłoczony ogromem uczuć, jakie wypełniły jego ciało. Palce Zayna zjechały niżej, najpierw zatrzymując się na policzku, a potem muskając bok szyi, żeby ostatecznie przesunąć się na kark, gdzie zaczęły kreślić maleńkie kółka i to było więcej, niż Liam doświadczył przez całe swoje życie. Prawie zapomniał o oddychaniu, więc kiedy nabrał wreszcie powietrza, z jego ust wydobył się głośny świst.
Determinacja w oczach Zayna przybrała na sile, gdy wykonał ostatni krok, niwelując dystans pomiędzy ich ciałami do zera.
- Więc… - wychrypiał Liam, wpatrując się jak zahipnotyzowany w czerwone usta przed sobą. - Dowiedziałeś się tego, czego chciałeś?
- To dziwne uczucie - ciepły oddech na twarzy wprawił w drżenie jego nogi - inne, choć nie gorsze. Nadal jednak nie wiem, czy mi się to podoba. Chciałbym… Chcę spróbować czegoś jeszcze.
- C-czego?
Ręka na karku Liama znieruchomiała i chłopak instynktownie zrozumiał, co się zaraz stanie. Nie mógł w to uwierzyć, ale wszystko wskazywało na to, że Zayn ma zamiar go pocałować, tu i teraz, na środku gabinetu Perrie. Zamknął oczy, czując jednocześnie zdenerwowanie tym, co miało nastąpić, oraz dreszcz podniecenia, a potem suche wargi nakryły jego własne i to było niesamowite. Krew zaszumiała mu w uszach, serce o mało nie rozerwało się od szaleńczego rytmu, w którym biło. Druga ręka Zayna zacisnęła się na jego ramieniu, usta naparły mocniej i poruszyły się, rozdzielając na pół i przygryzając dolną wargę Liama, który nie wiedział, co zrobić ze swoimi rękoma, więc po prostu owinął je wokół talii Malika, poddając się całkowicie jego woli. Pocałunek nie trwał długo, nie był też głęboki czy zbytnio żarliwy, ale wystarczył, aby zamienić mózg Payne’a w szarą papkę. W pewnym momencie usta Zayna po prostu przesunęły się, lądując na odsłoniętej szyi chłopaka przed nim, ssąc i przygryzając gorącą skórę, dopóki nie pojawiły się na niej różowe ślady, i Liam zapragnął czegoś więcej. Nie miał żadnego doświadczenia w tych sprawach, więc kiedy chwycił twarz Zayna, przyciągając go do kolejnego pocałunku, wyszło trochę niewprawnie. Ich nosy zderzyły się ze sobą, usta złączyły się krzywo, ale zanim Liam zdążył się odsunąć z zawstydzeniem, Zayn odpowiedział, wsuwając język pomiędzy jego wargi.
To musiało znaczyć, że jednak go chciał, prawda? Ludzie, którzy się nie lubią, nie robią takich rzeczy, nie dotykają w sposób, którzy można nazwać pieszczotami, nie wkładają sobie nawzajem języków do gardeł. Otumaniony umysł Liama połączył wszystko w całość, dochodząc do wniosku, że Zayn odwzajemniał jego uczucia, tylko do tej pory je ukrywał. Zupełnie jak Liam. Perrie była więc nic nieznaczącym epizodem, jakimś czynnikiem uwalniającym właściwą reakcję, której skutkiem było to, że Malik coraz mocniej całował Liama, a jego ręce były dosłownie wszędzie, wślizgując się raz za razem pod flanelową koszulę w kratę. Musiało mu się podobać, nie było innego wyjaśnienia. Odnalazł w sobie pociąg do mężczyzn, przekładając go ponad sympatią do kobiet, a los chciał, że stało się to za sprawą Liama.
Gdy się rozdzielili, by zaczerpnąć powietrza, Liam był absolutnie szczęśliwy. Euforia wypełniła jego ciało, bo wreszcie będzie mógł wyjawić swój największy sekret - miłość do Zayna - bez obawy o bycie odrzuconym. Nigdy nie pragnął niczego innego.
Spojrzał w ciemne tęczówki, czując, że nadszedł odpowiedni moment, by to zrobić. Jedna z rąk Zayna wciąż spoczywała na jego piersiach, więc nakrył ją swoją dłonią, wziął głęboki oddech i powiedział:
- Kocham cię, Zayn. Od dawna, właściwie od samego początku.
Uśmiechnął się, czekając na odwzajemnienie deklaracji, która byłaby w tym momencie przysłowiową wisienką na torcie, ale zamiast tego ujrzał czysty szok na twarzy przed sobą. Widocznie Malik także nie wierzył, że mogło ich połączyć coś tak niesamowitego.
- Ty co? - palnął Zayn, odsuwając się lekko. Jego oczy rozwarły się w niedowierzaniu, kiedy patrzył na Liama. - Przepraszam, chyba źle usłyszałem. Możesz powtórzyć?
- K-kocham cię. - Payne spełnił polecenie, czując jak cała radość momentalnie się z niego ulatnia, niczym powietrze z przebitego balonu. - Ty nie…
- Oczywiście, że nie! - zawołał Zayn, cofając się jeszcze bardziej. - Jak mogłeś pomyśleć… nie jestem gejem. Może wydawało mi się, że mógłbym lubić facetów, bo byłem wściekły na Perrie i ogólnie na wszystkie kobiety, a całowanie ciebie było w porządku, ale nie sądzę… to znaczy, jestem pewny, że wolę dziewczyny. Dziękuję, że pomogłeś mi to odkryć. Gdybym wiedział, że ty… nigdy bym ci tego nie zrobił. Przepraszam, Liam, ale… nie.
Jeżeli Liam sądził, że wcześniej czuł się źle, teraz było sto razy gorzej. Dodatkowo doszło jeszcze poczucie strasznego upokorzenia, które niczym kwas wyżerało jego wnętrze, a do oczu napłynęły mu łzy. Pierwszy raz wyznał komuś miłość i został w tak bezduszny sposób odrzucony, a jego serce, zgniecione i rzucone o podłogę, ledwo pompowało krew. Musiał natychmiast stamtąd wyjść.
- Okej - powiedział zadziwiająco spokojnym głosem. - Okej, rozumiem.
Jak w amoku odnalazł swoją kurtkę oraz plecak, zarzucając wszystko na plecy. Widział, jak usta Zayna poruszają się szybko, gdy chłopak coś do niego mówił, ale nie był w stanie skupić się na słowach. Bez pożegnania opuścił Malik Tattoos, nie zwracając uwagi na to, dokąd idzie.
- Cześć, Lou. Wyglądasz okropnie.
Harry, uśmiechając się w ten swój irytująco promienny sposób, stał na klatce schodowej i trzymał w rękach duże tekturowe pudło. Jego twarz była wypoczęta, oczy błyszczały jasną zielenią, a w brązowej kurtce ze skóry, która odsłaniała biały podkoszulek pod spodem, obcisłych spodniach oraz eleganckich zamszowych butach uosabiał to, co dziewczyny zwykły nazywać „gorącym towarem”. Nic nie wskazywało na to, że większość ostatniej nocy spędził w barze i w tym momencie Louis szczerze go za to nienawidził. Sam czuł się strasznie i ledwo udało mu się zwlec z kanapy, na której przeleżał całe popołudnie, by odpowiedzieć na pukanie. Jego wygląd był proporcjonalny do ilości wódki, którą wlał w siebie poprzedniego wieczora, a biorąc pod uwagę fakt, że film urwał mu się dosyć wcześnie, alkoholu musiało być naprawdę dużo.
Mimo to cofnął się o krok, przepuszczając przyjaciela w drzwiach, a potem przekręcił klucz w zamku.
- Dzięki - odpowiedział kwaśno, wywracając oczami. - Co tu robisz o tej porze? Dochodzi dziewiąta.
Harry zatrzymał się w wejściu do salonu, odwrócił się i potrząsnął kartonem, w którym coś zachrobotało.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że w tym mieszkaniu brakuje Ducha Świąt. Przyszedłem to skontrolować i w przypadku stwierdzenia niedopatrzenia, zlikwidować problem. Jestem funkcjonariuszem Pogotowia Gwiazdkowego, mianowanym z urzędu samego świętego Mikołaja - wyjaśnił podniosłym tonem - i z przykrością stwierdzam, że to nie był fałszywy alarm.
Louis parsknął i pokręcił głową, zapominając na chwilę o bolącym żołądku.
- O czym ty w ogóle mówisz? - zapytał z rozbawieniem pomieszanym ze znużeniem, podążając za Harrym do salonu, gdzie nastolatek odstawił swój pakunek na podłogę i zrzucił z siebie skórzaną kurtkę. - Z moją głową nie jest dzisiaj dobrze, więc proszę, wyrażaj się jaśniej.
- Mówię o tym - zaczął Harry, machając w stronę zasłon - że to jest straszne i trzeba to jak najszybciej zmienić!
- Co, te zasłony? - Louis uniósł brwi. - Lubię je, są całkiem ładne.
Chłopak posłał mu współczujące spojrzenie, jakby był niespełna rozumu.
- Rozejrzyj się - nakazał, wskazując dramatycznie na kolejny element wystroju wnętrza. - Co to jest?
Louis przyjrzał się meblowi.
- Regał na książki - odpowiedział beznamiętnie, powracając wzrokiem do Harry’ego, który przytaknął cierpliwie.
- Zgadza się. A co jest niewłaściwego w tym regale?
- Niewłaściwego? Nie wiem, Harry, naprawdę. Jak dla mnie wygląda po prostu jak zwyczajny regał.
Nastolatek klasnął dłońmi, wywołując tym samym falę bólu w głowie Tomlinsona, który musiał przycisnąć palce do skroni, żeby się go pozbyć.
- No właśnie, jest zwyczajny! - niemal krzyknął, a jego głos aż kipiał od rozgorączkowania. - Wszystko tutaj jest zwyczajne i kompletnie nieświątecznie! Za cztery dni Boże Narodzenie, a wy nie macie nawet choinki i jak przystało na biednych studentów, pewnie nie zamierzaliście jej kupić, prawda? Całe szczęście, że macie mnie. W porę to zauważyłem i przyniosłem trochę ozdób, dzięki którym to mieszkanie nabierze świątecznego ducha i pozwoli wam przeżyć święta w miłej atmosferze. Ja zacznę. Ty w tym czasie doprowadź się do porządku, bo naprawdę wyglądasz jak siedem nieszczęść, a dym tytoniowy oraz zapach alkoholu, którymi przesiąkła wczoraj twoja koszulka, czuję nawet tutaj - zakończył, marszcząc sugestywnie nos.
Louis nie zwrócił zbytniej uwagi na ostatni komentarz, bo, no cóż, nie po raz pierwszy miał kaca i wiedział, że nie pachniał wtedy jak bukiet róż, a dopóki mógł leżeć zawinięty w koc na kanapie, nie za bardzo mu to przeszkadzało. Dużo bardziej pochłonęło go słuchanie Harry’ego, mówiącego z wielkim zapałem i entuzjazmem o świętach, jakby wciąż był małym dzieckiem, które wierzy w Mikołaja i z utęsknieniem wyczekuje na pierwszą gwiazdkę w wigilijny wieczór, by móc w końcu rozpakować prezenty. Jego twarz oraz wielkie oczy płonęły prawdziwym podekscytowaniem. Louis nie mógł powstrzymać uśmiechu, który cisnął mu się na usta. Harry zawsze cieszył się z najmniejszych rzeczy i może to nie było najlepsze słowo, ale starszy chłopak uważał to za wyjątkowo uroczą cechę jego charakteru.
- Czyli… chcesz nadać temu pokojowi świątecznego wyglądu, dobrze zrozumiałem? Harry, jeżeli myślisz, że zostawię cię tu samego, żebyś mógł zrujnować mój salon, to grubo się mylisz - powiedział Louis, zaplatając ręce na piersi i obserwując, jak zawartość pudła zostaje wyciągnięta na podłogę. Obaj wiedzieli, że było to zwykłe przekomarzanie się i Louis tak naprawdę nie miał nic przeciwko, by kilka zestawów kolorowych lampek, długi złoty łańcuch i niezliczona ilość plastikowych jabłek o zielonych ogonkach, które Harry zaczął sortować na dywanie według wielkości, ozdobiły szare ściany. Ale mimo to chciał mieć w tej sprawie coś do powiedzenia. W końcu, jakby na to nie patrzeć, to właśnie on spędzał w tym salonie najwięcej czasu i wolałby, aby nie zamienił się w wizję malarza-szaleńca, gdy da Harry’emu wolną rękę. - I skąd ty to wszystko wziąłeś?
- Z domu. Nick nakupił tonę dekoracji, ale nie wszystkie udało mi się wykorzystać, chociaż jego mieszkanie przypomina teraz przepełnioną wystawę sklepu z zabawkami. Wiesz, tak wiele jabłek do powieszenia, a tak mało miejsca - westchnął ciężko, wyraźnie przygnębiony. - Ale to, co zostało, przyda się tutaj. Bądźmy szczerzy, wasze nieprzygotowanie do Gwiazdki jest żałosne i smutne, Louis. Nie zamierzaliście z Liamem niczego zrobić? Nawet najmniejszego stroika?
- Szczerze mówiąc, nawet o tym nie pomyśleliśmy - rzekł Louis, co było zresztą prawdą.
Harry wydawał się absolutnie zgorszony tak obojętną postawą.
- No tak, bo Nowy Jork wcale nie jest obwieszony tonami światełek, na ulicach wcale nie spotyka się tych świrów w przebraniach świętego Mikołaja, którzy namawiają ludzi do wstąpienia w szeregi swoich elfów, a uliczni grajkowie nie śpiewają kolęd pod sklepami monopolowymi. - Ironia wręcz kapała z jego ust. - Wcale, ale to wcale ci się nie dziwię, że zapomniałeś kupić pudełka z bombkami, przecież w supermarketach nie ma oddzielnych stoisk z ozdobami, które piętrzą się pod sufit.
Louis wzruszył ramionami, uśmiechając się na widok oburzenia malującego się na twarzy jego przyjaciela.
- To wszystko to tylko rzeczy - rzekł łagodnie, czując irracjonalną potrzebę wytłumaczenia się. - Ten… jak ty to nazwałeś? Aha, już wiem… Duch Świąt - wykonał w powietrzu znak cudzysłowu - to coś więcej, niż kilka marnych skarpet powieszonych na gzymsie kominka. Atmosfery nie tworzą ozdoby, Harry, a ludzie, z którymi zasiadamy przy stole i dzielimy się opłatkiem, rozmawiając, śmiejąc się i ogólnie ciesząc się ich towarzystwem. Dla mnie święta w Nowym Jorku, kilka tysięcy kilometrów od mojej mamy, sióstr i dziadków, nie są prawdziwymi świętami, więc wybacz, że nie zawracałem sobie głowy kupowaniem bombek.
Harry popatrzył na niego dziwnie. Następnie otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po sekundzie zamknął je i schylił się po łańcuch, chwytając go tak mocno, że kostki jego palców pobielały. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego, jednak kiedy odpowiedział, mówił swoim zwyczajnym, zabarwionym wesołością głosem.
- Ale nie zaprzeczysz, że wieczory z rodziną dużo milej spędza się przy blasku choinki, niż bez niej - stwierdził krótko. - A gdy twoja rodzina jest daleko, na przykład w Anglii, lampki są czasem jedynym, co ci w takich chwilach pozostaje i o niej przypomina. I nie musisz martwić się o swój salon, wszystko będzie z nim w porządku. Idź pod prysznic, a ja w tym czasie powieszę łańcuchy, więc kiedy wrócisz, będziemy mogli wspólnie zająć się resztą. A jeżeli nie zechcesz, zrobię to sam.
Choć mówił spokojnie, coś się zepsuło i jego twarz nie promieniowała już tą beztroską, co wcześniej, która została zastąpiona jakąś inną, trudną do rozszyfrowania emocją. Harry usilnie starał się to ukryć, odwracając głowę w bok i pozwalając swoim lokom opaść na oczy. Louis miał wrażenie, że to jego wina, że zachował się nietaktownie, mówiąc coś niestosownego, ale odtwarzając w głowie każde swoje słowo od początku nie znalazł niczego, co mogłoby spowodować taką zmianę w nastroju Stylesa. Nie ulegało jednak wątpliwości, że coś poszło nie tak, a on tak bardzo chciał znów zobaczyć te zabawne dołeczki w policzkach, pojawiające się zawsze, gdy usta Harry’ego rozciągały się w uśmiechu, że pozwoliłby mu na wszystko, aby tylko znów się pokazały.
- Nie, to bardzo dobry pomysł - zaoponował Louis, choć jego żołądek zdecydowanie buntował się przeciwko jakiemukolwiek wysiłkowi fizycznemu. - Może nie doceniłem dostatecznie tajemniczej mocy lampek? Daj mi kwadrans. Możesz włączyć w tym czasie telewizor lub zrobić sobie coś do jedzenia w kuchni, jeżeli jesteś głodny.
Umycie się i przebranie w jakieś przypadkowe dresy (nadal nie pamiętał o zrobieniu prania) zajęło mu trochę więcej czasu, ponieważ w trakcie doświadczył nagłych mdłości i musiał od nowa myć zęby. Jednak kiedy w końcu pojawił się z powrotem w salonie, jego samopoczucie zdecydowanie uległo poprawie. Wprawdzie wciąż był wykończony, ale przynajmniej nie przypominał sponiewieranego ćpuna na głodzie, o czym Harry był go łaskaw poinformować, gdy tylko stanął obok niego gotowy do pracy.
- Uznam to za komplement - powiedział Louis, podnosząc z podłogi plątaninę przewodów. - Gdzie mam to powiesić, Świąteczny Ratowniku?
Harry oderwał wzrok od końca łańcucha, który próbował przykleić do karnisza za pomocą bezbarwnej taśmy samoprzylepnej, wskazując podbródkiem ścianę za telewizorem.
- Tam. I dla ścisłości, Gwiazdkowy Ratowniku. Bądźmy precyzyjni, w przeciwnym wypadku ktoś mógłby pomyśleć, że na Wielkanoc usługuję królikowi.
- Jasne, przepraszam - odparł poważnie Louis, wywracając oczami za plecami Harry’ego. Był jednak zadowolony, że chłopak odzyskał humor i stara się żartować. - To rzeczywiście byłaby wielka hańba.
Rozplątanie kabli zajęło mu dobrych kilka minut, ale schody zaczęły się dopiero później, kiedy podłączył wtyczkę do kontaktu i okazało się, że jest za niski, aby zaczepić świecidełka na gwoździach, które wbili poprzedni właściciele mieszkania. Stawał na palcach i wyciągał ramiona do granic możliwości swoich mięśni, stękając z wysiłku, jednak wciąż brakowało mu kilku głupich centymetrów wzrostu, aż w końcu Harry musiał zamienić się z nim miejscami i samodzielnie owinąć kabel wokół najwyżej położonego gwoździa, co nie wymagało od niego nawet wyprostowania łokci. Louis nigdy nie miał kompleksów na punkcie swojego wzrostu, ale patrząc na smukłą i długą sylwetkę Stylesa, ogarniało go lekkie poczucie zazdrości, ponieważ przy nastolatku żadna dziewczyna nie narzekałaby, że nie może wkładać obcasów (co Louisowi parę razy zdarzyło się usłyszeć od Eleanor). Postanowiwszy jednak nie roztrząsać czegoś, na co i tak nie miał wpływu, Tomlinson dokończył zawieszanie ozdób na niższej części ściany, a następnie poszedł pomóc Harry’emu w przyczepianiu plastikowych jabłek. Wspólne dekorowanie salonu dosyć szybko przerodziło się w bitwę na jabłka, ponieważ obaj chłopcy doszli do wniosku, że celowanie nimi do ruchomego celu jest o wiele zabawniejsze, niż przymocowywanie ich do mebli. Kulki latały we wszystkich kierunkach, częściej uderzając w szyby okien lub w oparcie kanapy, niż w nich samych, ale kontynuowali zabawę, dopóki nie skończyli na podłodze, spoceni i zziajani, jakby dopiero co sprintem przebiegli milę.
Louis leżał na plecach, łapiąc się za serce i śmiejąc w stronę sufitu, na którym migotały różnobarwne plamki, odkąd Harry zgasił główne światło twierdząc, że w ten sposób uzyskają świąteczny klimat. Nie dało się ukryć, że w pokoju rzeczywiście było milej, a na pewno o wiele bardziej kolorowo i Tomlinson był wdzięczny, że Harry zdecydował się tu dzisiaj przyjść, bo o ile same dekoracje nie były niczym szczególnym, to jego towarzystwo jak najbardziej.
- Więc - wysapał Harry, leżąc kilka metrów dalej z głową opartą o poduszkę, którą ściągnął sobie z kanapy. - Jak ci się podoba nowy wystrój?
- Nie jest to może szczyt bezguścia, ale zawsze mogło być le… Ał! - Obce palce boleśnie wbiły się pod żebra Louisa. - Żartowałem, żartowałem! Podoba mi się, naprawdę, i jestem pewny, że Liam także to polubi!
Harry uśmiechnął się z zadowoleniem, w pełni usatysfakcjonowany taką odpowiedzią, i zamknął oczy. Louis nie od dzisiaj wiedział, że chłopak uwielbiał stawiać na swoim. Ostatnie słowo zawsze musiało należeć do niego, każda kłótnia kończyła się jego wygraną, a kiedy zdarzyło mu się trafić na kogoś, kto mu się sprzeciwił, popadał w rozdrażnienie i stawał się milczący. Jednak pod tą impertynencką powłoką kryła się wrażliwa dusza, która czasami dawała o sobie znać, gdy Harry patrzył na małe dzieci bawiące się w parku lub dzielił się ostatnim kawałkiem pizzy, i warto było przetrwać jego humory, aby być tego świadkiem.
Louis westchnął w duchu, rozmasowując bolące żebra. Bądź co bądź, on także lubił górować nad przeciwnikiem.
- No dobra, już wiemy, że moje święta będą do bani - odezwał się. - Teraz możesz mnie oślepić wspaniałością swoich.
- Och, Grimmy wraca i w Wigilię idziemy na kolację do jednego z jego przyjaciół.
Mina Louisa zrzedła. Całkiem zapomniał o chłopaku Harry’ego, który przez ostatnie trzy tygodnie był nieobecny, pracując nad czymś w Londynie, dzięki czemu przyjaciele mogli spędzać ze sobą dowolną ilość czasu. Kiedy Nick pojawi się z powrotem w Nowym Jorku, wszystko się zmieni i to nie była najweselsza myśl.
- Brzmi dobrze. - Zdołał przywołać na twarz nikły uśmiech, żeby Harry się nie zorientował, jak bardzo był rozczarowany. Do tej pory o tym nie wiedział, ale chyba podświadomie miał nadzieję, że spędzą Gwiazdkę razem, a tymczasem Styles miał swoje plany, w których nie było miejsca dla Louisa. - Grimmy na pewno ma świetnych przyjaciół.
Harry mruknął pod nosem coś w rodzaju „tak, są bardzo weseli” i przekręcił się na brzuch, składając ręce pod brodą. Jego świdrujące spojrzenie wbiło się w Louisa, który wbrew sobie zaczął rozmyślać o śmiesznie długich rzęsach wokół tych zielonych oczu, błyszczących w świetle kolorowych lampek.
- No a ty, Lou? Co będziesz robił? - zapytał Harry, unosząc do góry brwi. Jego sylwetka promieniowała łagodnym zaciekawieniem, a wzrok ani na moment nie odbiegał na bok, patrząc wprost w niebieskie tęczówki.
- Eee… - Louis miał pewne kłopoty ze skupieniem się na poprawnym mówieniu. - W Wigilię może połączę się z rodziną przez Skype’a, bo od dawna nie widziałem jej w komplecie, a potem zamówimy z Liamem kurczaka i będziemy oglądać świąteczne programy w telewizji, dopóki nie zaśniemy na kanapie.
- Moja mama zawsze robiła indyka - wtrącił Harry.
- Cóż, moja też, ale spróbuj zamówić indyka na wynos i nie zapłacić fortuny. Na czym skończyłem? Aha, już wiem. Następnego dnia jestem zaproszony do Zayna, który robi dla mnie imprezę urodzinową. Ale udawaj, że o niczym nie wiesz, oficjalnie jest to po prostu impreza z okazji wolnego od pracy. Resztę świąt spędzę na błogim lenistwie.
Harry zapytał, ile lat Louis skończy, a kiedy usłyszał liczbę, kilka razy zamrugał z zaskoczenia.
- Dwadzieścia jeden - zamyślił się. - To tutaj szczególny wiek. Będziesz mógł sobie legalnie kupić piwo, chociaż wczoraj i tak nie miałeś z tym żadnego problemu. - Uśmiechnął się znacząco, chociaż nie było w tym drwiny. - Powinienem ci coś podarować.
Louis pokręcił głową.
- Nie musisz mi niczego dawać, Harry.
- Ale chcę. Gdybym to ja miał urodziny, zrobiłbyś to samo i nawet nie próbuj zaprzeczać, bo zdążyłem już cię dobrze poznać! - Chłopak podźwignął się na łokciach i usiadł ze skrzyżowanymi nogami, patrząc z góry na wciąż leżącego na plecach Louisa. - A teraz opowiadaj, jak planujesz uczcić to ze swoją dziewczyną. Jakiś pikantny sex-telefon? Albo cybersex przez Skype’a? A może przyleci do Stanów na przerwę świąteczną i zamkniecie się na tydzień w sypialni? Założę się, że to jedna z tych ślicznych dziewczyn, do których wzdychało całe liceum. No więc?
Zabębnił wyczekująco palcami o posadzkę. Louis był wdzięczny za przytłumione światło w salonie, które ukryło jego różowe policzki i właśnie zastanawiał się nad odpowiedzią, gdy rozległ się dźwięk jego komórki. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy na wyświetlaczu zobaczył imię Eleanor.
- O wilku mowa - mruknął, a Harry uśmiechnął się znacząco. - Nie, nie planowaliśmy żadnego seksu przez telefon! Na miłość boską - pokręcił głową i nacisnął zieloną słuchawkę - dzieci w tych czasach… Hej, El.
- Jakie dzieci? - rozległ się napięty głos po drugiej stronie. Styles wciąż podśmiewał się pod nosem i Louis rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Nic takiego, nie zwracaj na to uwagi - powiedział. - Mówiłem do kogoś innego. Coś się stało?
Eleanor milczała przez chwilę, a potem westchnęła ze zdenerwowaniem.
- Możesz rozmawiać?
- Tak, ale o co…
- Z nami koniec, Louis, to się stało. Nie potrafię żyć w związku na odległość. Potrzebuję chłopaka tutaj na miejscu, a nie w Ameryce, gdzie robi nie wiadomo co z nie wiadomo kim.
Louis zamarł z półotwartymi ustami To musiała być pomyłka i Eleanor wcale z nim właśnie nie zrywała, jego uszy najwyraźniej nie pracowały poprawnie.
- Trzy miesiące męczyłam się z myślą, że może poznasz kogoś innego, podczas gdy ja będę wiernie czekać w samotności na twój powrót. Nic nie mówiłam, wiem - przyznała, zanim Tomlinson zdążył zapytać. - Myślałam, że dam radę i na początku tak było. Jednak ta niepewność zniszczyła całkiem to, co do ciebie czułam. Przepraszam, Lou, że robię to teraz, kiedy za kilka dni jest Boże Narodzenie oraz twoje urodziny, ale nie mogę czekać do lutego. Ty zasługujesz na szczerość, a ja mam prawo zacząć wszystko od początku.
-Ale… dlaczego? - To było wszystko, na co się zdobył. Chciał wiedzieć, dlaczego tak szybko się poddała, dlaczego nie próbuje ratować ich związku. Razem przecież daliby radę, wystarczyłoby trochę poświęcenia ze strony każdego z nich. Kiedy tak bardzo się od siebie odsunęli? Nic nie zauważył. Owszem, Louis był ostatnio zajęty spotykaniem się z Harrym i rzadziej dzwonił do dziewczyny, ale wciąż o niej myślał… gdy akurat jego uwagi nie zaprzątała przyjaźń z pewną kudłatą postacią, która siedziała dwa metry dalej i przypatrywała mu się z przekrzywioną głową.
- Jestem tak strasznie tym zmęczona - Eleanor ponownie westchnęła. - Byliśmy razem od początku liceum, spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, aż nagle wyjechałeś, a ja zostałam sama. Nie mogłam sobie z tym poradzić i… Louis, poznałam kogoś. Kochałam cię i nigdy nie zdradziłam, ale myślę, że nic już z tego nie będzie. Odchodzę.
Czy Harry słyszał, o czym mówiła Eleanor? Miał taką minę, jakby dotarło do niego każde pojedyncze słowo. Louis czekał na nadejście fali bólu, żalu lub gniewu, a przynajmniej smutku, ale z każdą minutą czuł coraz większą pustkę i w końcu dopuścił do siebie fakt, że zakończenie związku nie jest dla niego tak wielką stratą. Był w szoku, jednak nie było to rozrywające serce uczucie, którego się spodziewał.
- Jesteś w stu procentach pewna, że tego właśnie chcesz? - zapytał, bawiąc się materiałem spodni na swoim kolanie. Co się stanie, gdy usłyszy „tak”?
- Tak - wyrzuciła z siebie Eleanor i… nic się nie stało. - Przyjąłeś to lepiej, niż się spodziewałam. Myślałeś o tym samym? Mam na myśli, zanim zadzwoniłam.
- Nie - powiedział. - Nie, ale… jeżeli tego chcesz, to ja… Nie mam pojęcia, El, to wszystko jest takie dziwne.
- Wiem, mam tak samo. Muszę już kończyć, Lou. Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że po powrocie spotkamy się gdzieś jako przyjaciele. Mimo wszystko dobrze nam ze sobą było.
- Tak, tak, koniecznie. Cześć.
Kiedy trzymał w ręce wygaszony telefon dotarło do niego, że jest wolny. Pierwszy raz od czterech lat. Uczucie było tak obce, że przez długi moment nie potrafił oderwać wzroku od podłogi, a samo przyzwyczajenie się do nowej sytuacji zapewne zajmie mu dużo czasu. Nic go już nie ograniczało, nie miał względem nikogo żadnych zobowiązań i mógł robić to, na co przyjdzie mu ochota.
Harry odchrząknął, zwracając na siebie jego uwagę.
- Sądząc po twojej minie, nici z urodzinowego seksu - powiedział nastolatek. - Zerwała z tobą?
Louis rzucił mu zmęczone spojrzenie i przytaknął głową.
- Dlaczego?
- Bo… - Tomlinson się zawahał. - Nasz związek nie przetrwał próby czasu, to wszystko. Nie spodziewałem się tego, Harry. Powinienem czuć taką pustkę?
Styles pociągnął nosem, robiąc jakiś dziwny ruch ręką. Louis miał nadzieję, że usłyszy od niego wyjaśnienie powodu, dla którego czuł to, co czuł, ale Harry wydawał się równie bezradny w tej sytuacji. Może Eleanor zadawała od dawna sobie podobne pytanie? Nie wiedział, kiedy dokładnie ich miłość wygasła.
- Przypuszczam, że to się szybko zmieni - Harry wymamrotał w końcu cicho. - Kiedy uwierzysz, że to prawda, poczujesz masę innych uczuć. Złość, rozpacz, żal, smutek, to wszystko uderzy w najmniej oczekiwanym momencie i jeszcze zatęsknisz za pustką. Miałem podobnie, gdy moi rodzice… miałem podobnie.
W pokoju zapanowała ciężka, napięta atmosfera. Ciszę przecinały jedynie odgłosy przejeżdżających daleko za oknem samochodów i brzęczenie zegarka, gdy wskazówki zatrzymały się na pełnej godzinie, ogłaszając nadejście północy. To było jednak nieważne. Louis zbliżył się do Harry’ego, który podciągając nogi pod brodę, wyglądał niezwykle krucho i bezradnie.
- Co zrobili twoi rodzice?
Harry nie odpowiedział. Jego powieki opadły i starszy chłopak przestraszył się, że za chwilę wypłyną spod nich łzy.
- Czy to ma związek z twoją orientacją? - Spróbował jeszcze raz, starając się nadać swojemu głosowi najdelikatniejsze z możliwych brzmień. - Nie zaakceptowali tego, że jesteś gejem?
Spomiędzy ust nastolatka wydobyło się zduszone parsknięcie skrzyżowane ze szlochem.
- Chciałbym, żeby o to chodziło - wyrzucił z siebie, pocierając wściekle suche policzki. - Niestety, nigdy nie mieli okazji mnie nie zaakceptować. Zginęli, gdy miałem czternaście lat.
Harry nie płakał. Jego oczy były teraz szeroko otwarte, ale suche i nastolatek patrzył z uporem przed siebie, unikając wzroku Louisa, który przeżył kolejny wstrząs w przeciągu kilku minut.
- Nie wiem, co mógłbym ci powiedzieć - wyszeptał Tomlinson. Chciał go pocieszyć, ale nie miał pojęcia jak. Gdyby Harry był dziewczyną po prostu objąłby ją i przytulił, pozwalając jej wypłakać się w swoją koszulę, jednak nie mógł tego zrobić, bo siedzący przed nim chłopak za wszelką cenę próbował dowieść, że wszystko z nim w porządku. - Tak mi przykro.
Wyciągnął rękę i niepewnie poklepał przyjaciela po ramieniu. Czekał, aż Harry się odsunie, każąc mu iść do diabła, ale nie zrobił tego, więc Louis ośmielił się położyć swoją dłoń na jego łopatce w pokrzepiającym geście. Nie spodziewał się tego, że Harry odwdzięczy mu się bladym, niewesołym uśmiechem, a potem dotknie palcami jego kolana.
- Po ich śmierci usłyszałem dostatecznie dużo, aby wystarczyło mi na całe życie - oświadczył, zdejmując rękę Louisa ze swojego barku i delikatnie kładąc ją na podłodze obok. - Staram się o tym nie myśleć, ale Boże Narodzenie to szczególnie ciężki czas i czasami wszystko wraca. Nie chciałem ci jeszcze bardziej psuć wieczoru, przepraszam.
- Harry, przestań - zganił go Louis, chwytając go pod brodę, by zmusić do nawiązania kontaktu wzrokowego. - Jesteśmy przyjaciółmi i chcę, abyś mówił mi takie rzeczy. Po to tu jestem, żebyś nie był w takich chwilach sam. I może nie znamy się długo, ale czuję jakby tak było i jeżeli jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić…
Obaj podskoczyli, gdy w przedpokoju rozległo się nagłe trzaśnięcie drzwiami. Wciąż trzymając twarz Harry’ego, Louis obrócił głowę w stronę oświetlonego korytarza i ujrzał Liam, który zdążył zdjąć już kurtkę, ukazując wszystkim to, co miał pod spodem. Jego koszula był krzywo zapięta i pognieciona, a szyję ponad i przy kołnierzyku zdobił szereg purpurowych śladów. Gdyby Louis nie znał swojego współlokatora pomyślałby, że to ślady ugryzień, ale w przypadku Liama to było coś nie do pomyślenia, w dodatku jego mina wyrażała czystą rozpacz. Nie mógł się jednak dowiedzieć prawdy, ponieważ Payne bez słowa minął wejście do salonu i zniknął w drzwiach swojej sypialni.
Harry i Louis wymienili spojrzenia. Ręce Tomlinsona opadły na jego podołek.
- Chyba nie tylko nasz wieczór był do dupy - podsumował Harry, podnosząc się z podłogi. - Dzięki, dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto się tym przejmuje. Masz ochotę na herbatę?
Louis, podążając jego śladem, mimo wszystko pomyślał, że jeżeli chodziło o niego, wcale nie było aż tak źle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz