Szare światło poranka przedarło się przez zasłony i ugodziło w twarze śpiących na łóżku chłopców, początkowo nie wywołując z ich strony żadnej reakcji. Było zdecydowanie za wcześnie, by którykolwiek z nich zdążył wypocząć po wyczerpującej nocy, więc drażniącym promieniom przez długą chwilę nie udawało się ich obudzić, pozostawiając obu młodzieńców pogrążonych w słodkich marzeniach sennych. Nie wiedzieli, że śnią o sobie nawzajem. Oba umysły wykreowały odrębne iluzje, różniące się od siebie każdym najmniejszym nawet szczegółem i będące charakterystycznymi dla danego właściciela, jednak bohaterowie pozostali ci sami - Harry i Louis razem. To były naprawdę piękne sny: kolorowe, przepełnione szczęściem i harmonią, których brakowało im dotąd w prawdziwym życiu. Nic więc dziwnego, że gdy sen Louisa zaczął się w końcu rozwiewać, chłopak z całych sił próbował zatrzymać go w miejscu, a kiedy jego starania spełzły na niczym, jęknął i wtulił twarz głębiej w ciepłą poduszkę, chcąc przynajmniej zapamiętać jak najwięcej umykających mu obrazów. Włosy Harry’ego na tle soczysto zielonej trawy. Jego śmiejące się oczy. Dołeczki w zarumienionych policzkach. Usta układające się w dwa bezcenne słowa kocham cię. Nie obraziłby się, gdyby takie widoki towarzyszyły mu do końca życia i to nie tylko na jawie, ale także po przebudzeniu. Zwłaszcza wtedy.
Westchnął ze świadomością, że być może nigdy nie będzie mu to dane. Docisnął policzek mocniej do poduszki, która tego dnia była wyjątkowo wygodna i pachniała w osobliwy, chociaż bardzo ładny sposób, a także… oddychała? Louis zmarszczył brwi i otworzył ciężkie powieki. To, co zobaczył, szybko wskoczyło na pierwsze miejsce jego listy Najbardziej Zapierających Dech W Piersiach Rzeczy.
Bowiem na linii jego wzroku, spokojnym, miarowym tempem, unosiła się i opadała naga klatka piersiowa. Dalej, za żebrami, rozciągał się płaski, niemal wklęsły brzuch z rzadką linią ciemnych włosków, który kończyły wystające kości miednicy oraz skotłowana pościel. Koce ukrywały dolne partie smukłego ciała, ale Louis wiedział, że skóra w tamtym miejscu była tak samo blada i delikatna jak wszędzie indziej. W jednej sekundzie wspomnienia z minionej nocy zalały jego głowę, wywołując falę gorąca na policzkach, i Tomlinson odkrył, że to, co dotąd brał za poduszkę tak naprawdę było zagłębieniem szyi Harry’ego, a sam chłopak nadal mocno pod nim spał, otaczając go ramieniem. Wyglądał jak ucieleśnienie niewinności. Miał nieznacznie rozchylone usta, rysy twarzy wygładzone i jakby młodsze niż zazwyczaj, pod pewnym względem może nawet dziecięce, a na pewno dużo spokojniejsze. Tylko splątane, przyklejone do skroni włosy dawały jasno do zrozumienia, że nie spędził nocy na grze w szachy; Louis doskonale pamiętał, jak odgarniał mu z czoła wilgotne od potu kosmyki, gdy chłopak drżał, uspokajając się po orgazmie.
Nie mógł oderwać od niego spojrzenia. Coś silnego, jakby niewidzialna pięść, ściskało jego płuca, uniemożliwiając mu normalne oddychanie, w dodatku Louis zaczynał się obawiać, że szaleńcze bicie jego serca obudzi Harry’ego. To było wspaniałe, choć trochę niepokojące uczucie i wiedział, że należało porzucić wszelką nadzieję na ratunek. Wpadł po uszy. Kompletnie stracił głowę dla swojego najlepszego przyjaciela.
Delikatnie uniósł rękę i uważając, aby nie przycisnąć za mocno, obrysował kontury tatuażu pod obojczykiem Harry’ego. Nastolatek w krótkim czasie zmienił niektóre części swojego ciała w prawdziwy brudnopis, tatuując sobie wiele śmiesznych rzeczy, które dla postronnych obserwatorów nie miały najmniejszego sensu, ale Louis mimo wszystko lubił na nie patrzeć. Znał Harry’ego, dlatego był pewny, że każdy obrazek symbolizował coś ważnego i odkrywanie tych tajemnic było fascynujące. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale głęboko w środku siebie chciałby, żeby kiedyś pojawiło się tam coś, co będzie miało związek także z nim samym. Choćby najmniejszy z maleńkich znaczków, ponieważ Harry właśnie w ten sposób wyrażał swoje uczucia względem innych ludzi - mówił, że są częścią jego życia.
Louis powiódł palcami w dół, docierając do rysunku sporej klatki dla ptaków, a potem dotknął po kolei każdego tatuażu na bicepsie Stylesa, który znajdował się w zasięgu jego ręki. Nie zdawał sobie sprawy, że je zlicza, dopóki nie zatrzymał się na numerze szesnaście. Z tego co wiedział, Harry miał ich prawie dwa razy więcej.
- Mamy lekką obsesję na punkcie moich tatuaży, hmm? - Rozległ się niski, zaspany głos i Louis podniósł zaskoczony wzrok, by napotkać zielone tęczówki, w których tańczyło niemrawe rozbawienie pomieszane z czymś trudniejszym do nazwania.
- Długo nie śpisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Harry ziewnął i wolną dłonią podrapał się po szczęce.
- Chwilę. Ktoś był na tyle miły, że obudził mnie łaskotkami - mruknął, wskazując brodą na rękę Louisa, która wciąż spoczywała na jego boku. Chłopak szybko zabrał ją stamtąd, speszony tym, że dał się przyłapać. - Przyznaj, Tomlinson. Lubisz chłopaków z tatuażami.
Rozciągnął bezczelnie wargi, odsłaniając rząd białych zębów. Louis miał ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy, najlepiej teraz i przy pomocy własnych ust, ale zdołał się powstrzymać. W zamian podparł się na łokciu i spojrzał na niego z góry.
- Może i jest jeden, który rzeczywiście mi się podoba - przyznał z pozornie obojętną miną. - Myśli, że tatuaże dodają mu męskości, zwłaszcza ten w kształcie ciastka. Bez nich wszyscy traktowaliby go jak dziecko… ups, przepraszam. Nadal tak robią.
Harry parsknął kpiąco, a następnie szturchnął Louisa w ramię i wykorzystał fakt, że obejmował go w talii, by przekręcić ich w miejscu i wgnieść starszego chłopaka w materac. Zawisnąwszy nad nim, skrępował mu nadgarstki po obu stronach głowy. Niebieski wisiorek, który zawsze nosił na szyi, zakołysał się i zaczął obijać się o podbródek Louisa.
- Jesteś taki zabawny, Lou. Bardzo, bardzo śmieszne. W takim razie jakie to uczucie być unieruchomionym przez dziecko? - zapytał, drażniąc skórę Tomlinsona gorącym oddechem. - Jak to jest być mniejszym i słabszym? Och, albo jeszcze lepiej: jakie to uczucie wiedzieć, że niedawno pieprzyłeś to dziecko we własnym łóżku?
Louis przełknął ślinę, czując suchość w gardle i znajomą sensację w podbrzuszu. Oblizał wargi, odchrząkując, a cień uśmiechu przebiegł mu przez twarz.
- Całkiem dobre - zaczął nonszalancko, nie będąc do końca zadowolonym z roli, która została mu przydzielona. Jakkolwiek uwielbiał, gdy Harry przejmował inicjatywę (a był w tym naprawdę dobry), to jednak wolał sam sprawować kontrolę nad rozwojem sytuacji. Rozłożony na łopatki, był zdany wyłącznie na łaskę młodszego chłopaka i nic nie mógł z tym zrobić, choć z drugiej strony prawie trząsł się z podniecenia. - Ale myślę, że mogło być lepiej.
- Mogło być lepiej - powtórzył Harry ze zmrużonymi oczami, powstrzymując śmiech i pochylając się niżej, żeby musnąć miękkimi od snu ustami jego policzek. W mig zrozumiał zasady rozgrywającej się pomiędzy nimi specyficznej gry. - W takim razie co ty na to, żebyśmy…
W tym momencie zadzwonił budzik.
Harry zaklął i spojrzał ze ściągniętymi brwiami na stolik nocny, prawie krztusząc się na widok czerwonej cyfry na prostokątnym wyświetlaczu.
- Już dziewiąta? - zapytał głucho, puszczając nadgarstki Louisa i staczając się z niego na bok. Tomlinson przełknął uczucie straty i rozczarowania, kiedy przestało go otaczać przyjemne ciepło drugiego człowieka, nie bardzo wiedząc, dlaczego jego przyjaciel tak zareagował. - Myślałem, że dzisiaj pracujesz!
- Zayn otwiera studio dopiero o jedenastej. Harry, co się stało? - Louis podniósł się do pozycji siedzącej i wyłączył irytujący alarm budzika, podczas gdy nastolatek zeskoczył już z łóżka w poszukiwaniu swoich ubrań. - Dokąd idziesz?
- Do domu. Cholerna zima i jej późne poranki! - zawołał tamten, wciągając bokserki na wąskie biodra. - Przepraszam, ale… Grimmy może w każdej chwili wrócić. Muszę zdążyć przed nim.
Louis zastygł z ręką zaciśniętą na kołdrze. Na wspomnienie Nicka Grimshawa jego żołądek wykonał nieprzyjemny obrót, a potem opadł ciężko na dno brzucha, pozostawiając na swoim miejscu mdlącą pustkę. Uświadomił sobie z przejęciem, że była to po prostu obezwładniająca zazdrość. I okropny ból w sercu, ponieważ chłopak, w którym się zakochał, i z którym spędził jedną z najlepszych nocy w swoim życiu, właśnie zamierzał go zostawić dla innego mężczyzny.
- No tak - zdołał wykrztusić, spuszczając oczy na kolana przykryte cienką poszewką. Wiedział, że ciemne rumieńce zdradzają to, co się z nim działo, więc nawet nie próbował ukryć rozgoryczenia w swoim głosie. - Rzeczywiście, miał wyjechać o poranku.
W pokoju zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosem zapinanego rozporka, szelestem materiału i cichym stąpaniem bosych stóp po panelach. Louis powtarzał sobie, że nie ma prawa być zły, ponieważ Harry od początku do końca był z nim szczery - nie zamierzał zakończyć swojego związku z Grimmym. Powiedział to głośno i wyraźnie, a jeżeli Tomlinson mimo wszystko robił sobie nadzieje, było to tylko jego problemem.
I może dlatego, zanim zdążył to przemyśleć, wypalił:
- Harry, nie przespałbyś się ze mną, gdyby to nie było moim życzeniem, prawda?
Chociaż wciąż wlepiał wzrok w dół, mógł usłyszeć, że nastolatek zatrzymał się w połowie kroku. W cichym pomieszczeniu jego słowa były przerażająco głośne, jakby wykrzyczał je przez megafon lub nadał przez rozkręcone do granic możliwości radio.
- Tak - padła odpowiedź, brutalnie rozwiewając wszelkie złudzenia. - Nie zrobiłbym tego. Nie mógłbym.
Louis wolno skinął głową na znak, że rozumie i wzdrygnął się, gdy silne ręce pociągnęły go nagle do góry, zmuszając do opuszczenia łóżka. Nie zauważył, kiedy Harry do niego podszedł, ale był zadowolony, że nie miał w zwyczaju spania nago i nie musiał stać naprzeciw chłopaka bez ubrania, nawet jeżeli miał na sobie jedynie bieliznę.
- To, co powiem, może być w tej sytuacji śmieszne, ale nigdy bym nie zdradził Grimmy’ego - rzucił poważnie Harry, zmuszając Louisa do spojrzenia sobie w oczy. - Nie tylko jego, nikogo.
- Uprawiałeś ze mną seks. Twoim zdaniem to nie jest zdrada?
- Zdrada nie z mojej woli, ponieważ obiecałem spełnić każde twoje życzenie. Wybrałeś sobie akurat takie.
- Harry, do niczego cię nie zmusiłem…! - zaprotestował Louis, czując się coraz gorzej. Próbował się odsunąć, ale mocny uścisk na ramionach zatrzymał go w miejscu.
- Wiem! Wiem - dodał ciszej Styles. - Kurwa, to źle zabrzmiało. Twoje życzenie jest moim wytłumaczeniem, okej? Żebym mógł spojrzeć sobie w lustrze w twarz. Gdyby nie ono, nigdy bym tego nie zrobił, nieważne, jak bardzo bym chciał. Wydawało mi się, że wczoraj w samochodzie to rozumiesz i nie masz nic przeciwko.
- Nie miałem i nie mam, tylko… - Tomlinson nabrał głębiej powietrza. - Nie wiem, na czym stoję. Kim teraz dla siebie jesteśmy?
Harry potrząsnął bezradnie ramionami.
- Nie mam pojęcia, Lou. Myślę, że będzie lepiej dla nas obydwu, jeżeli potraktujemy to jako jednorazową przygodę. Nie mogę… Przepraszam.
Louis zamknął oczy. Był pewny, że cała krew odpłynęła z jego mózgu, ponieważ nie potrafił wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. Każda była żałosna i brzmiała jak błagalny skowyt. Nie chciał się zachowywać jak wzgardzona kobieta.
- Mój samolot odlatuje w piątek osiemnastego stycznia o szesnastej - powiedział bezbarwnie. - Jeżeli zmienisz zdanie, będę czekał z zarezerwowanym dla ciebie biletem. Teraz możesz iść.
- Lou…
- Naprawdę, Harry. Idź już.
- Louis, proszę…
- Idź!
Usłyszał westchnięcie i ciepłe ramiona otoczyły jego plecy, przyciągając go do szerokiej klatki piersiowej. Serce Louisa przyspieszyło, kiedy jego nos automatycznie odnalazł zgięcie szyi Harry’ego, jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, i chłopak nie mógł się powstrzymać przed potarciem policzkiem o gładką skórę, chociaż wiedział, że nie powinien tego robić. Potem Harry zniknął, a Louis został sam w bezlitośnie ostrym świetle poranka.
***
Po długim prysznicu i włożeniu na siebie pierwszych ubrań, jakie znalazł w szafie, Louis wszedł do kuchni i na posprzątanym blacie znalazł oficjalnie wyglądające pismo. Leżało przy pojemniku na chleb, niczym niezabezpieczone, więc odruchowo je podniósł i bez większego zainteresowania zerknął na wytłuszczony nagłówek.
Wypowiedzenie umowy o pracę
Co takiego? Zatrzymał się ze zdziwieniem i wzniósł wzrok wyżej. Nad nagłówkiem, drobnym pismem odręcznym, widniało nazwisko Liama Jamesa Payne.
Odnalezienie współlokatora zabrało mu mniej niż minutę.
- Co to ma znaczyć? - zapytał, machając dokumentem przed twarzą Liama, który siedział na kanapie przed telewizorem i czytał notatki ze szkoły. - Dlaczego odchodzisz z Malik Tattoos?
- Nie będę już tam pracować - odpowiedział szatyn, odkładając na bok swój notatnik. - Chciałem cię prosić, żebyś zaniósł dzisiaj moje wypowiedzenie Perrie.
- Dlaczego? - powtórzył bez zrozumienia Louis, rozkładając ręce. - W piątek nie mówiłeś, że planujesz rezygnację!
- Mam swoje powody, Lou. Zaniesiesz je? Proszę, nie ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić za mnie. Ja… p-pokłóciłem się z Zaynem i teraz… Zrobisz to?
Louis wypuścił ze świstem powietrze, sfrustrowany. Ten rok zaczynał się naprawdę okropnie, a to dopiero drugi dzień i jeżeli nadal wszystko będzie się tak psuć, do lutego zdąży się posypać całe jego dotychczasowe życie. Złożył trzymaną przez siebie kartkę na pół i przysiadł na oparciu kanapy.
- To naprawdę takie straszne, że musiałeś aż zrezygnować z pracy? O co poszło?
Nie przegapił głębokiego rumieńca, jaki oblał policzki i kawałek szyi jego przyjaciela. Liam odwrócił wzrok, zagryzając usta.
- Nieważne, naprawdę. Po prostu nie chcę się z nim widzieć.
- Nic mi nie mówisz i oczekujesz, że od tak zaniosę to do…
- Ty też o niczym mi nie powiedziałeś! - przerwał mu Payne.
- Niby o czym miałem ci powiedzieć?
- O Harrym Stylesie - Louis poczuł się tak, jak gdyby ktoś wymierzył mu kopniaka w brzuch - i o twojej nowoodkrytej orientacji. Kiedy to się stało?
Tomlinson uchwycił zaniepokojone spojrzenie, które jasno dawało do zrozumienia, że chłopak nie jest pewny, co o tym myśleć. I nic dziwnego. Z jakiegoś powodu od samego początku nie przepadał za Harrym, a Harry śmiał się na samo wspomnienie Liama. Cokolwiek się między nimi wydarzyło, zniechęcało obie strony.
Louis potarł wolno kark.
- Och, okej. Jesteśmy kwita - odparł, z trudem wytrzymując kontakt wzrokowy. Po odbytej wcześniej rozmowie z Harrym, wcale nie chciał roztrząsać swojego życia uczuciowego od nowa. Zwłaszcza teraz, gdy stanowiło jeden wielki bałagan. - To się zaczęło w moje urodziny. A może już wcześniej? Cóż, nie mam pojęcia, Liam. Powiedziałbym ci wcześniej, ale naprawdę nie wiedziałem, że to idzie w tym kierunku.
Liam przełknął ślinę i skinął głową.
- Czy wy dzisiaj w nocy…
- Tak - rzucił szybko Louis, z lekkimi wypiekami na policzkach. - Ale nie rozmawiajmy o tym, proszę!
- Boże, nie miałem nawet takiego zamiaru - zawołał ze zgrozą Liam i Louis wbrew sobie zachichotał. Chłopak był czasami naprawdę uroczy w swoim zakłopotaniu. - Więc… jesteście teraz parą, czy jak?
- Nie - mruknął Louis, odwracając głowę. Ból w klatce piersiowej, który na chwilę osłabł, wrócił z całą swoją mocą. - Harry jest przecież z Grimmym. To trochę skomplikowane. Powiesz mi teraz, o co pokłóciłeś się z Zaynem?
- Jak chcesz. Ale pamiętaj, że zawsze możemy o tym pogadać. Zwłaszcza teraz, gdy przestały ci się podobać dziewczyny. Ja i Zayn… Cholera. - Brwi Tomlinsona pofrunęły do góry, ponieważ Liam pierwszy raz użył przy nim takiego słowa. - Chciał się ze mną spotykać w tajemnicy przed swoimi rodzicami, którzy nie akceptują homoseksualizmu. Myślał, że się zgodzę, bo powiedziałem, że go kocham, ale kazałem mu spadać.
- Wow.
- No, nie do końca kazałem mu spadać, ale wyszło na to samo.
- Czyli obaj mieliśmy pecha.
Payne skinął głową i przez chwilę w salonie panowała cisza, gdy obaj chłopcy oswajali się z nową sytuacją.
- W takim razie dam to Perrie - odezwał się po jakimś czasie Tomlinson, podnosząc się na nogi. Liam odprowadził go wzrokiem do drzwi, żegnając go cichym „ będzie dobrze”.
***
Audytorium było pełne ludzi ubranych w eleganckie stroje, mimo że występ miał być tylko egzaminem semestralnym. Tuż przy scenie ustawiono stół dla jury, przy którym zasiadło czterech najbardziej liczących się w Szkole Juliarda nauczycieli i Liam o mało nie zwrócił swojego śniadania, gdy przez szparę w kurtynie dostrzegł wśród nich wyniosłą kobietę uczącą go śpiewu. Aż za dobrze pamiętał dzień, w którym przy całej klasie zmieszała go z błotem, a potem wyrzuciła na korytarz.
- Zdenerwowany?
Blondwłosa głowa pojawiła się po lewej stronie Liama. Dzięki Bogu za Nialla.
- Trochę. Kim są ci wszyscy ludzie?
- Och, większość to tylko widownia. Ale widzisz tamtego faceta w tym śmiesznym kapeluszu w prążki? Trzeci rząd, drugie miejsce od prawej. - Liam rzucił okiem we wskazanym kierunku, rejestrując mężczyznę o raczej poczciwym wyrazie twarzy. Przytaknął skinieniem głowy. - To Paul Higgins, łowca talentów. Zawsze przychodzi na egzaminy, ale rzadko kiedy odzywa się słowem i nawet najstarsze roczniki nie pamiętają, żeby kogoś wybrał.
- Wydaje się miły - mruknął Liam, zasuwając kurtynę. - Nie żebym musiał się nim martwić. I tak nie mam szans. Kiedy nasza kolej?
Niall zerknął na zegarek.
- Wchodzimy za… trzy minuty.
- Boże! - jęknął Liam, trzęsąc się na słabych nogach. Zaczęło mu szumieć w uszach.
- Damy radę. Będę cały czas obok ciebie.
Payne odwzajemnił blado szeroki uśmiech Irlandczyka. Pozwolił mu wziąć się za rękę i zaprowadzić na scenę. Ten drobny gest podniósł go na duchu.
***
- To było straszne! Myślałem, że umrę, a kiedy zapadła cisza, prawie wypuściłem mikrofon z ręki!
- Byłeś wspaniały. Dostałeś owacje na stojąco!
- My dostaliśmy, Niall! Jesteśmy duetem i zrobiliśmy to razem. Co nie zmienia faktu, że chyba zwymiotuję…
- Niech pan jeszcze przez chwilę się powstrzyma, panie Payne.
Obaj chłopcy jak na komendę obrócili się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z nielubianą nauczycielką śpiewu i… Paulem Higginsem we własnej osobie. Mężczyzna przyglądał im się z zainteresowaniem w ciemnych oczach i Liam ścisnął mocniej dłoń Nialla, która jakimś cudem wciąż znajdowała się w jego własnej.
- Możemy w czymś pomóc? - odezwał się Horan, odwzajemniając uścisk.
- Przede wszystkim chciałam wam pogratulować udanego występu - powiedziała poważnie kobieta, a Liam zagryzł wargi, przygotowując się na dalszą część wypowiedzi. - Jak pewnie wiecie, towarzyszy mi dzisiaj pan Higgins - kontynuowała i, ku zdumieniu obu chłopców, uśmiechnęła się nieznacznie w ich kierunku - który obserwował was uważnie i postanowił złożyć wam pewną propozycję. Czy zechcecie udać się z nami do mojego gabinetu?
***
Osiemnasty stycznia nadszedł szybciej, niż życzyłby sobie tego Louis. W przeciągu ostatnich dwóch tygodni miał do załatwienia milion spraw związanych z kończącym się stypendium na uczelni, wymeldowaniem się ze swojego mieszkania oraz spakowaniem wszystkich rzeczy, które zdążył zgromadzić w trakcie półrocznego pobytu w Nowym Jorku, więc ani razu nie spotkał się z Harrym, choć myślał o nim przez cały czas. Wiele razy łapał się na tym, że już niemal wybierał numer, by do niego zadzwonić i usłyszeć w słuchawce jego zachrypnięty głos, ale zawsze w ostatniej chwili rezygnował, odrzucając urządzenie na drugi koniec łóżka. Nie wiedział, co miałby mu powiedzieć, a rozmawianie o pogodnie wydawało się trudniejsze niż kiedykolwiek. Postanowił więc zaczekać. Opróżnienie szaf, szuflad komód i przeróżnych pudełek skutecznie zajmowało mu jednak samotny czas, wyciskając z niego siódme poty, ale w końcu udało mu się zasunąć suwak ostatniej walizkę i stanąć na środku salonu. Wiedział, że będzie tęsknił za tym miejscem.
Odmówił, gdy Liam zaproponował mu odprowadzenie go na lotnisko. Chłopak zostawał w Ameryce, ponieważ dostrzegła go jedna z wielkich firm fonograficznych i razem z Niallem przygotowywali się do rozpoczęcia nagrań swojej debiutanckiej płyty. Poza tym, Louis kilka razy przyłapał ich na delikatnych pieszczotach i pozostawało tylko kwestią czasu, kiedy ta dwójka się zejdzie, a choć nikt jeszcze nie mówił o tym głośno, Tomlinson wiedział, że Liam zaproponował mu wprowadzenie się na jego miejsce. Pożegnał się z nim w drzwiach, życząc powodzenia w robieniu kariery muzycznej i wyruszył na lotnisko.
Z racji tego, że nie kontaktował się z Harrym od poranka po ich jedynej wspólnej nocy, Louis nie miał pojęcia, czy chłopak przyjdzie. Wnętrzności skręcały mi się ze zdenerwowania, gdy wypatrywał w tłumie kędzierzawej czupryny, dwa razy nawet zrywał się do biegu, bo kątem oka zobaczył charakterystyczną bluzę z kapturem, ale zawsze się okazywało, że to tylko ktoś podobny. Jednak nie tracił nadziei, wciąż pozostawały trzy godziny do odlotu.
Dwie… nadal sporo. Harry na pewno się pojawi.
Półtora - może utknął w korku?
Ma jeszcze godzinę, zdąży. Nie wybierze Nicka Grimshawa, Louis był tego pewny.
Trzydzieści minut. Dwadzieścia. Kwadrans.
- Pasażerowie lotu linii American Air proszeni są o podejście do punktu kontroli biletów…
Louis zamrugał, a jego serce przestało bić. Ludzie wokół zaczęli podnosić się z foteli, żeby udać się do stewardessy, która z uśmiechem przyklejonym do twarzy przyjmowała od nich dokumenty i kierowała podróżnych do przejścia łączącego budynek bezpośrednio z drzwiami samolotu. Jeszcze chwila, dajcie mu kilka minut, przyjedzie.
Ale kiedy hala odlotów opustoszała, chłopak zrozumiał, że niepotrzebnie czekał. Przez szklane drzwi nie wbiegnie ostatni spóźniony pasażer, który z paszportem w ręku rzuci mu się na szyję i krzyknie, że musiał się wrócić do domu po portfel. Nie przebiegną we dwóch przez bramkę i nie usiądą obok siebie w samolocie, bo Harry zrobił dokładnie to, co planował - przełożył wygodne egzystowanie u boku bogatego mężczyzny nad życiem z Louisem, którego być może mógłby pokochać.
- Cholera jasna, Styles - powiedział do siebie Tomlinson, dusząc łzy, które próbowały wydostać się z jego oczu. Z dziurą ziejącą z klatki piersiowej, oddał swój bilet do sprawdzenia i lżejszy wszedł na pokład samolotu.
Zostawił serce w Nowym Jorku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz