- Cii - wyszeptał chłopak, gdy uniósł palec wskazujący i przycisnął go do cienkich ust. Obrzucił uważnym spojrzeniem swojego towarzysza, sprawdzając go podwójnie dla pewności, że kilka następnych chwil rzeczywiście upłynie w ciszy. Chłopiec o kręconych włosach skinął głową na polecenie, delikatnie zakrywając sobie buzię dłonią, a jego sceptyczny wzrok nie opuszczał oczu niespokojnego chłopaka po lewej. Gdy Louis poczuł wystarczającą pewność, żeby odwrócić od niego spojrzenie, jego głowa powoli się obróciła, odsłaniając tym sposobem pełny widok na stworzenie.
Ręka Harry’ego opuściła jego usta, podczas gdy szmaragdowe oczy pozostały umiejscowione na chłopaku spowitym w zielony materiał. Obserwował, jak filigranowe dłonie w boleśnie wolnym tempie sięgnęły naprzód; twarz Louisa wyrażała koncentrację, a czubek jego języka wystawał spomiędzy warg. Następnie oczy Harry’ego przeniosły się na stworzenie, które próbowali schwytać: miało osobliwe, jasne umaszczenie i przypominało mu zabawkę, którą raz czy dwa widział w domu w Holmes Chapel. Ale oczywiście nie oddychała ona ani nie poruszała się, tak jak to robił jej odpowiednik z Nibylandii.
- Lou, co ty wyprawiasz? - zapytał raczej donośnym głosem, niecierpliwiąc się tempem, w jakim działał Louis. Kiedy tylko skończył zdanie, zwierzątko wydało z siebie cienki pisk, a następnie niesamowicie szybko odskoczyło.
- Harry! - jęknął Louis głośno, wyprostowując sylwetkę i odchylając głowę w geście porażki.
Harry wpatrywał się tępo w mniejszego chłopaka przed sobą, nie rozumiejąc, dlaczego jego głos skłonił stworzenie do ucieczki w taki sposób, a przede wszystkim nie pojmując kolejnej czynności, którą w tej nieznanej krainie uważano za rozrywkę. Ale znowu, w Nibylandii wszystko było dziwnie urządzone. Nie było tu absolutnie żadnych dorosłych. Młodzi chłopcy, którzy biegali wokół poprzez wysoką trawę nie starzeli się, a w powietrzu i po ziemi wędrowało wiele nietypowych istot. Zazwyczaj o tej porze Harry byłby w swoim domu, grając na konsoli albo kopiąc piłkę z kilkoma kolegami ze szkoły. I chociaż mógł wybrać którąś z tych opcji, wolał trzymać się znajomej rutyny, jaką był powrót do domu po lekcjach i oczekiwanie na puknięcie w okno, które bywało tak okropnie irytujące, że mogła to być tylko jedna osoba. Louis. Odkrył, że podróż ku drugiej gwieździe na prawo obfitowała w przygody dużo bardziej niż siedzenie na tyłku przed telewizorem lub marnowanie czasu z głośnymi kumplami, którzy nie wiedzieli, jak odpowiednio się bawić.
W każdym razie, Harry mógłby robić cokolwiek i jak długo Louis też tam był, tak nigdy nie byłoby nudno.
- Wiesz jak trudno je znaleźć? - Louis wycelował pytanie w stronę swojego najlepszego przyjaciela, krzyżując uparcie ramiona na klatce piersiowej, gdy rozejrzał się po zalesionym terenie za nową rozrywką.
- Tak, wiem. Przepraszam, ja po prostu…
- Haz! - Przerwał mu głośny, chrapliwy głos.
Louis raz jeszcze odkrył kolejne zajęcie w okolicy, w której przeciętna osoba nie potrafiłaby znaleźć nawet jednego. Poprawił sobie zielony kapelusz, wciskając go mocniej na głowę, zanim podbiegł do najbliższego drzewa, zaczynając błyskawicznie iść w górę po grubym pniu, chwytając się każdej winorośli oraz gałęzi, które mógł wykorzystać do wciągnięcia się w kierunku czubka.
- Proszę, bądź ostrożny - Harry objął obszar wokół swych ust, krzycząc do wspinającego się chłopaka.
Zmrużył oczy, by uniknąć rozproszonych promieni zachodzącego słońca, które próbowały przeniknąć jego wzrok. W Nibylandii każdy dzień był niezwykle słoneczny i tylko raz na jakiś czas zdarzała się burza. Tutejsze niebo było jasnoniebieskie, a białe chmury przypominały strzępy waty cukrowej. Wielkie liście i gałęzie, które wisiały nad ich głowami blokowały znaczną część światła, tworząc pod osłoną lasu chłodniejszą i ciemniejszą aurę.
- Tak, tak! Wchodź, Hazza! - zawołał Louis ze swojego miejsca w połowie pnia, a jego lekki, brązowy but poślizgnął się na mchu na drzewie, przyczyniając się do tego, że chłopak szybko pochwycił luźną winorośl, wypuszczając niskie „uff” , gdy odzyskał równowagę. Nie pofatygował się, by spojrzeć w dół, ponieważ wiedział, że twarz Harry’ego byłaby pokryta niepokojem i troską.
- Nic mi nie jest! - odwarknął, uprzedzając oczekiwany okrzyk, zanim ten dał radę wydostać się z Harry’ego.
Harry był prawdopodobnie jedyną osobą, która potrafiła poradzić sobie z ilością uporu, jaka mieściła się w Louisie; chłopak mógłby zostać sklasyfikowany jako czteroletnie dziecko tkwiące w ciele dziewiętnastolatka. Nigdy nie bywał zrelaksowany i nie odpoczywał przez dłużej niż pięć minut. Będąc zawsze na swoich małych stopach, badał części Nibylandii, które wciąż pozostawały do odkrycia i spędzał swój czas z Harrym. Bo chociaż istniały rozmaite, obfitujące w przygody rzeczy, które można było tam robić, spędzanie czasu z Harrym było jego ulubionym zajęciem. Kochał zachowywać się lekkomyślnie, czym niemal przyprawiał Harry’ego o rwanie swoich loków z głowy. Kochał pokazywać mu wszystkie wróżki i stworzenia, które nie istniały w jego rodzinnym mieście, ponieważ było coś w sposobie, w jaki oczy Harry’ego jaśniały, kiedy widywał coś po raz pierwszy.
Louis wreszcie wspiął się na grubą gałąź, która była więcej niż gotowa, by utrzymać jego ciężar. Usiadł na niej, pozwalając swoim stopom zwisać i odpoczywać przy szorstkiej teksturze.
- Haz, prooooszę, przyjdziesz tutaj? - zawołał w dół do swojego najlepszego przyjaciela, niewinnie wydymając dolną wargę.
Harry wytrzeszczył na niego oczy, będąc w stanie ujrzeć błagalną minę nadzwyczaj wyraźnie.
- Kurwa - wymamrotał do siebie, zdając sobie sprawę z tego, że prędzej czy później ulegnie prośbom Louisa. Odetchnął głęboko i ścisnął swoją twarz na widok drzewa, które wyglądało na trudne do wspinaczki.
- Nauczyłem cię, jak to się robi, ty leniwy dupku. Ręce, nogi, ręce, nogi - Louis przeprowadził Harry’ego przez kroki, których nauczył go w czasie jednej z jego wcześniejszych wizyt.
Harry spojrzał w górę na chłopaka, który bez wysiłku siedział na skraju gałęzi kilkaset metrów nad nim. Powoli skinął na jego słowa i pozwolił idei ponownego bycia blisko Louisa zmotywować się do wspinaczki po pniu. Zaczął się wspinać, wysłuchując niepożądanych komentarzy, jakie wylewały się z ust Louisa, a mimo to, że byłyby one irytujące dla każdego innego człowieka, Harry wciągał każde słowo oraz sposób, w jaki brzmiały z grubym akcentem. Dotarłszy na szczyt drzewa, podciągnął się na tę samą gałąź, na której był Louis. Wzdrygnął się, gdy zobaczył, jak daleko od solidnego podłoża się znajdowali.
- Jesteś bledszy niż kiedykolwiek - zachichotał Louis, pochylając się bliżej, jak gdyby próbował uzyskać lepszy wgląd na wyraz jego twarzy.
- Jesteśmy jakieś setki metrów nad ziemią - wykrztusił z siebie Harry, nie zdając sobie sprawy z tego, że głos mu zadrżał. Jego knykcie pobielały nawet bardziej niż reszta skóry, ponieważ zbyt mocno ściskał gałąź.
- Obróć się, głupku.
Harry opuścił spojrzeniem ziemię, zerkając na rozbawioną minę Louisa, zanim się obrócił i odnalazł wielkie łoże z liści i porozrzucanych kwiatów. Louis uśmiechnął się szeroko na widok zdezorientowanego wyrazu jego twarzy, a potem spuścił nogi na drugą stronę gałęzi, umożliwiając sobie ześliźnięcie się na koc z liści. Przeturlał się kilka razy, dopóki nie znalazł się na plecach, zwracając oblicze ku niebu.
- Chodź - nakazał.
Chłopak z kręconymi włosami spojrzał sceptycznie na płaszczyznę, niepewny, czy rzeczywiście dopuszczenie na nią większego ciężaru było wystarczająco bezpieczne.
- Ale z ciebie maminsynek. Razem z zagubionymi chłopcami zrobiliśmy to, gdy byłeś dzisiaj w szklarni - ogłosił wyniośle Louis, wyraźnie dumny z tego, że złożyli konstrukcję w tak krótkim czasie. To wymagało od nich wiele wysiłku, ponieważ znalezienie dostatecznie mocnych winorośli, które uniosłyby dwa ciała, nie było proste w lesie takim jak ten w Nibylandii.
- Masz na myśli szkołę - poprawił go Harry, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Pokładając wiarę w Louisa, jak to zawsze robił, przerzucił stopy na drugą stronę gałęzi, odpychając się od niej, aż ześliznął się na liście.
- Co to za różnica - chłopak z piórkami we włosach uśmiechnął się promiennie, regulując sznurek, który trzymał workowaty materiał na jego torsie.
Harry przesunął się do przodu, siadając obok niego. Pozwolił sobie położyć się obok okrytego zielenią ciała, składając obie wielkie ręce na swoim brzuchu, podczas gdy jego oczy pozostały skupione na niebie, które pokryte kocem stworzonym z milionów gwiazd, prawie w całości jarzyło się bielą. Jak oczekiwano, kilka chwil później wróżki zaczęły szybko przepływać wysoko nad nimi, unikając się nawzajem na swoich ścieżkach i ścigając świetliki, które wydawały się je drażnić. Ręce Louisa znajdowały się za jego głową, którą zwrócił w stronę całkowicie pochłoniętego przez otoczenie chłopca.
Harry poczuł na twarzy palące spojrzenie, co przywołało na jego policzki jasny odcień różu. Wiedział, że się rumieni, a to uczyniło całą sytuację tylko bardziej kłopotliwą.
Louis uśmiechnął się, kiedy dostrzegł zmianę w kolorze policzków Harry’ego, po czym wymachnął ramionami do przodu, żeby pomóc sobie usiąść. Umieścił ręce na podołku i wypuścił powietrze w stronę nieba, a kilka kosmyków jego grzywki podleciało do góry, by zaraz potem opaść z powrotem na jego czoło. Harry obserwował sposób, w jaki poruszały się jego usta, ale nie przerwał ciszy, ponieważ odgłos rozbijającego się nieopodal wodospadu był odprężający i chłopak zwyczajnie nie chciał zepsuć chwili. Przedrzeźniając ruchy Louisa również usiadł, obracając się w jego stronę, by znaleźć się twarzą w twarz z chłopcem o postrzępionych włosach i w zielonym kapeluszu z czerwonym piórkiem. Teraz siedzieli na wprost siebie i jedyną rzeczą, jaką zrobił Louis, było przywołanie wielkiego uśmiechu, który pojawiał się tylko wtedy, gdy Harry był w pobliżu.
Na widok szczęśliwego chłopca Harry poczuł, że dołeczki w jego policzkach zaczynają się formować, eksponując zęby w takim samym uśmiechu. Louis sięgnął po jego rękę, przeciągając jego dłoń na swój podołek i przewracając ją na drugą stronę tak, że została wystawiona na działanie rześkiego nocnego powietrza. Przyłożył opuszek palca wskazującego do podstawy dłoni Harry’ego, a następnie lekko pociągnął nim do dołu, aż nakreślił każdy z niekończących się palców z osobna. Kiedy to robił, Harry bardzo powoli przysunął się do niego, trzymając spojrzenie skupione na tym, jak bardzo chłopak koncentrował się podczas rysowania na jego skórze. Prześledziwszy wszystkie palce, Louis położył swoją mniejszą rękę na wierzchu dłoni Harry’ego, ciesząc się ciepłem, jakie od niej promieniowało.
Pomimo otaczającej ich ciemności, oczy Louisa były strasznie jasne, dzięki czemu Harry mógł idealnie wypatrzeć w nich każdą plamkę błękitu. Nie powstrzymując się dłużej, zaczął pochylać się do przodu, zamykając powieki i przygotowując usta do działania. Przez cały ten czas Louis trzymał oczy otwarte, nieco zezując, kiedy młodszy chłopak znalazł się zbyt blisko.
- Co ty, do cholery, robisz? - zapytał, gdy szybko odciągał się w tył, schodząc z celu ust Harry’ego. Jego brwi były ściągnięte w dezorientacji.
Harry rozwarł powieki, kiedy zamiast uczucia innych ust pod swoimi, usłyszał chrapliwy głos, który sugerował, że jest psychopatą.
- Zamierzałem cię pocałować.
- Pocałować?
- Tak.
- Co to takiego? - Louis wyszeptał pytanie, a jego oczy urosły z ciekawości. Jeszcze raz wychylił się do przodu, całkowicie zainteresowany tym, czego Harry miał go nauczyć.
Zwykle było na odwrót i to Louis wprowadzał Harry’ego w nowe doświadczenia, więc chłopak poczuł się całkiem wyjątkowo będąc zdolnym do nauczenia go czegoś, czego Louis jeszcze nie znał. Część niego podskoczyła ze szczęścia, ponieważ chłopak, w którym się zakochał, nigdy wcześniej nie został pocałowany.
- To sposób na pokazanie komuś, że się go kocha - zaczął.
- Chcę ci pokazać, że cię kocham. Jak zrobić pocałunek?
Przy pierwszej części zdania Harry poczuł, że jego serce przeskakuje kilka uderzeń, natomiast później, gdy Louis zadał to urocze pytanie, podjechało mu ono do gardła. Odchrząkując, jeszcze raz zaczął mówić.
- Zamknij oczy.
Louis zacisnął powieki, z niewielkim uśmiechem przyklejonym do jego ust.
- Nie uśmiechaj się.
Chłopak zacisnął wargi, usiłując zagryźć uśmiech.
- Lou.
Louis nabrał głęboko powietrza, a następnie wypuścił powoli oddech, pozbywając się uśmiechu.
- Teraz rób to, co ja.
Zanim Harry zamknął oczy, po raz ostatni zerknął na chłopaka przed sobą. Podziwiał to, jak jego rzęsy ciągnęły się w nieskończoność, prawie dosięgając wysokich kości policzkowych. Poczuł potrzebę pochylenia się i odgarnięcia kilku pasm włosów, które zawsze opadały mu na twarz, ale postanowił je zostawić.
Schylił się, powtarzając swoje wcześniejsze poczynania poprzez zamknięcie oczu. Przycisnął usta do ust Louisa, tylko troszeczkę je rozchylając i trzymając pomiędzy nimi cienką linię dolnej wargi chłopaka. Zaniepokoiło go, że Louis przez długą chwilę się nie poruszył. Co, jeżeli kontakt go przestraszył?
Ale wtedy poczuł parę ust napierającą na jego własne, wywołując u niego zawroty głowy z powodu nagłego wysiłku. Harry powstrzymał uśmiech, który pchał się od środka na jego twarz, bo skoro Louis, ze wszystkich ludzi, mógł na żądanie przestać się uśmiechać, on także potrafił to zrobić. Jeszcze przez moment chłonął uczucie ich ust złączonych perfekcyjnie ze sobą, po czym zdecydował o przejściu do następnego etapu. Poluzował odrobinę wargi i przechylił głowę w lewo, otaczając usta Louisa, czym zmusił go do odzwierciedlenia procesu w przeciwnym kierunku. Kilka następnych minut składało się z rozdzielania i zamykania, dopóki Louis nie przypomniał sobie, że wciąż trzymał rękę Harry’ego. Przesunął swoją na pasującą pozycję i szybko złączył ze sobą ich palce, ofiarując miękkiej dłoni przyjaciela lekki uścisk, co zachęciło Harry’ego do szybkiego przeciągnięcia językiem po górnej wardze chłopaka. Louis zamarł, nie wiedząc, co zrobić. Harry bez żalu tchnął niewielki śmiech w jego usta, zanim zdał sobie sprawę z tego, że tym razem naprawdę go przestraszył. Przejął inicjatywę i rozłączył własne usta, pozostawiając między górną a dolną wargą niewielką przerwę.
Będąc posłusznym jego wcześniejszym poleceniom, Louis zrobił to samo. To pozwoliło Harry’emu wkraść się językiem do jego ciepłych ust, przejeżdżając nim raz po czubku języka Louisa, a następnie wycofać się i z powrotem zamknąć usta. Gdy ich wilgotne języki straciły kontakt, Louis wypuścił z siebie stłumiony dźwięk, łaknąc nieznanego uczucia ponownie. Wykorzystując to, że ich usta były zamknięte, wymamrotał przy pełniejszych wargach Harry’ego:
- Jeszcze.
Harry bez namysłu wpuścił swój język z powrotem do rozgrzanych ust Louisa i zanim dopuścili do ponownego zetknięcia się warg, pozwolił ich językom spotkać się i jednocześnie przeciągnąć po sobie szereg razy. Kochał to, że Louis smakował jagodami, które wspólnie wyszukiwali. Nikt inny na świecie nie posiadał takiego smaku. Jedynie Louis.
Już wkrótce Louis zaczął czuć niewygodne palenie w klatce piersiowej, więc odciągnął się, by nabrać tlenu, o który błagały jego płuca. Harry także się odsunął, zlizując ze swoich poczerwieniałych ust smak Louisa, który wciąż się na nich utrzymywał. Spojrzał na nieprzewidywalnego chłopaka, oczekując reakcji, ale otrzymał tylko oświadczenie:
- Lubię cię całować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz