czwartek, 28 listopada 2013

132

Louis leżał na nieswoim łóżku z twarzą skierowaną w stronę obcego sufitu i od kilku godzin starał się zasnąć. Wypróbował już szereg sprawdzonych metod, które miały ułatwić mu odpłynięcie do krainy Morfeusza, łącznie z liczeniem owiec oraz skupianiem się po kolei na różnych częściach ciała, ale żadna z nich nie zadziałała, a nawet bardziej go rozbudziły. Jego mózg po prostu nie mógł przestać pracować. Zalewał go milionem myśli, marzeń i fantazji, każąc wciąż od nowa analizować sytuację z poprzedniego dnia, gdy Harry stanął za nim przy lustrze i wskazał miejsca w jego sylwetce, które uważa za atrakcyjne. Mówił o nich. Dotykał ich. Wzbudzał w Louisie chęć odwdzięczenia się tym samym, a może nawet zrobienia o wiele, wiele więcej. Ale wolał o tym za bardzo nie myśleć, zwłaszcza wtedy, gdy leżał w środku nocy w cudzej pościeli, a zza ściany dobiegały odgłosy intensywnego seksu, który w sąsiedniej sypialni obiekt jego rozmyślań uprawiał ze swoim chłopakiem. Mógłby przysiąc, że Grimmy specjalnie zachowywał się tak głośno, aby dać Louisowi do zrozumienia, że nie ma z nim najmniejszych szans i jest tylko krótkim epizodem w życiu Stylesa, który zaraz dobiegnie końca. Już wcześniej tego dnia zachowywał się podejrzanie miło, a kiedy Harry wyszedł w pewnym momencie z pomieszczenia, w którym całą trójką przesiadywali, pochylił się do Louisa i powiedział mu prosto w twarz, że nie czuje się zagrożony jego obecnością. W opinii Tomlinsona takie postępowanie zdecydowanie świadczyło o niepewności mężczyzny, ale wolał odpowiedzieć mu kwaśnym uśmiechem i nie zaczynać bezsensownych sporów. On sam nie czuł ducha rywalizacji; chciał po prostu spędzić Sylwestra w towarzystwie swojego przyjaciela i czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

Skrzypienie łóżka za ścianą nasiliło się i Louis stwierdził, że dłużej tego nie zniesie. Wstał, założył na siebie bluzę i wymknął się na palcach z pokoju, który zajmował, żeby zbiec po drewnianych stopniach na dół. Minął wejście do salonu, zmienionego na potrzeby nadchodzącej imprezy w salę balową, i skierował się do kuchni, gdzie zamiast stołu stała nieduża sofa. Opadł z ulgą na wytarte poduszki, podciągając bose stopy z podłogi. Zwinął się w kłębek i zamknął oczy. Cisza kuchni była muzyką dla jego uszu i już niedługo potem poczuł, jak powoli się rozluźnia, a jego mózg wreszcie zwalnia obroty, pozwalając mu odpocząć. Przykryty kocem ziewnął, gratulując sobie w duchu świetnego pomysłu na zmianę otoczenia.

Cóż, może nie takiego świetnego, ponieważ jakiś czas później jego sen został gwałtownie przerwany przez ostry gwizdek czajnika.

- Przepraszam, nie chciałem cię obudzić - powitał go niski głos, w którym pobrzmiewało zmęczenie i skrucha. - Możesz spać dalej, zrobię sobie tylko herbatę i już się stąd wynoszę.

Louis przetarł ciężkie powieki, rozpoznając właściciela głosu.

- Nie musisz, jest w porządku. U siebie nie mogłem usnąć - odezwał się, siadając i rolując koc, aby zrobić obok siebie miejsce dla Harry’ego. - Zawsze mam ten problem w nowych miejscach.

Styles okrążył blat, żeby usiąść na kanapie, i Louis zobaczył, że nastolatek nie ma na sobie niczego poza spodniami od piżamy. Czarne tatuaże na jego piersi i ramionach odznaczały się na bladej skórze, która lśniła od potu w halogenowym świetle karnisza. Był wyższy oraz smuklejszy, niż wydawało się do tej pory Louisowi, a końcówki jego kręconych włosów przykleiły się do skroni. Wyglądał… dokładnie tak, jak w mokrych snach Tomlinsona, po których zostawały pamiątki w postaci brudnej bielizny i zaschniętych smug na brzuchu.

Poza jednym szczegółem. W jego głowie Harry zawsze był zadowolony, bądź nawet szczęśliwy, ale nigdy smutny.

- Nie powinieneś być teraz w łóżku? - odezwał się ostrożnie Louis, ignorując znajomą sensację w podbrzuszu, a kiedy jego przyjaciel uniósł pytająco brew, dodał: - Eee… było was słychać. Całkiem dobrze, jeżeli mam być szczery.

I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Policzki Harry’ego pokryły się lekkim rumieńcem i chłopak spuścił wzrok na swój kubek, po raz pierwszy zawstydzony pytaniem na ten temat. Wcześniej to raczej Louis czuł się niewygodnie z luźnym podejściem Stylesa do tych spraw, więc była to wyjątkowa sytuacja, której przyczyny pozostawały mu nieznane.

Harry nie odpowiedział, przyciągnąwszy kolana do nagiej piersi.

- Harry - zaczął Louis, odczuwając pierwsze oznaki niepokoju. - Coś się stało?

Chłopak potrząsnął głową w zaprzeczeniu, a potem zmienił nagle zdanie i przytaknął.

- Zaczyna mnie to trochę przerastać - rzekł z wymuszonym spokojem, obracając w palcach kubek. - Nawet nie mogę zostać w jego łóżku dłużej, niż to potrzebne. Uciekam, gdy tylko zasypia, a potem wracam nad ranem, zanim się obudzi, żeby niczego nie zauważył.

Louis nie spodziewał się czegoś takiego. Harry’emu nie dolegał ból fizyczny, a psychiczny i to było dużo gorsze, ponieważ Tomlinson powinien był mu pomóc, a kompletnie nie wiedział jak.

- Dlaczego tak się dzieje? - zapytał, zastanawiając się jednocześnie, co by się stało, gdyby ścisnął pocieszająco jego rękę. Czy to przekroczyłoby jakąś granicę, do której się zbliżyli?

Harry potarł czoło, robiąc jeszcze większy bałagan w swoich lokach.

- Nie wiem.

Oparł policzek o kolano, patrząc swoimi wielkimi oczami na Louisa, jakby czekał na psychoanalizę swojego zachowania. Starszy chłopak zastanawiał się przez chwilę, przeskakując wzrokiem od jednego jego tatuażu do drugiego. Był tam statek, wypełniony kontur serca, symbole w nieznanym mu języku, a w końcu mała kłódka* na nadgarstku. We wszystkim rozpoznał kreskę Zayna.

- To ten pasujący tatuaż, który zrobiłeś sobie w dniu naszego pierwszego spotkania? - Louis wskazał palcem kłódkę i Harry podążył za jego wzrokiem, akceptując zmianę tematu rozmowy.

- Tak. Grimmy ma wytatuowany klucz w tym samym miejscu - odparł. - Wiesz, kłódka i klucz, w zależności od interpretacji symbolizują miłość lub niewierność. W naszym przypadku odnoszą się natomiast do tego, że bez Nicka jestem niczym. Kłódka jest bezużyteczna, gdy zgubisz do niej klucz, prawda?

Serce Louisa ścisnęło się nieprzyjemnie. Harry nawet nie próbował niczego zmienić, po prostu trwał w tym toksycznym związku, który dawał mu zabezpieczenie finansowe, a w zamian wymagał od niego uległości oraz udostępniania swojego ciała Nickowi. Tomlinson wiedział, że Grimmy mimo wszystko kochał jego przyjaciela, ale Harry był nastolatkiem, a on starszym o niego prawie o dziesięć lat mężczyzną. To nie mogło działać wiecznie i pierwsze oznaki korozji zaczynały się już pojawiać.

- Dasz radę, Hazza - powiedział Louis, w przypływie odwagi podnosząc rękę Harry’ego. Potarł kciukiem czarną kłódkę, a potem owinął palcami jego nadgarstek, wracając spojrzeniem do zielonych oczu. - Wszystko będzie dobrze.

Styles przymknął powoli powieki, a kiedy je otworzył, jego wzrok był skierowany na ich złączone na kanapie ręce. Louis wstrzymał oddech, przygotowany na odrzucenie, ale zamiast tego wielka dłoń ścisnęła lekko jego własną, dużo mniejszą, i usta Harry’ego wygięły się w słabym uśmiechu, kiedy mówił:

- Trzymam cię za słowo.

***

Posiadłość Grimmy’ego może nie była duża, ale znajdowała się w cichym zakątku na peryferiach Nowego Jorku, odgrodzona od reszty świata choinkami przysypanymi śniegiem, które zapewniały prywatność i spokój. Będąc na terenie posesji miało się wrażenie przebywania w całkiem innym świecie; z dala od zgiełku miasta i wścibskich fotoreporterów dawała złudzenie zagubionej w czasoprzestrzeni, co wystarczało, aby zachęcić do przyjazdu wiele osobistości ze świata show biznesu, które postanowiły pożegnać mijający rok w kameralnym gronie znajomych oraz przywitać nowy z czystym kontem, pozbawionym niechcianych skandali na samym starcie. Nie musieli obawiać się kompromitujących zdjęć lub filmów nakręconych komórkami fanów, które wyciekłyby do sieci w kilka dni po Sylwestrze, pokazując, jak światowa elita bawi się naprawdę - upijając się do granic wytrzymałości, wciągając co popadnie i znikając w pokojach gościnnych z osobami, które wcale nie przypominały ich oficjalnych partnerów, ale były równie sławne i obrzydliwie bogate, więc powszechnie to akceptowano.

Właśnie tak to sobie wyobrażał Louis, dopóki nie znalazł się na miejscu i nie przekonał się na własne oczy, że w większej mierze celebryci jednak postępują według zasad moralnych, nie izolują się tak bardzo od szarych obywateli i w gruncie rzeczy są całkiem mili. A przynajmniej ci, którzy należeli do paczki znajomych Grimmy’ego. Owszem, pili alkohol, na który Tomlinson mógł sobie co najwyżej popatrzeć w supermarkecie - cena jednej butelki była równowarta dwumiesięcznemu czynszowi, jaki płacił na spółkę z Liamem - oraz jeździli sportowymi samochodami najwyższej klasy, ale wciąż byli tylko ludźmi i chłopak dosyć szybko się przekonał, że zabawa w ich towarzystwie zdecydowanie należy do pozytywnych doświadczeń. Zwłaszcza wtedy, gdy Harry pojawiał się w zasięgu jego wzroku i uśmiechał się do niego ponad głowami tłumu, popijając swojego bezalkoholowego szampana (jako jeden z gospodarzy chciał być przez całą noc do dyspozycji gości). Louis dawno nie widział swojego przyjaciela w tak dobrym humorze i nie spodziewał się, że go takim ujrzy po tym, co tamten powiedział mu w nocy. Chłopak tryskał energią, zagadując i wyciągając na urządzony w salonie parkiet każdego, kto wydawał się nudzić lub lekko odpływać pod wpływem spożytych procentów oraz dbał o to, by nikomu niczego nie zabrakło, pomimo wynajętej przez Nicka służby. Zadziwiające, jak szybko zmieniał się jego nastrój. Prawdopodobne był to system obronny, który pozwalał mu przetrwać najcięższe chwile. Zachowywał jak ryba wpuszczona do krystalicznie czystego jeziora, która wreszcie znalazła się w miejscu swojego przeznaczenia. Promieniował. I wyglądał diabelnie dobrze w białej koszuli wkasanej w spodnie od garnituru, której kilka najwyższych guzików pozostało rozpiętych, eksponując jasną skórę i kawałek tatuażu na jego piersi, czym nieprzerwanie przyprawiał Tomlinsona o szybsze bicie serca.

Nie rozmawiali za wiele. Harry cały czas był w ruchu, witając nowoprzybyłych i sprawując pieczę nad przebiegiem całego przyjęcia, więc rzadko kiedy miał czas zatrzymać się przy kimś na dłużej niż kilka minut lub jedną piosenkę, ale Louis nie miał mu tego za złe. W zasadzie pękał z dumy, bo kiedy pomyślał o tym, jak on i jego przyjaciele zachowywali się na imprezach w wieku osiemnastu lat, jego wspomnienia były pełne wirujących świateł, klęczenia przy sedesie z głową w muszli klozetowej oraz gorących przyrzeczeń o poranku, że następnym razem będzie się pilnować i zachowa umiar. Wątpił natomiast, aby Harry kiedykolwiek w swoim życiu miał chociażby kaca, nie mówiąc już o dziurach w pamięci i robieniu głupot, o których przypominaliby mu później znajomi, a przecież miałby ku temu niejeden powód.

Louis jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu, ale zamiast burzy ciemnych loków gdzieś w oddali, dostrzegł proste blond włosy tuż po swojej prawej stronie. Dziewczyna, która w pewnym momencie przystanęła obok niego, była śliczna i Louis przypuszczał, że musiała pracować dla jakiejś wielkiej agencji modelek, ponieważ kojarzył jej twarz z magazynów dla kobiet, które czytała jego mama. Miała wielkie oczy, które przeszywały intensywnością spojrzenia, a błyszcząca sukienka przylegała ściśle do jej szczupłej sylwetki, eksponując idealne ciało. Jeszcze kilka tygodni wcześniej byłby nią szczerze oczarowany, teraz… cóż, nadal robiła na nim wrażenie, ale Harry wyglądał po prostu lepiej. I Louis nie czuł się już dłużej zażenowany tym stwierdzeniem.

- Cześć - odezwała się dziewczyna, ukazując rząd perłowych zębów. - Masz ochotę zatańczyć?

Taniec. Louis uwielbiał tańczyć. Razem z Eleanor zawsze jako pierwsi wybiegali na parkiet, wirując i skacząc do utraty tchu, aż ich ubrania były mokre od potu, a włosy rozwiane i poplątane. Pod tym względem byli dla siebie wymarzonymi partnerami i przez niemal cztery lata związku wypracowali sobie niepowtarzalny sposób poruszania się. Kiedy tańczyli, głowy innych automatycznie odwracały się w ich kierunku, a szczęki opadały z wrażenia.

Tęsknił za tym, więc odstawił swojego drinka na pobliski stolik i wyciągnął rękę do nieznajomej.

- Z przyjemnością - powiedział i moment później znaleźli się w centrum salonu, gdzie muzyka dudniła najgłośniej. Dziewczyna podbiegła do DJa, a kiedy wróciła do Louisa, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki jakiejś nieznanej mu piosenki. Ludzie wokół nich ryknęli entuzjastycznie i parkiet błyskawicznie się zapełnił, więc musiał to być najnowszy hit dyskotekowy i Tomlinson w mig zrozumiał dlaczego: było wręcz niemożliwe, aby ktoś pozostał obojętny na chwytliwe pulsowanie basu, które rozchodziło się wraz z krwią w żyłach i porywało każdą komórkę organizmu do tańca.

- Jestem Cara. - Blondynka objęła ramieniem jego kark, przyciskając pełne usta do skóry przy jego uchu, żeby mógł ją usłyszeć. - A ty wyglądasz jak ktoś, z kim będę się dzisiaj dobrze bawiła. Pokażmy im wszystkim, na co nas stać, niech ich żałosne tyłki ścisną się z zazdrości. Co ty na to?

Louis zrezygnował z werbalnej odpowiedzi. W zamian zwyczajnie ułożył dłonie na jej biodrach i zaczął kołysać się w rytm muzyki, wydobywając z jej ust pełen aprobaty śmiech. Odrzuciła do tyłu swoje długie włosy i podążyła śladem jego ruchów, bez problemu wpasowując się w szybkie tempo, w jakim stawiał kroki. Tomlinson był w swoim żywiole i nie przeszkadzało mu nawet to, że gdy się o siebie ocierali, wyglądali nieprzyzwoicie. Na tym polegał taniec. Pary wokoło robiły dokładnie to samo, z tą jednak różnicą, że nie poruszały się tak dobrze, ale nikt się tym nie przejmował.

Minuty zmieniały się w kwadranse, piosenka zastępowała piosenkę, a oni nie odrywali się od siebie, zbyt pochłonięci synchronizacją swoich ruchów. Louis nawet nie zauważył, kiedy reszta ludzi się zmęczyła i parkiet opustoszał. Zrobiło się luźniej, ale oni także powoli zwalniali, zdyszani, chociaż zadowoleni. W pewnej chwili Cara zrobiła półobrót, oparła się plecami o jego klatkę piersiową i nakryła dłońmi ręce Louisa, zsuwając je ze swojej talii z powrotem na biodra. Praktycznie stali w miejscu, ciasno do siebie przyciśnięci, kiedy zamglony ze zmęczenia wzrok Louisa uniósł się znad łaskoczących jego szyję jasnych kosmyków, jakby wiedziony instynktem, i padł na osobę opierającą się ramieniem o oddaloną o kilkanaście metrów kolumnę na wprost nich.

Twarz Harry’ego była pogrążona w cieniu, ale nie trudno było stwierdzić, na co patrzył i Louis momentalnie poczuł się niewygodnie z pośladkami Cary napierającymi na jego rozporek. Oddech uwiązł mu w gardle, kiedy uświadomił sobie, że już nawet nie tańczyli, ponieważ ich taniec w którymś momencie zaczął przeradzać się w swojego rodzaju grę wstępną, a to wszystko działo się na oczach chłopaka, który musiał właśnie myśleć, że miał rację i Louis potrzebował tylko superatrakcyjnej modelki, aby z powrotem stać się stuprocentowym hetero. Na domiar złego Cara przekręciła głowę i zaczęła wodzić ustami po jego szyi, wywołując tym u niego dreszcz zaskoczenia, który dziewczyna odebrała jako oznakę przyjemności.

- Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce - wymruczała, ponownie obracając się w jego objęciach, żeby zacisnąć palce na przedzie czerwonej koszulki, którą włożył specjalnie dla Harry’ego. - Jesteś prawdziwym szczęściarzem. Sprawię, że ta noc będzie…

Mówiła dalej, ale Louis jej nie słuchał. Był skupiony tylko i wyłącznie na próbach przejrzenia półmroku, aby zrozumieć, dlaczego oczy Harry’ego mimo wszystko tak uważnie ich obserwowały. Styles przez cały wieczór nie zamienił z nim słowa, a teraz stał tu w bezruchu, ignorując swoich gości oraz fakt, że zbliżała się północ i powinien dopilnować wzniesienia toastu na czas, po prostu patrząc. Ze swoimi głupimi spodniami od garnituru i rozpiętą koszulą, jakby nie wiedział, co wyrabiają one z żołądkiem Louisa i jakie obrazy podsuwają jego lekko otumanionemu alkoholem umysłowi.

Stop. Drań musiał wiedzieć.

- Przepraszam cię najmocniej, Cara - nie spuszczał wzroku z twarzy nastolatka - ale muszę z kimś porozmawiać. Dziękuję za taniec, byłaś cudowna.

Odsunął od siebie zdezorientowaną dziewczynę, która rzuciła za nim oburzone „Żarty sobie, kurwa, robisz?” i ruszył w stronę Harry’ego. W tej samej chwili Styles postanowił odepchnąć się od kolumny i zniknąć pomiędzy rzędem kelnerów roznoszących kieliszki z szampanem. Louis zaklął pod nosem, tracąc go z pola widzenia, ale idąc w tę stronę można było dotrzeć tylko do schodów prowadzących na piętro, więc przyspieszył kroku i wydostał się z tłumu na korytarz. Przeskakując po dwa stopnie naraz, szybko dotarł na górę i zaczął rozglądać się za przyjacielem. Nie miał pojęcia, dokąd skierował się Harry; wszystkie sypialnie miały zamknięte drzwi, a ze szpar przy podłodze nie wydostawało się światło. Prócz jednej. Nacisnął klamkę i wszedł do pomieszczenia służącego Grimmy’emu za garderobę, zastanawiając się, czy chłopak miał zamiar się schować się przed nim wśród zapasowej pościeli. Odepchnął od siebie tę myśl, bo przecież nie było powodu, dla którego Harry miałby go unikać - po prostu przyszedł tu po awaryjny obrus lub coś takiego. Ale kiedy garderoba okazała się pusta, a Louis poczuł na policzku mroźny powiew wiatru, zrozumiał, gdzie tak naprawdę tamten się podział.

- Harry - zawołał, brodząc przez wysoki do kolan śnieg, który pokrywał gładką warstwą całą powierzchnię balkonu. - Całkowicie oszalałeś? Co ty tutaj robisz w taki mróz?

Harry drgnął na dźwięk jego głosu i spojrzał na niego ze swojego miejsca przy barierce, przez którą jeszcze przed sekundą się wychylał.

- Planuję swoje samobójstwo - odrzekł rzeczowo. - Chciałem to zrobić bez świadków, więc popsułeś moje plany, Lou. Będę musiał wymyślić coś innego.

Zanim Louis do niego dotarł, trząsł się z zimna w swoim podkoszulku z krótkim rękawkiem.

- Przykro mi - odpowiedział Tomlinson, wpychając ręce do kieszeni spodni. - A tak naprawdę?

Chłopak wskazał na coś, co znajdowało się na ziemi pod balkonem.

- Zaraz odpalą fajerwerki, a stąd jest najlepszy widok. Poza tym, ktoś musi pokazać Jamesowi, w którym miejscu postawić wyrzutnie. - I jakby na potwierdzenie swych słów, krzyknął: - Jeszcze pół metra w prawo, Jamie!

Mężczyzna o imieniu James wystawił kciuk do góry i spełnił polecenie Harry’ego, przesuwając wielką drewnianą skrzynię we wskazane miejsce. Potem to samo zrobił z mniejszymi pudełkami, tworząc z nich dosyć długi rząd fajerwerków, które niedługo wystrzelą w niebo.

- Idealnie! - pochwalił mężczyznę Harry, a kiedy tamten zniknął w szopie na narzędzia, odwrócił twarz w stronę Louisa, jakby coś sobie przypomniał. - Hej! Co ty tutaj w ogóle robisz? Przed chwilą całkiem dobrze bawiłeś się na dole z Carą. Chyba mi nie powiesz, że zostawiłeś ją samą tuż przed północą?

Tomlinson poczuł lekkie wyrzuty sumienia.

- Wyszedłeś, gdy tylko zauważyłem, że się nam przyglądasz - wyjaśnił. - Myślałem, że…

-… jestem zazdrosny? - wpadł mu w słowo Harry. - Cara to jedna z moich przyjaciółek i cieszę się, że wyciągnęła cię w końcu z kryzysu. Zaczniesz nowy rok bez żadnych niejasności.

Wątpliwości Louisa względem jego orientacji były już przeszłością i Cara rzeczywiście w pewnym stopniu przyczyniła się do ich rozwiania. Utwierdziła go bowiem w przekonaniu, że kobiety już nie są obiektem jego zainteresowania. Podziękowałby jej, gdyby nie był przekonany, że zdzieli go za podobne wyznanie w twarz.

- Ja też się cieszę, że już wiem, kim jestem - odezwał się, patrząc na profil Harry’ego. - Biedna Cara, trafiła na geja.

Harry rzucił mu szybkie spojrzenie i wrócił do obserwowania nieba.

- Bzdury - stwierdził bezbarwnie. - Tylko to sobie ubzdurałeś, bo jesteś napalony i rzuciła cię twoja wieloletnia dziewczyna, więc odgrywasz się na całej jej płci. Nikt z dnia na dzień nie staje się gejem.

- A jednak - naciskał Louis. Było mu zimno i stawał się coraz bardziej zły z powodu uporu swojego przyjaciela. Miał dosyć tego, że wszyscy mu mówili, co czuje. Nikt nie wiedział przecież lepiej od niego.

Harry pokręcił głową, ale się nie odezwał. Stali przez jakiś czas w ciszy, którą przerywało jedynie głośne szczękanie zębów Louisa oraz szum wiatru. Cała reszta zdawała się spać…

- Muzyka przestała grać - wypowiedział niespodziewanie Tomlinson, wsłuchując się w ciszę. Z wnętrza domu dochodziły dziwne krzyki, które dopiero po chwili rozpoznał. - Och, odliczanie. Nie powinieneś być teraz na dole z Nickiem? Wiesz, wznieść ze wszystkimi toast i w ogóle.

Styles wykonał dziwny ruch, jakby chciał jednocześnie odejść i zostać w miejscu, a potem westchnął.

- Grimmy mnie zabije - stwierdził niespecjalnie przejęty. - Ale przynajmniej zobaczymy pierwszorzędny pokaz sztucznych ogni. Mówię ci, to będzie coś.

Przez otwarte drzwi balkonowe nadleciał głośniejszy aplauz. Osiem… siedem… sześć…

Louis poczuł, że przed końcem tego przedziwnego roku musi dowiedzieć się jeszcze jednej rzeczy. Tylko ta jedna sprawa pozostała niewyjaśniona, a on nie miał niczego do stracenia.

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Harry - powiedział, zbliżając się do Stylesa.

- Przecież o nic mnie nie zapytałeś - zauważył tamten.

- Wiesz, o czym mówię. Stojąc przy kolumnie… byłeś zazdrosny?

…pięć… cztery…

- Wtedy to nie było pytanie - odpowiedział Harry, cały czas zadzierając głowę do góry. Opuścił ją dopiero, gdy Louis stanął tuż obok niego, trzęsąc się z zimna i tracąc oddech.

- To teraz już jest. W parku powiedziałeś, że gdyby nie było Nicka, wszystko mogłoby wyglądać inaczej. A dzisiaj w nocy… więc… byłeś?

… trzy… dwa…

Harry wreszcie patrzył prosto na niego, a intensywność jego spojrzenia prawie zwaliła Louisa z nóg. Utrzymywał się w pionie tylko dlatego, że prawdopodobnie zamarzł i jego zesztywniałe mięśnie nie były w stanie zgiąć się w pół.

- Harry!

… jeden…

- Lou… nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo - wyszeptał Harry, a obłoczki pary, które wydobywały się z ich ust, mieszały się w jeden i rozmywały w powietrzu.

Głośne śmiechy i wrzaski, które dobiegły z dołu, poprzedziły potężny wybuch fajerwerków. Niebo nad nimi rozświetliło się wszystkimi kolorami tęczy, malując na czarnym tle złote palmy, niebieskie kule, czerwone gwiazdy i wiele innych kształtów, które Louis był w stanie rozpoznać, ponieważ odbijały się w oczach Harry’ego. Dowiedział się tego, czego chciał. Powoli wyciągnął ręce z kieszeni i uniósł je do góry, biorąc w dłonie policzki młodszego chłopaka, który zadrżał na nagłe uczucie zimna na skórze.

- Szczęśliwego Nowego Roku - powiedział miękko i nie myśląc więcej, przyciągnął go do pocałunku. Fajerwerki wokół nich były niczym w porównaniu z tymi, które wystrzeliły w jego brzuchu, gdy ich wargi się spotkały, a Harry jęknął coś niewyraźnie i pochylił się do przodu, aby Louis nie musiał stawać na czubkach swoich palców u nóg. Jego usta były chłodne, smakowały szampanem bezalkoholowym i Louis nie pragnął niczego tak mocno, jak dostania się do ich wnętrza i zbadania dokładnie każdego zakamarka, a jednocześnie chciał wtulić się w rozkoszne ciepło jego ciała, które pomimo dużego mrozu promieniowało gorącem. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Zanim zdążył zareagować, Harry przerwał pocałunek i odsunął się o pół kroku w tył, oddychając ciężko.

- Nie, Louis, nie możemy - wychrypiał gardłowo, potrząsając energicznie głową, aż jego loki podskoczyły nad czołem.

- Co? Dlaczego? - zapytał Tomlinson urywanym głosem, tęskniąc za dotykiem skóry chłopaka pod opuszkami palców. - Przecież powiedziałeś…

- Wiem, co powiedziałem! - przerwał mu tamten szorstko. - To była prawda, ale… Za dwa tygodnie wracasz na stałe do Anglii, a ja nie chcę za tobą tęsknić, okej? Dla ciebie to przygoda, o której zapomnisz, gdy tylko wsiądziesz do samolotu, ale ja zostanę tu ze złamanym sercem i będę musiał żyć po staremu. Nie mogę sobie na to pozwolić, po prostu nie. Wszystko i tak zaszło o wiele za daleko.

Louis stał jak sparaliżowany. Miał wrażenie, że Harry jest bliski płaczu, albo przynajmniej na skraju załamania nerwowego, jakby perspektywa zakochania się w Louisie była jakąś tragedią. A przecież wszystko mogło być bardzo proste.

- Możesz polecieć ze mną - wyrzucił z siebie, a Harry popatrzył na niego jak na wariata.

- Bez środków do życia, wykształcenia i domu? Chyba zapomniałeś, dlaczego mieszkam z Grimmym - parsknął ponuro, grzebiąc butem w śniegu. - Nie zostawię go. Nie zaryzykuję całego swojego życia dla czegoś, co może okazać się pomyłką stulecia. Teraz ci się wydaje, że mógłbyś mnie… ale zmienisz zdane, w wyniku czego wyląduję na bruku i umrę z głodu. My - wskazał na siebie, a potem na Tomlinsona - nie mamy wspólnej przyszłości. Przepraszam.

Po tych słowach ruszył przez zaspy w stronę drzwi balkonowych, garbiąc swoim zwyczajem plecy. Louis nie miał zamiaru tak łatwo pozwolić mu odejść. Rzucił się za nim, doganiając go w progu domu i obrócił go przodem do siebie.

- Jesteś takim idiotą, Styles - warknął, całując go mocno jeszcze raz. - Dobrze, że jesteśmy przyjaciółmi, inaczej sprałbym cię na kwaśne jabłko. Zmienisz zdanie w wyniku czego wyląduję na bruku i umrę z głodu- zapiszczał dramatycznie, zmuszając młodszego chłopaka do spojrzenia sobie w twarz. - Cały czas tu będę, rozumiesz? Do niczego cię nie namawiam i zrobisz, jak zechcesz, ale nie zostawię cię. Masz dwa tygodnie na podjęcie decyzji.

Odszedł, pozostawiając Harry’ego ze wzrokiem wbitym w podłogę.

* Harry naprawdę ma taki tatuaż, a jeżeli ktoś go nigdy nie widział (w co wątpię, no ale mogło tak być), tutaj znajdziecie zdjęcie: łapcie link:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz