czwartek, 28 listopada 2013

135

Kiedy następnego ranka Louis otworzył oczy, wciąż miał na sobie te same brudne bokserki, a jego podbrzusze pokrywała zaschnięta sperma. Skrzywił się, patrząc na białe smugi na swojej skórze i automatycznie powrócił myślami do przyczyny całego bałaganu - Harry’ego, zaspokajanego oralnie przez swojego chłopaka podczas imprezy u Zayna. Zaraz potem przekonał się, że to nie był najlepszy pomysł, bo ostatnim, czego teraz potrzebował była kolejna niekontrolowana erekcja, a ta powoli zaczynała budzić się do życia. Czym prędzej odrzucił więc na bok kołdrę i wyskoczył z łóżka, obierając sobie za cel łazienkę, razem z jej prysznicem i zimną wodą w kranie.

Pół godziny później jego skóra była zaczerwieniona od energicznego szorowania mydłem, a umysł zmęczony ciągłym rozważaniem powodu, dla którego myśli o dwóch facetach w łóżku tak nagle stały się dla niego stymulujące, ale przynajmniej czuł przyjemną świeżość. Wytarł się dokładnie i ubrany w znoszone dresy, postanowił skierować swoją uwagę na sprawy o wiele ważniejsze, niż przypadkowa masturbacja, a mianowicie na nową znajomość swojego współlokatora z pewnym Irlandczykiem. Zaparzył w kuchni dwa kubki herbaty i zaniósł je do salonu, gdzie opadł na kanapę obok Liama. Niezrażony brakiem jakiejkolwiek reakcji, bądź powitania z jego strony, podał mu jedną ze szklanek i głośno zacmokał.

- To ty jednak nadal tutaj mieszkasz? - Uniósł teatralnie brwi, starając się zabrzmieć odpowiednio niedowierzająco. - Ostatnio częściej rozmawialiśmy przez telefon, niż na żywo. Prawie zapomniałem, jak wyglądasz. - Widząc, że jego starania w oderwaniu Liama od telewizora nie przynoszą żadnego rezultatu, oparł stopy o niską ławę przed sobą i zmienił ton głosu na odrobinę poważniejszy. - Ale dobrze się składa, mamy okazję pogadać.

Liam dmuchnął ostrożnie w swoją herbatę, nie przerywając oglądania świątecznego programu w telewizji.

- Mhm. O czymś szczególnym, Lou? - zapytał bez większego zainteresowania.

- Nie, po prostu chciałem pogadać. Jak kiedyś. Może… - Louis celowo urwał wypowiedź, udając zastanowienie. - Może opowiesz mi o tym, jak spędziłeś wczorajszy dzień?

Szatyn wzruszył obojętnie ramionami.

- Zwyczajnie. Nie robiłem niczego szczególnego.

- Ale byłeś wtedy z Niallem?

-Tak. Siedzieliśmy w mieszkaniu razem z jego współlokatorami i graliśmy w karty. Dogadałbyś się z nimi, tak jak ty po mistrzowsku oszukują w pokera.

Louis przekrzywił głowę, przypatrując się uważnie siedzącemu obok przyjacielowi. Liam był…wyprany z emocji. Dosłownie. Wszystko, o czym mówił, zdawało się nie mieć dla niego najmniejszego znaczenia, jakby spędzanie czasu z Niallem i jego znajomymi było tylko wypełniaczem czasu lub odskocznią od czegoś innego. Gdyby łączyło ich coś więcej, chłopak powinien jakoś się zdradzić. Rumieńcem, uśmiechem czy czymkolwiek innym. Zamiast tego Liam wyglądał po prostu na znudzonego, a to nie było normalne nawet w jego przypadku.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Ja zawsze gram uczciwie - rzekł Louis powoli. - Wiesz, tak naprawdę jest coś, o co chciałbym cię zapytać, Liam. Nie wiem tylko, czy mogę.

Payne, po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia rozmowy, wykrzesał z siebie odrobinę zaangażowania i oderwał wzrok od telewizora.

- Jesteśmy przyjaciółmi, możesz mnie pytać o wszystko.

- Dobrze. Cieszę się. - Louis pociągnął łyka ze swojego kubka, zastanawiając się, jak najlepiej sformułować pytanie i czego najbardziej pragnął się dowiedzieć. Musiał podejść do tematu ostrożnie. W końcu odchrząknął i spojrzał w brązowe oczy. - Jesteś tutaj szczęśliwy?

Sylwetka Liama nawet nie drgnęła.

- To znaczy?

- No, tutaj, w Nowym Jorku. Czy ten wyjazd rzeczywiście jest spełnieniem marzeń, tak jak sądziliśmy w Londynie?

Nastąpiła chwila ciszy, która mogła znaczyć wszystko, a jednocześnie nic. Po niej Liam uniósł do ust swoją szklankę.

- A ty jesteś szczęśliwy, Lou? - powiedział, unikając jednoznacznej odpowiedzi.

- Cóż… Szkoła jest wspaniała, chociaż bardzo różni się od tej w Anglii. Poznałem Zayna, Perrie i Harry’ego… - Na myśl o Stylesie poczuł ciężar w żołądku. Z nim też musiał jak najszybciej porozmawiać. - Tak, zdecydowanie jestem szczęśliwy.

Louisowi nie umknął cień, którzy przesunął się po twarzy Liama. Nie potrafił go jednak zinterpretować, bo zniknął równie szybko jak się pojawił i jego przyjaciel już rozciągał usta w uśmiechu.

- Ja też jestem.

- Na pewno? Liam, ostatnio zachowujesz się… inaczej.

Payne wstrząsnął lekko głową, nadal się uśmiechając.

- Wydaje ci się, zresztą sam powiedziałeś, że ostatnio prawie się nie widzieliśmy. Ten wyjazd jest wielkim wyróżnieniem. Będę tęsknił za tym miastem i ludźmi - tu wyraźnie się zasępił - gdy za trzy tygodnie wrócimy do domu. Dzięki za herbatę i… za troskę. Dobry z ciebie przyjaciel.

Próbował wstać z miejsca, ale Louis go zatrzymał, chwytając za nadgarstek.

- Liam…

- Louis, powiedziałem już wszystko…

- Co się dzieje? - Tomlinson był coraz bardziej zaalarmowany i zaniepokojony. - To ma coś wspólnego z Niallem? Odkąd zacząłeś spędzać z nim niemal cały swój wolny czas, jesteś dużo cichszy! Chodzi o to, że niedługo wracamy do domu i będziesz musiał go tutaj zostawić? Między wami do czegoś doszło, tak?

Liam spojrzał na niego ze zbolałą miną, nareszcie ujawniając jakieś emocje, ale zamknął usta, które otworzył. Milczał, aż w końcu pokiwał głową i wyszarpnął rękę z uścisku, znikając w wyjściu na korytarz i pozostawiając Tomlinsona z przeświadczeniem, że właśnie spektakularnie spieprzył sprawę.

A potem zabrzęczała jego komórka. Dzwonił Harry.

***

- Wygląda… hmm… - Louis urwał, niezdolny do znalezienia odpowiednich przymiotników, by opisać wygląd ugotowanej przez Harry’ego potrawy. To, co miało być wykwintną rybą w sosie koperkowym, przypominało szarą papkę z zieloną posypką i spoczywało smętnie na dnie wysokiego garnka. - Cóż, w smaku na pewno jest dobre. Podaj mi łyżkę, spróbuję.

Harry bez słowa wręczył mu trzymaną przez siebie łopatkę do smażenia, na którą Louis nabrał odrobinę sosu i włożył ją sobie do ust. I o mało natychmiast wszystkiego nie wypluł, czując, jak jego oczy wychodzą z orbit i zaczynają łzawić, kiedy ostry smak, którego chłopak kompletnie się nie spodziewał po rozgotowanej breji, wypalał jego podniebienie. Przełknął jednak bohatersko, nie chcąc zrobić Harry’emu przykrości, bo jego przyjaciel spędził na przygotowaniu obiadu całe przedpołudnie, a potem zadzwonił do Tomlinsona z prośbą o obiektywną opinię.

- I? - zapytał z obawą Harry, przyglądając się twarzy Louisa, która, sądząc po uczuciu gorąca na policzkach, kolorem musiała przypominać dojrzałego pomidora. - Grimmy lubi dobrze przyprawione jedzenie, ale mogłem trochę przesadzić… Nie mam za grosz talentu kulinarnego.

Tomlinson nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

- Eee… Było… całkiem… - zawahał się, a potem skapitulował. - Boże, muszę się napić!

Harry westchnął, zrzucając z szyi fartuch kucharski, który chronił jego biały t-shirt przed poplamieniem i podsunął Louisowi butelkę z wodą. Chłodny płyn jeszcze nigdy nie smakował tak cudownie.

- Świetnie. Grimmy będzie zachwycony, kiedy wróci i zobaczy, że znowu wygrał zakład. Zawsze powtarza, że jestem beznadziejnym przypadkiem, a gotowanie nie jest dla dzieci - powiedział nastolatek z rezygnacją i zdjął garnek z kuchenki, wylewając jego zawartość do kosza na śmieci. - Jakby on sam zachowywał się tak dorośle. Hipokryta. Ale nie rozumiem, przecież robiłem wszystko zgodnie z przepisem i dwa razy sprawdzałem, czy ilość składników się zgadza. W dodatku w Internecie było napisane, że nie da się tego zepsuć! Szlag by to trafił… - mruknął na zakończenie, opierając się tyłem o blat kuchenny. - Przepraszam, że musiałeś tego próbować. Powinienem był cię wcześniej ostrzec.

- Nie przejmuj się, jadłem gorsze rzeczy. - Harry posłał mu sceptyczne spojrzenie i Louis wywrócił oczami, uśmiechając się lekko. - No dobrze, to było wręcz niejadalne i zdecydowanie okropne. Ale hej!, dlaczego nie zamówisz czegoś na wynos? Przełożysz to na talerze i Nick się nie zorientuje.

- Myślisz, że nie próbowałem? Kupiłem kiedyś kurczaka po chińsku, który okazał się tak dobry, że Grimmy zechciał nałożyć sobie drugą porcję. Jakie było jego zdziwienie, kiedy cała kuchnia lśniła czystością, a żaden z garnków nie był tamtego dnia używany. Do tej pory się z tego śmieje i wspomina o tym przy każdej okazji. A tak chciałem chociaż raz go czymś zaskoczyć!

Louis musiał przyznać, że nie miał innego pomysłu na rozwiązanie tego problemu. Co prawda Harry mógł się po prostu poddać i przegrać zakład (chłopak wolał nie wiedzieć, o co para się założyła), ale właśnie z tego powodu zadzwonił dzisiaj do swojego starszego przyjaciela - miał nadzieję, że ten mu pomoże. I Louis bardzo chciał to zrobić. Tak bardzo, że kiedy wodząc wzrokiem po kuchni zauważył torbę z warzywami, jego usta nie czekały na pozwolenie z mózgu i powiedziały:

- W takim razie, Hazza, szykuj się na drugie podejście. Ze mną ta ryba nie ma prawa nie wyjść.

A kiedy Styles zamrugał z niedowierzaniem, sam podszedł energicznie do lodówki i zaczął wyciągać z niej potrzebne składniki.

- Potrafisz gotować? - zapytał Harry, pojawiając się obok z wydrukowanym przez siebie przepisem.

- Trochę - przyznał Louis, wyrzucając z pamięci obraz bezkształtnej bryły, którą upiekł na Wigilię. Może nie przypominała tego pięknego placka z obrazka w książce kucharskiej, ale smakowała całkiem dobrze, a jedzenie miało przede wszystkim smakować, prawda? - Okej, od czego powinniśmy zacząć? Pokaż mi tę kartkę… - Przebiegł wzrokiem opis wykonania ryby i mruknął ze zrozumieniem. - Dobrze. Harry, posiekaj cebulę, ja zajmę się smażeniem filetów.

Kiedy twarz Harry’ego rozświetlił uśmiech i chłopak bez słowa sprzeciwu oddalił się w kierunku przeciwległej części kuchni, Louis wiedział, że trafił w dziesiątkę. Ukrywając zadowolenie, zabrał się za przygotowanie ryby, co jakiś czas zerkając kątem oka na pochłoniętego pracą przyjaciela. Sądził, że kiedy spotka się z Harrym, atmosfera pomiędzy nimi będzie niezręczna i napięta, ale wcale tak nie było; nie oznaczało to jednak, że nie czekała ich rozmowa na temat tego, co wydarzyło się w sypialni Zayna. Musieli to sobie wyjaśnić, a przynajmniej Louis czuł taką potrzebę.

- Pokroiłeś? - zawołał kilka minut później, jednocześnie mieszając na patelni rozdrobnionego morszczuka.

- Eee, już prawie. Wystąpiły pewne problemy…

Louis zmniejszył ogień pod patelnią i postanowił to sprawdzić. Podszedł do Harry’ego, który stał z zaciśniętymi mocno powiekami i próbował na oślep kontynuować krojenie, a na jego rzęsach osiadły łzy wywołane zapachem cebuli. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że nóż porusza się dobre kilka centymetrów od trzymanego przez niego warzywa.

- Ojej, Harry… To, że nie umiesz kroić w równą kosteczkę nie oznacza, że musisz od razu płakać!

- Zamknij się - rzucił Harry ze śmiechem, przecierając zamknięte oczy ramieniem. - Wracaj na miejsce, sam sobie poradzę.

Korzystając z tego, że Styles nie mógł go zobaczyć, Louis popatrzył w sufit i pokręcił głową, wzdychając ciężko. Wyjął mu delikatnie nóż z palców i przysunął do siebie deskę.

- Oddychaj przez usta, a zaraz powinno przejść - poinstruował przyjaciela spokojnie. Harry nie protestował, najwyraźniej czując ulgę, że nie musi się dalej męczyć z drażniącym zapachem. Odszedł kawałek dalej, a w międzyczasie Louis w szybkim tempie dokończył krojenie, poprawiając jednocześnie to, co do tej pory zrobiły niewprawne ręce Harry’ego. Wkrótce wszystko było gotowe i bulgotało wdzięcznie pod przykrywką, wypełniając kuchnię przyjemnym aromatem śmietany z koperkiem.

Louis wytarł ręce w ścierkę i odwrócił się od kuchenki, uśmiechając z zadowoleniem.

- Chyba możemy zaryzykować stwierdzenie, że tym razem Nick przegrał zakład - powiedział, obserwując Harry’ego, który kucał przy jednej z dolnych szafek i przetrząsał jej zawartość.

- Wiem. I dlatego chciałem to uczcić - odparł, prostując się z butelką czerwonego wina w ręce. - Nie znam się na tym, ale jeżeli Grimmy je kupił, musi być dobre. Wyjmiesz nam kieliszki? Są w kredensie.

- Wino? Czuję się trochę staro - rzekł Tomlinson, udając się we wskazane miejsce. Otworzył drzwiczki i przyjrzał się półkom, wybierając spośród różnych rodzajów kieliszków te o odpowiednim kształcie. Uważając, aby niczego nie strącić, zaczął zamykać kredens, gdy dostrzegł coś, czego nigdy wcześniej nie widział. - A do czego służą te rurki?

- Rurki?

- Takie małe, szklane. Z jednej strony mają krótkie zwężenie. Jest ich całkiem sporo.

- Masz na myśli lufki, Lou? - padło pytanie. - Do palenia.

Louis zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widział Harry’ego lub Nicka z papierosem w ręce. Nie żeby tego drugiego spotkał więcej niż dwa razy, ale mimo wszystko coś by zauważył. Zamknął drzwiczki i wrócił do tej części kuchni, w której stał jego przyjaciel.

- Nie łatwiej kupić gotową paczkę w sklepie?

Harry prychnął pod nosem, rozlewając wino.

- A widziałeś w Nowym Jorku sklep, w którym by je sprzedawano? Przecież to nielegalne. Nick trzyma wszystko w domu, więc gdyby weszła tu kiedyś policja, mielibyśmy przechlapane. - Uniósł wzrok i napotkał zdezorientowane spojrzenie Louisa. - No co?

- Harry, o czym ty mówisz?

- O marihuanie - powiedział Styles, unosząc brwi. - A ty myślałeś, że o czym? - Nagłe zrozumienie przecięło jego twarz. - Czekaj… Ty nigdy nie paliłeś?

Louis pokręcił głową z konsternacją, odnosząc wrażenie, jakby to on w tym towarzystwie był młodszy i nie miał w niczym doświadczenia.

- Nie wierzę, przecież skończyłeś brytyjską szkołę! Coś niebywałego, jakim cudem…? Chcesz spróbować?

Czy chciał? W zasadzie nigdy go nie ciągnęło do tego rodzaju używek, zwykle wystarczało mu piwo lub ewentualnie jakiś mocniejszy alkohol, ale w tamtym momencie, gdy stał w kuchni Harry’ego, pomagając mu w przygotowaniu obiadu, a Styles patrzył na niego z widoczną fascynacją, powiedział „tak”.

- Okej, więc chodźmy do pokoju. Możemy zostawić tę rybę na gazie, czy trzeba jej pilnować?

- W zasadzie jest już gotowa. Później przed podaniem tylko ją podgrzejesz.

Harry skinął głową, gasząc niebieski płomień pod rondlem z sosem. Wzięli swoje kieliszki i powędrowali do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie Louis usiadł na kanapie patrząc, jak nastolatek wyciąga niedużą torebkę suszu oraz lufkę, a potem nabija ją marihuaną i zajmuje miejsce obok. Potem uśmiechnął się szeroko, unosząc przedmiot na wysokość ich oczu.

- Jedyne, co musisz zrobić, to głęboko się zaciągnąć i jak najdłużej trzymać dym w płucach - powiedział, mrugając. Louis zauważył, że jego oczy miały dokładnie ten sam kolor, co stojąca nieopodal choinka. - Popatrz.

Węższy koniec lufki zniknął pomiędzy pełnymi wargami, natomiast końcówka z zielonymi listkami została podpalona zapalniczką. Biały dym wypełnił przeźroczystą rurkę, a Louis poczuł charakterystyczny, słodkawy zapach i przygotował się do powtórzenia procesu, który obserwował. Gdy nadeszła jego kolej, zrobił dokładnie to, co powiedział mu Harry - wciągnął narkotyk do płuc, niemal dusząc się od kaszlu, który wywołał gryzący obłok. Pieczący ból rozszedł się po jego gardle i przełyku, dochodząc aż do płuc.

- Nie, zabierz to - wychrypiał, odsuwając od siebie lufkę.

- Pierwszy raz zawsze taki jest, po prostu za szybko się zaciągnąłeś. Zrób to powoli i z wyczuciem. Pozwól, aby dym gładko wpłynął do płuc.

Louis rzucił mu bezradne spojrzenie, ale pokręcił głową. Czuł, jakby gorące powietrze poparzyło wnętrze jego jamy ustnej i nie było to najprzyjemniejsze doznanie. Zdecydowanie nie chciał tego powtarzać.

- Okej, to może w inny sposób - rzekł Harry, jeszcze raz pstrykając zapalniczką. - Mogę to zrobić za ciebie i tym razem ci się spodoba, obiecuję. Co ty na to?

- W porządku, ale to chyba nie jest dla mnie. Co mam robić?

- Otwórz usta - nakazał Styles, a Louis wypełnił jego polecenie. Harry przesunął się na kanapie tak, że ich uda się stykały i ponownie rozpalił lufkę. Przez kilka sekund się nie poruszał, a potem odwrócił się i pochylił w stronę starszego chłopaka, nie spuszczając intensywnego spojrzenia z jego oczu. Louis przełknął ślinę, czując niespodziewaną sensację w dołku, kiedy znaleźli się tak blisko siebie, że ich nosy się o siebie otarły. Wtedy Harry dmuchnął prosto w jego usta, praktycznie przyciskając do nich swoje wargi i zmuszając Louisa do zaciągnięcia się dymem. Tym razem drapanie w gardle było mniejsze, a dziwne wirowanie w głowie przyjemniejsze, tym bardziej, że Harry się nie odsunął, nadal będąc zbyt blisko. - I jak? - wymruczał.

- Lepiej - wydyszał Louis w trakcie wypuszczania powietrza. - Gdyby to zawsze tak wyglądało, c-chyba mógłbym to polubić.

Przerwał kontakt wzrokowy, zjeżdżając spojrzeniem na usta, które były tuż przy jego policzku i przed chwilą dzieliły się z nim narkotycznym powietrzem. Nie wiedział, co się z nim działo, wszystko było tak bardzo nowe, a jednocześnie miało w sobie coś znajomego. Po części winił za to odurzenie marihuaną, w końcu robił to po raz pierwszy, ale… złośliwy chochlik z tyłu głowy podpowiadał, że to było tam wcześniej. Ta dziwna, obezwładniająca potrzeba zniwelowania odległości do zera. W dodatku Harry wcale mu nie pomagał, kiedy uśmiechał się leniwie, uwieszony jego ramienia.

- Harry, odsuń się - powiedział Louis wolno. Pozycja, w jakiej się znajdowali, wydawała się idealna do całowania, co było niebezpieczne i niedopuszczalne, i absolutnie nie mogło się wydarzyć.

- Dlaczego? - Styles obdarzył go łagodnym spojrzeniem.

- Po prostu to zrób. Proszę.

- Lou, nie świruj. Zjarałeś się, to wszystko.

- Nie, nie o to chodzi…

Usta. Tak. Blisko. Cholera.

- Więc o co?

Louis zamknął oczy, próbując się skupić, co było podwójnie trudne.

- Słuchaj, nie… Pamiętasz, co się wczoraj stało u Zayna? - Harry mruknął twierdząco w odpowiedzi, opierając policzek o bark Louisa.

- Przyłapałeś nas w sypialni, tak. Sądziłem, że nie będzie to dla ciebie problemem.

- Cóż, a jednak.

Ciężar zniknął z jego ramienia i Louis otworzył oczy.

- Louis, wiedziałeś, że jestem gejem. Boże, ty przecież mieszkasz z gejem! Jeżeli próbujesz mi powiedzieć, że odkryłeś w sobie homofoba…

Tomlinson znowu przełknął ciężko ślinę.

- Nie, Harry. Próbuję ci powiedzieć, że jeżeli się nie odsuniesz, prawdopodobnie cię pocałuję.

W salonie zapadła cisza, którą przerywało tylko powolne tykanie zegara na ścianie. Wszystko poszło nie tak, jak powinno. Dlaczego w ogóle to powiedział? To, że podniecił go widok dwóch mężczyzn w łóżku nie oznaczał przecież, że zaczął się nagle interesować tą samą płcią. I może wcale nie chciał pocałować Harry’ego. Może mu się wydawało.

- Sam już nie wiem - ciągnął, splatając swoje słonie na podołku. - Widząc was wczoraj naprawdę się nakręciłem, ale nie mogę sobie wyobrazić oglądania gejowskiego porno, czy… To znaczy, orientacja chyba nie może się zmienić z dnia na dzień, prawda? To niemożliwe. A jednak przez chwilę, kiedy byłeś tak blisko… i… Rozumiesz coś z tego?

Twarz Harry’ego rozluźniła się, jakby chłopakowi wyraźnie ulżyło.

- Kiedy ostatni raz z kimś spałeś? - zapytał swobodnie, a Louis się zarumienił.

- Harry, nie wydaje mi się, aby to pytanie było na miejscu.

- Kiedy, Lou?

Tomlinson odchrząknął. Jeżeli chodziło o te sprawy, jego przyjaciel nie miał żadnych zahamowań.

- Zanim wyjechałem do Stanów - wyznał niechętnie.

- Cztery długie miesiące celibatu i jechania na ręcznym - westchnął Harry. - Nic dziwnego, że twoje libido zaczyna wariować. Znam jednak niezawodne lekarstwo.

- Niby jakie?

- Potrzebujesz porządnego pieprzenia, Lou.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz