Niebo było oszałamiająco pomarańczowe, namalowane zachodzącym słońcem, którego ostatnie promienie oświetlały chmury Nibylandii jasnymi, choć przytłumionymi kolorami, pasującymi do ich miękkich oddechów i delikatnej miłości. Widmo barw przechodziło od głębokiej czerwieni u dołu, muskającej trawy i drzewa, do niemal żółtego błękitu na górze, rozsianego wokół nich. Siedzieli na polu pod drzewem, którego gałęzie rzucały na nich kojący cień, ciepli w swoim towarzystwie. Przygarnięty przez Harry’ego na swoje kolana, Louis złożył głowę na jego ramieniu, a wokół nich panowała cisza, odkąd usiedli razem i złapali oddech po zakończonym niepowodzeniem wyścigu przez las, w którym Harry wywrócił się na swoich koślawych stopach, zwalając się ze śmiechem na ziemię. Wyprzedzający go Louis po prostu zawędrował do niego z powrotem przez las, gdy uświadomił sobie, że niezdarny chłopak zaprzestał swych fatalnych prób prześcignięcia go. Harry zrezygnował z biegu, zamiast tego zadowalając się spacerowaniem, uśmiechając się nieśmiało, kiedy Louis zatrzymał się z rękoma na biodrach, mówiąc:
- Zrujnowałeś wyścig! Miałem wygrać!
- Upadłem!- bronił się Harry. - A ty i tak byś wygrał.
- Ale nie wiemy tego na pewno, co nie?
- Ja wiem - powiedział Harry, podchodząc do miejsca, w którym oddalony o kilka stóp stał Louis i odsuwając jedną z jego rąk z jego talii, żeby spleść ze sobą ich palce.
- Wcale nie! - kłócił się Louis, ewidentnie nachmurzony.
- Co ty na to, żebym dał ci nagrodę? Wtedy to będzie oficjalne.
Louis uśmiechnął się szeroko.
- Okej.
Harry schylił się i cmoknął go w usta.
- To była najgorsza nagroda na świecie.
- Przepraszam bardzo! - odezwał się z oburzeniem Harry. - Nie wszyscy mają możliwość całowania tych ust.
Oczy Louisa zwęziły się i chłopak zacieśnił ochronnie uścisk na jego ręce.
- Lepiej, żeby nie mieli - urwał, szarpiąc za nią, żeby zbliżyć do siebie ich ciała. - Żądam lepszej nagrody.
Harry wywrócił oczami, ale przesunął wolną rękę i ujął kark Louisa, spotykając jego usta w namiętnym pocałunku. Przejechał w poprzek jego zębów i naparł na język, ale odsunął się do tyłu, ciągnąc za sobą jego dolną wargę, zanim Louis zdołał chwycić go za biodro i wyszeptać do ucha coś, co nie pozwoliłoby mu nigdy skończyć.
- Lepiej? - zapytał niskim, chrapliwym tonem.
- O wiele - powiedział Louis pogodnie, ciągnąc go za rękę, aby znowu zaczęli iść. Przeszli przez las z wciąż lekko ciężkim oddechem, ale splecionymi rękami i sercami.
Tak oto siedzieli teraz pod drzewem, a oddech Louisa był ciepły niczym kolory nieba na jego szyi oraz obojczykach i Harry był kompletnie usatysfakcjonowany. Tracił poczucie czasu; jego ręce obejmowały całość opalonego brzucha starszego chłopaka, którego koszulka podwinęła się do pępka i usuniętego paska uniwersalnego. Ich oczy skierowane były na niebo, obserwując przeobrażenie kolorów w zachód słońca. Harry rysował opuszkami małe zawijasy i tworzył wzory na kształt ruchu wycieraczek samochodowych na kościach biodrowych Louisa, a ciepła skóra pod jego rękami była gładka. W tej krainie, tak bardzo oddalonej od miejsca, w którym mieszkał, czuł się całkowicie jak u siebie w domu.
Speszył się, kiedy wciąż osiadające na jego szyi usta poruszyły się, wymawiając słowa:
- Harry, dlaczego mnie kochasz?
Harry wziął gwałtowny wdech, przesuwając talię Louisa na swoim podołku, dzięki czemu mógł spojrzeć mu w oczy.
- Louis, popatrz na mnie. - Chłopak nie uniósł wzroku. - Lou, kochanie, popatrz na mnie. - Potrząsnął głową. - Louis - wymamrotał Harry, biorąc palec wskazujący i podnosząc nim jego podbródek. Kiedy ich oczy nawiązały kontakt, normalnie błękitne tęczówki Louisa były lśniące i błyszczące od łez, które jeszcze nie spadły, a jego usta drżały. - Czemu tak mówisz, kochany?
Louis nabrał głęboko powietrza.
- Po prostu… - jego głos się załamał i chłopak wykręcił swoje palce. - Po prostu myślałem o tym zdjęciu, które zobaczyłem wczoraj w twojej zabawce. Jest ich więcej? Czy jest więcej ludzi, których kochałeś przede mną? Okazywałeś im to, tak jak okazujesz mnie? Chcę być jedynym, którego kochasz, Harry.
Dokładnie tutaj serce Harry’ego praktycznie pękło w piersi, słysząc głos Louisa tak słabym i szorstkim, a nie wysokim, głośnym i anielskim, jakim był normalnie, robiąc piorunujące wrażenie na każdym, kto go słuchał. Zamiast tego Louis był cichy i nieśmiały, jak gdyby nie chciał zostać usłyszanym nawet przez samego siebie.
- Louis - westchnął Harry, starając się utrzymać głowę na jego poziomie i samemu się nie załamać. - Jesteś jedyną osobą, którą kocham. Jedyną osobą, której to okazuję i chcę, żebyś o tym wiedział, okej, kochanie? Było… - zatrzymał się na moment, próbując wymyślić to, jak sformułować swoje zdanie. Odetchnął głęboko. Louis spojrzał na niego z utęsknieniem, niespokojny i nieswój. - Byli przed tobą inni ludzie. - Twarz Louisa się zmarszczyła, ale chłopak odrzucił płacz, mrugając, żeby pozbyć się z oczu wzbierających łez. - Posłuchaj mnie, Louis, kocham ciebie i tylko ciebie, a tamci ludzie przed tobą… już się nie liczą. Nie wiedziałem tak naprawdę, czym jest miłość. Nadal się tego uczę, Louis. Uczę się dokładnie tak jak ty i teraz uczymy się tego wspólnie. Ty też możesz mi to okazywać. Uczę się ciebie. I kocham w tobie wszystko.
Głos Louisa wciąż był słaby, kiedy wymamrotał:
- Pokażesz mi?
- Tak - wypowiedział Harry bez tchu. - Tak, oczywiście. - Ujął szczękę Louisa i pocałował go mocno, próbując przelać w ten pocałunek wszystko, co miał, żeby mu pokazać, żeby poczuł, jak wielką darzył go miłością. - Kocham cię, Lou - powiedział pomiędzy pocałunkami. - Kocham cię tak bardzo. - Ponownie potarła ręką wierzch jego brzucha. - Nigdy o tym nie zapominaj, okej? Zamierzam pokazać ci jak bardzo cię kocham, zgoda?
Louis przytaknął, zanim ponownie całował Harry’ego, podążając rękoma do jego włosów, gdzie spoczęły one zaborczo, przyciągając go niemożliwie bliżej i szarpiąc może odrobinę bardziej niż było to konieczne, a jego język był gorący naprzeciwko drugiego języka. Gdy Harry spróbował się oddalić, przygryzł jego dolną wargę, przywierając znowu do białej kolumny jego szyi by wyssać na niej znak. Dopilnował, żeby był ciemny, gryząc i ssąc intensywnie, aby został tam na wiele dni, oraz żeby każdy wiedział, że Harry był jego.
- Mój - wywarczał.
- Twój - wyszeptał Harry, przyciskając na krótko palec do pozostawionego znaku, gdy Louis się odsunął, oraz bawiąc się przodem jego t-shirtu i unosząc go do góry, wędrując rękoma po jego łagodnej, opalonej i gładkiej piersi. Delikatnie zdjął z siebie Louisa, przesuwając się do tyłu po miękkiej trawie i robiąc sobie miejsce przy jego biodrze. Przycisną usta do ostrej kości biodrowej i wymamrotał przy skórze:
- Zamierzam ci obciągnąć, okej?
Louis skinął gwałtownie. Oddech uwiązł mu w gardle, gdy Harry ugryzł go delikatnie w biodro, przemieniając to w pocałunek i ściągając z niego cienkie, zielone legginsy, oraz utrzymując spojrzenie skierowane na jego niebieskie oczy, jasne i przepełnione pożądaniem. Dotknął ustami wnętrza jego ud, oddychając gorąco, a na skórze, którą polizał, pojawiała się gęsia skórka. Penis Louisa spoczywał wyprężony przy jego brzuchu, rozgrzany i czerwony, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości, zachowując kontakt wzrokowy, gdy Harry pozwolił główce otrzeć się o swoje wargi, ssąc ją lekko i słysząc wydobywające się z Louisa najcichsze z łkań, wysokie i lekko chropawe.
Oblizał przekornie trzon, ale tylko dlatego, że wiedział, iż sprawia to przyjemność. Wziął do buzi jedno z jąder i przebiegł palcami po wewnętrznej stronie jego uda, obserwując ponownie pojawiające się dreszcze.
- Harry - zaskomlał Louis, niecierpliwiąc się i czując się obezwładnionym. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu, zanim wziął penisa w usta, ssąc go mocno; jego głowa podskakiwała w górę i w dół. Ciche dźwięki wylewały się spomiędzy warg Louisa, zakłócając ciszę, wypełniającą pole jaskrawych kwiatów i miękkich traw, w której jego oddech był wyraźnie słyszalny. Zacisnął szczelnie oczy i nie mógł już dłużej patrzeć na jasne niebo, które zmieniało się z intensywnych, żywych oranżów w przytłumiony, ciemny firmament, ale szczerze? Chłopak, którego kochał ssał jego kutasa i w tym momencie Louis naprawdę nie dbał o niebo. Zacisnął pięści na trawie, ale wyrwała się ona z ziemi i zamiast niej Louis wybrał włosy Harry’ego. Loki były jedwabiste, ale bezpieczne w jego uścisku.
Harry przesunął usta, żeby polizać szczelinę na główce i Louis doszedł bez ostrzeżenia, bez drobnego krzyku, a jego sperma pochlapała twarz młodszego chłopaka, wisząc w luźnych lokach, na rzęsach, w jego ustach i na policzkach. Harry zaśmiał się, gdy usiadł prosto, wczołgując się na podołek Louisa i naciskając na plamkę, o której wiedział, że była po jego prawej stronie. Oblizał usta, a Louis sięgnął do jego włosów i wyczesał z loków spermę oraz starł ją kciukiem z jego policzka.
- Kocham cię, Lou - wyszeptał Harry.
Tym razem, kiedy Louis rzucił okiem w górę, niebo nie rysowało się pomarańczowo, ale świeciły na nim gwiazdy, gdy powiedział:
- Ja ciebie też, Haz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz