czwartek, 28 listopada 2013

136

- Nie, nie, stop. Stop! Panowie Horan i Payne - w sali natychmiast zapadła głucha cisza, gdy nauczycielka śpiewu przystanęła przed wywołaną parą, opierając jedną ze swoich starannie wypielęgnowanych dłoni na biodrze - można wiedzieć, dlaczego nie pracujecie?

Wzrok wszystkich uczniów spoczął najpierw na Liamie, który z pobladłą twarzą zaciskał palce na kartce z nutami i uparcie milczał, a potem przeniósł się na stojącego obok Nialla. Irlandczyk nie wyglądał na speszonego całą sytuacją, raczej na uprzejmie zdziwionego ogólnym zainteresowaniem, w centrum którego się znalazł, i zanim odpowiedział, obdarzył tłum nieprzytomnym uśmiechem.

- To musi być nieporozumienie, pani profesor. Ćwiczymy równie ciężko, co reszta.

- Doprawdy? - Kobieta zmrużyła oczy za okularami, obserwując dwójkę swoich uczniów. - Payne, czy zgadza się pan w tej kwestii ze swoim partnerem?

Liam skinął głową, chociaż było dokładnie odwrotnie. Cóż, może Niall ćwiczył swoją partię, ale on sam nie podjął żadnego wysiłku i najwyraźniej nie był w stanie nawet przekonująco udawać, że śpiewa. Od razu zorientował się, że kłamiąc popełnił wielki błąd, ponieważ nauczycielka klasnęła w ręce i skinęła na pianistę, który zaczął wygrywać ćwiczoną tego dnia melodię.

- Wspaniale. Zaprezentujcie nam więc owoc swojej ciężkiej pracy - powiedziała, wyciągając ich na środek, żeby reszta studentów mogła utworzyć wokół koło. - Pomińcie zwrotkę, chcę usłyszeć sam refren.

Żołądek Liama skręcił się w supeł, kiedy spojrzał na trzymaną przez siebie kartkę. Bez uprzedniej rozgrzewki nie będzie w stanie wydobyć odpowiednio wysokich dźwięków, z jakich składała się jego solówka i zostanie upokorzony przed całą grupą. Nie miał jednak innego wyjścia, musiał zaśpiewać. Spojrzał na Nialla, który posłał mu pytające spojrzenie, więc mrugnął na znak, by blondyn zaczynał. Po sekundzie salę wypełnił łagodny głos, dobrze komponujący się z podkładem i przechodzący gładko przez każdy bardziej wymagający fragment. Brzmiał idealnie i nauczycielka wyprostowała się z nikłym zadowoleniem, prawdopodobnie gotowa przyznać, że jednak się pomyliła, ale kiedy nadszedł moment wejścia Liama, jej mina z powrotem stężała. Gardło chłopaka było boleśnie zaciśnięte od prób powstrzymania strumieni łez, a wydobywające się z niego dźwięki odbiegały dalece od poziomu, który by można było nazwać chociaż znośnym, i po kilku sekundach całkiem ustały, kiedy Liam zamknął usta, oddychając spazmatycznie.

- Wiem, że jest pan na półrocznej wymianie uczniowskiej, panie Pyane - odezwała się oschle nauczycielka, przerywając grobową ciszę, która nastała po tragicznym występie Liama. Nawet pianista przerwał granie, porażony czymś tak okropnym. - Ale to nie zwalnia pana z obowiązku dawania z siebie wszystkiego na zajęciach. Zdaje pan sobie sprawę, ile osób byłoby gotowych zabić, aby znaleźć się na pana miejscu? Podpowiem: niewyobrażalnie dużo. Oczekuję, że przy następnym naszym spotkaniu pokaże pan, na co pana stać, teraz żegnam. Już zmarnował pan kilka naszych cennych minut. - Rozejrzała się na boki. - A wy na co czekacie? Na stanowiska i zaczynamy od początku.

Studenci od razu zerwali się ze swoich miejsc, a Liam wypuścił z drżących rąk nuty i jak w amoku wyszedł na korytarz, ignorując szepty oraz parsknięcia śmiechem, które towarzyszyły mu po drodze. Zamknął za sobą drzwi i dopiero wtedy przestał powstrzymywać łzy, które natychmiast popłynęły po jego policzkach, razem ze zdławionym szlochem, który opuścił jego usta. Zaczerpnął powietrza do płuc i udał się do pierwszego miejsca, jakie przyszło mu do głowy oraz wiązało się z odosobnieniem - toalety. Zniknął w jednej z kabin, gdzie usiadł na opuszczonej klapie sedesu i podciągnął kolana pod brodę. To wszystko zdecydowanie go przerosło. Stypendium w nowojorskiej szkole miało być spełnieniem marzeń, a w zamian przyniosło mu same cierpienie; gdyby tu nie przyjechał, nie zakochałby się w Zaynie i nie doszłoby do katastrofy. Jak mógł śpiewać, kiedy zaledwie dwanaście godzin wcześniej po raz pierwszy wyznał komuś miłość i został bezceremonialnie odrzucony, a jego serce bez skrupułów zgnieciono? I może przesadzał, ale naprawdę miał wrażenie, jakby nic na tym świecie nie było warte podjęcia najmniejszego wysiłku. Już nigdy nie będzie w stanie czerpać z czegokolwiek przyjemności.

Przycisnął rękawy koszuli do mokrych policzków, potrząsając energicznie głową, by pozbyć się z niej obrazu Zayna oraz wspomnienia ich pocałunku. To było dla niego zbyt wiele, nie miał już siły dłużej radzić sobie z tym w pojedynkę. Pragnął móc się komuś wyżalić, opowiedzieć o wszystkim od początku do końca, a potem usłyszeć puste zapewnienie, że będzie dobrze lub chociaż otrzymać pocieszający uścisk. Nie mógł wyjawić tego Louisowi, ponieważ starszy chłopak zdecydowanie nie zrozumiałby jego problemu. Potrzebował kogoś innego. Kogoś, kto nie będzie patrzył na niego z politowaniem, nie będzie osądzał i po prostu posiedzi obok, wspierając go samą swoją obecnością. Ale nikogo takiego nie było. Jedynymi ludźmi, z którymi utrzymywał bliższy kontakt byli Louis, Perrie oraz Zayn i z wiadomych przyczyn nie mógł się zwrócić do żadnego z nich.

W tym momencie drzwi do łazienki zaskrzypiały i Liam zastygł w bezruchu, nasłuchując równomiernych kroków na kafelkowej podłodze. Modlił się, aby nieznajomy załatwił szybko swoją potrzebę i zniknął, oddając mu z powrotem możliwość głośnego pociągania nosem bez obawy, że ktoś go usłyszy. Jak zwykle miał pecha. Ze wszystkich dostępnych kabin w pomieszczeniu, przybyły zatrzymał się właśnie przed jedyną zajętą, pukając kilka razy w jej drzwiczki. Liam zamknął oczy, ciaśniej otaczając kolana ramionami.

- To ja, Niall - rozległ się miękki głos, którego Payne do tego stopnia się nie spodziewał, że ze zdziwienia przestał płakać. - Otworzysz? - Chłopak nie odpowiedział, czekając aż Niall pochwyci aluzję i sobie pójdzie. - To chyba oznacza, że nie otworzysz - kontynuował Irlandczyk po krótkiej przerwie. - W porządku, możemy porozmawiać przez drzwi, nie ma problemu.

Liam usłyszał szelest materiału, a następnie szpara pod drzwiami została zasłonięta, jakby ktoś usiadł na podłodze pod kabiną. Zaraz potem rozległo się pogodne westchnięcie.

- Moja mama zawsze potrafiła mnie pocieszyć. Gdy dostałem złą ocenę, pokłóciłem się z najlepszym przyjacielem, rzuciła mnie dziewczyna… po prostu poprawiała mi humor. Prawdopodobnie nie odziedziczyłem po niej tej umiejętności - przyznał z cichym śmiechem - ale pamiętam, co czułem w tamtych chwilach. Uparcie szukałem odosobnienia, a tak naprawdę nie chciałem być sam i ona o tym wiedziała. Czasami sama jej obecność w moim pokoju wystarczała, abym przestał być smutny i znów zaczął się uśmiechać. I chociaż wiem, że nie jestem dla ciebie nikim szczególnym, chciałbym żebyś ty także poczuł się lepiej. Wiem, że przytrafiło ci się coś złego. Przyszedłeś dzisiaj później niż zwykle i od początku tylko udawałeś, że śpiewasz. Może nie jestem najlepszym obserwatorem, ale kocham muzykę i potrafię rozpoznać, kiedy ktoś czuje to samo. Liam, ty żyjesz śpiewaniem. Twoja twarz się rozjaśnia, oczy błyszczą, uśmiech nie schodzi z twoich ust, a to wszystko właśnie za sprawą śpiewania, bo kiedy śpiewasz, robisz to całym sobą. - Niall zatrzymał się, aby złapać oddech. - Masz wielki talent. Nie pozwól, aby jakaś głupota przeszkodziła ci w spełnianiu swojego marzenia. Nie musisz mnie słuchać. Możesz kazać mi iść do diabła lub w ogóle się nie odzywać. Ale jeżeli to miałby ci pomóc, możesz także powiedzieć mi, co się stało. Cokolwiek zechcesz. Może jako osoba postronna będę w stanie spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Liam słuchał z zapartym tchem, a kiedy Horan zamilkł, bezwiednie chwycił w palce rygiel. Może… może nadszedł czas, aby wyjść z ukrycia? Co jeżeli otrzymał szansę, której tak bardzo potrzebował? Nie otworzył jednak od razu, czekał z wyciągnięta ręką na ostatnie potwierdzenie, że Niall był właśnie osobą, której mu brakowało, a żeby się tego dowiedzieć, zapytał głosem zachrypniętym od płaczu:

- Dlaczego tu przyszedłeś?

Śmiech Nialla był bardzo przyjemny dla ucha.

- Jaki sens ma ćwiczenie duetu, gdy twój partner jest nieobecny? Albo gorzej, może stracił ochotę na śpiewanie? Jesteśmy zespołem, nie możemy występować osobno. Jeżeli ty opuszczasz zajęcia, ja robię to samo.

Liam odblokował drzwi, a fala nadziei na lepsze jutro zalała jego wnętrze.

***

Louis mógł przysiąc, że dni pozostałe do tegorocznych świąt Bożego Narodzenia były najnudniejszymi w jego życiu. W szkole nie mieli zajęć, Malik Tattoos zostało zamknięte, ponieważ Zayn wyjechał na kilka dni do dziadków, którzy mieszkali w Waszyngtonie, a Perrie wzięła sobie wolne, i Tomlinson zwyczajnie nie miał czego ze sobą zrobić. Siedział więc głównie przed telewizorem, przeskakując z kanału na kanał i pijąc piwo lub bezowocnie próbował wyciągnąć gdzieś Harry’ego, który ciągle jednak był zajęty spędzaniem czasu ze swoim chłopakiem i nie mógł się z nim spotkać. Dopóki Nick nie powrócił do Nowego Jorku, Louis nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele uwagi poświęcał mu Styles i kiedy przestali się codziennie widywać, czuł dziwną pustkę. Jakby całe otoczenie straciło nagle swoje barwy. Nawet Liam prowadził ciekawsze życie od niego, przebywając od rana do wieczora poza domem z kimś o imieniu Niall, o którym Tomlinson wiedział tylko tyle, że uczęszczał na te same lekcje, co jego przyjaciel i pochodził z Irlandii.

Kiepska namiastka wigilijnej kolacji (która jednocześnie była dla niego dniem urodzin) tylko pogorszyła jego humor. Kupione przez Liama w jakiejś podrzędnej knajpie jedzenie było rozgotowane i bez smaku, a w tradycyjnym puddingu znaleźli podejrzanie wyglądające kawałki mięsa, które skutecznie odebrały im apetyt i ostatecznie zadowolili się zjedzeniem upieczonego przez Louisa placka. W domyśle miało przypominać tort, jaki pani Tomlinson zwykła przygotowywać na tę okazję, ale było całkiem smaczne, o ile wcześniej odkroiło się przypalony spód oraz posypało wierzch grubą warstwą cukru.

Dopiero pierwszego dnia świąt miało być lepiej - Zayn organizował kameralną imprezę w swoim mieszkaniu, na której Harry obiecał się pokazać i z tego powodu Louis od rana tryskał energią. Nie było w tym przecież niczego dziwnego, w końcu nie widział swojego przyjaciela od pięciu długich dni, to naturalne, że nie mógł się doczekać, by porozmawiać z nim w końcu twarzą w twarz, a nie poprzez wymianę krótkich wiadomości tekstowych. Był tak zaabsorbowany nadchodzącym wieczorem, że nie zauważył nieobecności Liama, którą odkrył dopiero w chwili, gdy miał wychodzić z domu.

- Hej, Liam. Gdzie się podziewasz? - powiedział do mikrofonu swojej komórki, zbiegając po schodach kamienicy. - Właśnie idę do Zayna.

- Jestem w - trzaski na linii zagłuszyły odpowiedź.

- Gdzie? - Louis ponowił pytanie, przebiegając przez trawnik pod budynkiem, aby znaleźć się na chodniku. - Coś przerywa i nic nie usłyszałem.

- Z Niallem. Jestem trochę zajęty, raczej nie przyjdę do Zayna.

- Och - Tomlinson zmarszczył brwi, a przez jego głowę przebiegła straszna myśl, że może przerwał im w jakiejś intymnej chwili - okej. W takim razie do zobaczenia jutro.

- Tak, cześć.

Zakodowując w pamięci, by przy najbliższej okazji wypytać przyjaciela o jego nową znajomość, Louis ruszył przed siebie, chowając nos w szaliku. W pomarańczowym świetle latarni wirowały drobne płatki śniegu, które powoli opadały na czapki i ramiona przechodniów spieszących do nielicznych otwartych sklepów po brakujące produkty spożywcze, a na ulicach było zdecydowanie mniej samochodów niż zwykle. Skręcając w przecznicę, Louis natknął się na grupę przebranych kolędników, którym towarzyszył Mikołaj oraz najprawdziwszy renifer. Tabliczka przy obroży zwierzaka informowała, że „zdjęcie w siodle w otoczeniu elfów i choinki kosztuje jedynie trzy dolary, a wersja multimedialna, ze świąteczną muzyką w tle, dodatkowe dwa”. Chłopak odpowiedział skinięciem głowy na zachęcający uśmiech kobiety w zielonym stroju elfa, po czym jak najszybciej się oddalił, ślizgając na oblodzonych płytach pod stopami.

Kiedy dotarł pod drzwi mieszkania Zayna, było już dobrze po dwudziestej. Nacisnął dzwonek, czekając na zaproszenie do środka, i ku jego najszczerszemu zdziwieniu, w wejściu pojawiła się Perrie.

- Lou! - zawołała, rzucając mu się na szyję i wciągając zdezorientowanego chłopaka do środka. - Tak się cieszę, że cię widzę! Chodź, wszyscy już na ciebie czekają.

- Perrie? - Louis uwolnił się z objęć dziewczyny, by rzucić jej spojrzenie spod uniesionych brwi. - Nie zrozum mnie źle, ale… To dom Zayna. Co ty tutaj robisz?

Blondynka posłała mu szeroki uśmiech.

- A jak myślisz, głuptasie? - powiedziała wesoło, odwieszając jego kurtkę do szafy przy drzwiach. - Obchodzę Boże Narodzenie oraz twoje urodziny.

- Ahh, czyli w końcu się pogodziliście?

- Cóż, w przeciwnym wypadku by mnie tutaj nie było, prawda? Magia świąt, ot co - zachichotała, łapiąc go za rękę i ciągnąc przez przedpokój w stronę dużego salonu.

- Magia św… - urwał, przypominając sobie dzień, w którym pewien nastolatek postanowił zmienić ściany jego własnego mieszkania w wystawę świecidełek, podając się za Gwiazdkowego Ratownika. - Hej, rozmawiałaś może ostatnio z Harrym?

- Tak, zadzwonił do mnie dzisiaj rano, uprzedzając o tym, że jednak przyjdzie. A co?

- Nic takiego. - Louis potrząsnął głową, uśmiechając się do siebie pod nosem, a kiedy w następnej sekundzie przekroczyli próg salonu, został powitany gromkim aplauzem oraz głośnym „sto lat”. Potem pod jego nos podstawiono okrągły tort z symboliczną świeczką pośrodku, którą automatycznie zdmuchnął, starając się nie czuć głupio, gdy wkrótce każdy z gości składał mu życzenia.

- Najlepszego, stary! - Jakiś potężnie zbudowany chłopak poklepał go po łopatce, niemal zwalając z nóg. Nie czekając na odpowiedź, popłynął w stronę baru z drinkami.

- Dzięki - Louis posłał w stronę jego pleców krzywy grymas, pragnąc jak najszybciej dorwać Zayna i zabić go za to wszystko, a wtedy, jak na zawołanie, Malik pojawił się obok z bardzo zadowoloną miną.

- Mówiłem, że masz tego nie robić - syknął Tomlinson, piorunując młodszego chłopaka wzrokiem.

- Jezu, przestań marudzić, to twój prezent ode mnie. Wszyscy świetnie się bawią i ty też powinieneś.

- Większości tych osób nigdy wcześniej nie widziałem!

- Więc? - Zayn wywrócił oczami. - Wyluzuj, to nic wielkiego. Połowa i tak zaraz się upije, zapominając o tobie i twoich urodzinach, i zostawią cię w spokoju. Chodź, musisz jeszcze pokroić tort.

Mając nadzieję, że słowa Malika okażą się prawdziwe, Louis podążył za chłopakiem do stołu. Było na nim pełno różnego rodzaju przekąsek oraz typowo świątecznego jedzenia, a w centralnym punkcie znajdował się tort, z którego Perrie wyciągnęła już świeczkę i teraz stała obok z dużym nożem w ręce. Kiedy podeszli bliżej, Louis zauważył porozumiewawcze uśmiechy, które wymieniła dwójka jego pracodawców, ale nie miał pojęcia, co mogły one oznaczać.

- Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Lou - powiedziała Perrie, błyskając białymi zębami.

- Dużo szczęścia i zabawy w nadchodzącym roku - dodał Zayn i zanim mózg Louisa zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, na karku chłopaka pojawiła się ręka, z impetem pchająca go w dół. Zamknął oczy, tuż przed tym, jak jego twarz zagłębiła się w kremowym torcie, a biała masa dostała się do jego nosa i ust, pokrywając dokładnie każdy skrawek skóry, z jakim się zetknęła. Typowy żart Zayna, pomyślał Louis, prostując się i dołączając do ogólnego śmiechu.

- Dobra, ludzie! Imprezę czas zacząć - krzyknął ktoś z tłumu. Goście poczuli się zwolnieni z obowiązku uważania na jubilata, światła zgasły i salon wypełniła muzyka, która nie miała nic wspólnego z Gwiazdką. Louis odetchnął z ulgą i wytarł oczy z ciasta, patrząc z politowaniem na zaśmiewających się obok Zayna i Perrie.

- Zabawne, naprawdę - powiedział, nie dając rady utrzymać powagi i także rozciągając wargi w uśmiechu. - Idę się umyć.

- Jesteś nawet słodszy niż zwykle, Lou - wymamrotała za nim Perrie, ocierając wewnętrzne kąciki oczu. - I to dosłownie.

Louis pokręcił głową z rozbawieniem, wychodząc z ciemnego salonu do tylko trochę jaśniejszego hallu. Wszystko wskazywało na to, że kiedy on przez ostatnie dni nudził się na kanapie przed telewizorem, jego przyjaciele nie marnowali czasu, naprawiając popełnione błędy przed nadejściem nowego roku. Zastanawiał się, ile jeszcze niespodzianek go dzisiaj spotka. Perrie i Zayn znowu ze sobą rozmawiali, jakby ostatnie tygodnie nie istniały. Liam przestał być odludkiem. Co przygotował dla niego Harry?

I może ten wieczór naprawdę miał w sobie jakąś magię, bo kiedy tylko Louis wymówił w myślach imię Stylesa, drzwi wejściowe otworzyły się, wpuszczając do przedpokoju światło z klatki schodowej, na tle którego pojawiły się dwie męskie sylwetki. Tomlinson zatrzymał się i zmrużył oczy, oślepiony nagłą jasnością, ale nigdy nie pomyliłby tej charakterystycznej plątaniny loków.

- Louis - Harry stanął jak wryty, gdy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności i rozpoznał starszego chłopaka. - Masz tort na twarzy? - roześmiał się, szybko wychodząc z osłupienia.

Fala ciepła na dźwięk głosu najlepszego przyjaciela zalała Tomlinsona, który wzruszył ramionami, odwzajemniając śmiech.

- To sprawka Zayna - wyjaśnił, starając się brzmieć nonszalancko. - Właśnie szedłem do łazienki, żeby to z siebie zmyć. A szkoda, ta czekoladowa masa jest pyszna.

Harry otworzył usta, ale uprzedził go ktoś inny. Louis prawie zapomniał, że nastolatek nie przyszedł sam i zamrugał, widząc wyłaniającego się z cienia szafy Nicka.

- To ten Louis, o którym ostatnio non stop mówisz? - Grimmy zwrócił się do Harry’ego, a kiedy chłopak skinął głową na potwierdzenie, mężczyzna wyciągnął przed siebie rękę. - Dobrze w końcu cię zobaczyć. O ile mogę tak powiedzieć, bo twoja twarz jest niewidoczna.

Tomlinson uścisnął jego dłoń, chociaż nie mógł powiedzieć o nim tego samego. Wprawdzie w ogóle go nie znał, ale sam fakt, że to przez Nicka nie mógł widywać się z Harrym wystarczał, aby nie pałał do niego sympatią.

- Cóż, właśnie szedłem do łazienki - powtórzył Louis, wskazując wymownie na swoją głowę. - Fajnie było was spotkać.

I, czując dziwne rozdrażnienie, obrócił się na pięcie, żeby odejść. Co z tego, że Harry w końcu był obok, skoro nie mogli nawet spokojnie porozmawiać? Był pewny, że tak właśnie minie cały wieczór i energia, która buzowała od rana w jego żyłach, zniknęła. Nie pokonał jednak nawet połowy korytarza, kiedy Harry z powrotem pojawił się po jego prawej stronie, tym razem definitywnie bez towarzystwa swojego chłopaka.

- Ej, chyba nie sądziłeś, że ci odpuszczę - zawołał Styles, zatrzymując Louisa dokładnie pod kinkietem, który był jedynym źródłem światła. - Nie możesz mi tego zrobić, nawet nie zdążyłem zapamiętać, jak głupio wyglądasz!

- Gdzie jest Nick? - W tamtym momencie Louis nie mógł myśleć o niczym innym.

- Poszedł kontynuować upijanie się winem - padła krótka odpowiedź i ramię Tomlinsona zostało wypuszczone z uścisku. Harry popatrzył na niego z przekrzywioną głową. - Co z tobą?

- Przepraszam - mruknął Louis, zdobywając się na nikły uśmiech. - Wszystko jest w porządku.

- To dobrze, bo mam coś dla ciebie.

Harry sięgnął do kieszeni swoich obcisłych jeansów, wyciągając z nich malutkie pudełko, kształtem przypominające to od pierścionków zaręczynowych. Louis uniósł brwi.

- Jeżeli to są oświadczyny, moja odpowiedź brzmi nie - powiedział poważnie. - Przykro mi.

- O, ja, nieszczęśliwy! - jęknął Harry. - Wbiłeś sztylet w moje serce! Nie pozostało mi nic innego, jak tylko się zabić!

Louis parsknął śmiechem, biorąc do ręki podarunek i obracając go w palcach.

- Ale z ciebie melodramatyczny dupek - wymruczał. - Dziękuję.

- Otwórz dopiero po powrocie do domu - poinstruował go Harry, odzyskując swój zwyczajny głos. - To będzie jak powrót do przeszłości, której nie pamiętasz.

- Co?

- Zobaczysz. Myślę, że ci się spodoba.

Louis, zaintrygowany, jeszcze raz zerknął na pudełeczko, a potem schował je do kieszeni i popatrzył na przyjaciela. Harry odwzajemnił jego spojrzenie, mrugając powoli powiekami. Tomlinson znał tę minę.

- Cokolwiek chcesz zrobić, mówię kategoryczne nie - rzekł od razu, przeczuwając kolejny szalony pomysł, a nastolatek wywrócił oczami.

- Zamknij się. Nigdy nie lubiłem tortów, ale ten wygląda naprawdę apetycznie. Mogę?

Nie czekając na pozwolenie, zjechał wzrokiem gdzieś w okolice żuchwy Louisa i podniósł rękę, by delikatnie musnąć kciukiem jego brodę. Tomlinson z zażenowaniem patrzył, jak ten sam kciuk, teraz pokryty warstwą kremu, znika pomiędzy różowymi wargami Harry’ego i zostaje dokładnie oblizany. Przełknął ślinę, a zielone oczy rozszerzyły się.

- Wow, to naprawdę było dobre! Została gdzieś jeszcze reszta ciasta?

Louis złapał się na tym, że próbuje powiedzieć „możesz zlizać je do końca ze mnie”, co było dziwne i niewygodne, a przede wszystkim bardzo nie na miejscu, więc odchrząknął, sprowadzając swoje myśli na właściwy tor.

- Sprawdź, powinno stać na stole w salonie. Raczej nikt go nie ruszał. - Ucieszył się, że wyszło normalnie.

Harry cmoknął z zadowoleniem, robiąc krok w tył.

- Idź się umyć, Tommo - powiedział, posyłając Louisowi wesołe spojrzenie. - Ja idę po cisto i może zdążę odciągnąć Grimmy’ego od wina, zanim wprawi się w zbyt dobry nastrój.

Louis odprowadził go spojrzeniem, dopóki nie zniknął za drzwiami salonu.

- Tommo? - powtórzył cicho, z głupim uśmieszkiem ruszając do łazienki. Z daleka zobaczył, że była zajęta, więc zdecydował się skorzystać z tej, która przylegała do sypialni Zayna. Wiedział, że chłopak nie będzie miał nic przeciwko.

Stojąc przed lustrem dokładnie się sobie przyjrzał, zatrzymując na dłużej przy tej części twarzy, którą oczyścił palec Harry’ego. Potem chwycił papierowy ręcznik i zebrał nim kawałki biszkoptu ze skroni, wyrzucając je do sedesu i pochylając się nad strumieniem wody lecącej z kranu. Dotąd tarł każdy skrawek skóry, aż uzyskał pewność, że w całości pozbył się tłustego kremu i jego cera jest idealnie czysta. Mokra grzywka przykleiła mu się do czoła, zwisając strąkami nad brwiami, ale ostatecznie był zadowolony z efektu. Znowu wyglądał jak normalny człowiek.

Z szafki pod umywalką wyciągnął ręcznik, którym osuszył twarz i włosy, a następnie rzucił go na gorący kaloryfer, rezygnując z używania suszarki. Skontrolował jeszcze stan swoich ubrań i słysząc dudnienie muzyki, zdecydował się wrócić na imprezę. W końcu to były jego urodziny.

Machinalnie opuścił toaletę, gasząc za sobą światło i przechodząc do sypialni Zayna, ale po raz kolejny tego wieczoru zatrzymał się w osłupieniu. Doprowadzenie się do porządku musiało mu najwyraźniej zabrać więcej czasu, niż przypuszczał, ponieważ pokój nie był już pusty - na skraju dużego łóżka siedział Harry, jego koszula była rozpięta, a spodnie zsunięte w dół. Pomiędzy jego nogami klęczał Nick i wystarczyło jedno spojrzenie na zarumienione policzki nastolatka oraz na sposób, w jaki jego pięści ściskały narzutę, aby Louis wiedział, że Styles był bliski orgazmu. Co miał w tej sytuacji zrobić? Przeprosić i wyjść, przeszkadzając kochankom, czy zaczekać na finał i dopiero wtedy opuścić pomieszczenie? Myśląc gorączkowo nad odpowiednim rozwiązaniem, wciąż patrzył jak zahipnotyzowany i może Harry wyczuł na sobie jego spojrzenie, bo przekręcił głowę i rozchylił lekko powieki, odkrywając obecność osoby trzeciej. Jego rozproszone przyjemnością oczy patrzyły prosto w niebieskie tęczówki Tomlinsona, nie zamykając się ani na sekundę, nawet gdy dochodził gwałtownie w ustach swojego chłopaka. A kiedy Nick zaczął podnosić się z kolan, Louis zdecydował się w końcu poruszyć.

Z charakterystycznym uciskiem w podbrzuszu stwierdził, że był właśnie świadkiem najbardziej podniecającej sceny w swoim życiu.

***

Później, zamykając drzwi swojego mieszkania, Louis nadal był pobudzony i zdezorientowany. Tej nocy nie spotkał już ani Harry’ego, ani Nicka, za co był raczej wdzięczny losowi, ale wspomnienie z sypialni wciąż rozgrzewało dolne partie jego ciała, nie pozwalając mu skupić się na niczym innym. Znał tylko jeden sposób, aby się z tym uporać. Zdjął płaszcz oraz buty, kierując się prosto do swojego pokoju. Tam, gdy pozostał już w samej bieliźnie, wszedł się pod kołdrę i pozwolił jednej ze swoich dłoni wślizgnąć się pod gumkę bokserek. Przebiegając palcami wzdłuż erekcji, przywołał obraz szczytującego przyjaciela, z tą jednak różnicą, że zamiast Nicka, to Louis sprawiał mu przyjemność ustami. Dojście do własnego orgazmu zajęło mu zawstydzająco mało czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz