czwartek, 28 listopada 2013

138

Louis opatulił się szczelniej szalikiem i przewrócił kartkę czytanej przez siebie gazety. Tego ranka temperatura w Nowym Jorku była tak niska, że idąc piechotą do pracy, szczękał zębami z zimna, a na końcówkach jego grzywki osiadł szron i nieważne, jak blisko kaloryfera teraz siedział, nie mógł pozbyć się dokuczliwego uczucia chłodu w kościach. Z całego serca nie cierpiał zimy i gdyby nie fakt, że w grudniu obchodził urodziny, chętnie pod koniec jesieni zagrzebałby się w ciepłej kołdrze, przesypiając najcięższą porę roku i budząc się dopiero z pierwszymi powiewami wiosny.

Całkiem inne zdanie na ten temat miał Harry, który wręcz uwielbiał wszelkiego rodzaju zabawy na śniegu, o czym Louis zdążył się doskonale przekonać w czasie ich krótkiej, choć intensywnej znajomości. W przeciągu dwóch tygodni odwiedzili lodowisko w Central Parku tak wiele razy, że stróż nocny o imieniu Earl zaczął witać ich przy wejściu skinieniem głowy, a dziewczyna z wypożyczalni łyżew zaproponowała im zniżkę na kawę dla stałych klientów. Bo chociaż po całym dniu spędzonym w pracy i na uczelni, Louis często zasypiał na stojąco, pragnąc jedynie wrócić do domu i rzucić się na łóżko, wystarczał jeden telefon Harry’ego, by wyzwolić w nim zapasowe pokłady energii. Styles wprowadził do jego monotonnego życia zastrzyk emocji, o których niemal zapomniał odkąd otrzymał stypendium i wyjechał z Anglii, gdzie zostali wszyscy jego przyjaciele. Wychodząc gdzieś z młodszym chłopakiem, nigdy nie miał pewności, co go tym razem spotka i jeżeli miał być ze sobą szczery, uwielbiał to uczucie zaskoczenia, kiedy robili rzeczy, o których nie wiedział, że mogą dostarczyć tyle radości. A może to po prostu Harry sprawiał, iż na pierwszy rzut oka nudne pomysły, stawały się ekscytującym wyzwaniem. W jego towarzystwie wszystko wydawało się ciekawsze, bardziej kolorowe.

Mocna herbata, którą zrobił sobie kwadrans wcześniej wystygła, zanim zdążył jej spróbować, więc postanowił zaparzyć sobie drugą. Poszedł na zaplecze, gdzie Perrie trzymała czajnik elektryczny oraz puszkę z fusami herbacianymi, a kiedy niosąc nową filiżankę, wrócił do recepcji, zobaczył wysoką postać opierającą się leniwie o szklany blat. Słysząc narastające postukiwanie butów o posadzkę, Harry spojrzał przez ramię i obdarzył Louisa szerokim uśmiechem.

- Cześć - powiedział, obracając się przodem do lady, na której Louis ostrożnie postawił parujący napój. - Już zaczynałem myśleć, że nie ma cię w pracy.

- Cześć - odpowiedział Tomlinson, siadając na krześle. - Przepraszam, najwyraźniej zapomniałem, że byliśmy umówieni.

- Bo nie byliśmy - rzucił Harry wesoło, kradnąc łyk gorącej herbaty z filiżanki Louisa. - Przechodziłem akurat obok i pomyślałem, że fajnie by było się przywitać.

- To miłe - starszy chłopak zerknął na zegarek - jednak nie sądzę, aby nauczyciel, z którym właśnie powinieneś mieć lekcje, był równie zadowolony. Jesteś na wagarach, głupku. Idź do szkoły.

Harry ściągnął z głowy wełnianą czapkę i roztrzepał swoje sprężyste loki, które otoczyły miękko jego twarz.

- Żadne wagary, Lou. Rzuciłem szkołę przed wyjazdem do Stanów - powiedział krótko.

To była nieoczekiwana wiadomość.

- Twoi rodzice musieli być zachwyceni. - Louis pokręcił głową, patrząc na przyjaciela z lekką dezaprobatą. - Co w takim razie robisz całymi dniami?

Nie mógł uwierzyć, że nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali. Jak się nazywasz, gdzie mieszkasz, czym się zajmujesz - w odniesieniu do Stylesa, znał odpowiedź tylko na pierwsze z pytań, a przecież poznali się dobre dwa tygodnie wcześniej. Jak to się stało, że nie posiadał podstawowych informacji o swoim przyjacielu?

Harry, zanim się odezwał, rozejrzał się po pomieszczeniu.

- Różne rzeczy. Na przykład dzisiaj szedłem do centrum handlowego. Muszę znaleźć prezent bożonarodzeniowy dla Nicka, a kompletnie nie wiem, co mu kupić. W zeszłym roku dostał ode mnie komplet ekskluzywnej bielizny do jedzenia i, muszę przyznać, to był strzał w dziesiątkę, mieliśmy kupę zabawy, jednak drugi raz nie przejdzie. Masz może jakieś pomysły?

Uniósł z nadzieją brwi, stukając palcami w szkło lady.

- Daj spokój - przerwał mu Louis. Harry zawsze zaczynał mówić takie rzeczy, gdy chciał uniknąć rozmowy na niewygodny dla siebie temat. - Pytałem poważnie. Gdzie pracujesz?

Styles westchnął z rezygnacją.

- Nie pracuję.

- I rodzice pozwalają ci się tak obijać od rana do wieczora? - Tomlinson czuł, że coś tu nie gra. Który normalny osiemnastolatek rzuca szkołę, aby… no właśnie, co? Wcześniej zawsze spotykali się wieczorami, głównie po dwudziestej, dlatego Louis był przekonany, że Harry także rano wychodzi do szkoły, co okazało się nieprawdą. - Ciężko mi w to uwierzyć.

- Jestem pełnoletni i sam o sobie decyduję. Przyjechałem do Nowego Jorku i, jak widzisz, doskonale sobie radzę. - Harry popatrzył prosto w oczy Tomlinsona. - Przeszkadza ci to w jakiś sposób?

Louis zastanowił się przez moment. Potem wypuścił powietrze z płuc i pokręcił głową. Fakt, że jego przyjaciel najwyraźniej marnował swój najlepszy czas, nie rozwijając się w żadnym kierunku, nie tyle mu przeszkadzał, co raczej martwił. Nie chciał, aby Harry skończył kiedyś jako rozczarowany życiem, szary urzędnik, który sam niczego nie osiągnął i nie spełnił żadnego ze swoich marzeń. Co prawda nie mógł sobie wyobrazić Stylesa w podobnej sytuacji, jednak…

- Nie uczysz się, nie pracujesz, opuściłeś dom rodzinny - podsumował Louis, zaplatając ramiona na piersi. - Skąd w takim razie bierzesz pieniądze?

Harry nie odpowiedział, patrząc na niego z urazą.

- Harry! Ubierasz się w markowych sklepach, kupujesz swojemu chłopakowi drogie prezenty, a sam nie zarabiasz. Co byś sobie pomyślał, będąc na moim miejscu? - Tomlinson nie czuł się komfortowo zmuszając Harry’ego do zwierzeń, ale musiał wiedzieć, skąd on, do cholery, miał pieniądze na te wszystkie rzeczy. Co jeżeli wplątał się w jakieś podejrzane interesy?

Styles ponownie rozejrzał się po pokoju, dostrzegając uchylone drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, za którymi pracował Zayn.

- To moja osobista sprawa - powiedział w końcu, wracając spojrzeniem do Louisa. - Znamy się dwa tygodnie i… po prostu uwierz mi na słowo, że nie robię nic złego. Nie łamię prawa. - A kiedy starszy chłopak nadal miał sceptyczną minę, westchnął z rozdrażnieniem. - Słuchaj, to nie jest czas i miejsce na takie rozmowy. Może… może kiedyś ci powiem. Nie dzisiaj, nie teraz, kiedyś. Jesteś w stanie przestać o tym myśleć i nadal być tym zabawnym Louisem, którego polubiłem?

Tomlinson uniósł do ust filiżankę, żeby odgrodzić się od tego przeszywającego, zielonego spojrzenia, które wyraźnie mówiło „proszę, nie naciskaj”. W jego myśli wkradły się wątpliwości, bo skoro chłopak nie chciał zdradzić, skąd czerpał fundusze, musiało to być podejrzane źródło, ale z drugiej strony nie miał powodu, aby nie wierzyć Harry’emu. Jeżeli mówił, że nie robi nic złego, to tak było i jedyne, co mógł w tej sytuacji zrobić, to cierpliwie zaczekać, aż nastolatek zaufa mu w wystarczającym stopniu, aby wszystko wyjaśnić.

- Przepraszam, rzeczywiście nie mam prawa żądać od ciebie odpowiedzi - odezwał się po chwili, obserwując fusy pływające na dnie swojej herbaty. Usłyszał zgrzyt zapinanego zamka błyskawicznego, więc podniósł głowę. Styles zakrył włosy czapką, najwyraźniej szykując się do wyjścia i Louis zastanawiał się, czy chłopak żałował tego, że tutaj dzisiaj przyszedł. - Masz rację, to tylko i wyłącznie twoja sprawa, a mi nic do tego. Jeszcze raz przepraszam.

- W porządku, Lou. - Pod wyraźnym napięciem, głos Harry’ego zawierał jednak wesołą nutę i Tomlinson odetchnął z ulgą. Jednego zdążył się o Harrym dowiedzieć: nigdy nie maskował prawdziwych uczuć fałszywym uśmiechem, więc kiedy żartował, wszystko musiało być dobrze. - Dam ci szansę się zrehabilitować. - Louis uniósł brew. Nie czuł się na tyle winny, aby musieć w jakikolwiek sposób „odkupić swoje winy”, jednak słuchał dalej. - Mam dzisiaj występ w pewnym klubie i potrzebuję moralnego wsparcia, bo inaczej zeżre trema mnie i nic z tego nie wyjdzie, a skoro Grimmy jest aktualnie w Londynie, pozostajesz mi tylko ty. Uprzedzając twoje pytanie, nie, nie robię tego dla pieniędzy, po prostu dla zabawy. Więc jak, mogę na ciebie liczyć?

Louis uśmiechnął się pod nosem, czując się mile połechtanym wiadomością, że w tym przypadku może zastąpić Harry’emu towarzystwo Nicka Grimshawa. W dodatku cieszył się z perspektywy spędzenia z chłopakiem kolejnego wieczora oraz bycia dla niego wsparciem.

- Miałem inne plany, ale może zajdę dla ciebie chwilę… - Harry wywrócił oczami, a Louis wzruszył ramionami. - W którym klubie powinienem cię szukać?

- Stonewall przy Christopher Street. Występ zaczyna się o dziewiątej, ale bądź trochę wcześniej.

- Okej. W takim razie do zobaczenia na miejscu.

Harry skinął głową i ruszył powoli do wyjścia, kiedy Louis zawołał go, by się zatrzymał.

- Czekaj… Co właściwie będziesz robił? To znaczy, podczas występu. - Styles przystanął przed drzwiami i zamiast odpowiedzieć, pokazał. Zakołysał biodrami, jednocześnie imitując gest zdzierania z siebie koszuli, a następnie obrócił się wokół własnej osi i wyrzucił w górę ramiona. Szczęka Louisa opadła w szoku. - Striptiz?! - zawołał z wybałuszonymi oczami, na co Harry pokiwał twierdząco głową i wybuchnął głośnym śmiechem.

- Spodoba ci się zobaczysz - zapewnił, po czym energicznie wyfrunął z Malik Tattoos, zostawiając przyjaciela z bardzo głupią miną na twarzy.

***

Za kwadrans dziewiąta, Louis wysiadł z taksówki pod odpowiednim budynkiem i zanim wszedł do środka, zaczerpnął kilka uspokajających wdechów. Denerwował się, ponieważ Stonewall był znanym klubem dla gejów i lesbijek, o czym powiadomił go Liam, który był bardziej niż zainteresowany powodem, dla którego jego przyjaciel wybiera się samotnie w takie miejsce. Odmówił jednak wspólnego wyjścia, kiedy usłyszał imię Harry’ego. Louis już od jakiegoś czasu miał wrażenie, że ta dwójka się nie lubi, ale kiedy o to pytał, Liam usilnie zaprzeczał, a Styles uśmiechał się zagadkowo i odsyłał go z powrotem do Liama, tworząc błędne koło, więc po kilku takich sytuacjach po prostu dał sobie spokój.

Zrezygnowany, pchnął drzwi klubu i znalazł się w niedużym pomieszczeniu, którego wystrój pozytywnie go zaskoczył. Spodziewał się kolorowych neonów, tęczowych motywów i tłumu roznegliżowanych mężczyzn ocierających się o siebie, a tym czasem wnętrze przywodziło na myśl typowy pub. Czerwona boazeria pokrywała ściany, pod którymi ustawiono kilka stolików i miękkich puf, po lewej stronie od drzwi wejściowych znajdował się bar z wysokimi stołkami, a na wprost wejścia wznosiła się nieduża scena, otoczona parkietem do tańczenia. Louis zawahał się, niepewny, w którą stronę się udać, aż w końcu dostrzegł wolne miejsce przy kontuarze, więc usiadł na stołku i zaczekał na barmana. Zdjął kurtkę, kładąc ją obok, zapłacił za piwo i zaczął powoli je sączyć, zastanawiając się jednocześnie, co może robić Harry. Domyślał się, że chłopak jest gdzieś za kulisami, przygotowując się do występu, bo chociaż klub wcale nie wyglądał na miejsce, w którym odbywają się pokazy męskiego striptizu, to plakaty na ścianach zachęcały do udziału w sobotnim konkursie na Najlepiej Śpiewającą Drag Queen, co dla Louisa było wystarczającym potwierdzeniem, że nie pomylił adresu. Myślał także nad tym, czego konkretnie oczekiwał po nim Styles, ale miał nadzieję, że sama jego obecność była wystarczającym wsparciem i nie będzie musiał udawać, iż podoba mu się taniec, czy cokolwiek, co Harry zamieści w swoim show.

Czuł się coraz dziwniej w towarzystwie niemal w całości męskim, które na dodatek lustrowało go od stóp do głów, rzucając porozumiewawcze uśmieszki oraz sugestywnie zawieszając wzrok na różnych częściach jego ciała, przechodząc obok miejsca, w którym siedział. Starał się to ignorować, skupiając się na systematycznym opróżnianiu swojego kufla, który w ekspresowym tempie zmienił w drugą i trzecią kolejkę, aż główne światła w lokalu wreszcie zgasły, kierując wzrok klubowiczów na scenę. Rozległy się pojedyncze wiwaty i gwizdy, a Louis poczuł nagle rozpaczliwą potrzebę wypicia czegoś mocniejszego.

- Poproszę szkocką - wymamrotał do barmana, który bez słowa postawił przed nim szeroką szklankę o grubym dnie, wypełnioną bursztynowym płynem. Wypił wszystko za jednym zamachem i dopiero, kiedy alkohol buzował mu w żyłach, był gotowy obejrzeć występ Harry’ego. Zeskoczył ze stołka i podszedł do sceny, ustawiając się na tyle blisko podium, aby przyjaciel mógł go bez trudu zauważyć, jednocześnie będąc schowanym przed nachalnym wzrokiem nieznajomych mężczyzn w cieniu okrągłego filara.

Tym czasem na scenie pojawił się młody chłopak i usiadł na przyszykowanym krześle, ściskając w rękach gitarę. Striptiz przy muzyce na żywo, pomyślał z rozbawieniem Louis, mając ochotę wywrócić oczami. To tak bardzo w twoim stylu, Harry. Blondyn zaczął trącać palcami pojedyncze struny, sprawdzając przez chwilę ich brzmienie, a potem z zadowoleniem uniósł do góry kciuk, patrząc na kogoś, kto stał z boku, w niewidocznym dla widowni miejscu. Minutę później na scenę wszedł Harry, a lekko pobladłe policzki świadczyły o tym, że rzeczywiście był stremowany nadchodzącym występem. Miał na sobie ten sam strój, co rano; obcisłe jeansy, ciemny t-shirt z nazwą rockowego zespołu oraz czarne trampki. Nie wyglądał jak striptizer, ale może była to część planu.

Chłopak zatrzymał się przy mikrofonie, dostosował długość statywu do swojego wzrostu, a następnie jego wzrok zaczął ślizgać się po twarzach ludzi przed nim, dopóki nie zatrzymał się na Louisie. Tomlinson posłał mu pokrzepiający uśmiech, samemu czując się o wiele pewniej dzięki sporej ilości alkoholu, który zdążył wypić, i dał mu znać głową, aby zaczynał. Usta Harry’ego wygięły się do góry i nastolatek owinął palce wokół mikrofonu.

- Są tu jacyś fani Boba? - zapytał, a jego wzmocniony mechanicznie głos przetoczył się przez tłum, wywołując falę aprobujących okrzyków. - To dobrze. Każdy, kto przy zakupie drinka wypowie nazwisko Króla, otrzyma zniżkę na Margaritę. - Więcej wiwatów. - A teraz w nieco innych rytmach…

***

- Striptiz - upierał się Louis, pragnąc mówić głośno i wyraźnie, jednak jego język lekko się plątał, odmawiając współpracy, w wyniku czego z jego ust wydobywały się lekko bełkotliwe tony. - To miał być striptiz, wyraźnie pamiętam!

- Powiedziałem tak, bo mina, jaką robisz, gdy coś cię zaskoczy, jest bezcenna. Jesteś taki łatwowierny - zaśmiał się Harry, podpierając brodę na dłoni. - I pijany. Powinienem zabrać cię do domu zanim zrobisz coś głupiego.

- W barze dla hołose… homosektu… szlag by to… w barze dla gejów? - Louis machnął ręką w stronę parkietu, na którym tańczyło wiele par składających się z samych mężczyzn. - Tu nie ma żadnych, ale to żadnych dziewczyn, Harry. Gdyby były, mógłbym zrobić coś głupiego, ale ich nie ma. Ani jednej. Więc wiesz - zakończył nieco kulawo, przywołując do siebie barmana. - Jeszcze raz to samo, Tom.

- Na pewno? - Tom nie wyglądał na przekonanego. - Może wolałbyś kawę?

- Nie, nie! - Louis pokręcił energicznie głową, jednocześnie potrącając łokciem koszyk z serwetkami, który upadł na ziemię. - Oj…

Zanurkował pod ladę, aby podnieść przedmiot, przy okazji niemal ześlizgując się ze stołka barowego, jednak Harry w ostatniej chwili go przytrzymał i usadził prosto. Potem schylił się po koszyk.

- Definitywnie kawa - zarządził Styles, a kiedy Louis znowu niebezpiecznie zakołysał się na swoim siedzeniu, roześmiał się. - Louis, masz okropną głowę do alkoholu. Koniec picia na dzisiaj. Chodź, złapiemy taksówkę.

- Nie chcę - starszy chłopak zaprotestował słabo, chociaż pozwolił wyprowadzić się z baru. Mroźne powietrze trochę go otrzeźwiło, ale też zaczął się niepohamowanie trząść z zimna; jego kurtka gdzieś przepadła, nie mówiąc o szaliku czy rękawiczkach. Objął się ramionami, zaciskając szczęki, a wokół jego twarzy unosiły się obłoczki pary wodnej, kiedy przestępował z nogi na nogę, by wytworzyć trochę ciepła.

- Taksówka zaraz będzie - powiedział Harry, pojawiając się obok i chowając do kieszeni telefon, po czym przyjrzał się uważnie Louisowi. - W porządku?

- Tak.

- Okej. Wiesz, jestem ci bardzo wdzięczny za przyjście. Występowałem już wcześniej, ale zawsze gdzieś na widowni siedział Nick i mi kibicował - mówił Styles, uśmiechając się delikatnie. Schował dłonie w kieszeniach swojego grubego płaszcza, którego Tomlinson bardzo mu w tym momencie zazdrościł. - Na samą myśl o tym, że dzisiaj miałbym zrobić to całkiem sam… Wytrzymałeś dla mnie pół nocy w klubie dla pedałów, dziękuję.

- Nie było tak źle - odparł Louis, czując jak jego powieki zaczynają same z siebie opadać. - W zasadzie twój występ był bardzo, ale to bardzo… - zaciął się, zapominając, co chciał powiedzieć - no, masz ładny głos, Harry. Lepszy niż większość pseudo-gwiazd, które można usłyszeć w radio.

- Czyli podobało ci się?

Louis pokiwał głową, patrząc spod półprzymkniętych powiek w stronę ulicy. Było. Tak. Cholernie. Zimno. Zaraz zamarznie, o ile to już się nie stało. Nie czuł w butach palców u stóp, a cała jego sylwetka drżała jak w febrze. Potrzebował taksówki, albo czegokolwiek innego, co zabierze go daleko od tego zimowego piekła…

Zamrugał, kiedy ramiona Harry’ego otoczyły go niespodziewanie i wciągnęły pod cudownie ciepły płaszcz, przyciskając mocno do ubranego w sweter ciała. Louis zamarł, nie całkiem pewny, co teraz zrobić, a potem jego otumaniony alkoholem umysł zaakceptował sytuację, nakazując mu objąć talię przyjaciela i wtulić się w jego klatkę piersiową, aby maksymalnie wykorzystać ofiarowane gorąco. Schował zaczerwienioną z zimna twarz w kołnierzu płaszcza, zaciskając skostniałe palce na lekko gryzącym materiale, a dłonie Harry’ego poruszały się wzdłuż jego pleców, rozmasowując zesztywniałe od mrozu mięśnie i relaksując Louisa do tego stopnia, że starszy chłopak poczuł potężną falę senności. W tej chwili zrozumiał, że naprawdę za dużo wypił, a gdyby Styles się nim nie zajął, zamarłby gdzieś na ulicy, bo po zamknięciu klubu nie byłby zdolny wrócić do domu o własnych siłach.

- Dlaczego to zrobiłeś, Harry? - zapytał Louis w szyję przyjaciela, zamykając oczy. Otaczało go tak przyjemne ciepło, że mógłby dosłownie się w nie zanurzyć i zapaść w zbawienny sen. Jutro będzie umierał, był tego bardziej niż pewny.

- Bo było ci zimno. Trząsłeś się.

- Niee… nie chodzi mi o to.

- Tylko o co, Lou?

- Dlaczego - zebranie myśli w tych okolicznościach było takie trudne - chciałeś się ze mną zaprzyjaźnić? Dlaczego podszedłeś do mnie na imprezie u Perrie i zagadałeś?

- Z nudów - padła szczera odpowiedź. - Nick jest w Londynie, a ja szukałem kogoś, z kim mógłbym po prostu się powygłupiać i miło spędzić czas podczas jego nieobecności.

- Oh, w porządku - Louis ziewnął, nie za bardzo przejmując się jego słowami. - W takim razie cieszę się, że Nick wyjechał.

Oparł cały swój ciężar na wyższym chłopaku, który zacisnął mocniej ramiona na jego plecach, a kiedy w końcu podjechała taksówka, Harry jakimś cudem przetransportował ich splecione ciała do środka. Louis praktycznie spał w jego ramionach, więc nie mógł stwierdzić, czy tylko to sobie wyobraził, czy chłopak naprawdę w pewnej chwili wyszeptał „Ja też się cieszę, że go nie ma.”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz