- Proszę państwa! Wielkie brawa dla Miley Vasply-Beethoven! – wykrzyknął Louis i energicznym gestem, niczym urodzony showman, zaprezentował mnie nieistniejącej publiczności.
- Brawo! Brawo, co za poruszający występ! – odkrzyknęła nieistniejąca publiczność, która, jak się okazało, jednak istniała w postaci udającego wzruszenie, klaszczącego w dłonie chłopaka z grobowo poważną miną.
Stał kilka kroków za Louisem, przy samym wejściu do pokoju i opierał się ramieniem o futrynę symulując ocieranie łez. Poznałam go już wcześniej, byłam pewna. Rozpoznałam tę twarz w kilka sekund i mogłabym się zakładać o zjedzenie końskiego łajna, że znam tego chłopaka (czemu akurat końskiego łajna? Miley, litości…). Ale, tradycyjnie już, nie potrafiłam w żaden sposób przypomnieć sobie, gdzież to już wcześniej widziałam tego szatyna. Miał poupychane za uszy, lekko kręcone, brązowe włosy, których pojedyncze sprężynki odstawały na wszystkie strony świata. Wyglądał naraz pociągająco, dziwnie i… nieprzyjemnie. To pierwsze, ze względu na to, że obiektywnie patrząc grzechem byłoby nie nazwać go przystojnym – wysoki, szczupły, o smukłej twarzy i pięknych, śnieżnobiałych ząbkach, które pokazywał rozszerzając wąskie usta w uśmiechu. Wtedy pojawiały się mocno zarysowane, wyraźne dołeczki w jego policzkach, na widok których niejedna kobieta za pewne byłaby już jego. Tak, był przystojny. Dlaczego obiektywnie? Bo zupełnie nie w moim typie, ze względu na drugą wspomnianą cechę – dziwność, którą rozumiem przez śmieszną sprzeczność w jego wyglądzie. Chłopak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, strzelając dałabym mu osiemnaście. Mimo to był ubrany bardzo poważnie i gustownie, aż biło od niego dostojeństwem – ciemno bordowa koszula idealnie pasowała do jego zielonych oczu i złotego, zapewne nieziemsko kosztownego, zegarka na lewym nadgarstku. Miał na sobie czarne spodnie ze skórzanym paskiem, który zdobiła złota klamra i dopasowane kolorystycznie, prawdopodobnie wykonane z tej samej skóry, buty. I tu wychodziła na jaw trzecia cecha wyglądu, wspomniana ‘nieprzyjemność’. Na pierwszy rzut oka widać było, że chłopak pochodzi z obrzydliwie bogatej rodziny, a ja do takich ludzi od zawsze byłam uprzedzona. Wiem, że to niedorzeczne, bo status majątkowy wcale nie świadczy o człowieku, tak samo jak ubiór, ale nie potrafiłam tego w sobie zwalczyć i wystrojeni, bogaci ludzie, automatycznie wzbudzali we mnie niechęć. Mimo wszystko ten nastoletni arystokrata bardziej mnie intrygował niż odrzucał. Mały Książę, pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem dumna z nadania tak trafnego pseudonimu.
Brawa i okrzyki „fanów” ucichły, a ja zamiast obrażać się jak nadęta kwoka, mimo że było mi cholernie wstyd i miałam ochotę ewakuować się oknem, postanowiłam zagrać w ich grę i dwornie skłoniłam się jak prawdziwy wirtuoz. Podziałało. Chłopaki klasnęli jeszcze kilka razy i uśmiechnęli się do mnie bardziej ciepło niż szyderczo.
- Pamiętasz Miley, prawda? – zapytał Louis nowego gościa, jakby nie był pewny czy nas zapoznawać.
- Oczywiście. – uciął krótko i zniknął za rogiem w kuchni.
Niewiele myśląc podeszłam szybko do Louisa i wyszeptałam najciszej jak potrafiłam:
- Skąd ja go znam?
- Z urodzin Eleanor. – odszeptał z trudem panując nad głosem, żeby się nie roześmiać.
- Aaaaa, dobra, dzięki. – rzuciłam teatralnym szeptem, który wcale nie był cichszy niż mój normalny ton głosu i wróciłam z powrotem na swoje miejsce tak, jakbyśmy odgrywali jakąś scenkę i powracający z kuchni Mały Książę musiał mnie zastać z powrotem na swoim miejscu. Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Dopiero, gdy wykonałam ostatni kroczek na palcach i stanęłam cichutko przy pianinie, doleciał do mnie cały absurd tej sytuacji. Do Louisa chyba też, bo nie wytrzymał i momentalnie parsknął śmiechem.
- Chyba jednak za mało spałaś, bo mózg ci jeszcze nie funkcjonuje. Może się jeszcze położysz? – powiedział z udawaną troską w głosie.
Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć z kuchni wyłonił się Mały Książę niosący dużą tackę z kanapkami i postawił ją na stole. Usiedliśmy dookoła – ja z Louisem na sofie, arystokrata na fotelu. Czułam się trochę niezręcznie jedząc, gdy patrzyło na mnie dwóch facetów, w tym jeden nieznajomy, ale odkąd wstałam, byłam na marchewkach, kawie i papierosach, więc głód wziął górę nad skrępowaniem i z uwagą odgryzałam małe kęsy modląc się, żeby tylko nic mi z tych kanapek nie wypadło.
- Gdzie byłeś rano? – zapytałam Louisa, żeby przerwać wiszącą między nami ciszę.
- W pracy. – odpowiedział z uśmiechem, jakby praca sprawiała mu mnóstwo przyjemności.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież Louis musi się jakoś utrzymywać i gdzieś pracować, ale nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby go zapytać czym się zajmuje. Co prawda wspominał, że jest matematykiem, ale wykształcenie niekoniecznie musi wiązać się z wykonywanym zawodem. Poza tym, który normalny człowiek wraca z pracy po zaledwie kilku godzinach? Było dopiero południe, a on zajadał wesoło kanapeczki zamiast zarabiać na życie i przyjemności. Już nabrałam powietrza, żeby poprosić o rozwianie wszelkich wątpliwości i mój wzrok padł na Małego Księcia. Przecież on wie, że tu spałam. Śpię u Louisa w mieszkaniu, a nawet nie wiem, co on robi. Wyjdę na totalną dziwkę. Z tak otwartymi ustami, gotowa do wypowiedzenia słów, które byłyby moją zguba, zastygłam w bezruchu, jakbym była postacią na impresjonistycznym obrazie.
- Ach, no tak, dzisiaj poniedziałek, totalnie wyleciało mi z głowy. – wypaliłam zupełnie nieprzekonująco.
- Czym się zajmujesz? – Mały Książę świdrował mnie zielonymi tęczówkami, jednak na jego twarzy rysowało się przyjazne nastawienie.
- Jestem pisarką. – odpowiedziałam bez zbędnych słów. Już zdążyłam zauważyć, że chłopak, którego imienia wciąż nie znałam, jest do przesady rzeczowy i konkretny i uwielbia ekonomię słowną. Jak on wytrzymuje w jednym pomieszczeniu z Zaynem?
Zjedliśmy śniadanie, pogadaliśmy na mało istotne tematy, zapaliliśmy. Mały Książę w tym czasie schował się w kuchni. Bardzo dobrze, że nie uległ nałogowi tytoniowemu, ale ten gest od razu skojarzył mi się ze snobizmem. Pewnie dym papierosowy źle wpływa na jego cerę – pomyślałam z przekąsem. Tak, zdecydowanie byłam uprzedzona, co Louis momentalnie wyczytał z mojej twarzy.
- To fajny gość, serio. Jak go poznasz to na pewno go polubisz. – wyrzucił na jednym tchu, jakby był jego promotorem i właśnie go reklamował – Zresztą wszystkie laski go lubią. – dodał.
- Nie jestem laską… - odpowiedziałam raczej ze smutkiem niż wyrzutem.
- No jak to nie? Jesteś laska i to jaka! – zawadiacko puścił do mnie oko i podszczypnął mnie w biodro. Uśmiechnęłam się, chociaż nie miałam na to kompletnie ochoty – ten gest do złudzenia przypominał mi zachowanie Sama, gdy zaczynałam się nad sobą użalać.
Okazało się, że Mały Książę wcale nie zjawił się u Louisa bez powodu. On był tam po mnie. Tego dnia akurat umówił się z Zaynem i miał po niego pojechać na wieś, więc Louis poprosił go, żeby zabrał mnie przy okazji ze sobą, skoro i tak zmierzamy w tym samym kierunku. Jak zwykle, jako główna zainteresowana, wszystkiego dowiadywałam się ostatnia.
Gdy staliśmy już przy drzwiach wyjściowych i zaczęliśmy się żegnać, Mały Książę z Louisem uścisnęli sobie dłoń na pożegnanie, a ja bardzo pewnie i z dumą wymalowaną na twarzy podeszłam do Lou i pożegnałam się z nim całując go w policzek. Uśmiechnął się do mnie ciepło, ale kątem oka widziałam, że Mały Książę lekko zmarszczył brwi. Lubi Eleanor, to pewne, pomyślał, że mogę być jej konkurentką. I dobrze. Nie chodziło mi o to, żeby powstawały jakieś głupie plotki, żeby mieć opinię złodziejki mężczyzn, a już na pewno nie o to, żeby sprawiać przykrość Louisowi i El, ale sam fakt, że ktoś w ogóle wziął pod uwagę, że ja mogę stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla takiej piękności jak Eleanor, był dla mnie cudownym komplementem łechtającym przyjemnie próżną część mnie.
- Zapomniałaś czegoś. – wyrwał mnie z rozmyślań głos Louisa. – Proszę, Miley Rose, twoja znienawidzona ozdoba przypominająca ci o znienawidzonej drugiej części ciebie i wrednym, ale uroczym fundatorze.
Srebrna róża sama wylądowała w mojej dłoni.
***
Dziwnie czułam się siedząc na ultrawygodnym, skórzanym siedzeniu pięknego, nowiutkiego BMW, które prawdopodobnie należało do rodziców Małego Księcia. Ciekawe kim oni są. Królem i Królową, rzecz jasna, ale jak mogą wyglądać?
- Jak poznałeś Louisa? – zagadnęłam, żeby przerwać irytującą ciszę.
- Jesteśmy sąsiadami. – odpowiedział jak zawsze najkrócej jak się dało, ale uprzejmie i z serdecznością w głosie.
- To w którym miejscu mieszkasz? Jeśli oczywiście mogę… - zanim skończyłam zdanie, rzucił jedynie nazwą ulicy, która totalnie nic mi nie mówiła i nawet jej nie zapamiętałam. Nastały kolejne bezdźwięczne minuty i już wiedziałam, że ta podróż, mimo luksusowych wygód, nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Ku mojemu zdziwieniu tym razem pierwszy odezwał się Mały Książę, kontynuując wątek mieszkania. Dodał, że na wspomnianej przez niego ulicy znajduje się dom jego rodziców, a w tym samym bloku co Louis, dokładnie piętro wyżej, mieszka jego babcia. Z dalszych, krótkich wypowiedzi wywnioskowałam, że rodzinny dom Małego Księcia znajduje się gdzieś w pobliżu tego osiedla i chłopak do niedawna tam mieszkał, ale obecnie urzęduje u seniorki rodu. W takim wypadku mogę się założyć, że arystokrata z matematykiem-amatorem pianistą znają się jak łyse konie i że kanapki, które jedliśmy na śniadanie, zrobiła staruszka mieszkająca piętro wyżej. Już kiedyś stwierdziłam, że spłodził mnie chyba sam Napoleon z Sherlockiem i to właśnie był ten moment, w którym jeden z moich ojców musiał pękać z dumy. Miley i jej porażająca dedukcja, tak jest.
- Mówiłaś, że jesteś pisarką. Pracujesz teraz nad czymś? – zagadnął Mały Książę, chyba nieco przekonując się do używania słów i dźwięków.
- Szczerze mówiąc nie. – wzruszyłam ramionami.
- To może byłabyś zainteresowana stałym zleceniem? – zapytał całkiem poważnie jak wprawiony w interesach biznesmen.
- Zamieniam się w słuch. – powiedziałam spokojnie, jednak tak naprawdę miałam ochotę pisnąć z radości i wycałować Księciunia po rękach. Miałam zacząć szukać pracy, tymczasem praca sama przychodziła do mnie.
- Moi rodzice są właścicielami kilku, no, dość ekskluzywnych perfumerii w Londynie. – zaciekawiło mnie, co według niego znaczył zwrot „dość ekskluzywny”, ale wolałam nawet nie próbować zgadnąć. Król i Królowa perfum, zagadka wyjaśniona. - Niedługo pojawi się zupełnie nowa linia zapachów, męskich i damskich – kontynuował. – W ramach promocji i informacji tworzy się katalogi. I tu będzie twoja robota. – obdarzył mnie przyjemnym spojrzeniem.
- Co ma pisarz do perfum i katalogów? – nie bardzo rozumiałam, do czego Książę zmierza.
- Zwykły człowiek z ulicy nie opisze zapachu w taki sposób, żeby ktoś kto spojrzy na karty katalogu mógł go poczuć. To zadanie dla rzemieślnika słowa. Pisarza albo poety. Wchodzisz w to? – uśmiechnął się do mnie i mimo czysto biznesowej rozmowy, jego uśmiech wydał mi się szczerze przyjazny.
- Pewnie. – zgodziłam się bez wahania z trudem opanowując radość. Miałam ochotę pochwalić się moim szczęściem całemu światu, ale obok był tylko chłopak, który mimo moich starań w kamuflowaniu odczuć, uśmiechał się widząc moje podekscytowanie.
Gdy wysiedliśmy z samochodu Mały Książę wykonał trzy telefony i sprawa była finalnie załatwiona. Ucałowałam go w policzek z wdzięczności i niemal tańcząc zaczęłam iść w stronę domu.
Za tydzień zaczynałam pracę w jednej z ekskluzywnych perfumerii państwa Styles.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz